wtorek, 24 lipca 2018

Od Carisy (do Reyny) "Fajny kot czyli jak się NIE zapoznawać" cz.4

  Pani Meow była tego dnia niesamowicie niegrzecznym kotem. Przecież była tak dobrze wychowana i nigdy wcześniej nie zdarzało się coś takiego. Carisa była wściekła, miała ochotę złapać Panią Meow i położyć ją do karnego legowiska, którego kotka nienawidziła.
  Przerażona przywódczyni pobiegła po apteczkę, którą trzymała w swoim domu tak na wszelki wypadek. Czarna kotka wszystkiemu przyglądała się z zaciekawieniem i nie wyglądała, jakby żałowała tego co zrobiła, a wręcz się cieszyła ze swoich czynów.
  Szukanie apteczki trwało dość długo, bo Carisa miała bardzo dużo różnych ciekawych rzeczy w domu i znalezienie apteczki, która nie była jej zbyt często potrzebna, było trudne. W końcu po kilku minutach przybiegła z apteczką i podała Reynie. Chyba zastępczyni nie spodziewała się tego, a Carisa sama nie wiedziała co robi. Przywódczyni wyglądała na przerażoną, natomiast ofiara Pani Meow spokojna, nad czym Carisa trochę się zastanawiała. Jedynym, co podobało się teraz Carisie był widok Reyny w jej różowej bluzie.
  Czarna kotka wpatrywała się w swoją właścicielkę, która patrzyła na Reynę i nie wiedziała co ma zrobić. Na szczęście starsza dziewczyna zajęła się sobą, więc Carisa nie musiała robić nic szczególnego. Było jej głupio przez Panią Meow, zazwyczaj ona była bardzo grzecznym kotkiem i cały dzień spała. Może po prostu nie polubiła Reyny i nie spodobało jej się to, że jest w jej domu? Pani Meow była według Carisy kocią królową, więc to był jej dom. Nie przywódczyni, a jej małej czarnej kuleczki.
  Po kilku minutach, które bardzo dłużyły się Carisie, Reyna skończyła. Przywódczyni odebrała od niej apteczkę i zaniosła ją na właściwe miejsce. W tym czasie niegrzeczna kotka wpatrywała się w poszkodowaną, jakby chciała zrobić to jeszcze raz. Reyna mruknęła coś pod nosem do kotki, a po chwili, nadal przejęta atakiem Carisa wróciła. Chciała wynagrodzić Reynie to, co się stało, ale nie ma tu różowej lodziarni wypiły już trochę za dużo herbaty. W głowie przywódczyni zrodził się ciekawy pomysł.
- Chodźmy na spacer - powiedziała.
  Reyna nie wyglądała na bardzo zadowoloną, ale nie odmówiła. Po tym ataku Pani Meow pewnie wolałaby jak najszybciej uciec z tego miejsca, a nie chodzić z właścicielką tego okropnego kotka, która może być równie zła jak on, na spacery. Według Carisy jednak to był dobry pomysł i stwierdziła, że to najlepsze rozwiązanie. Po prostu zapomnieć o tym wszystkim i iść na spacer. Taki spacer jest dobry na wszystko.
  Zastępczyni skinęła głową, a Carisa popatrzyła na Panią Meow. Chciała zabrać kotkę na spacer, ale po tym, co zrobiła, to chyba nie był najlepszy pomysł. Czarna kuleczka lubiła spacery, co jak na kota było dość dziwne. Pani Meow była bardzo grzecznym i przyjaznym kotem dla swojej właścicielki, więc przywódczyni była zaskoczona dzisiejszym zachowaniem kotki.
  Tak więc dziewczyny zostawiły Panią Meow, która patrzyła na Carisę tak, jakby mówiła "zabierz mnie ze sobą", w domu. Na wewnątrz stał koń Reyny, który nie wyglądał na zbyt zadowolonego. Musiał przecież tak długo czekać na swoją właścicielkę, która spokojnie piła sobie herbatkę, a później została zaatakowana przez tego krwiożerczego kota.
  Reyna podeszła do swojego konia i go pogłaskała. Przywódczyni patrzyła na to zwierzę i pomyślała, że jest śliczny i też chciałaby go pogłaskać. Oczywiście koty są ładniejsze i takie tam, bo to przecież koty, ale jednak koń też jej się spodobał. 
  Ciemnowłosa powoli do niego podeszła i ostrożnie dotknęła, nie myśląc nawet o tym, czy może to zrobić. Reyna popatrzyła na nią, ale również nic nie zrobiła. Przecież ten koń nie może być tak groźny jak Pani Meow! Przywódczyni na początku się trochę bała, bo nigdy nie głaskała takiego zwierzęcia. Najczęściej widywała koty, których trochę było w homo Klanie Wojowników, a Carisa, która kochała kotki i dla niej były one najpiękniejsze na świecie, często je dokarmiała. 

Reyna? ♥ Nie miałam pomysłu :C


----
+365 PD
~Maggie

Od Yostradusa (do Veru) "Krwawa Noc" cz.3

  Po całej tej przygodzie usnąłem. Niewygoda miejsca, w jakim się aktualnie położyłem, nie pozwoliła mi jednak na długi odpoczynek. Obudziłem się po chwili przy jeszcze śpiącej waderze.
Spojrzałem na nią. Wyglądała tak niewinnie i spokojnie. Jedną z rzeczy, na które zwróciłem uwagę, był jej wyraz twarzy. Na jej małych usteczkach widniał grymas wskazujący na to, że nie było jej zbyt wygodnie w tym miejscu. Nie wiem, dlaczego, ale postanowiłem zrobić użytek z miękkości i puszystości mojego futra, kładąc się obok niej i pozwalając jej wtulić swój mały, ale za to słodki na swój sposób pyszczek. Pomyślałem, że polubi takie coś. Przypomniałem sobie jej lekki, ale za to szczery uśmiech, gdy wtulała się w futro na moich plecach, gdy niosłem ją do obozu.
  Od razu, gdy położyłem się obok, wadera jakby instynktownie wtuliła się w moją śnieżną, puchatą sierść. Niespodziewałem się, że tak bardzo się we mnie wtuli. Z zaskoczenia wydałem z siebie cichy pomruk. Na moje nieszczęście wadera zaczęła wtulać się mocniej w bezkreśnie miękkim futrze, przy czym wydałem z siebie głośniejsze mruknięcie, które najprawdopodobniej zbudziło śpiącą szarą królewnę. Na jej sierści można było zobaczyć parę kolorów szarości, dlatego postanowiłem nazywać ją szarą królewną. Na wpół wzbudzona wadera podniosła swoje głębokie jasnoniebieskie oczy i spojrzała na mnie. Ja szybko odwróciłem wzrok i udawałem, że śpię. Poczułem, że odsuwa się ode mnie. Po chwili zerknąłem, a ona ponownie zasnęła. Powoli wstałem i podszedłem do niej. Spała jak dziecko.
- Mam nadzieję, że nie będzie na mnie zła za to, że użyczyłem jej mojej „poduszki”. - Powiedziałem cicho do siebie i usiadłem nieopodal jej.
  Dwie godziny później wadera, której imienia jeszcze nie poznałem, wzbudziła się.
Nie mówiąc nic, zawiesiłem mój wzrok na niej całej. Ona także zaczęła wpatrywać się we mnie. Nadal byłem zauroczony jej wzrokiem. Nie mogłem się na nią napatrzeć. Moment ten jednak przerwało pojawienie się Silvera przy wejściu. Wstałem, żeby powitać Alfę. Poraniona wadera także próbowała, lecz stan jej zdrowia nadal na to nie pozwalał. Jej łapy były zbyt poranione, żeby mogła chodzić. Spirit postanowił wysłuchać raportu już teraz. Chciałem powiedzieć, że na razie wadera powinna mieć spokój i odpoczywać, ale ten podszedł do niej i kazał zdać raport.
  Zaczęła mówić. W jej głosie można było wyczuć zażenowanie. Gdy skończyła, spuściła głowę w stronę ziemi. Silver szybko po tym wyszedł, jedynie podając nieznajomej moje imię.
  Znów zostaliśmy sami, tylko we dwoje. Nasze oczy znów się złączyły. Postanowiłem przerwać tę niezręczną ciszę, więc podszedłem do wadery. Z bliska jej oczy lśniły jeszcze piękniej. Niestety wraz ze zmniejszającą się między nami odległością rósł w jej oczach strach, ale było coś w nich jeszcze innego, jakby... nie mogła ode mnie oderwać wzroku. Nie wiedziałem wtedy, z jakiego powodu i czego się bała. Dosiadłem się obok niej.
- Hej. - Uśmiechnąłem się szeroko, nadal wpatrując się w jej niebiańskie oczy. - Czy mógłbym poznać twe imię? - Nie wyglądała na taką, z którą można było gadać godzinami.
- Jestem … Veru. - Jej oddech zaczął być nierównomierny. - Dziękuję za ratunek, gdyby nie ty, najpewniej nigdy już bym tu nie wróciła. - Podniosła głowę. Jej oczy hipnotyzowały mnie coraz bardziej. Nie zwróciłem uwagi, że nasze twarze znalazły się naprawdę blisko. Veru widocznie tego też nie zauważyła.
- Nie ma sprawy. Nie mogłem Cię zostawić tam samej. - Nasze pyszczki były coraz bliżej i pewnie by się złączyły, gdyby nie powrócił Silver.
- Wybacz, że przeszkadzam, ale muszę zabrać twojego księcia z bajki. - Spojrzał na nas z lekkim uśmiechem, lecz jego wyraz twarzy szybko spoważniał.
- Yos, chodź za mną. - Wyszliśmy z budynku, a przed wyjściem z niego czekało paru ludzi.
- Co to ma znaczyć, Silver? - Spojrzałem na alfę cały zdenerwowany.
- Posłuchaj mnie. Ja też kiedyś byłem zakochany i wiem, jak to jest chcieć obronić ukochaną Ci osobę, ale zrozum, że każde czyny mają swoje konsekwencje. To jest jedna z nich. - Jednym ruchem głowy przywołał do siebie dwóch strażników, którzy założyli na mnie kajdany, dzięki którym nie mogłem używać mocy.
- Wybacz mi, ale nie miałem innego wyjścia. Kolejna wojna wisi na włosku. Oni przyszli tutaj, żeby wymierzyć sprawiedliwość za morderstwo dwóch ich ludzi. - Spojrzał na mnie współczującym wzrokiem. Wiedziałem, że ten czas nadejdzie. Byłem pewien, że to, co stało się w lesie, nie obejdzie się bez echa. Jedyne, czego żałowałem to tego, że poznałem jedynie jej imię. Chciałem poznać ją bardziej i pobyć z nią dłużej. Podróż do obozu była długa i męcząca. W końcu udało nam się dotrzeć do celu. Gdy weszliśmy w głąb obozu, wszystkie ślepia kierowały się w moją stronę. Na szczęście, a może i nieszczęście droga nie była długa i dosyć szybko stanęliśmy nad murami wielkiego więzienia. Szara betonowa ściana rozciągała się na niezliczoną odległość.
  Staliśmy przed wielkimi bramami, które po chwili otworzyły się i weszliśmy do środka.
Całe miejsce otaczała szarość. Ten kolor przypominał mi Veru. Strażnicy wprowadzili mnie do celi. Ku mojemu zdziwieniu w kącie pomieszczenia stała buda z obok położoną miską. Odwróciłem się i zobaczyłem na twarzach strażników chamskie uśmiechy i chichoty.
- Traktują mnie jak jakiegoś kundla! Gdyby nie te łańcuchy! - Uderzyłem z impetem o ziemię kajdanami. Jedyne, co mi po tym przyszło to ból w łapie. Musiałem to wytrzymać. Miałem cały czas nadzieję, że jednak ktoś mnie stąd wyciągnie.
~~Tydzień Później~~
  Zaczynałem tracić nadzieję na jakąkolwiek szansę wyjścia z tego okropnego miejsca. Jedzenie, które dawali, było przeterminowane, a woda robiła się zielona. Nie miałem już pomału sił. Tak bardzo optymistyczny wilk, jak ja myślał o skończeniu ze sobą. Gdy rozmyślałem o tym, co się ze mną stanie usłyszałem cichy krzyk, dochodzący spod mojej celi. Podszedłem do krat, żeby dowiedzieć się, co się stało. Nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Przed celą stała ona, Veru.
Odetchnąłem z ulgą, widząc ją całą i zdrową, jednak i byłem także trochę zasmucony. Spojrzałem na jej zakrwawione łapy. Wiedziałem, że od tej chwili nie będzie odwrotu.
- Wiesz, w co się pakujesz? - Zwróciłem wzrok w jej nieskazitelnie czyste oczy.
- Teraz moja pora, na spłacenie długu. - Wyjęła z kieszeni leżącego w kałuży krwi strażnika klucz i zręcznie otworzyła zamek. Szybko wybiegłem z celi i powędrowałem za Veru.
- Główną bramą nie wyjdziemy, za dużo straży. - Zatrzymała się i zaczęła się zastanawiać nad drogą ucieczki. Podszedłem do niej i głową wskazałem na drzwi prowadzące na tyły więziennego budynku. Szybkim krokiem znaleźliśmy się za drzwiami. Jedyną przeszkodą był ogromny mur. Na szczęście znaleźliśmy schody prowadzące na samą górę. Owe schody pilnowało dwóch nie zdawających sobie sprawy z tego, że tu jesteśmy strażników. Spojrzeliśmy na siebie, po czym w sekundę leżeli już martwi. Uśmiechnąłem się do Veru, a ona odwzajemniła uśmiech.
Zdołaliśmy wejść na mur.
- Trzymaj się mnie. - Wskazałem łapą na moje plecy, a wadera szybko na nie wskoczyła. Nie mając innego wyjścia, skoczyłem z wysokości paru metrów wprost w głąb lasu, który otaczał więzienie.
  Alarm dobiegający z budynku zaczął mobilizować wszystkich ludzi w okolicy. Ruszyliśmy ile sił w nogach, jednak nie zdołaliśmy całkowicie uciec. Jeden z łuczników zdołał trafić mnie w łapę, zanim zniknęliśmy pośród drzew. Rana na szczęście nie była głęboka. Jedyne, co mogłem teraz zrobić, to spojrzeć Veru w oczy i uśmiechnąć się do niej szerokim uśmiechem.
Zaczęło się ściemniać, a my ciągle od czasu do czasu słyszeliśmy odgłosy ludzi przeszukujących las. Zauważyliśmy wejście do małej nory, gdzie ledwo się mieściliśmy.
- Nie boli cię? - Zapytała, wzrok wtapiając w strzałę w mojej lewej tylnej łapie.
- Oczywiście, że boli, ale takie coś nie może mnie zatrzymać. - Kolejny raz spojrzałem jej w oczy i uśmiechnąłem się. Wadera, najprawdopodobniej nie czując się najlepiej w takiej sytuacji, zamknęła oczy, a ja spróbowałem użyczyć jej mojego futra, żeby było wygodniej.

Carmel, pisałem to 4 godziny w nocy, pod koniec już lałem wodę. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.


----
+764 PD = lvl 2
~Maggie

poniedziałek, 23 lipca 2018

Od Silvera (Do Finna) "Miłość do krzaków" cz.2

  Silver potrząsnął głową z rezygnacją. Nie mógł pozwolić na to, by jeden z jego wojownik odpływał podczas polowania, nawet jeśli był to Finn, który po prostu taki był i nic się z tym zrobić nie dało. Zaczął się zastanawiać, czy to, że czarny wilk jest tak infantylny i dziwaczny jest skutkiem jakiegoś urazu w dzieciństwie. Przywódca zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nic nie wie o przeszłości Finna, to znaczy zanim dołączył do jego klanu jeszcze za czasów Terry Nihil, stosunkowo małej wyspy, na której trzy rozumne rasy musiały się tłoczyć. Choć biały basior oddałby na tę chwilę wszystko, aby móc wrócić tam i zobaczyć twarze dawnych przyjaciół, służących, wojowników, Dessin i ich wspólnych szczeniąt, wiedział że Avfallen jest o wiele większe i bardziej przystosowane do życia niż ta malutka wysepka. Wracając, lider łamał sobie głowę, wymyślając najbardziej absurdalne scenariusze sprowadzające się do okropnego wypadku, po którym Finn stał się taki, jaki jest teraz.
- Silverze, wszystko okej? - szepnęła cicho Isabelle. Silver właśnie w głowie widział miniaturową wersję Finna, która ganiała po lesie, gdy nagle grunt pod nogami się skończył i szczeniak spadł z klifu, uderzając się w głowę. Leżał tak przez kilka godzin, dopóki Isabelle nie zlitowała się nad biednym szczeniakiem i nie zabrała go do medyka... czekaj, przecież Isabelle była niewiele starsza od Finna, jakim cudem może wyglądać tak staro? - Umm, Silverze... - teraz dopiero dziwny obraz zniknął, a przed sobą miał zmartwioną twarz szarej wilczycy, której długie uszy standardowo były położone na głowie, a wydłużony pysk niemalże dotykał jego własnego. Biały wilk zauważył kątem oka, że od jakiegoś czasu stoją, a Finn wykorzystuje ten czas i obwąchuje pobliskie krzaki.
- Nic mi nie jest, Isabelle. Zamyśliłem się po prostu. - odpowiedział, odsuwając się lekko, na co wadera spłonęła rumieńcem (tak wiem, wilki się nie rumienią bla bla bla). Wyraz zatroskania jednak nie zniknął z jej pyska. Silver szybko przywołał Finna do porządku i ruszyli dalej, czujnie węsząc. Ostatnio widział dość pokaźne stado na wschód od jego obozu, tak więc tam też się udali. 
  Wyszli na wielką polanę, gdzie pasło się spokojnie stado jeleni. Silver zaczął okrążać teren, starając się już wcześniej wypatrzyć najsłabszego osobnika. Czekał też na Finna i Isabelle, którzy mieli wyskoczyć z nienacka i zacząć pogoń. Odliczał powoli do piędziesięciu. 
  Dwa wilki, ciemnoszary i czarny, gnały obok siebie, wznosząc tumany kurzu pod swoimi łapami. Widok dwóch drapieżników skutecznie wystraszył stado, które zaczęło uciekać. Silver po chwili dołączył do swoich przyjaciół i w biegu wyszukiwali najsłabszej samicy.
  Po chwili ją znaleźli - najmniejsza, słaba, nie była w stanie dogonić stada. Finn, który biegał najszybciej, skierował się na nią i złapał ją za nogę, miażdząc potężną szczęką. Sarna zaczęła rozpaczliwie wyrywać się z uścisku, próbując wznowić ucieczkę na trzech nogach. Mimowolnie zaczęła zwalniać, a wtedy dołączyli się Silver i Isabelle, która zrównała się z ofiarą i wgryzła jej się w gardło. Sarna upadła, ciągnąc za sobą czarnego basiora, który jeszcze nie puścił nogi. Starała się walczyć o życie, próbując wstać i dalej uciekać, ale zbyt szybko traciła krew, która ciekła z nogi i z gardła. Silver postanowił ją dobić, aby oszczędzić jej cierpienia. 
- Dobra robota. - powiedział, gdy było już pewne, że ofiara jest bez życia. - Aczkolwiek to stado tak prędko tu nie wróci. Muszę wysłać gońca do obozów położonych dalej na wschodzie, że niedługo do nich dotrze stado. Dość duże. Dzięki temu tamtejsi zwierzchnicy na pewno zarządzą grupowe polowanie, przynajmniej ja bym tak zrobił. - mruczał do siebie samego lider. - Isabelle? Biegnij do obozu przekazać te informacje naszemu gońcowi. Ja i Finn zaniesiemy zdobycz.
- Do wschodnich obozów, duże stado przybywa przepędzone z Wielkiej Polany. Przyda się grupowe polowanie. Zrozumiane, spotkamy się w obozie, panie.... To znaczy przywódco. - poprawiła się szybko wilczyca widząc groźne spojrzenie swojego władcy. Już tyle razy mówił jej, żeby przestała nazywać go "panem".
"Ty nie masz pana, Isabelle." - mówił jej Silver - "Jesteś panią samej siebie."
- Tak, Isabelle. Do zobaczenia. - wadera pobiegła pędem w stronę obozu. Wtedy basior odwrócił się do swojego towarzysza i zawołał:
- Finn, pomóż mi z tą sarną! - spostrzegł wtem, że wilk znów go nie słucha tylko przygląda się gąsienicy jedzącej liść krzaka z nienawistym spojrzeniem. - Nosz na naszych dzikich przodków, Finn, co ty znowu wyrabiasz?! 
- Królu Silverze... - podjął Finn, ale biały basior mu przerwał:
- Nie gadaj tylko rusz ten tyłek i łap za tę sarnę! - rzucił poirytowany, lecz drugi wilk nie ruszył się z miejsca.
- Królu Silverze, krzaki...
- Co krzaki, co z nimi znowu?! - rzucił serio wkurzony lider.
- ...czuję, że krzaki to jest coś, czemu chciałbym się poświęcić. Tak bez reszty, jak staw szczupakowi.
- Co ty do cholery teraz wygadujesz?!

Finn?

----
+440 PD
~Maggie

Od Veru (do Yostradusa) "Krwawa Noc" cz.2

  Organizm wadery nie pracował prawidłowo. Wszelkie impulsy docierały do jej mózgu z pewnym opóźnieniem. Wiedziała, że dopiero się obudziła. Wiedziała, że powinna czuć ból. Wiedziała, że zawiodła. Jednak nic nie widziała, nie czuła swych ran. Wszystko wydawało jej się odległe, a jednocześnie ściśle z nią związane. W miejscu tym ciemność, głuchość, a nawet strach były puste. Dryfowała w najprawdziwszej pustce. Ciało ogarnęły drgawki spowodowane dogłębnym przerażeniem. Czy tak właśnie wyglądała śmierć? Czy to dziś wreszcie staną twarzą w twarz?
Pierwszy impuls dociera.
Wadera czuje otaczającą ją miękkość. Śmierć nie może być tak przyjemna i miękka w dotyku. Zebrała resztki energii i podniosła powieki. Przed sobą widziała tylko biały kolor. Momentalnie drogą dedukcji doszła do wniosku, że czymkolwiek to jest, to właśnie to otula ją delikatnością. Niewiele myśląc, wtuliła w nią swój pysk, wcześniej zamykając oczy.
Drugi impuls zapukał do drzwi.
  Usłyszała stłumione przez otaczającą ją biel mruknięcie. Nie chciała opuszczać swej miękkiej poduszki, gdyż zdążyła się w nią wtulić bardziej. Jednak ponowne mruknięcie sprawiło, że podniosła swój łeb i na tyle ile pozwalało jej uszkodzone ciało odsunęła się. Zamarła. Właśnie jej miękka poduszka okazała się rosłym basiorem. Zakłopotana odsunęła się jeszcze trochę. Zasypiała zażenowana, lecz szczęśliwa, z przekonaniem, że wilk obok spał. Jednak przekonania bywają błędne... Gdy ponownie się obudziła, nie otaczała ją już miękkość. Śnieżnobiały przedstawiciel jej gatunku siedział niedaleko i bacznie ją obserwował. Jego bursztynowe oczy zniewoliły całą jej uwagę. Mózg zawiesił się w ich oliwkowych refleksach. Basior był potężny. Sumując to z wcześniejszą pomyłką, czuła się potrójnie osaczona. Nieznany, rosły wilk, który robił jej za poduszkę, właśnie wlepiał w nią swój narząd wzroku. Instynktownie skuliła się, tak jakby myślała, że uczyni to ją niewidzialną. Ale on nadal ją widział.
  Ten niezręczny dla niej moment przerwało pojawienie się Silvera. Wiedziała, że będzie oczekiwał raportu, lecz nie spodziewała się, że po niego przybędzie. Próbowała wstać, by oddać należyty mu szacunek, lecz poranione łapy sprawiły, że od razu upadła. Krótkim rozkazem nakazał jej pozostać na miejscu. Ból przyćmił jej umysł, a gdy wrócił do pełnej sprawności w okolicy pozostał tylko patrzący na nią z wyczekiwaniem Spirit. Nabrała powietrza w płuca i zaczęła snuć opowieść o swej misji.
-Gdy tylko otrzymałam rozkaz, wyruszyłam w drogę. Obrałam trasę okrężną, z dala od wydeptanych, głównych szlaków. W obozie, o którym wiedzieliśmy, nie było wielu ludzi. Ciągle jednak mówili o jakiejś zasadzce i o tym, że dowiedzą się co, cytując “kundle”, knują. Z informacji, które posiadałam, wyznaczyłam miejsce domniemanej zasadzki. Wyruszyłam więc zweryfikować dane. Na jednej z głównych ścieżek rozbili obóz- w tym miejscu przełknęła zebraną w pysku ślinę. Wstyd było jej przyznać, że nie dała sobie rady z dwójką słabych ludzi. - dla dwóch osób. Planowali porwać jednego z naszych i wydusić z niego wiedzę. Gdyby nie ten biały basior… Przepraszam. Zawiodłam. Postąpiłam jak największy amator.
  Przywódca skinieniem głowy nakazał przerwać potok słów. Odchodząc, rzucił tylko przez ramię;
-Ma na imię Yostradus, gdybyś zdecydowała się mu podziękować. 

Yos?

----
+290 PD
~Maggie

Od Yumeko "Sekret doliny"

  Yume to lisica, która by wiecznie spała. Tak też robi. Może przespać cały dzień, a może teraz kilka razy wstać i coś zrobić. Jednakże, gdy się nudzi to, zasypia, nie jest do końca pewne czy to nawyk, czy taka już jest. Cóż Yume jak to ona. Preferuję tryb lenia i to takiego, który praktycznie cały czas śpi. Woli na tle natury niż w ciemnych norach. Miłej i cieplej jest, wtedy gdy otaczają ją małe płomyczki. Niekiedy nazywa je "tańczące himponkulusy". Tacy jej przyjaciele. Uwielbia ich towarzystwo, rozmawia z nimi. Traktuje jak przyjaciół, zamiast jak zwykły ogień. Może dzięki temu lepiej się czuje, a może tylko one jej zostały po tym, co spotkało jej rodzinę i przyjaciół.

  Wszyscy umierają. To na co jej ktoś żywy, skoro i tak prędzej czy później umrze. Tak właśnie Yume, choć w stadzie jest samotna. Nie przyznaje, się do tego, ale tak jest.
~~~~
 Yume kolejny tego dnia zasnęła, obserwując przyrodę, panoramę tegoż, iż cudownego raju. Przebudziła się po niecałej godzinie, aby zacząć w dalszym ciągu zastanawiać się nad sensem wszystkiego i niczego. Wygodnie sobie leżała na drzewie i przeciąga się ostrożnie, aby nie spaść. Pod nią szły jakieś duże zwierzęta. Nie wyglądały jak ona. Może jednak to były wilki albo i inne lisy. Zaczęli walczyć między sobą, znaczy to, tak wyglądało, znacznie inaczej.
Yume przyglądała się z coraz to większa uwaga, co się działo na dole.

Ktosie? Ktoś? (Trochę to beznadziejne.)

----
+139 PD
~Maggie

Od Yostradusa (do Veru) "Krwawa Noc"

 Tej nocy stałem na warcie przy głównym obozie Alfy. Myślałem, że to będzie kolejna spokojna noc, lecz byłem w błędzie. Nie sądziłem, że może spotkać mnie coś takiego. Gdy rozmyślałem, jakie plany ma Spirit na przyszłość naszego klanu, z zamyślenia wyrwał mnie odgłos strażnika skierowany w moją stronę.
- Yostradus, Alfa cię wzywa. - Powiedział do mnie, po czym odwrócił się i dodał – za mną. - Nie mając innego wyboru, poszedłem za dosyć dużych rozmiarów i groźnie wyglądającym wojownikiem. Gdy szedłem w głąb obozu, zacząłem się zastanawiać, czego Alfa mógłby chcieć ode mnie. Stanęliśmy przed wejściem do pokoju Alfy. Było słychać głośne i wyniosłe:
- Wejść. - W tym momencie przełknąłem ślinę. Weszliśmy do środka. Pokój nie był duży, był to raczej skromny, mały pokoik.
- A więc wezwałem Cię tutaj, gdyż mam dla ciebie robotę. Słyszałem, że bardzo dobrze orientujesz się w tutejszych lasach. - Spojrzał na mnie. Wyraz jego twarzy nie wskazywał na to, żeby to była przyjemna misja. - Wysłaliśmy jedną wojowniczkę na zwiady na drugi koniec lasu, gdzie doszły nas słuchy, że klan należący do ludzi rozbił obóz. - Wziął oddech i kontynuował. - I tutaj pojawia się problem. Powinna już dawno wrócić do naszego obozu, jednak nadal jej nie ma. Masz sprawdzić, co się z nią stało i jeśli to możliwe sprowadzić ją z powrotem. - Można było wyczuć w jego głosie, że martwił się o waderę nie tylko ze względu na informacje, jakie mogła posiadać, lecz także jako o członkinię klanu.
- Tak jest! - Wydałem z siebie donośny głos i zacząłem iść w stronę wyjścia.
- Uważaj na siebie. - Dodał jeszcze Silver, a ja zniknąłem za drzwiami.
Była pełnia, księżyc oświetlał mi drogę, świecąc nade mną na bezchmurnym niebie. Było cicho i spokojnie. Od czasu do czasu można było usłyszeć huczenie sów.
- Ludzie... - Na samą myśl o nich robiło mi się gorąco. Nie potrafiłem wybaczyć im tego, co zrobili.
Gdy byłem jeszcze małym szczeniakiem, ludzie najechali na nasz obóz. Gdy weszli do naszego domu, moi rodzice chcieli mnie obronić. Udało im się to zrobić, ale cena, którą za to zapłacili, była najwyższa z możliwych. Ludzie z zimną krwią zamordowali ich na moich oczach. Nie wiem, co się później z tymi ludźmi stało, ale ostatnie, co pamiętam to chłód, uczucie chłodu na całym moim ciele. Później straciłem przytomność i obudziłem się u nieznajomej mi rodziny. Wychowywali mnie przez krótki okres. Postanowiłem zostać wojownikiem, by chronić innych, oraz żeby nikt nie musiał przeżywać tego, co ja kiedyś.
  W czasie mojego rozmyślania coś poruszyło się w krzakach. Podszedłem, żeby to sprawdzić.
Oczom moim ukazała się poszukiwana przeze mnie wadera. Spojrzałem jej w oczy. Miała ona przepiękne, jasnoniebieskie oraz głębokie spojrzenie. Czułem, jakby przeszywała całe moje ciało. Jej biała, wręcz prawie śnieżna grzywa oczarowała mnie, a na jej grzbiecie widniał jakby płaszcz upleciony z szarości. Nie mogłem jednak podziwiać jej pięknej osobowości, gdyż zauważyłem, że jest mocno poraniona w łapy. Natychmiast schyliłem się do niej i próbowałem ją podnieść. Spojrzała na mnie jeszcze raz i powiedziała:
- To pułapka... - Przerwał jej kaszel spowodowany krwią w jej pysku. - zostaw mnie i uciekaj. - W jej oczach mogłem zobaczyć strach. Nie mogłem zostawić wadery samej w takim stanie. Poza tym nie wiedziałem jeszcze, co się jej stało.
- Nic nie mów, jesteś w okropnym stanie. Powiedziałem do niej, wciąż patrząc w jej głębokie oczy.
Wtedy usłyszałem obok dwie osoby. Wyłoniła się z cienia drzew dwójka … ludzi. Spojrzałem na ich śmiejące się twarze.
- Zobacz, kolejny wilczur przyszedł. Będziemy mieli podwójną stawkę, jak przyniesiemy szefowi dwa, prawda? - Widać było dokładnie szyderczy uśmiech na twarzy jednego z tych … potworów.
Zaczęło się we mnie gotować. Czułem, jak krew wrze w moich żyłach. Powietrze wokół nas zaczęło robić się coraz chłodniejsze, a moje oczy przyjęły barwę krwistych rubinów. Nie mogłem zapanować nad moimi mocami ze względu na emocje. Liście na pobliskich drzewach zaczęły kruszyć się z zimna. Przez krótką chwilę zamiast huczenia sów i odgłosów piszczenia w trawie słychać było tylko potworne krzyki ludzi. Po chwili nastała cisza. Usłyszeć można było teraz tylko odgłosy kropli krwi spadające z ich ciał nabytich na lodowe kolce na ziemię. Gdy uspokoiłem się, moje oczy wraz z temperaturą wokół nas wróciły do normy. Spojrzałem znów na waderę. Chciałem ją pocieszyć uśmiechem. W jej oczach nadal widać było strach. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, jej powieki się zamknęły, a ona sama zasnęła. Było widać, że dużo przeszła.
Wziąłem ją na plecy i zacząłem powolnym krokiem wracać do obozu. Jeszcze raz odwróciłem się, by spojrzeć na dwóch zwisających ludzi. Nie chciałem, żeby tak się skończyło. Nie chciałem być jak tamci mordercy. Jednak to wszystko zrobiłem dla dobra naszego klanu … - Spoglądnąłem na słodko śpiącą waderę na moich plecach. - … i jej. - Z jej lekkiego uśmiechu na twarzy mogłem wywnioskować, że moje futro jest jednak przydatne.
Gdy wróciłem wraz z jeszcze nieznajomą mi szarą pięknością, od razu zaniosłem ją do medyków. Oni zanieśli ją do łóżka i podali leki. Ja usiadłem obok niej i … zasnąłem. Zmęczyły mnie emocje i zbyt duże zużycie mocy. Nie zdążyłem nawet znaleźć sobie wygodnego miejsca do spania. Po prostu zasnąłem obok niej.


Nawet fajnie wyszło ;3 Pod koniec zabrakło mi jednak pomysłów, wybacz



----
+516 PD
~Maggie

Od Margo (do Finna) "Krzaki, śledztwa i brak normalności"

  Widząc niektórych, zastanawiam się czy to z nimi jest problem, czy ze mną. Może nadpobudliwość i dziwne, niemal obłąkańcze zachowanie jest na porządku dziennym i to mój charakter odbiega od normy. Nie, to raczej nie działa w tę stronę. Cóż, doskonale wiedziałam o tym, że do normalności mi daleko, ale porównując się do pewnego osobnika mogłam śmiało stwierdzić, że jestem zupełnie zwyczajna.
  Od jakiegoś czasu obserwowałam Finna. Byłam niczym cichy ninja, który wybrał swoją ofiarę i nie odstępował jej na krok. Wszystko zapoczątkowała rozmowa dwóch wader, której byłam świadkiem. Podśmiewały się z niego i jednogłośnie stwierdziły, że dziwniejszego osobnika nigdy nie widziały. Nie ma co ukrywać, zainteresowało mnie to i postanowiłam, że sama przekonam się o rzekomej dziwaczności Finna. Pewnie dlatego, że sama uchodziłam w pewnym stopniu za dziwną, a kto mógłby być aż tak nienormalny, aby stać się gorącym tematem dla innych?
  Już na samym początku mojego małego śledztwa przekonałam się, że mówiły prawdę. Finn bardzo wyróżniał się spośród Łowców. Prowadził dialogi z roślinami, prawdopodobnie miał ADHD, a jego błędny wzrok był niemal przerażający.
  Nie byłby przerażąjacy, gdyby go nie było. Finn bez oczu prezentował się całkiem zabawnie. Z ciemnych, pustych, zalanych krwią oczodołów wyzierał strach.
  Jako medyk z umysłem przesiąkniętym wszelakimi chorobami i sposobami leczenia, zastanawiałam się, czy jego zachowanie nie jest właśnie skutkiem jakiegoś szczególnie osobliwego schorzenia, o którym medycyna nie miała zielonego pojęcia. Może to właśnie przełomowy moment w historii leczenia?
  Zastanawiałam się, co podkusiło mnie do tego, aby całkowicie przypadkowo wciąż być w tych samych miejscach, co moja ofiara, obserwować ją i analizować jej zachowania. To zupełnie do mnie nie pasowało, toteż stwierdziłam, że śledztwo trzeba zakończyć. I tak już dostałam to, co chciałam. Spokojnie wrócę do mojej jamy i przestanę mieszać się w życie innych, tak jak było dotychczas. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to dopiero początek ingerowania w życie kogoś innego.
  Jak zachowują się profesjonalni stalkerzy? Nie przyciągają uwagi, poruszają się cicho i niepostrzeżenie. A jak zachowuję się ja, bardzo nieprofesjonalny obserwator? Zupełne przeciwieństwo, dlatego też przykułam uwagę Finna, kiedy próbowałam wydostać się z krzaków, w których siedziałam, i pozostać niezauważona. Uśmiechnął się do mnie i zaczął iść w moją stronę. Nawet lodowate spojrzenie go nie zatrzymało. Czułam się całkiem zbita z tropu. Zazwyczaj moja postawa odstraszała potencjalnych kompanów do rozmowy.
  Zabijałabym go powoli, ciekawe, czy wtedy też byłby taki uśmiechnięty. Albo nie, nie zabiłabym go. Może zjadła żywcem? Jeszcze nigdy nie jadłam mięsa wilka. A później...
  – Cześć.
 Podskoczyłam, całkowicie wytrącona z moich myśli. Czarny wilk stał przede mną i lustrował mnie wzrokiem. Może udam, że go nie usłyszałam? Odwróciłam się i zaczęłam iść w swoją stronę. Przez chwilę już myślałam, że zagrożenie minęło. Do momentu, kiedy poczułam mocne pacnięcie w łapę.
  – Cześć – powtórzył.
  Przewróciłam oczami, znowu przyjmując chłodny wyraz pyska. Byłam już mocno zirytowana tym wszystkim i miałam nadzieję, że szybko uda mi się zrazić go do siebie. Nie odpowiedziałam mu. Wyobraźnia całkiem zaczęła mieszać mi w głowie, bo zamiast oczu Finna, widziałam te ciemne, zakrwawione dziury.
    – Ty niewydarzony krzaku – powiedział takim tonem, jakby poczuł się urażony moją obojętnością.
  – Co? – mruknęłam, słysząc niecodzienne określenie.
  Nie, to niemożliwe, żeby on był normalny.



Finn?

----
+318 PD
~Maggie