niedziela, 6 stycznia 2019

Od Antoniego (do Venus) "Zagubiona"

*Godzina piąta rano*

Czarnowłosy siedział przy swoim ulubionym stoliku w kącie baru ze swoim nowym zleceniodawcą. Tym razem nie chodziło o zabójstwo, tylko o kradzież. Brat zleceniodawcy miał mieć dziś sprawę w sądzie. Sędzia będzie szedł do sądu między godziną 6:00, a 6:45. W torbie powinien mieć teczkę z dowodami obciążającymi oskarżonego. Zadaniem czarnowłosego było wykradnięcie owej teczki podczas drogi do sądu i następne przyniesienie jej do zleceniodawcy przed 14:00. Antoni wziął zaliczkę i powoli wyszedł z baru. Usiadł na ławce z gazetą w mniej więcej połowie drogi i zaczął czekać. Po zaledwie godzinie na ulice miasta zaczęły wychodzić tłumy ludzi, co stanowiło mały problem w wykonaniu zadania. Shadow przez to będzie musiał wykonać zadanie bardziej skrycie niż planował. Po kilku kolejnych minutach oczekiwany sędzia pojawił się na widoku. Czarnowłosy powoli wstał z ławki i trzymając gazetę, powoli udał się w jego kierunku. Przeszedł obok niego i szybkim ruchem ręki delikatnie wyciągnął teczkę z jego torby i szybko schował pod płaszcz, by ten tego nie zauważył, po czym się oddalił. Z każdym metrem przyspieszał coraz bardziej, aż do marszobiegu, żeby podejrzenia nie poszły w jego stronę, gdyby sędzia-debil skapnął się, że nie ma papierów. Mężczyzna trochę zwolnił dwie ulice dalej przy rynku. Jeszcze było dużo czasu, więc postanowił dokupić kilka rzeczy na kolejne zlecenie, na które miał umówić się za tydzień. Gdy przechodził przez zakręt obok ratusza, wpadła na niego jakaś rozpędzona blond-włosa dziewczyna. Przewróciła się, a ten pod wpływem wstrząsu wypuścił teczkę spod płaszcza. Dziewczyna patrzyła w jego stronę lekko przestraszona, a ten wyciągnął rękę w jej stronę i pomógł jej wstać.
- Mogłabyś następnym razem patrzeć, gdzie idziesz?

Venus?
~Yay, udało się coś napisać ^^ 
Spokojnie, jeszcze się rozkręce.

----
137 PD
Owca

Podsumowanie eventu świątecznego

Hej hej, wprawdzie event skończył się w tamtym roku, ale z tego powodu, iż trzeba było wykonać ładne dyplomy dla uczestników podsumowanie pojawia się dopiero dzisiaj. Może w takim razie od razu przejdźmy do rzeczy.

Na sam początek dziękujemy wszystkim osobom za udział - otrzymają one obiecane P oraz dyplomy, które zostaną wywieszone w "Kąciku Osiągnięć". Niestety, biorących udział nie było za wielu, aczkolwiek cieszymy się, że zainteresowały się eventem nawet osoby spoza bloga.
Tu drobna uwaga - zmieniłyśmy punktację za Finna do 25 P z powodu tego, iż postanowiłyśmy go ukryć i zaszyfrować zagadkami, które miały dość wysoki pozom trudności (*patrzy na Owieczkę*).


sobota, 5 stycznia 2019

Od Venus (do Adrianny) "Odsuń się daleko" cz.2

  Bar, przychodzi się tu, żeby się nachlać, zyskać odwagę czy raczej podnieść poziom swojego debilizmu lub tak jak ja po prostu posiedzieć i pooglądać otaczające społeczeństwo. Ale mam wrażenie, że patrzę od tej gorszej strony. Rozglądałam się po przebywających w lokalu osobach. Niby nic szczególnego. Barman zmęczony życiem i znudzony przecierając kufle wysłuchiwał kolejnej fascynującej, ale widocznie nie dla niego, historii. Parka liżąca się gdzieś z boku. Nawaleni faceci pod stołem, na stole, obok stołu. W skrócie: dużo ludzi. Duchota panująca w pomieszczeniu byłaby nie do zniesienia, ale leciutko chłodnawy miodek wszystko balansował. Miejsce pod ścianą prawie perfekcyjne, tylko trochę daleko do wyjścia. Z doświadczenia, opowieści innych czy też nadgodzinowej pracy mojej wyobraźni, bo standardowo wtedy, kiedy jest potrzebna, to się nie odzywa. Zerknęłam w kufel lekko kręcąc jego zawartością. Mało. Niby alkohole czy inne tego typu pierdoły do mnie nie pasują, ale jedno trzeba przyznać - smaczne. Po pomieszczeniu roznosi się dźwięk otwieranych co chwila skrzypiących drzwi, a raczej dźwięk musi się przebić przez panujący w barze gwar. Chwile potem pomiędzy klientami przeciskała się czarnowłosa, wysoka dziewczyna. Nic nie zamówiła. Przedarła się miedzy tłumem do stolika w rogu niedaleko miejsca, w którym stałam. Była sama, usiadła wciskając się w ścianę jakby była ona jej jedynym, niezastąpionym przyjacielem. Jej wyraz twarzy wskazywał na to, że życia niczym księżniczka z bajki to ona nie posiada. Postanowiłam podejść, może pogadać. Zawahałam się przez chwile, ale lekko przybrałam odwagi przez działanie alkoholu w mojej krwi. Przysiadłam się do niej, odstawiłam swój kufel na drewno. Odgarnęłam przeszkadzające kosmyki moich jak zwykle irytujących włosów i już chciałam coś powiedzieć, ale mój niefart i niezdarność znów postanowiły się ujawnić. Strąciłam kufel. Jego złocista zawartość wydostała się poza naczynie i wylądowała na sukience nieszczęsnej nieznajomej. Dziewczyna gwałtownie wstała.
  - P-przepraszam! - była widocznie zdenerwowana. - Wybacz, wybacz - ciągle powtarzałam. W końcu otrząsnęłam się z lekkiej paniki w którą wpadłam i już opanowania ogarnęłam plan naprawy swojego błędu. Wyjęłam zapałki odpaliłam jedną. - Nie ruszaj się teraz.
  - Co, czemu? Co ty chcesz zrobić?! - pytała zdenerwowana i lekko podniosła głos.
  - Po prostu się nie ruszaj, osuszę ją. - wskazałam na mokrą plamę na sukience. Zebrałam płomień z drewienka i przeniosłam jego cienką warstewkę na wilgny materiał. Ten powoli przestawał być mokry, a w okół zaczął roznosić się przesłodzony zapach z palonego miodu. Czułam na sobie zdziwione ale i pomieszane ze zdenerwowaniem spojrzenie dziewczyny. Gdy skończyłam suszyć materiał przeszłam wzrokiem na twarz dziewczyny. Na moich policzkach pojawiły się zaczerwienienia spowodowane zażenowaniem.
  - Moje pierwsze wrażenie nie wyszło najlepiej... - odezwałam się cicho i z lekko opuszczonym wzrokiem. - Więc może zacznę jeszcze raz jestem Venus. Przepraszam cie jeszcze raz.

Adrianna?
---
216 PD
~Mimma

Od Venus (do Karo) "Patrząc w gwiazdy" cz.4

  Zaczęłam reanimację. Odchyliłam głowę Yakuzy, by udrożnić jego drogi oddechowe, dodatkowo w międzyczasie przyśpieszałam regeneracje prawdopodobnej przyczyny niefortunnego stanu mężczyzny. Po niecałej minucie Karo odzyskał oddech, jego organizm pracował już w całkowicie poprawny sposób. Czarnowłosy odzyskał przytomność. Nadal leżąc na ziemi brał głębokie oddechy. Po chwili podniósł się do siadu i z przytłumieniem próbował rozgarnąć się w sytuacji. Trudno mu się dziwić, jego serce na chwilę stanęło, a do tego zaczął się dusić. Ciężko przy tym zachować jasność umysłu. Nadal łapiąc głębokie oddechy, Karo powoli się uspokajał. Rozgoniłam gapiów krótkim "Wszystko już w porządku". Zdobyłam szklankę z wodą i wróciłam do mężczyzny. Przykucnęłam do siedzącego wciąż na ziemi Karo i podałam mu przedmiot z bezbarwną cieczą.
  - Jak się czujesz? - zadałam pytanie z troską w głosie.
  - Łeb mnie boli. A tak to dobrze. - odburknął.
  - Pokaż. - Przeszłam za niego i odgarnęłam włosy. Po analizie stwierdziłam, że to nie jest nic poważnego mimo, że upadek wydawał się być opłakany w skutkach. Przyłożyłam dłonie do czarnych włosów. Rana utworzona przez upadek powoli zaczęła się sklepiać. Następnie jako pamiątka po bolesnym na pewno spotkaniu z podłogą został tylko strup. 
  - Coś jeszcze?
  - Nie.
  - To dobrze. Uważaj na siebie nie zawsze będę obok - powiedziałam z głupim wyszczerzem na twarzy. Pomogłam mu wstać.
  - To co? Dług spłacony mogę spadać. No to pa niezdaro
  - Kto to mówi... - syknął.
  - Ja się przynajmniej nie zabijam. - pomachałam mu jeszcze na pożegnanie, po czym wyszłam z baru. Nocne niebo przyozdabiały połyskujące gwiazdy. Z westchnięciem powróciłam do wcześniej przerwanej wędrówki. Patrząc w gwiazdy poznawałam nową okolice. Ciekawe czy jeszcze kiedyś się spotkamy?

Wątek zakończony.
---
129 PD
~Mimma

Od Sfory (do Karo) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz. 6

Skulił się mocniej pod ścianą, gdy wstrząsnęła nim fala obrzydzenia. Podciągnął kolana pod brodę, a dłońmi zasłonił oczy, aby nie widzieć krwi rozlewającej się strumieniem po drewnianym podłożu. Stale słyszał jednak obrzydliwe charczenie mordowanych mężczyzn poprzeplatane z krzykami rozpaczy, gdy ból rozdzierał ich ciała na kawałki. Niedaleko upadło truchło, chwilę potem rozbrzmiał przyprawiający o mdłości chrzęst łamanych kości. Ktoś wrzasnął przeraźliwie, aż Sforze zadzwoniło w uszach. Błagał, aby to był jedynie zły sen.
Powóz zatrzymał się z silnym szarpnięciem, mocniej wgniatając Sforę w deski. Z zewnątrz docierały krzyki woźniczych, którzy wydawali sobie szybkie polecenia. Kazali chwytać za kusze, bełty, uważać na jeńców i nie dać się zabić. Coś szczęknęło, coś stuknęło, coś zabrzęczało. Kłódka opadła.
Zacisnął mocniej powieki, próbując powstrzymać się od płaczu. Oparł czoło o zimną ścianę i walczył z potwornymi dreszczami. Nie był już dzieckiem. To wstyd płakać – nawet po cichu; ukrywając się w kącie przed oczami ludzi. Płakali jedynie słabi, a słabych zawsze zjadali silniejsi, więc jeśli chciał przeżyć, musiał ukryć głęboko w sobie wszystkie słabości i zachowywać się jak prawdziwy mężczyzna. Otworzył jedno oko, lecz na widok czyjejś gałki ocznej tuż u stóp, pisnął jak dziewczynka. Mocniej przycisnął plecy do ściany. Wręcz modlił się, aby drewno pochłonęło go w całości i nie pozwoliło oddychać. Skomlał żałośnie. Wydarte z gardła dźwięki ginęły w pobojowisku agonii.
Usłyszał głośne skrzypnięcie zawiasów podczas otwierania drewnianych skrzydeł do powozu. Potem zabrzmiał brzęk metalu i chrzęst naciąganych cięciw w kuszach. Parę strzał śmignęło z głośnym świstem i groty wbiły się w ścianę, obok której Sfora zwijał się w kłębek. Zawył przestraszony, nerwowo drapał połamanymi paznokciami w drewno pod nim. Zaciskał mocno oczy, aby nie widzieć, kiedy i jego przeszyje śmierć, a ból rozpromieni się w całym ciele.
Kulił się jeszcze długo po tym, jak w powozie zapanowała cisza i słychać było tylko gwizd wiatru szalejącego pomiędzy szczelinami drewnianego wozu. W nozdrza wciąż kuł go paskudny swąd ludzkich wnętrzności oraz wymiocin, lecz nie swoich. Tym razem udało mu się utrzymać żołądek na wodzy.
— Nie maż się. — Usłyszał niski głos Karo stojącego na drugim końcu wozu.
Wzdrygnął się przestraszony, ale szybko skarcił się w myślach za tę słabość i zacisnął wychudłe dłonie w pięści. Uchylił powieki, próbując unikać patrzenia na martwe ciała porozrzucane po całym powozie. Wystarczyła mu sama świadomość, że otaczają go posiekane na plasterki trupy. Prawie natychmiast złapał przenikliwe spojrzenie Karo. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, a umysł objął paraliżujący strach, lecz usilnie starał się przybrać równie poważną minę, co on. Zapewne Sfora nie wyglądał nawet w połowie tak groźnie, chociaż żywił dziecinną nadzieję, że przynajmniej można go potraktować poważnie.
— Tak lepiej — powiedział wreszcie Karo po długiej chwili milczenia. Sfora odniósł wrażenie, że ciśnienie w powozie raptownie opadło i wszystko stało się trochę lżejsze do zniesienia, nawet panująca dookoła śmierć.
Podparł się o jedną ze ścian i z trudem stanął na chwiejnych nogach. Kręciło mu się w głowie od szoku, jednak zmusił mięśnie do ruchu. Zaczął zastanawiać się, w jaki sposób ominie porozrzucane dookoła kończyny, jednak mężczyzna nagłym gestem ręki kazał mu się zatrzymać i sam podszedł bliżej.
— Najpierw trzeba zdjąć te łańcuchy, młody — rzekł, podrzucając w dłoni klucz zabrany głównemu celnikowi, a w jego głosie zabrzmiała wyraźna kpina, która oburzyła Sforę do tego stopnia, że zawarczał gardłowo z irytacji. — Mogę cię tu zostawić, jeśli sobie życzysz — mruknął gniewnie.
Dla własnego dobra Sfora zdecydował się zamilknąć, lecz wzrok odwrócił jak obrażona trzpiotka i fuknął cicho pod nosem. Po chwili usłyszał tylko głośne westchnięcie, a wraz z nim nadszedł cudowny szczęk puszczanych kajdan. Ogromna ulga wstąpiła mu na skronie, gdy metal opadł z brzękiem na podłogę, a zaczerwieniona skóra wreszcie przestała piec.
— Teraz możemy uciekać — powiedział Karo, ruszając po zwłokach w stronę wyjścia z wozu.
Sfora zawahał się i przełknął narosłą w gardle gulę. Pot wstąpił mu na kark, gdy niepewnym krokiem podążył przed siebie, uważając, aby nie nadepnąć na części ciała. Dłonią zasłaniał usta, a wzrok skupił na rozplątanych sznurówkach w za dużych butach. Żołądek w najlepsze tańcował kankana i Sfora nie sądził, aby wytrzymał dłużej w tym pogorzelisku.
Ledwo przytomny dotarł do wyjścia i zeskoczył na chwiejnych nogach w piach. Może ze szczęścia, może z nadmiaru wrażeń zakołowało mu się w głowie, zarył kolanami w ziemię, straciwszy równowagę. Mimo to od razu poczuł się lepiej. Świeże powietrze wpadło z impetem w szczypiące od smrodu oczy. Oddech złapał pełną piersią. Pierwszy raz w życiu dziękował za jesienny chłód i wiatr pachnący żywicą, przez które jeszcze parę dni temu szczękał zębami i kulił się po kątach.
Znajdowali się w środku gęstego lasu iglastego. Sfora go nie znał, ale podejrzewał, że nie mogli odjechać za daleko od miasta. Czas, jaki upłynął, odkąd zostawili za sobą głośny zamęt i wielki hałas przeludnionych uliczek, wynosił nie więcej niż półtora godziny. Powrót na pieszo zajmie dłużej, ale Sfora nie miał zamiaru narzekać, pragnął jak najszybciej wrócić do swoich psów, choć wciąż czuł się osłabiony przez uprzednie wydarzenia.
Z trudem podniósł się z piachu i uczynił krok w przód pełen determinacji. Szczęście wypełniło przekrwione oczy i językiem smakował słone powietrze.
Nagle ktoś rozwiał nadzieję Sfory. Złapał za kołnierz kurtki, po czym poderwał z ziemi.
— Lady Madeline dobrze zrobiła, że posłała mnie razem z tymi idiotami. W obecnych czasach większość najemników nie potrafi nawet zasznurować sobie buta. — Tuż obok ucha usłyszał chrapliwy, nosowy głos nieco przypominający rechot ropuchy. Sfora zaskomlał, próbując wyszarpnąć się z uścisku wysokiego, patykowatego mężczyzny. — Nie wspominając o upilnowaniu byle dzieciaka i byle przestępcy — dodał po chwili z wyraźną pogardą w spojrzeniu. Patrzył na umorusaną twarz Sfory, który nieudolnie kłapał szczękami jak wściekły pies. Wyglądał bardziej komicznie niż groźnie. — Obrzydlistwo — skwitował krótko, po czym rzucił chłopca prosto w kałużę błota z boku drogi. Pełnym lekceważenia gestem poprawił równo ścięte kosmyki blond włosów i elegancki, skórzany kaftan, po czym sięgnął do kieszeni po dwa wielkie sztylety. Spojrzał wyzywająco na Karo. — Ty również nie wyglądasz na kogoś wartego uwagi, ale skoro lady Madeline życzy sobie waszej obecności w laboratorium, jestem skłonny zadbać o bezpieczny transport towaru.
Mężczyzna odepchnął się butem od ziemi, wystrzeliwując do przodu jak hart na polowaniu. Szerokie plecy napięły na skórę ubrania i żyły wstąpiły na chudą szyję. Dźwięczny syk ostrzy zabrzmiał, gdy broń starła się z bronią. Karo sprawnie zablokował szarżę i odepchnął mężczyznę do tyłu, po czym zaatakował cięciem prowadzonym od biodra wzdłuż piersi. Drasnął jedynie kombinezon. Mężczyzna odskoczył do tyłu, nim Karo zdążył pchnąć całe ostrze. Zgrabnie przewinął się pod nim i sztyletem ciął bok.
Sfora przełknął ślinę, podnosząc się z błota.
Mężczyzna odsunął się na bok, ukradkiem dłonią sięgnął do kieszeni po małe noże do rzucania. Zamachnął się nimi, celując prosto w Karo, lecz on uniknął ataku, a ostrza wbiły się w ziemię za nim. Ruszył na mężczyznę, a Sforze przerażenie stanęło w piersi, gdy dostrzegł, jak noże do rzucania unoszą się nad ziemię i zaczynają wirować niczym śmiertelny deszcz ze stali.
Krew w żyłach chłopca szumiała mocno, zagłuszając wszystko dookoła. Serce tłukło o żebra w niewyobrażalnie szybkim rytmie, natomiast oddech zdawał się nie nadążać w jego szaleńczym tańcu. Czuł, że drży, pot zaś wstępuje na rozgorączkowane skronie i wpada w rzęsy sklejone od błota oraz płaczu.
Dopiero co uciekł z wozu przeklętego rzeką krwi. Dopiero co udało mu się zrzucić metalowe kajdany i nabrać świeżego powietrza w płuca. Nie wróci tam. Nie wróci! Nie da sobą pomiatać jak głupim szczenięciem! Nie da się znowu zakuć w żelazo i służyć jak niewolnik! Nie da się! Nikt go nie pogoni miotłą! Nie pozwoli sobą wycierać żwiru ani murów! Nie utraci więcej krwi na rzecz uciechy ludzi nieskorych do litości!
Nie pomyślał o Karo, gdy rzucał się w szaleńczą ucieczkę w głąb lasu, uprzednio chwytając w kruchą dłoń kuszę i kilka bełtów porozrzucanych dookoła niej. Nie było mu szkoda człowieka, który dwa razy ocalił mu życie i nie czuł wyrzutów sumienia, gdy zostawiał go samego. Chociaż Sfora miał na karku lat tyle, co kot napłakał, mógł już mówić z doświadczeniem starego człowieka, jaka nieopłacalna wartość skrywała się pod altruizmem.

Koniec wątku, zgodnie z życzeniem. ;)

----
659 PD + 5 P
Owca

Od Sfory (do Bastiana) "I na co to wszystko?"

Otworzył szeroko oczy na widok srebrnej figurki wilka z pięknie lśniącymi rubinami w zagłębieniach na oczodoły. Dumnie wypięta pierś i naprężone do granic możliwości łapy wykonano z tak niesamowitą starannością, że wydawały się wręcz prawdziwe, a śliczne refleksy słońca tańczyły po gładkiej powierzchni masywnego grzbietu i żłobieniach imitujących futro na ogonie. Figurka stała wyeksponowana na jednej ze skrzynek tuż za plecami sprzedawcy. Dookoła niej rozłożono kolorowe, haftowane chusty i kilka innych, bardziej tandetnych ozdóbek z drewna albo brązu.
Sfora, oczarowany małym cudeńkiem, nie zauważył, że otworzył z zachwytu buzię. Dopiero silne szturchnięcie i krótkie przekleństwo kogoś, komu wszedł pod nogi, boleśnie sprowadziło go na ziemię. Sfora szybko zszedł ze środka uliczki i powrócił do swoich fantazji o pełnym brzuchu po sprzedaniu figurki jakiemuś amatorowi sztuki.
Ukradkiem spojrzał na sprzedawcę zajętego rozmową ze starszymi kobietami. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną z parą w łapie, więc Sfora mógł obawiać się nie tyle przyłapania, ile połamanych kości. Przełknął głośno ślinę.
Dzisiaj już mu się oberwało od dwa razy. Najpierw od tęgiego gołowąsa, którego matkę obrobił z kiczowatego drzeworytu za kilka miedziaków. Na szczęście zdążył tylko kopnąć go między łopatki, zanim Sfora zebrał się z ziemi, sypnął podrostkowi piachem w oczy i zniknął w tłumie przekupek. A za drugim razem pogonił go zrzędliwy staruch przy straganie z biżuterią za skromny naszyjnik z bursztynami, jednak wtedy udało mu się wyjść bez szwanku. Tylko dłoń zrobiła się czerwona od pasa.
Sfora zaczął trochę żałować, że pozwolił dumie wziąć górę i zgodził się na głupi konkurs złodziejskiego fachu. Jakby byle wygrana w zabawie o to, kto ukradnie więcej gniotów, miała coś zmienić w jego życiu. Skoro jednak się zobowiązał, wypadało dotrwać do końca. Chociażby dla satysfakcji z głupich min reszty, kiedy zaskoczy ich wszystkich umiejętnościami nabywanymi, odkąd tylko stał się bezdomny. Dzieciak z ulicy nie musiał być gorszy od dzieciaka z domu i wciąż czuł się wielce urażony, że rówieśnicy bezczelnie go wyzywali.
Zacisnął chude dłonie w pięści i nabrał powietrze w płuca dla dodania sobie otuchy. Kątem oka zerkną na sprzedawcę, aby upewnić się, że wciąż prowadzi rozmowę z klientami, po czym bezszelestnie prześlizgnął się za stragan. Przykucnął, rozglądając się nerwowo dookoła. Jakiś starszy mężczyzna oglądał malowane chochle, obok kłóciły się dwie kobiety, a po drugiej stronie uliczki płakała mała dziewczynka. Nikt nie zwrócił uwagi na Sforę. Nieco zachęcony po pierwszym powodzeniu, sięgnął po figurkę, a kiedy jego palce zetknęły się z chłodną powierzchnią, pierś napełniła się parszywą dumą oraz dziecięcą radością.
Obrócił się na pięcie, lecz zrobił to tak szybko i nieostrożnie, że nie zauważył stojącej z boku kobiety i wpadł na nią. Zaskoczona krzyknęła krótko, cofając się o krok do tyłu. Nieszczęśliwie zahaczyła czerwonym trzewikiem o leżącą na ziemi belę drewna i z impetem wpadła prosto w piach. Odruchowo złapała się obrusu na kramie obok, a razem z nią poleciał gliniany dzban. Przerażony Sfora stał jak słup soli pośrodku chaosu i wpatrywał się głupio w kobietę. Minęła chwila, zanim zorientował się, że wszystkie oczy są zwrócone w jego stronę. Również oczy kramarza.
— Ty pieprzony sukinsynie! — zawołał niskim, ochrypłym głosem i szybciej niż Sfora mógł się tego spodziewać, wybiegł zza swojego stoiska. W ostatniej chwili udało mu się zacisnąć dłoń na nadgarstku chłopca, który szczekał niemożliwie. Prawie udało mu się wskoczyć między ludzi. Tak niewiele brakło. — Kraść się zachciało, co? Złodziejom takim, jak ty obcina się łapy. Dostaniesz za swoje, głupi bachorze. — Siłą wyrwał Sforze wilczą figurkę i odstawił ją na stoisko. Na chwilę odwrócił się, żeby zawołać do niejakiego Gilberta, aby go zastąpił.
W tym czasie Sfora próbował wykorzystać chwilową nieuwagę kramarza. Gryzł, kopał, bił i warczał. Wciąż jednak nie mógł się wyrwać. Był zbyt słaby w stosunku do dobrej setki żywej wagi.
— Przestań się szarpać, farfoclu, bo pożałujesz — warknął wściekle mężczyzna, po czym pociągnął chłopca w stronę najbliższej komendy strażniczej.
Wydało się, że nie tylko on miał koszmarne nieszczęście. Na miejscu znajdowało się jeszcze kilka innych dzieciaków, z którymi założył się rano o to, kto jest najlepszy w złodziejskim fachu.
I na co mu to wszystko było?

Bastian?

----
332 PD
Owca

środa, 2 stycznia 2019

Od Stephana (do Luciena) "Pod Wyuzdaną Służebnicą" cz.2

  Cyprian Clarives siedział za sfatygowanym biurkiem z twarzą zwróconą do ściany. Zdobiący ją obraz autorstwa Stephana pokryty był warstwą kurzu, spod której nachalnie wyzierała kompozycja złożona z dynamicznych, diagonalnych linii i barwnych plam o organicznej, niemal enigmatycznej formie.
  – Co robisz? – rzucił nagle w powietrze.
  Stephan świadomie zignorował ostrzeżenie słyszalne w głosie ślepca.
  – Sprzątam – odpowiedział, z czułością przecierając pokryte werniksem płótno i prostą, drewnianą ramę. - Mógłbyś czasem sam coś wokół siebie zrobić.
  Cyprian jak zawsze zareagował na to złośliwym śmiechem.
  – Przecież wiem, że i tak wytrzesz ten swój cholerny bohomaz, a przy okazji całą resztę.
  Tym razem zwrócił uwagę na ton głosu ślepca, ale zareagował raczej gniewem niż troską. Od mężczyzny czuć było spirytusem. Cyprian nie robił już nic poza piciem.
  – Ciągle tylko chlejesz.
  – A ty ciągle dajesz dupy. I jeszcze komuś za to płacisz. – Powstrzymał się przed splunięciem na starą, drewnianą podłogę, która skrzypiała wściekle przy każdym kroku. – Gorzej prosperującej dziwki świat nie widział. Wstyd mi za ciebie.
  Stephan zgrzytnął zębami, ale kontynuował czynność. Cyprian od zawsze gardził luksusami. W końcu był skrytobójcą, a nie jakąś „anagogiczną kurwą” jak zwykł nazywać swego przyszywanego syna. Pieniądze, których w czasach swej świetności zarabiał wcale nie mało, wydawał większości na broń. Stephan zaś, po niezliczonych niewygodach, jakie musiał znosić w czasach wczesnej młodości... Życie degenerata było ciężkie. Myśl, że nareszcie posiada różne rzeczy, nawet jeśli nie sprawiały mu już większej radości, przynosiła ulgę, jakby była balsamem na niewidoczne rany. Czasami, gdy przebiegał dłońmi po miękkich tkaninach albo przerzucał pierścienie w poszukiwaniu tych, które mógłby założyć, ogarniał go dojmujący smutek. Przypominał sobie, jak ojciec przeklinał tych, którzy robili zabawki dla swoich synów.
  – Cham – wymamrotał pod nosem jak syn, który boi się gniewu rodzica.
  – Straciłem wzrok, a nie słuch.
  Fakt, poza piciem Cyprian podsłuchiwał jeszcze wszystkie możliwe rozmowy, a często nawet płacił swoim dawnym informatorom, oczywiście za pieniądze, które dawał mu Stephan. Stracił wzrok, ale nie dawne przyzwyczajenia.
  – Niedługo będę musiał wyjechać na jakiś czas – rzucił wreszcie. Z trudem przeszło mu to przez gardło.
  – A ja? – zapytał po chwili milczenia Cyprian. – Co będzie ze mną?
  Stephanowi zjeżyły się włosy na głowie. Pijacy zawsze wypowiadali słowo „ja” w taki dziwny sposób. Spojrzał na ślepca, powtarzając sobie, że ten człowiek jest jego przyjacielem... jego jedynym przyjacielem.
  I ojcem bądź co bądź.
  – A co ma być? – zapytał. – Zostawię ci pieniądze, poproszę tego chłopca, Fyna, by do ciebie zaglądał. Lubi cię. Moje pieniądze też lubi. Drogę do „Wyuzdanej Służebnicy” znasz na pamięć. Mogę też poprosić Telyn, by cię odwiedzała.
  – Nie chcę dziwek.
  Stephan rozsunął ciężkie, stare kotary w brunatnym kolorze, otworzył okna, z których odłaziła biała farba, by wpuścić do zatęchłego pomieszczenia nieco świeżego, chłodnego powietrza.
  Oboje usiedli na niskich zydlach, przy zniszczonym niskim stole. Zza okna, z dołu, dobiegały odgłosy ulicy. Cyprian otulił się wełnianym kocem, Stephan zaś wolał drżeć w chłodnym, zimowym powiewie. Podsunął przyszywanemu ojcu kawałek chleba i pieczony kaczy udziec, które kupił na pobliskim targu. Do ciężkiego, cynowego kubka nalał wody.
  W milczeniu obserwował, jak ślepiec spożywa posiłek. W takich sytuacjach albo dzielił z nim smutek, albo dyskretnie wycofywał się ze starego mieszkania i pozwalał mu cierpieć w samotności. Po śmierci Lyanny Clarives Stephan czuł się w tym miejscu jak natręt. Już nawet nie próbował rozśmieszać ojca – nie potrafił już cieszyć się prawdziwie. Zaś po utracie wzroku smutek Cypriana spadł w przepaść żalu i pijaństwa.
  Starzec pociągnął łyk z kubka, po czym uderzył nim o blat.
  – Pieprzyć wodę. Piwa.
  – Powstrzymałbyś się chociaż przy mnie przeklęty moczymordo.
  – Ty przy mnie nie przestajesz zachowywać się jak stara lafirynda. Piwa.
  Z głośnym westchnieniem Stephan usiadł na drewnianym parapecie, który zajęczał cicho.
  – Widzisz, nawet wzdychasz jak stara lafirynda. I wyłaź z tego okna. Za moich czasów w witrynach siadały kurwy w poszukiwaniu klientów. Dajże mi tego piwa.
  – Nie kupiłem.
  Gdzieś na pobliskim rynku przeraźliwie głośno wydarł się sprzedawca ryb.
  Cyprian już więcej nie upomniał się o napitek. Zamiast tego jakby nigdy nic zaczął rozmowę o najróżniejszych sprawach: ostatnich plotkach dotyczących ponownego mariażu najbogatszego w okolicy lorda Redtho, o zastępcy Vamara, którego zżerało syphilis i bandzie kandydatów na jego stołek, o woźnicach klnących tak, że nawet żołnierz by się zarumienił. I jędrnych, miękkich w dotyku, pachnących piersiach Telyn.
  Potem po prostu siedzieli razem. Będą dziś siedzieć tak długo, aż znów poczują się ze sobą nudno i bezpiecznie.
  Gdy zapadł zmrok, Stephan zebrał swoje rzeczy i ruszył w kierunku drzwi.
  – Wychodzę.
  – Kiedy wrócisz? – spytał Cyprian, wbijając puste, nieruchome oczy w ścianę pokrytą wyblakłą, odklejającą się gdzieniegdzie tapetą.
  – Jak... Nie wiem. Jak wykonam zlecenie.
  Stephan przekręcił klamkę w drzwiach. Przez chwilę stał w progu, wbijając wzrok w oblicze ojca; wydawał się znękany. Zawsze uważał go za człowieka zdecydowanego, silnego, teraz jednak wydał mu się stary i niepewny. Cyprian Clarives wycierpiał wiele, ale najdotkliwsze rany odniósł na duszy. Poczuł nagły przypływ litości.
  – Nie martw się.
  – Idź. I zapłać dług w „Wyuzdanej Służebnicy”.
  Niczym już nie różnił się od ulicznego żebraka. Jednym słowem potrafił budzić gniew, drugim otwierać duszę.

***

  Wyszedł pochylony na sypiący gęsto śnieg, zacisnął zęby, żeby nie szczękały z zimna, bądź z nerwów. Sam nie wiedział. Zimowy zmrok otulił całe miasto granatową aurą, rozświetlany jedynie okazyjnie ciepłem starych latarni. Pomarańczowe łuny rozpraszały dywany śniegu i mokre, błotniste chodniki. Cisza absolutnej nieruchomości. Nawet w „Wyuzdanej Służebnicy”, z której zawsze dochodziły krzyki i dźwięki bijatyk, teraz panował błogi, niepokojący spokój.
  Jak wiele gospód na obrzeżach Pirytu, wielkiej dzielnicy zubożałej kasty społecznej, „Wyuzdana Służebnica” była zbiorowiskiem wszelkiego rodzaju robactwa. Podłoga wyłożona starymi, wyślizganymi od tysięcy buciorów dechami skrzypiała przenikliwie przy każdym kroku, a sufit znajdował się tak nisko, że wysocy mężczyźni musieli pochylać głowy, przechodząc pod mosiężnymi, topornymi żyrandolami, w których paliły się leniwie i smrodliwie łojowe świece. Gospoda była prawie zawsze zatłoczona, pełna podejrzanych, czasem niebezpiecznych typów, lecz dziś świeciła względnymi pustkami, emanowała sennym spokojem. Z mieszanką ulgi i obrzydzenia wsunął do ciepłego, cuchnącego wydalinami ludzkiego ciała i kwaśnym piwem wnętrza, bez zwłoki kierując się do kobiety z pasją czyszczącej stare, wyszczerbione kufle. Stanał przy ladzie, wyrzucając z siebie niewyraźne powitanie.
  – Pan to za Cypriana, ta?
  Stephan skinął tylko głową, rozglądając się nerwowo. Nie chciał, by grupa ludzi kojarząca go z Cyprianem wciąż się rozrastała. Po co w ogóle pytała, skoro przychodził tu co najmniej raz w miesiącu od kilku lat.
  Z niesmakiem zapłacił należny, z resztą całkiem wysoki jak na taką spelunę dług. Właścicielka patrzyła na niego natarczywie, lekko przechylając głowę.
  Odwrócił wzrok, omiatając spojrzeniem zebrane wewnątrz towarzystwo. Banda brudnych, zarzyganych obwiesiów, jakiś wielki drab z poobijaną facjatą tępawego osiłka i rozczochrany blondyn rozkładający karty przy jednym z opustoszałych stołów.
  Ze świstem wciągnął powietrze; coś zatrzepotało w jego piersi.
  Skąd?!
  Mężczyzna grał talią unikatowych kart wykonanych litografią samego Vincenta Axhelma. Wszędzie rozpozna ten dynamizm rysunku, agresywną, na pierwszy rzut oka przypadkową kreskę, ale po głębszej analizie z chaosu wyłaniała się przemyślana pod każdym względem, absolutnie perfekcyjna kompozycja.
  Do kurwy nędzy! Nie gra się dziełem sztuki przy piwie za pięć miedziaków.
  Skrytobójca z wysiłkiem uspokoił oddech, odwrócił się momentalnie do właścicielki i uśmiechnął, najserdeczniej jak potrafił. Doskonale zdawał sobie sprawę, że każde, choćby nawet przeciętne wino jest za drogie, by serwować je bywalcom „Służebnicy” i że prawdopodobnie mają jedynie wstrętnego, rozwodnionego bełta, mimo to postanowił spróbować.
  – Zawsze się raduję – odezwał się z zadziwiającym zdecydowaniem – gdy mogę ponownie oglądać pani czarujący uśmiech.
  Skończony idioto.
  Kobieta posłała mu tylko zmęczone, pogardliwe spojrzenie.
  – Co podać?
  Stephan odchrząknął, wyprostował się.
  – Najlepsze wino, jakie pani ma.
  – To samo co zawsze.
  Westchnął cicho; o ladę brzęknęło złoto. Kobieta spojrzała chciwie na pięć złotych monet z wybitymi na awersie wężami owiniętymi wokół mieczy. Odwróciła się na pięcie i zniknęła za drzwiami. Usłyszał ożywioną dyskusję, która po chwili przerodziła się w kłótnię. Przez moment nasłuchiwał ich stłumionych głosów ginących za barierą drzwi. Kobieta wróciła równie gwałtownie, co zniknęła, trzymając w dłoni butelkę wina. Wciąż wściekła postawiła ją na ladzie, ponownie chwytając za szmatę.
  Schłodzone fernorskie czerwone. Może być.
  – Idealne. Jest pani wspaniała.
  – Coś jeszcze? – zapytała, wyciągając spod lady cynowy kubek.
  – Dwa poproszę.
  Podała jeszcze jeden i wróciła do czyszczenia kufli kawałkiem wysłużonej ściery.
  – Dziękuję – wymamrotał. Kobieta machnęła ręką z niesmakiem.
  Uśmiechnął się do niej, ujął w dłoń wino i cynowe naczynia, po czym skierował się do stołu, przy którym siedział wątpliwy właściciel unikatowej talii. Tasował karty, układał w tylko sobie znane kombinacje. Jego dłonie żyły własnym życiem – poruszały się szybko i zwinnie, bez śladu senności i apatii reszty ciała właściciela. Cokolwiek je napędzało, drzemało w środku i działało z niewymuszoną elegancją wielu lat praktyki.
  – Można się dołączyć? – zapytał.
  Nie czekając na przyzwolenie, usiadł naprzeciwko mężczyzny, nalewając wina. Przez chwilę obserwował go z nieukrywaną fascynacją. Blondyn najwyraźniej z trudem wyrwał się ze swoistego transu, w jakim znajdowali się często ludzie namiętni bądź słabi na umyśle. Po chwili podniósł wzrok i powiódł nim po intruzie. Już znacznie trzeźwiej zebrał karty i odłożył je na bok.
  – Napijesz się ze mną? – zapytał Stephan, z trudem skupiając wzrok na twarzy siedzącego naprzeciwko mężczyzny. Karty niemal syczały gorąco i kusząco.
  Ten spojrzał kątem oka na właścicielkę, po czym z ociąganiem odpowiedział:
  – Nie mam pieniędzy, więc nie, nie napiję się.
  Stephan uśmiechnął się mimo woli, przesuwając po stole kubek z winem.
  – Przychodzisz do karczmy bez pieniędzy?
  – Pracuję tu.
  Skrytobójca spojrzał z powątpiewaniem na jego zmęczoną życiem postawę, na talię kart spoczywających spokojnie na wilgotnym, drewnianym blacie.
  – Pracujesz...
  – Goście byli łaskawi zająć się dziś sobą sami. – Skinął głową w kierunku zaległych pod stołami pijaków, którym towarzyszyły równie pijane, dość obrzydliwe odgłosy, po czym bez większego skrępowania wychylił zawartość podsuniętego mu naczynia.
  Skinął głową, gdy czerwona ciecz ponownie zalśniła w kubku.
  – To co, rozdasz?
  – Co ktoś taki jak ty robi w miejscu takim jak to? – burknął, tasując wprawnie wysłużone karty.
  Stephan przyłożył kubek do warg, dając sobie chwilę na namysł.
  – Tu, w Pirycie, są najlepsze folusznie w mieście. Byłem zamówić kilka płócien. Są znacznie tańsze niż...
  – Jesteś krawcem?
  – Nie, jestem malarzem. Stephan de Vort. – Wyciągnął dłoń, niby przypadkiem obracając ją tak, że światło świec odbiło się kilkoma refleksami w złotych pierścieniach zdobiących jego smukłe palce.
  Przez chwilę, nieco zbyt długo i nieszczególnie grzecznie, blondyn przyglądał się biżuterii i odzieniu Stephana, po czym uścisnął dłoń.
  – Lucien.
  Stephan ujął podane mu karty, ze skrywanym zachwytem podziwiając odbite na nich, dopracowane w każdym detalu grafiki.
  Lucien mrukliwie poinformował, że będą grać w iursę.
  Pracownik śmierdzącej karczmy grający w iursę?
  Podstępny charakter tej gry zawierał się w braku sztywnych zasad. Nie stanowiły niezmiennej podstawy, lecz były kolejnym ruchem wewnątrz gry, kolejną kartą, której należało użyć. A przez to iursa stawała się wiernym odbiciem życia, grą zdumiewająco skomplikowaną i niemal poetyczną w swej subtelności. Inne można było uznać za zmienne układy rąk i kart, ale iursa zawsze dawała początek historiom, a każda z nich miała strukturę świata – namiętny taniec charakterów, wspomnień, umysłów. Niektórzy, mawiano, pochylali się nad kartami jako krętacze, a podnosili głowy jako filozofowie.
  Stephan do nich nie należał i nie raz śmiał się z podobnych historii.
  Zastanawiał się nad ruchem, pocierając prawą brew. Kątem oka spojrzał na Luciena. Mężczyzna z zainteresowaniem podziwiał złote, zdobione geometrycznymi wzorami spinki zdobiące mankiety jego białej koszuli. Uśmiechnął się pod nosem, od niechcenia wykładając jedną z kart.
  Lucien rozbrzmiał złośliwym chichotem.
  – Zrozumiałbym ten ruch – odezwał się, zdecydowanie wyrzucając jedną ze swoich kart – gdybyś był pijany.
  Małe dzieło sztuki wylądowało prosto w mokrej plamie na stole. Stephan z trudem powstrzymał się przed wydaniem z siebie pełnego boleści jęku. Skrzywił się po prostu niezadowolony, ale najwyraźniej towarzysz zupełnie inaczej odczytał jego reakcję.
  – Zrobiłeś się strasznie ponury, gdy tylko zaczęliśmy grać – skwitował rudzielec.
  – Bo to wredna gra.
  – Mówisz tak, bo za bardzo się starasz.
  – Nie, bo przegrywam.
  – Iursy nie można zmusić do posłuszeństwa. Im bardziej chcesz ją nagiąć pod siebie, tym bardziej się opiera.
  Stephan parsknął rozeźlony.
  Cóż za życiowa mądrość.
  Spojrzałna stół i zdał sobie sprawę, że reguły znowu uległy zmianie – tym razem katastrofalnie. Całkowicie na jego niekorzyść. Zaczął szukać możliwości ruchu, ale nie znalazł żadnej.
  Przeciwnik uśmiechnął się tryumfalnie i oparł głowę na dłoniach.
  – Dobry jesteś – wymruczał w końcu Stephan, dolewając wina do obu kubków. Niby bez większego zainteresowania spojrzał na rozrzucone po stole karty. Napił się. – Ładna talia.
  Lucien z powątpiewaniem spojrzał na stare, zdewastowane karty, na zdobiące je poszarpane, zeszmaciałe krawędzie i plamy o nieznanej genezie.
  – Lubię je.
  – Nie chcesz może ich sprzedać? – podjął tonem znudzonego dziecka, pociągając łyk wina. Nie słysząc odpowiedzi, dodał: - Albo wymienić?
  Szare oczy mężczyzny skierowały się na ułamek sekundy na obwieszone złotem palce i mankiety Stephana.
  – Ładne, co? – Zdjął ze smukłego palca prostą, złotą obrączkę, podrzucił ją na otwartej dłoni, jakby ważył jej ciężar.
  Lucien zmarszczył czoło, uniósł podejrzliwie brew.
  – Oferujesz mi złoto, za stare, wyświechtane karty?
  Stephan uśmiechnął się pobłażliwie.
  – Podobają mi się. A lubię mieć w posiadaniu rzeczy, które mi się podobają. A takich? – Spojrzał na obrączkę spoczywającą w dłoni. – Takich mam zatrzęsienie.
  Siedzący naprzeciwko mężczyzna myślał chwilę, po czym ruchem głowy wskazał na mankiet Stephana.
  – W takim razie dokonamy wymiany, ale za te spinki.
  Ty zachłanny prostaku!
  – Wydaje ci się – zdołał wykrztusić w całkowicie szczerym szoku Stephan – że oddam ci je za stertę brudnych, zeszmaciałych kart? Że cenię je bardziej od tych małych dzieł sztuki jubilerskiej?
  Za tymi słowami kryła się desperacja, nie przekonanie. Skrytobójca sam nie wierzył w to, że za żadne skarby nie odda mu tych spinek. Mimo to musiał grać, by wytargować jak najlepszą cenę i nie wzbudzić podejrzeń. Ten typ tylko sprawia wrażenie ospałego i niezbyt bystrego.
  – Też lubię mieć rzeczy, które mi się podobają. A one podobają mi się bardzo. O wiele bardziej niż to. – Położył na blacie wąski pierścień wykonany z postarzałego złota przyozdobionego niewielkim, wyszlifowanym turmalinem w oku.
  Kolejna wątpliwa własność. Dość prymitywnie wykonana, ale urokliwa.
  – Mogę?
  Blondyn łypał nieufnie na wyciągniętą dłoń mężczyzny, ale ostatecznie podał mu pierścień. Krótkie oględziny wystarczyły, by potwierdzić wartość ozdoby.
  Stephan westchnął ciężko, spojrzał na karty, spojrzał na turmalinowe oko. Podrapał się w gładko wygolony policzek.
  – Niech będzie. Mam dziś dobry dzień – mruknął, niechętnie odpinając spinki od mankietów. Z nieukrywanym żalem podał je nowemu właścicielowi.
  Lucien uśmiechnął się z satysfakcją, zaciskając palce na nowym, drogocennym nabytku. Nic już nie mówił. Przyglądał się tylko, jak Stephan de Vort wkłada czarny płaszcz i chowa nabytki w kieszeni. W sposobie, w jaki się ubierał i poruszał, dało się zauważyć nagłą nieczułość, a w oczach – ledwie dostrzegalną obojętność.
  – Dziękuję i życzę miłego wieczoru – rzucił, nie próbując już ukryć goryczy i oddalił się, nie skinąwszy nawet głową.
  Wypadł z gospody, oddychając ciężko. Drżące dłonie schował w kieszeniach płaszcza. Chłodne, świeże powietrze. Szare światło opustoszałych ulic. Zrujnowane, stare kamienice ciągnęły się wśród gęstwy skromniejszych budowli. Błotniste, wysypane żwirem drogi niknęły w oddali wśród prószącego śniegu, a ogromne wille w środkowej części miasta, odosobnione i małe w oddali jak paznokieć, wyłaniały się świetliście z białego obłoku śniegu niczym martwe wieże z pustynnych diun.
  Stephanowi ścisnęło się gardło. Odpędził łzy satysfakcji. W miejscu, gdzie karty przylegały do jego ciała, czuł ciepło. O ile wykonywanie zleceń z powodzeniem nigdy nie skłaniało go do dumy, o tyle takie drobne zwycięstwa zawsze budziły w nim błogostan, skłaniały do ekstazy.
  I odwiedzania burdelu.

Lucek?
---
1237 PD + 10 P
~Mimma