niedziela, 4 listopada 2018

Od Szczura (do Stephana)
"Jeden wart drugiego
choć obaj pazerni
jak jeden tak drugi
śliskiej pracy wierni" cz. 2

Stara wieża zegarowa, której cień był widoczny nawet z obrzeży miasta, zagrzmiała potężnymi dzwonami, kiedy wybiła północ. Południowy wiatr przyniósł jej gorączkowy śpiew wraz z orzeźwiającym zapachem nadciągającej burzy. Jeszcze nie było widać pierwszych smug błyskawic, ale wzburzone ciśnienie i gęsto skłębione chmury na sklepieniu nieba odstraszyły nawet szczury. Całymi stadami pochowały się w kanałach. Nisko nad ziemią wilgoć po wieczornym deszczu rozczepiła biały firmament niewyraźnej mgły. Jej chciwe szpony rozganiało jedynie złote światło świec ulicznych latarni.
Wszystko to spowijała cisza, jakiej dawno nie miał okazji słyszeć. Tylko czasem przerywały ją rozmowy wracających po zmroku pijanych mężów, ale tej nocy Szczur był w wyjątkowo dobrym humorze, więc postanowił go sobie nie psuć szczegółami. Z perspektywy ptaka cały świat wydawał się beztroski i cudowny. Nie miał ochoty wracać do rzeczywistości. Wciągnął przyjemnie pachnące powietrze w płuca i odetchnął. Niestety wszystko szlag trafił szybciej, niż się spodziewał. Z niezadowoleniem przyjrzał się zamętowi w dole ulicy.
Wściekłe ujadanie jednego z psów gończych rozbudziło uwagę strażników patrolujących teren dookoła posiadłości Jorlona Bagscolla. Zaalarmowani zbiegli się przed bramą frontową i tylko dwóch pozostało na swoich stanowiskach. Jeden w zachodniej części ogrodu, przeczesując małą alejkę z lampą naftową w dłoni, a drugi – w południowej. Na smyczy prowadził psa, który podjudzony zamieszaniem, ledwo pozwalał się utrzymać u nogi. Wykrzykiwane rozkazy niosły się echem przez uliczki, aż w kilku oknach niedawno wyremontowanych kamienic zajaśniały blade światła świec. Parę cieni w kształcie ludzkich sylwetek zamigotało za zasłonami.
Szczur z niechęcią strząsnął drobne kropelki wody ze skórzanych rękawiczek, mocniej wcisnął kaptur na czoło. Nie miał, co dłużej zwlekać z robotą, zwłaszcza że Ezar od tygodnia snuł się po Czarnym Łabędziu w wyjątkowo parszywym nastroju. Ostatnio wywalił na bruk swojego najlepszego krupiera z powodu błahostki. Podobno poszło o błąd z zaledwie dziesięcioma miedziakami. Szczur wolał nie ryzykować, bo dla niego potknięcie mogłoby się zakończyć dużo gorzej.
Odczekał odpowiedniego momentu i odepchnął się od gzymsu kamienicy, na którym przykucnął. Cicho zeskoczył na parapet poniżej, a stamtąd prawie bezgłośnie jednym susem przedostał się na lampę uliczną. Zadrżała niebezpiecznie pod ciężarem Szczura, ale nic więcej nie nastąpiło, więc sprawnie ześlizgnął się po niej na mokry bruk.
Nagle dostarczona dawka światła bijąca od świecy spowodowała niemiłe mrowienie na skórze pod ubraniem. Zignorował to uczucie, chociaż pomimo upływu lat, nadal nie potrafił się do niego przyzwyczaić. Za każdym razem było tak samo irytujące i nieprzyjemne, choć krzywdy nie czyniło. Mrowienie uparcie trwało, dopóki nie przemknął niepostrzeżenie na drugi koniec ulicy i nie zanurzył się całkowicie w cieniu. Z ulgą przyjął świeżą dawkę energii magicznej, która w ułamku sekundy rozniosła się po żyłach i zapulsowała żwawo w krwi. W cieniu czuł się o wiele lepiej nie tylko dlatego, że dysponował większą ilością magii, ale, że robił to, co potrafił najlepiej. Znikał.
Zgrabnie wspiął się po murze, po czym przeskoczył na drugą stronę, lądując za równo przyciętymi krzewami berberysu. Szybko czmychnął do części południowej ogrodu, gdzie kręcił się wartownik z psem. Zwierzę wciąż niemiłosiernie szarpało łańcuch, a mężczyzna tak obrzydliwie wyklinał pod niebiosa, że aż uszy mogłyby zwiędnąć.
Korzystając z nieuwagi strażnika, podbiegł do ściany willi i bez chwili wahania rozpoczął wspinaczkę. W oknach już dawno nie paliły się światła, a zasłony były ciasno zaciągnięte, mimo to starał się omijać parapety na wszelki wypadek, gdyby nie wszystkich mieszkańców zmorzył sen. Wolał ryzykować przykuciem uwagi najmniej jak to możliwe – dla reputacji, dla satysfakcji, dla celu. Niezauważony wdrapał się na pierwsze piętro do drugiego okna od lewej, za którym, według planu otrzymanego od Ezara, powinien znajdować się gabinet Bagscolla. Jeszcze raz zerknął na wartownika z psem, aby się upewnić, że nikt go nie odkryje. Wciąż byli zajęci sobą i hałasem dochodzącym od frontu posiadłości. Szczur wyciągnął dłoń.
Na początku formowanie przedmiotów z cienia przynosiło mu ogromne trudności. Długo musiał skupiać się na właściwościach, jakie chciał osiągnąć i nie pozwolić, aby byle szmer go rozproszył. W wyobraźni określał wagę, teksturę, temperaturę, smak, zapach, sposób działania i tak do skutku. Po dziesiątkach prób tworzenia rzeczy małych jak igły, wytrychy albo zastawa, wreszcie przestały wychodzić pokrzywione. A po latach używania noc w noc tej samej mocy, wystarczyło zaledwie parę sekund, aby teraz uformował z cienia łom. Użył go do podważenia ramy.
Bezszelestnie wszedł do środka i zasunął za sobą okno. Zostawił drobną szparę jako ostatnią drogę ucieczki.
Pomieszczenie w kształcie prostokąta było niewielkie i w przeciwieństwie do zewnętrza willi, urządzone z wyjątkowo dobrym smakiem. Klasycznie, powściągliwie, ale przytulnie. Ściany wyłożono tapetą w ciepłym odcieniu beżu, a podłogę ciemnobrązowymi panelami. Uwadze Szczura nie umknęło kilka srebrnych świeczników, jednak nie przygotował się na wynoszenie większych łupów od biżuterii i z żalem musiał odwrócić wzrok. Pod oknem ustawiono masywne, nowe biurko z pachnącego jeszcze sosną drewna. Szczur obejrzał je w pierwszej kolejności. W szufladach znalazł kilka niewysłanych listów miłosnych, rachunki za obrazy i rzeźby, sakiewkę ze srebrnymi monetami i fiolkę z lekarstwem nasennym, ale nic, co dałoby mu chociaż odrobinę satysfakcji.
Po lewej stronie biurka stały regały z ciemnego drewna wypełnione po brzegi książkami. Było ich tak wiele, że niektóre z nich leżały ułożone w stosikach na podłodze i zbierały kurz od kilku ładnych tygodni. Szczur rozejrzał się dookoła, sprawdzając, co bardziej interesujące tytuły, lecz i tutaj poszukiwania spełzły na niczym, choć uśmiechnął się rozbawiony, gdy dostrzegł wciśnięty pomiędzy dzieła historyczne erotyk. Obejrzał kominek umieszczony przy ścianie naprzeciw regałów. Stojąca na nim błękitna szkatuła z malowanymi wzorami kwiatów zapełniła kieszeń Szczura drogo wyglądającą kolią z szafirami.
Zapewne szanowny Bagscoll interesował się ponownym mariażem. Gdyby Szczura to bardziej obchodziło, składałby w duchu kondolencje dla nieszczęśnicy, o której względy się starał. Nigdy nie ośmielił nazwać się człowiekiem o dobrym guście, lecz nawet on miał ochotę rzygać na sam widok tej posiadłości, a co miałaby powiedzieć osoba, która zostałaby zmuszona spędzić tu całe życie.
Na koniec zerknął za przedstawiający dwójkę uśmiechniętych chłopców obraz wiszący obok drzwi, lecz tam również nic nie znalazł. Zawiedziony skrzywił się nieładnie. Lubił swoją pracę, ale spędzanie w niej więcej czasu niż to konieczne, nie brzmiało jak miła perspektywa. Znacznie bardziej cieszył się na myśl wyrzucania przez okno zalęgniętych w jego domu szczurów.
Zanim zdecydował się opuścić gabinet, zahaczył spojrzeniem o odlaną z brązu małą figurkę pulchnego aniołka ze skrzypcami. Znał parę ludzi, którzy polecieliby na taki chłam, jednak zapewne nawet od nich nie zdołałby wyciągnąć więcej niż kilka miedziaków.
Podszedł do drzwi i wyjrzał przez dziurkę od klucza. Na zewnątrz stał nieco pijany przez zmęczenie wartownik. Opierał się o złoconą balustradę naprzeciwko wejścia do gabinetu i dzielnie walczył ze snem. Głowa ciążyła mu bardzo, co chwila opadała bezwiednie na pierś, chwiała się, a potem strażnik przytomniał na kilka sekund i od nowa zapadał w półsen. Już niedługo będzie miał okazję porządnie wypocząć. Szczur wyciągnął z kieszeni kilka strzałek usypiających i wsunął je pomiędzy palec mały a serdeczny, żeby móc swobodnie działać wytrychami. Cichy chrzęst otwieranego zamka przykuł uwagę strażnika. Zaalarmowany poderwał się z miejsca, rozejrzał dookoła, ale gdy nie zauważył niczego podejrzanego, pokręcił głową, wracając do poprzedniej pozycji. Nastąpiła idealna okazja. Szczur ostatni raz zerknął w stronę figurki aniołka. Zawahał się, ale odgonił myśli i pociągnął za klamkę.
W ułamku sekundy dopadł do strażnika. Nim ten zdążył zareagować, Szczur przycisnął mu dłoń do ust, a drugą otoczył dookoła piersi i ostrożnie wciągnął do gabinetu. Wbił jedną ze strzałek w bok szyi wartownika. Odczekał, aż ofiara przestała się szamotać, obrabował ją ze skórzanej saszetki przypiętej do paska munduru i wyszedł na korytarz, cicho zamykając za sobą drzwi. Podczas następnej zmiany powinien czuć się jak nowo narodzony, może dokuczą mu tylko drobne bóle głowy.
Powoli i bezszelestnie wszedł po schodach na wyższą kondygnację budynku, gdzie spodziewał się sypialni Bagscolla. Tu również korytarz wyglądał, jakby przedarł się tabun gęsi znoszących złote jaja. Ilość ozdóbek była przytłaczająca, ale z drugiej strony Szczur miał okazję wzbogacić się o kolejne błyskotki, więc przestał narzekać. Po drodze dostrzegł w ciemnościach ciemną kałużę na podłodze, która swoje źródło miała za progiem bawialni. Zmarszczył brwi, gdy w nozdrza uderzył go nieprzyjemny zapach krwi.
Ktoś musiał go uprzedzić. Niedobrze.
Przyparł plecami do ściany. Wytężył słuch i uważnie obserwował otoczenie. Przedostał się na drugi koniec korytarza do ciężkich, mahoniowych drzwi z pozłacaną klamką w kształcie morskiej fali. Przesadzona ilość szczegółów kuła w oczy nawet takie bezguście jak Szczur. Aż zbrzydło mu jej dotknięcie, ale przemógł w sobie niechęć i schylił się, żeby zajrzeć do środka przez dziurkę od klucza.
Wewnątrz kręcił się niższy od niego co najmniej o głowę mężczyzna z chustą zasłaniającą pół twarzy. W ręku trzymał gruby plik dokumentów, prawdopodobnie były to te same, których poszukiwał Szczur. Wymruczał coś do siebie pod nosem, gdy zbliżył się do okna i zaczął przeglądać papiery. Tej nocy panowały egipskie ciemności, chmury zaszły całe sklepienie nieba, światło ulicznych latarni również tu nie sięgało przez mgłę. Jak ten człowiek był w stanie cokolwiek odczytać w takich warunkach, pozostawało dla Szczura zagadką, ale jednego był pewien – gryzoniom nie przeszkadzały żadne warunki.
Sięgnął do pasa po sztylet i nie zwlekając dłużej, przeniknął do środka jako jeden z cieni. Uwielbiał to uczucie błogiej bezgraniczności, kiedy nic, co materialne albo niematerialne nie mogło mu uczynić krzywdy, a świat pozwalał mu się okrywać w całości. Był panem samemu sobie, jedynie światło paliło skórę, jednak w tej chwili przewagę miał nieokiełznany mrok. Niezauważalnie zbliżył się do mężczyzny. Cień się rozstąpił, a on przybrał swoją naturalną formę.
— Doprawdy cudownie, kolego — rzekłszy kpiąco, przycisnął ostrze do szyi nieznajomego, nim ten zdążył zareagować. — Niezmiernie się cieszę, że je dla mnie znalazłeś.
Mężczyzna znieruchomiał najwyraźniej zaskoczony nagłym pojawieniem się Szczura, lecz po chwili jego mięśnie się rozluźniły i pierś nieco opadła. Potem bez pośpiechu zaczął równo składać wszystkie dokumenty. Z wręcz nabożną czcią z powrotem wsuwał je do skórzanej teczki, jakby miał do czynienia z co najmniej starożytnym artefaktem. Oddychał cicho, miarowo, udając ślepego na ostrze przyciśnięte do szyi. Zbity z tropu Szczur zmrużył powieki. Nie podobało mu się swobodne zachowanie tego człowieka. Ze spokojnymi osobami zawsze trudniej prowadziło się dyskusje i trudniej manipulowało na własną korzyść.
Upłynęło kilka minut, które dłużyły się niemiłosiernie w przytłaczającej ciszy, ale cierpliwie czekał, aż nieznajomy skończył przewiązywać teczkę czerwoną wstążką z aksamitu. Nie powstydził się jeszcze dwa razy poprawić idealnie wykonaną kokardę i wreszcie zabrał głos:
— Strasznie tu dziś tłoczno. — Przerwał, żeby cicho odchrząknąć. — Przyznam, że nie spodziewałem się dodatkowych gości.
— Czyli nie mam, co liczyć na lampkę wina?
— Jestem tu przejazdem. Spytaj gospodarza, czy cię uraczy. — Na tyle, ile mógł, skinął brodą w stronę wplątanego w pościel Bagscolla. Szczur podążył wzrokiem we wskazanym kierunku, jednak dla ostrzeżenia mocniej przycisnął ostrze do skóry nieznajomego. Lubił ryzykować, ale tylko wtedy, gdy miał pewność, że ryzyko mu się opłaci.
— Widać, że dyskrecja nie jest twoją mocną stroną. — Westchnął teatralnie na widok nienaturalnie rozłożonego na materacu Bagscolla i skopanej w szarpaninie pościeli. — Ta kałuża krwi w korytarzu też nie świadczy dobrze o twoich umiejętnościach. Zbyt nieostrożnie, kolego.
— Natomiast ty, kolego, zbyt szybko się rozpraszasz. Nawet nie zauważyłeś, kiedy sięgnąłem po broń — odparł mężczyzna i w tym momencie Szczur poczuł, jak cudze ostrze napiera na jego żebra. Mimowolnie parsknął śmiechem. Poluzował uścisk, ale jeszcze się nie odsunął. Zapowiadała się niezwykle interesująca rozmowa. Może i dobrze, że trafił na kogoś spokojnego.
— Zatem obydwaj jesteśmy w kropce.
— To zależy od perspektywy — odparł nieznajomy, a Szczur zgodził się z nim w myślach. Jeden wart drugiego, tacy sami krętacze, zatem głupstwem byłoby sądzić, że któryś z nich nie dysponował planem awaryjnym. Nawet najgłupsi kryli asy w rękawach. Niestety jeszcze nie pora, aby po nie sięgać.
Odsunął się wreszcie od mężczyzny, chowając sztylet w pochwie przypiętej skórzanym pasem do uda. Przez chwilę mierzył go wzrokiem, lecz potem niedbale rozejrzał się po pomieszczeniu i skupił całą uwagę na małej, pudrowej szkatułce wepchniętej między książki w kącie regału. Wymruczał coś do siebie, kiedy wrzucał do kieszeni kilka złotych monet i kolejną kolię, tym razem ze szmaragdami.
— Wiedziałeś, że Bagscoll zamierza ponownie się żenić? — zaczął plotkarskim tonem, naśladując często spotykane na balach trzpiotki. — Trochę szkoda dziewczyny, ale z drugiej strony dostaje ładną biżuterię. — Pod małą, haftowaną chusteczką na spodzie szkatułki znalazł jeszcze srebrne kolczyki z diamentami na oko wielkości ćwiartki karata. W następnej kolejności przejrzał parę książek z niebanalnymi obwolutami, po czym bezgłośnie odłożył je na miejsce. Odwrócił się, napotykając zniecierpliwione spojrzenie nieznajomego jegomościa. Skryty za maską zawadiacki uśmiech wpełzł na usta Szczura. — Rozumiem, że nie lubisz tracić czasu. Szkoda. — Wzruszył niedbale ramionami. W przeciwieństwie do niego, Szczur jak najbardziej lubił zwlekać. — Dogadajmy się. — Sięgnął po umieszczoną na najwyższej półce figurkę w kształcie wyjącego wilka. Badziew, ale ze złota, a lepiej jest mieć, niż nie mieć. — Oddasz dokumenty, a ja pozwolę ci stąd niezauważenie wyjść i nigdy więcej się nie spotkamy.
— Przykro mi, nie układam się ze złodziejami — odparł ironicznie mężczyzna, po czym oparł się o parapet obok stolika nocnego i wcisnął teczkę z dokumentami pod pachę. Elegancko zarzucił nogę na nogę jak panna na salonach. Brakowało jeszcze, żeby z gracją odgarnął złoty włos i roztoczył wokół siebie zapach drogich perfum.
— Ranisz mnie, kolego — rzekł Szczur z kłamanym zawodem w głosie. — Jestem biznesmenem. — Wsunął do kieszonki na piersi złote sprzążki od butów Bagscolla. Zamierzał zabrać jeszcze leżącą pod stolikiem nocnym spinkę do krawata, ale znieruchomiał na widok dwóch lśniących pierścieni w wysuniętej szufladzie.
Przelotnie zerknął na mężczyznę. Musiał wyczuć intencje Szczura, bo uparcie gromił go wzrokiem jak wściekły jeż. Przez chwilę miał wrażenie, że spod powiek nieznajomego wystrzelą błyskawice, lecz postanowił to zignorować. Napawając się cudownym uczuciem satysfakcji, sięgnął dłonią po pierścienie. Specjalnie przeciągał moment ich pochwycenia, a przy tym uśmiechał się parszywie i trochę żałował, że maska skrywała jego twarz. Z przyjemnością sprawdzał cierpliwość tego człowieka. Był bardzo ciekaw, ile jeszcze da radę wytrzymać.
Zgarnął sygnety i na oczach nieznajomego zakręcił nimi zgrabnie w palcach, wcale nie kryjąc, że cieszy się z patrzenia na niedolę ludzi. Przyjrzał się dokładnie kamieniom – bardziej na pokaz niż potrzebę, wymruczał coś pod nosem odnośnie kwoty, za jaką je opchnie. Teatralnym gestem wsunął je do kieszeni na piersi.
Zmierzyli się wzrokiem, jasno rzucając jeden drugiemu wyzwanie. Szczur nie lubił przegrywać, ale coś w głowie podpowiadało mu, że nawet jeśli przegra, będzie miał niesamowitą rozrywkę. Grę przerwały jednak dźwięki z zewnątrz.
Jednocześnie skierowali głowy w stronę drzwi, gdy do ich uszu dotarły odgłosy zbliżających się kroków. Były ciężkie, głośne, towarzyszyły przyciszonym szeptom oraz miarowemu brzęczeniu broni u pasa. Szczur spiął się i kątem oka zerknął na nieznajomego. On odwzajemnił jego spojrzenie, po czym uniósł trzy palce u dłoni. Było trzech.
— Sir Bagscoll? — rozbrzmiał wysoki, chłopięcy głos. Odpowiedziała mu głucha cisza, więc kontynuował. — Wszystko w porządku? Słyszeliśmy jakieś rozmowy.
Szczur sięgnął po sztylet.
— Sir? — Tym razem odezwał się ktoś o niskim i tubalnym głosie, a po chwili powietrze przecięły dźwięczne syki wyciąganych z pochwy mieczy.
— Umiesz walczyć? — zagadnął szeptem Szczur. W odpowiedzi otrzymał pełne wyższości spojrzenie. Mógłby nawet przysiąc, że mężczyzna urósł o kilka centymetrów od tej pychy. Spodziewał się jeszcze, że nad głową zawiruje mu eteryczna korona, ale nic takiego nie nastąpiło. — Świetnie! — odparł zadowolony, po czym położył dłoń na ramieniu mężczyzny. Klamka cicho pstryknęła i podłoga w progu zaskrzypiała pod ciężarem jednego ze strażników. — Pójdziesz przodem, a ja ci to potrzymam — dodał nadzwyczaj sympatycznym tonem i gwałtownie pchnął mężczyznę w stronę drzwi, jednocześnie wyrywając mu z dłoni teczkę z dokumentami. Zdezorientowany włamywacz wtoczył się na równie zdezorientowanych strażników, a Szczur po cichu czmychnął obok nich i dziko zadowolony rzucił się biegiem po schodach. Usłyszał jeszcze za plecami klątwy rzucane w jego stronę.
Bezczelnie roześmiał się pod nosem.
Na schodach prowadzących z parteru na pierwsze piętro wybiegło mu naprzeciw trzech zaalarmowanych zamieszaniem strażników. Broń brzęczała ślicznie pomiędzy krzykami i rumorem butów uderzanych o drewniane panele. Ktoś wzywał pana Bagscolla, ktoś inny wołał jego synów, a ktoś jeszcze wzywał imię Boga.
Przykro mi. Tu są tylko diabły.
Szczur gwałtownie przeskoczył przez balustradę i lekko wylądował na dokładnie wypolerowanych, czarnych i białych kafelkach. Zgarnął z najbliżej strojącej komody parę nieschowanych sztućców ze srebra. W pośpiechu wepchnął je pod płaszcz. Zły nawyk stał się instynktem, którego nie dało się wyplenić nawet strachem. Poza tym drwienie z ludzi należało do jego hobby.
Wślizgnął się do kuchni i doskoczył do tylnych drzwi, lecz nim zdążył sięgnąć klamki, ktoś pociągnął go za kołnierz do tyłu. Szarpnął się, wyrywając z uścisku i odwrócił. W ostatniej chwili zablokował sztyletem cios miecza, a w uszach zadzwonił mu głośny wrzask dwóch tańczących ostrzy. Naparł mocniej na miecz, postąpił krok naprzód i ugiął nogę, a drugą podciął strażnika, uprzednio odchyliwszy tułów do tyłu. Zgrabnie przesunął się na bok, gdy strażnikiem wstrząsnął szok i stracił na moment równowagę. Bez wahania wykorzystał jego tymczasową słabość. Strażnika pociągnął za włosy do przodu i rąbnął mu kolanem prosto w żebra.
Skrzywił się na dźwięk obrzydliwego chrupnięcia wpisanego w akompaniament bolesnego jęku. Jego priorytetami było wejście, kradzież i wyjście. Walczyć wprost nie znosił i robił to z ogromną niechęcią.
Zachwiał się, gdy ktoś zacisnął zgrubiałe palce na jego przedramieniu i szarpnął w tył. Przez szok upuścił swój sztylet na ziemię. Czyjeś ramię owinęło się wokół jego szyi, wyciskając z gardła głośne charknięcie. Powietrze uciekło z płuc, szum w uszach zmógł się gwałtownie i zagłuszył wszystko dookoła, a oczy zaszły potwornymi mroczkami. Wkrótce się rozeszły, ale gorzko tego pożałował. Od razu uderzył go widok zamaskowanej twarzy mężczyzny, którego spotkał w sypialni Bagscolla. Był to jedynie ułamek sekundy, bo zaraz zniknęła w kolejnych mroczkach i cieniu. Dostrzegł jednak okrutną satysfakcję wymalowaną w oczach. Ze złości zazgrzytał zębami. Cholera wyrwała mu dokumenty.
Szarpnął się w końcu i wymierzył łokciem cios pod żebra strażnika. Usłyszał głośne sapnięcie. W tym samym czasie wrócił Szczurowi wzrok. Chwycił za duszące go ramię i z nieudawanym trudem oderwał je od szyi. Wywinął się, lecz nie puścił strażnika, a palce drugiej ręki zacisnął na jego barku i boleśnie wykręcił ramię do tyłu. Wykorzystał całą siłę, aby uderzyć człowiekiem o ścianę. Póki był nieprzytomny, Szczur poderwał się do biegu i wyskoczył na zewnątrz posiadłości, uprzednio chwyciwszy swój sztylet w dłoń.
Złodziejaszek dokumentów jeszcze nie zdążył uciec. Szarpał się z dwoma innymi strażnikami, więc Szczur nie omieszkał nie wykorzystać sytuacji. Przemknął prędko obok i wyrwał mu spod pachy teczkę, a potem rzucił się w stronę muru. Nie spojrzał za siebie, ponieważ nawet dla niego nie opłacało się tracić czas na drwiny. Sprawnie wszedł na samą górę, lecz doznał ogromnego rozczarowania, gdy jego ciało zderzyło się z zaklęciem obronnym, a niemiły dreszcz przebiegł przez mięśnie od stóp do głów. Musieli rozciągnąć barierę w trakcie całego zamieszania. Przesunął palcami po barierze magicznej z nadzieją, że uda mu się znaleźć słabe ogniwo, lecz wszystkie eteryczne włókna były splecione solidnie i dokładnie. Przeklął pod nosem, z wściekłości uderzył pięścią o zaklęcie. Tak blisko.
Nagle usłyszał głośne syczenie za plecami. Nie zdążył się odwrócić, a w ułamku sekundy obok niego chciwe łapska rozcapierzyła jasna błyskawica. Jej pęd odrzucił Szczura w bok i zdezorientowany spadł na trawnik, wypuszczając z dłoni plik dokumentów. Syknął z boleści, jego oczy piekły i łzawiły od silnej dawki światła, a po skórze toczyły się szalone mrówki. Zacisnął mocno szczęki, podparłszy się na drżącym ramieniu.
— Znowu zalęgło się robactwo — usłyszał głos przytłumiony przez szum krwi w uszach. Brzmiał znajomo, ale nie potrafił określić, do kogo należy, więc czekał, aż wróci do niego wzrok, lecz jasne plamki żwawo tańczyły mu pod powiekami i nie zamierzały znikać. Poruszył się niespokojnie. Zmusił ciało do odzyskania rezonu i wreszcie wszystko odzyskał. Dostrzegł zmierzającego w jego stronę mężczyznę o urodzie uderzająco podobnej do Jorlona Bagscolla. Ten jednak był szczuplejszy, wyższy i poruszał się z charakterystyczną kocią zwinnością żołnierza doświadczonego w boju. Szczur domyślił się, że to jeden z synów.
Wyciągnął dłoń w stronę leżącej nieopodal teczki, lecz wtedy coś śmignęło tuż obok i zgarnęło ją, nim zdążył choćby musnąć jej wierzch opuszką palca. Zaklął siarczyście.
Jest i drugi skurwysyn Bagscolla. Nie krył zdziwienia. Według informacji Ezara obydwaj mieli przebywać poza granicami miasta. — Kolejni zasadzili się na dokumenty ojca. — Starszy syn, wysoki i krępawy człowiek, był znany w całej stolicy ze swoich umiejętności zakrzywiania czasu. Spowalnianie, przyspieszanie, zatrzymywanie, czego tylko dusza zapragnie, a inni nawet się nie zorientują, że padli ofiarą zaklęcia tego partacza. Tylko on dostrzegał jego skutki jako jedyny odporny na swoje czary. Ezar ostrzegał Szczura przed Ryzekiem.
Młodszy natomiast, Eijeh, robił za chodzącą chmurę burzową. Wroga smażył jak kawał steku swoimi błyskawicami. Jeden nieostrożny ruch, a dorywał się do skóry i przerabiał ją na stosik suchych wiór. Szczur sam nie miał pewności, który z nich był gorszy. Obydwaj posiadali reputację gorszą od większości złodziei i zabójców z jego otoczenia.
Eijeh Bagscoll odwrócił wzrok od starszego brata i zmarszczył brwi, wpatrując się w Szczura. Po jego dłoniach przebiegły smukłe wiązki elektryczności. Przeczuwając, co się święci, poderwał się na nogi i skoczył w cień, stając się z nim jednością, póki światło błyskawic nie odcięło mu drogi ucieczki. Zaledwie moment później miejsce, gdzie leżał, zapłonęło ogniem błyskawicy.
Odszukał skrytego w jednej z wnęk budynku mężczyzny z chustą i przycupnął tuż za nim.
— Śmiem zauważyć, że frasunek wystąpił niezwykle katorżniczy i niechybnie będziemy mieć przejebane — szepnął w ramach powitania, przyprawiając kolegę po fachu o lekkie wzdrygnięcie.
— Cieszę się, że masz dobry humor nawet w takich sytuacjach — odparł cierpko mężczyzna. — Gdzie teczka?
— W łapach starszego Bagscolla.
— I kto tu ma problemy z dyskrecją?
— Najwidoczniej Eijeh, to on strzela błyskawicami, jakby się najadł szaleju.
Mężczyzna uciszył go ruchem dłoni.
— Nakierujmy jego błyskawice na barierę — powiedział po dłuższej chwili milczenia, a niezbyt przekonany do tego planu Szczur uniósł brwi i czekał na dalsze wytłumaczenia. Nie dostał ich. Z cichym westchnięciem wyciągnął z kieszeni badziewną figurkę aniołka ze skrzypcami i przyjrzał się odlanej z brązu twarzy. Podrzucił ją w dłoni, by zważyć ciężar i ostatni raz spojrzeć w posrebrzane oczka.
Nie mógł się powstrzymać przed jej zabraniem.
Jeśli nie dasz mi pieniędzy, to może chociaż przydasz się w inny sposób, pomyślał przelotnie, gdy podrywał się do biegu i znowu rozpływał w cieniu. Nie czekał na żadne wskazówki od mężczyzny. I tak by nie posłuchał.
Wrócił do braci Bagscoll, wybierając jak najbardziej bezpieczną odległość. Wynurzył się z cienia, a pierwszy zauważył go Eijeh. Drobne błyskawice zatańczyły na lewym ramieniu i wodospadami spłynęły do palców. Szczur biegł w jego stronę, w myślach liczył metry, które ich dzieliły. Krew szumiała, cień krzyczał, światło paliło, noc klęła za księżycem. Niespodziewanie przed Szczurem pojawił się Ryzek w pozycji gotowej do podcięcia nóg. Szczur w ostatniej chwili zauważył tego przeklętego człowieka, odbił się od ziemi do skoku, lecz źle przełożył ciężar i po wylądowaniu padł w trawę. Przekoziołkował w bok, a brzydka figurka aniołka wylądowała za daleko, aby zdążył ją chwycić. Nienawidził, gdy fart go opuszczał. Opierał się na nim przez połowę życia, a kiedy jest najbardziej potrzebny, to nagle znika.
Oczy Eijeha zalśniły obrzydliwą satysfakcją na chwilę przed tym, jak wyciągnął dłoń, po której szaleńczo skakały małe wiązki elektryczności. Strach miał zapach przypalonej skóry i smak popiołu sklejonego krwią. Szczur nie zamknął oczu. To byłaby skaza na godności.
Mężczyzna w chuście był ostatnim ratunkiem. Szczur nie zauważył, kiedy pojawił się przed braćmi Bagscoll z brązową figurką w dłoni. Rzucił nią prosto w głowę Eijeha. Aniołek roztrzaskał się w drobny mak. Malutkie skrzypce odleciały w siną dal, a skołowany Bagscoll opadł na ziemię, wyrzucając skumulowaną energię w górę.
Błyskawice starły się z barierą ochronną. Coś zakotłowało, coś zasyczało, coś wybuchło i coś zawyło. Magia rozbiła się jak tłuczone szkło, a temu towarzyszył gęsty dym zniszczonej energii. Zdezorientowany Szczur wypatrzył w kłębach mężczyznę, który odwzajemnił jego spojrzenie i skinął mu krótko głową. Bez zwłoki obydwaj rzucili się przed siebie w ciemne ulice bogatej dzielnicy. Światła w oknach kamienic zapalały się jedno po drugim i coraz więcej gapiów wyglądało w stronę posiadłości Jorlona Bagscolla, a nikt nie patrzył na dwóch włamywaczy przemierzających brukowane chodniki. Tylko jakiś bezdomny starzec dostrzegł ruch w cieniu za budynkiem, ale uznał, że to wiatr.

~*~

Podczas biegu Szczur stracił mężczyznę w chuście z oczu. Napotkał go ponownie, gdy dotarł do ulic zamieszkiwanych głównie przez średnią klasę mieszczan. Przysiadł na balustradzie jednego z balkonów i cierpliwie zaczekał, aż nieznajomy go dogoni. Gdy dzieliło ich zaledwie kilka metrów, zeskoczył na żwir, wznosząc tumany ulicznego pyłu. Szczur miał ochotę bluzgać, kląć i wyzywać na kolejny zaciągnięty dług, tym razem wartości całego jego życia, ale z zewnątrz zachował zimną twarz. Niech sobie nie myśli, że zostanie bohaterem za ocalenie skóry zwykłemu złodziejowi.
Mężczyzna zatrzymał się, a Szczur bez słowa sięgnął do kieszeni po jeden z sygnetów, na których widok nieznajomy tak bardzo się ślinił. Obrócił ozdóbkę w palcach, jakby przez chwilę się nad czymś zastanawiał, lecz potem zdecydowanym krokiem podszedł do mężczyzny i wysunął w jego stronę dłoń, oferując pierścień i sojusz zarazem.
— Na czas wykonania zlecenia. Podzielimy się nagrodą po połowie — odezwał się.
Jeśli w tę aferę zamieszani byli Ryzek i Eijeh Bagscoll, to samobójstwem można nazwać igranie z nimi w pojedynkę. A Szczur miał jeszcze zbyt wiele pieniędzy do zdobycia, żeby odbierać sobie życie.

Wściekły jeżu?
Wszystkie reakcje Stephana zostały ustalone z jego autorką.

----
2454 PD + 20 P
Owca

Rozwaliłam ten bank

Reyna, Alex i Kuroshaji odchodzą!

Z bólem w sercach żegnamy trzy wspaniałe postaci. Legendarną zastępczynię Carisy, Reynę; wynoszącego się ze swoim ego ponad wszystkich samca alfa, Alexa oraz leniwą kluchę w bandażach - Kuroshajiego. Pochylmy głowy ku uczczeniu ich wspaniałych osób, niech nasze wspomnienia zapiszą ich na kartach historii The World of Fiction i nie traćmy nadziei, że autorzy kiedyś powrócą z kolejnymi dziećmi. 




Administracja

Powracamy!

  Wracamy po tygodniu na TWoF i mamy nadzieję, że jesteście gotowi na duże zmiany! Tym razem zrobimy to lepiej, bardziej teklowo i z melisą. Discord został odblokowany, co już wcześniej mogliście zobaczyć. Teraz pozostało nam tylko zrobić imprezę, a nowych na The World Of Fiction zaprosić do dołączenia. <3

~krulowa.

tak w ogóle, to lubię komentarze, osoby z WGN o tym wiedzą.

sobota, 27 października 2018

Od Stephana (do Szczura)
"Jeden wart drugiego
choć obaj pazerni
jak jeden tak drugi
śliskiej pracy wierni"

Pretensjonalny?
Zgrzytnął zębami.
Infantylny?
Na samo wspomnienie pomarszczonej jak suszona śliwka twarzy właściciela galerii miał ochotę pluć wbrew zasadom dobrego wychowania. Podniósł kołnierz czarnego płaszcza, opuścił głowę, by choć trochę ukryć twarz przed tnącym jak noże, lodowatym wiatrem. Szedł pośpiesznie, chcąc jak najprędzej oddalić się od starych murów hermetycznej jak słoik kiszonek desy.
Jeszcze nigdy nie czuł się tak wściekły. Nigdy nie czuł się tak rozczarowany otaczającym go światem. Gdy malował swoje najnowsze dzieło, towarzyszył mu stan wręcz chutliwej ekstazy. Stephan miał wrażenie, że od schnącego werniksu bije erotyczne ciepło, promieniujące z wielkiej płaszczyzny wypełnionego barwnymi, wijącymi się formami blejtramu. Serce wtedy wzbierało mu dumą, a w oczach błyszczały łzy dzikiej satysfakcji. Jego boska wizja na wieki zaklęta w plątaninę barw i kształtów.
Powinny podziwiać mnie tysiące oczu!
Zakręciło mu się w głowie.
Powinienem być nieśmiertelny...
Zaczął padać deszcz. Może to i dobrze? W pełen patosu sposób ukrył gorzkie łzy płynące po policzkach niedocenionego artysty. Czernidło, którym podkreślał oczy, rozmyło się delikatnie. Blejtram wysunął mu się z ręki, upadł w wilgotne, rozdeptane błoto ciemnej, cuchnącej uliczki. Stephan przez chwilę obserwował krople deszczu uderzające o zalakierowaną powierzchnię jego obrazu, po czym powiódł wzrokiem po okopconej ścianie starej kamienicy, niczym po grupie zebranych słuchaczy.
– Wy wszyscy myślicie, że stoi przed wami człowiek, który zaryzykował swą artystyczną karierę w szalonej sprawie. Ale jesteście tylko słabymi i omylnymi marionetkami. Pacykarzami, którzy swe życie oddają ułudzie wzroku. To, co widzicie to dym zaledwie. Dym z ognia, który płonie w nas. Ja maluję ogień! Ja jestem ogniem! Ja...
– Zaaamknij się!
Zamrugał kilkukrotnie i odwrócił się; brudny dziad, który go uciszył, owinął się szczelniej śmierdzącym kocem i wtulił w kąt muru. Stephan wpatrywał się w niego, jakby rozpoznał w zniszczonej twarzy znajomego z dawnych lat.
Chłód ciągnący od przemoczonych ubrań wreszcie sprowadził go na ziemię. Poprawił płaszcz na ramionach, przeczesał palcami mokre włosy, które i tak po chwili znowu przylepiły mu się do czoła.
Podniósł obraz z wysiłkiem.
Dlaczego nagle stał się taki ciężki?
Strzepnął błoto z drewnianej ramy. Serce łomotało mu w uszach. Chciał krzyczeć. Chciał być już w swoich czterech ścianach.
Przez ułamek sekundy poczuł się niezwykle osamotniony w tym przerażająco zaślepionym świecie. Czuł zarówno monolit nienawiści, jak i boską obojętność. Świat zdawał się płakać, nie wiedząc za czym.
Tylko Stephan znał przyczynę swoich łez.

***

– Cuchniesz jak ściek ścieków, przyjacielu.
– To zlecenie nie było łatwe...
– Nie obawiaj się. Następne będzie gorsze.
Vamar wstał z ciężkiego, obitego skórą krzesła. Poruszał się niesamowicie cicho i zgrabnie jak na starego dziada ze sztuczną nogą. Chudymi, pajęczymi palcami otworzył sejf, który pierwotnie ukryty był za obrazem autorstwa Larmsa. Bohomaz przedstawiał zamyślonego kupca liczącego złote monety. Od dawna już stał w kącie, oparty o ścianę. Najprawdopodobniej Vamar uznał, że nie jest wart ciągłego zawieszania go, maską dla sejfu też nie był najwyraźniej szczególnie skuteczną.
Pośrednik usiadł ciężko za biurkiem, rozsypał pieniądze i zaczął liczyć. Na głos. Nieszczególnie pośpiesznie.
– ... dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć i trzysta – wychrypiał.
Wreszcie skończył.
Vamar miał nieprzyjemny, zdarty, nieco skrzeczący głos z dziwnym akcentem. Stephana potwornie to drażniło, jednak nie mógł nic na to poradzić. Darzył to suche truchło ogromnym szacunkiem. A przynajmniej tak myślał.
Skrytobójca wyciągnął dłoń po swoją zapłatę, po czym schował zarobek do skórzanej sakwy u pasa. Skinął niezbyt wdzięcznie głową.
– Jak poszło? – zapytał pośrednik, wskazując z pewnym niesmakiem jedno ze swoich krzeseł. Stephan dostrzegł ulgę w wyłupiastych, rybich oczach, gdy odmówił. Do tej pory czuł na sobie smród lepkiej i cuchnącej plwociny podmiejskich kanałów.
– Jak widać – mruknął opryskliwie. Zauważywszy, że starca nie zadowoliła jego odpowiedź, kontynuował: – Kraty, drut i dla przelania czary goryczy magiczna bariera. Wszędzie. Jeśli lubisz pikantne szczegóły, to dodam, że musiałem przeciskać się kanałami, a do środka dostałem się przez wychodek dla służby. Gragrez spał, ochrona, przynajmniej jej część, również.
Pośrednik skinął niewzruszony głową. Najwyraźniej mało co mogło go już w życiu zdziwić. Przez chwilę milczał, bawił się zakręconym kałamarzem. Czarny, gęsty tusz przelewał się aksamitnie po „wypalcowanym” szkle.
– Odwiedził mnie wczoraj anonimowy klient. Prosił, bym dał to zlecenie tobie. Starałem się zmienić jego zdanie, ale był uparty. A oferuje dużo. – Zrobił długą, efektowną pauzę, westchnął ciężko, chrapliwie. – Mówię mu, że to robota dla złodzieja, ale nie słucha. No to się zgodziłem. Nie masz mi tego za złe, hm?
Vamar Mevess z lubością pociągnął łyk schłodzonego czerwonego wina.
– O co konkretnie chodzi?
– O dokumenty. Niezwykle ważne dla klienta, a będące własnością Jorlona Bagscolla. – Vamar Mevess na chwilę przyssał się do kielicha. Twarz Stephana zbielała na bardzo krótki moment. Vamar Mevess, oczywiście, to zauważył. – Czy wszystko w porządku?
– Tak. Ile?
Suchy, żylasty człowieczek siedzący za biurkiem uśmiechnął się w obrzydliwy, żabi sposób. W tym momencie faktycznie przypominał ropuchę. Małą, śliską i ohydną. Oczy błyszczały pustką, zdawały się nie mrugać.
– Po odjęciu mojego procenta zostaje ci równe sześćset sztuk złota.
Vamar na szczęście nie musiał nalegać.

***

– Powiedziałem mu, co myślę o nim i o ich konserwatywnym podejściu do sztuki. „Grandilokwentne. Nieumiejętne. Nieestetyczne. Infantylne. Fatalne”. Wyobrażasz to sobie, Khelemie? Tak mi powiedział. A na koniec dodał, że nigdy nie rozumiał zachwytu estetyką brzydoty, która już dawno temu wyszła z mody, ale mimo wszystko miała jakąś wartość artystyczną. A to, co tworzę ja, takowej nie ma nawet w najmniejszym stopniu. Tfu! Ślepe dranie – wyrzucił z goryczą, spoglądając ponownie na młodego chłopaka leżącego na jego łóżku.
Smukłe, acz muskularne ciało oświetlała tylko pojedyncza świeca stojąca na niskiej szafce nocnej, tuż przy łóżku. Ciepłe refleksy na przystojnej, młodej twarzy, mroki schowanych w cieniu zakamarków ciała, biała kontra na prawym barku, bijąca prosto z okna tylko w nieznacznym stopniu przysłoniętego ciężką, przykurzoną zasłoną w kolorze wina.
Przez chwilę przyglądał się kochankowi w zadumie.
Khelem stał się całym światem. Wolny, spokojny rytm jego oddechu. Tętno jak dżdżownica pełznąca pomiędzy ścięgnami jego napiętej szyi. Chór znaków, żywy tekst drżenia jego ciała. Stephan zachwycił się energią bijącą z jego zdrowego, zadbanego ciała, dzikością drzemiącą w plątaninie wyeksponowanych mięśni, mieszanką rozbawienia i fascynacji igrającą w kącikach ust i szklistości złocistych oczu.
Wreszcie poczuł spokój; zupełnie jakby ta chwila wzajemnej obserwacji przyniosła mu upragnioną ulgę. Intymne ciepło i cisza. Tylko nocny deszcz uderzający o dach brzmiał niczym nieustający oddech. Postawił ostatnie kreski na chropowatym papierze, przysunął do twarzy rysunek i z uznaniem do samego siebie skinął lekko głową. Dwie krople z jego mokrych włosów skapały na papier. Rozmazały brązową sepię.
– Uważaj! – jęknął Khelem. Odrzucił koc, nagi i jasny w mroku nocy. Zbliżył się, przesunął palcami tuż nad dwoma uwypukleniami na papierze. – Jest zniszczony?
– Nie – odparł cicho Stephan, wpatrując się melancholijnie w liczne blejtramy ustawione pod ścianami i stosy papieru poprzyciskane ciężkimi przedmiotami. – Zobaczysz, kiedyś nad moimi pracami ludzie będą płakać.
Khelem uśmiechnął się łagodnie, chwycił jego rękę, przez moment wodził smukłymi palcami po drobnej, acz silnej dłoni Stephana. Obserwował uważnie linie, żyły, odciski i blizny, po czym uklęknął i wtulił policzek w udo starszego mężczyzny.
Stephan zadrżał, gdy jego skórę musnął ciepły oddech.
– Chodź, Stephanie.

***

Pierwsze poruszenie powiek, gdy padną na nie blade łuny porannego światła. Smak pierwszego tchnienia. Senne odrętwienie wspartego o poduszkę policzka. I ciepło drugiego ciała.
Stephan przez krótką chwilę obserwował mglistą łunę za oknem. Z niewiadomych powodów przypomniały mu się jego pierwsze łzy przelane w towarzystwie tego złotookiego chłopaka. Było to nocy, w której trakcie po raz pierwszy został z nim na dłużej. Stephan leżał wtedy w szarym mroku pokoju, przyglądając się, jak różane palce świtu przedzierają się między strzępiastymi chmurami. Czuł na karku spokojny, ciepły oddech. I był szczęśliwy. Szczęśliwy w jakiś osobliwy sposób, w jaki można było być szczęśliwym w tym miejscu i czasie. Płakał wtedy z radości. Karmił się ułudą normalności, poczuciem obecności drugiej osoby. Po raz pierwszy w życiu nie był sam. Po raz pierwszy w życiu obudził się w czyichś objęciach.
Teraz gdy Khelem do niego przychodził, przeszywał go smutek, czasem tak dotkliwy, że wyrywał mu z piersi jęk. Dlaczego? Bo nie potrafił zapomnieć, że to wszystko nie jest prawdziwe, że chłopak przychodzi do niego wiedziony zapachem pieniędzy, a nie tęsknotą. Cierpiał na samą myśl, że co rano Khelem wstaje, zabiera swoją zapłatę, wychodzi bez słowa i wraca do dzielnicy prostytutek, na jedną z ciemnych uliczek, sąsiadującą z największym burdelem w mieście zwanym „Czerwone Drzwi”, by starać się o nowych klientów, lub by obsługiwać tych, którzy już go znają i cenią.
Khelem się obudził.
Przeciągnął się w poduszkach, potarł dłonią twarz i spojrzał w stronę okna. Jego dłoń powędrowała do ramienia Stephana, musnął skórę opuszkami palców i uśmiechnął się delikatnie, gdy ten odwrócił się do niego przodem. Niższy mężczyzna wtulił się w pierś kochanka, jakby chciał go jeszcze przez chwilę zatrzymać przy sobie.
W chwilach, gdy Stephan myślał nieco trzeźwiej i chłodniej, zdawał sobie sprawę z faktu, jak wiele pieniędzy oddał w ręce złotookiego Khelema. Mimo to nie żałował. Chłopak miał naturalny talent do kochania. Kształtował pożądanie swojego klienta niczym glinę, za każdym razem zaskakiwał namiętnością i techniką. Wszystkie zmysły poruszały się w rytmie jego oddechów. Jego obecność warta była każdego miedziaka.
I nie mówił za wiele, a jeśli już, to niezbyt mądrze. Za to słuchał uważanie, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Stephan bardzo to sobie cenił, niemal na równi z jego „zawodowymi” umiejętnościami. Uwielbiał mówić, głównie o sobie i swojej twórczości, a ciężko mu było o słuchacza równie dobrego co Khelem.
– Muszę iść. – Usłyszał wreszcie. Odsunął się natychmiastowo, usiadł.
– Wiem – odparł tylko, narzucając na nagie ciało długi, szary szlafrok.
Na boso przeszedł do pokoju obok.
Gdy wrócił, Khelem był już ubrany. Odebrał swoją zapłatę, zacisnął złote monety w dłoni, jakby bał się, że ktokolwiek spróbuje mu je zaraz wyrwać, skinął lekko głową i wyszedł, zamykając za sobą ciężkie, nieco skrzypiące drzwi.
Stephan przechylił lekko głowę, obserwując chropowatą powierzchnię drewna. Za oknem jakieś kobiety ubolewały nad wygórowanymi cenami różnego rodzaju produktów.
Ich trwoga nadała temu przedstawieniu polor autentyczności.

***

Dwa gołębie, wystraszone nagłym pojawieniem się człowieka, gwałtownie zatrzepotały skrzydłami i zerwały się do panicznego lotu. Przyglądał się im tak długo, aż zmieniły się w dwa małe punkciki gdzieś nad ciemnym horyzontem.
Miasto z tej wysokości zdawało się ciche i piękne. Latarnie paliły się gęstym, pomarańczowym światłem, rzucały długie łuny na wilgotne, brukowane chodniki i ściany okolicznych kamienic.
Z dachu jednej z nich, odnowionej i bogato zdobionej, obserwował interesującą go posiadłość. Jorlon Bagscoll zdecydowanie nie znał słowa umiar. Jego willa aż tonęła w obrzydliwych ornamentach, ogród przepełniony był rzeźbami tak kiczowatymi, że wzbudziły w Stephanie odruch wymiotny, a wielka fontanna z rybą, spomiędzy której grubych warg wypływała woda, przepełniła czarę goryczy.
Potarł twarz dłonią, by przywrócić swoje nerwy do porządku, po czym naciągnął na nos i usta ciemną chustę. Jeszcze raz dokładnie przyjrzał się kilku miejscom, które mogły okazać się najłatwiejsze do sforsowania ogrodzenia, po czym niemal bezszelestnie ruszył po dachach w kierunku zacienionej uliczki, sąsiadującej z fragmentem rezydencji Bagscolla. Za murem znajdował się obszar ogrodu obfity w ozdobne drzewa i krzewy. Gdy znalazł się możliwie jak najbliżej wybranego miejsca, szybko ocenił odległość, która dzieliła go od muru.
Za daleko.
Wytężył zmysły. Kroki patrolujących strażników w oddali, cicha, nerwowa rozmowa w którymś z mieszkań, charkanie bezdomnego, nerwowe oddechy spółkującej pary. Całe szczęście nie słyszał cichego, charakterystycznego posykiwania magicznej aury, która czasami chroniła posiadłości arystokracji.
Musiał zaryzykować zejście na ulicę, nie da rady teleportować się na odległość co najmniej trzydziestu metrów.
Bezszelestnie osunął się po rynnie, stając na mokrym bruku. Rozejrzał się nerwowo, po czym pospiesznie pokonał odległość dzielącą go od ogrodzenia. Teleportował się na szczyt murku i skoczył między roślinność po drugiej stronie. Wilgotny trawnik zagłuszył dźwięk lądowania. Przykucnął za przyciętym na okrągło krzakiem ognika szkarłatnego, pokrytego gronami czerwono-pomarańczowych jagód. Wartownicy stali jak stali przy bramie, od czasu do czasu przechadzając się wzdłuż ścieżki prowadzącej do głównego wejścia do willi. Dwóch leniwie okrążało posiadłość.
Zgodnie z wytyczonym wcześniej planem skierował się pod wschodnią ścianę willi, przyparł do muru i upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, rozpoczął wspinaczkę prosto do uchylonego okna na drugim piętrze. Liczne zdobienia w postaci wyszukanych kartuszy, wykuszy i naczółków niezwykle ułatwiały mu zadanie. Podciągnął się i przykucnął na wielkim, kipiącym zdobieniami kartuszu przedstawiającym herb z bażantem. Przyparł do ściany i zajrzał przez okno. Zasłony falowały lekko poruszane napływającymi z zewnątrz chłodnymi powiewami powietrza. Pomieszczenie skąpane było w ciemnościach, ale nie wyczuwał niczyjej obecności w pobliżu.
Szybko i bezszelestnie niczym cień wsunął do środka.
Wyprostował się i odetchnął cicho. Poczekał, aż wzrok przyzwyczai się do otaczającej wszystko ciemności, po czym omiótł wzrokiem pomieszczenie. Idealnie posłane, dość skromne, jak na fatalny gust Bagscolla, łóżko, pachnąca świeżością, wykrochmalona pościel, czyste ręczniki równo poskładane na niskim stołku. Zdał sobie sprawę, że stoi w przygotowanym dla kogoś pokoju gościnnym, prawdopodobnie Jorlon spodziewa się na dniach gości. Przeszedł bezszelestnie przez pomieszczenie, prosto do drzwi, wyjrzał na korytarz przez dziurkę od klucza. W ciemnościach nie dostrzegł ani nie usłyszał niczego, co mogłoby stanowić jakiekolwiek zagrożenie.
Przez jego ciało przeszedł dziwny dreszcz niepokoju.
Cholera, uspokój się.
W trakcie wykonywania zleceń czasami ogarniał go nieuzasadniony lęk, ale ostatnio działo się to częściej.
Zbyt często.
Otworzył drzwi. Z wdzięcznością odetchnął, gdy te nie wydały z siebie nawet najmniejszego skrzypnięcia. Omiótł wzrokiem korytarz. Rzucił pobieżne spojrzenie sklepieniu willi, marmurom i złoconym poręczom.
Kto i po co ozdabia piętro marmurem?
Minął jeszcze jeden pokój gościnny, po czym obszedł balustradę schodów i wszedł do otwartego salonu. Poczuł się wręcz przytłoczony ohydą wszechobecnego kiczu i przepychu. Próg bawialni ozdobiony złotymi, liściastymi motywami połyskiwał blado w ciemnościach, beżowy szezlong na zdobionych nogach niemal zanikał pod ogromem haftowanych w skomplikowane wzory poduszek, a rumiana, pulchna twarzyczka nagiej kobiety z wielkiego obrazu oprawionego, oczywiście, w pozłacaną ramę zdawała się uważnie obserwować każdy ruch niechcianego gościa.
Nieśpiesznie zaczął otwierać szuflady komód i szafek. Jedna zaskrzypiała cicho. Przełknął ślinę.
Cholera, nie nadaję się na złodzieja.
Znieruchomiał na moment, gdy usłyszał wściekłe szczekanie psa na zewnątrz budynku, a zaraz potem stłumione przez mury domu krzyki ochroniarzy.
Musi się śpieszyć.
Wysunął nieco za szybko z salonu i zamarł w bezruchu, gdy na jego końcu zobaczył łunę światła i cień zbliżającego się człowieka. Słyszał charakterystyczne stukanie miecza w pochwie. W ułamku sekundy znalazł się z powrotem w bawialni, przywarł do ściany tuż przy progu. Zaczął nasłuchiwać. Kroki zbliżały się zdecydowanie za szybko. Zdążył tylko sięgnąć po jeden ze swoich puginałów i przykucnąć. Gdy strażnik znalazł się w przejściu, Stephan szybkim pchnięciem z biodra wpakował mu ostrze tuż pod brodę. Chwycił go pod ramię i położył możliwie jak najciszej na podłodze.
Stłumił westchnienie i przyjrzał się rozlewającej po podłodze krwi, czarnej w mroku. Zdecydowanie nienawidził zabijać w trakcie zleceń osób trzecich.
Zgasił świecę w lampie strażnika i ponownie wszedł do przedsionka, na którego końcu niewyraźnie w mroku malowały się drzwi. Modlił się, by była to sypialnia, bądź gabinet Bagscolla. Zajrzał przez dziurkę od klucza; jego prośby się spełniły. W łóżku ktoś spał, prawdopodobnie Jorlon Bagscoll we własnej osobie. Nie zaskoczył go brak obecności szanownej małżonki; zgodnie z informacjami od Vamara, Veralia Bagscoll zmarła pod koniec zeszłego miesiąca, ku głębokiej rozpaczy męża oraz dwójki dorosłych już synów.
Nie zastanawiając się dłużej, wyjął z sakwy u pasa niewielką fiolkę i wylał kilka kropel jej zawartości na chustkę. Wszedł do środka, zamknął drzwi. Nerwowo spojrzał na otyłego mężczyznę, który poruszył się niespokojnie w łóżku. Dopadł do niego kilkoma szybkimi krokami, przygniótł barkiem jego klatkę piersiową, a chustkę przyłożył do ust. Przez ułamek sekundy przerażony pan domu szarpał się i rzucał wściekle oczyma, by zaraz potem znieruchomieć i odpłynąć. Stephan odstąpił od niego, podszedł do drzwi. Nasłuchiwał przez chwilę, ale nie słysząc zaalarmowanych chwilową szamotaniną strażników, zaczął przeszukiwać pomieszczenie.
Pokładał w tej sypialni ogromne nadzieje. W innym wypadku będzie skazany na schodzenie na niższe poziomy budynku.
Cholerny Vamar. Idź, znajdź jakieś dokumenty, dla jakiegoś klienta, w jakimś pokoju, w jakiejś zapchlonej skrytce. I niby gdzie ja mam tego szukać?
Zdjął dwa obrazy wiszące w sypialni, wyciągał książki z regałów, obmacywał ściany, zajrzał pod dywan, pod łóżko, nawet pod materac. Podszedł do stolika nocnego, dotknął spodu, by sprawdzić, czy nic nie jest do niego przyklejone. Otworzył szufladę, przerzucił kilka przedmiotów: zegarek, materiałowe chusteczki, jakieś ampułki z proszkami. Zamknął ją poirytowany. Potarł twarz dłońmi, wpatrując się ślepo w mebel. Po zaledwie kilku sekundach zdał sobie z czegoś sprawę - szuflada była dziwnie płytka w porównaniu do wielkości zdobionego frontu. Serce zabiło mu mocniej. Opróżnił ją, ostrzem puginału podważając spód. Na jego ustach odmalowało się zadowolenie, gdy ujrzał drugie dno, a w nim trochę złota, dwa piękne sygnety i safinowana teczka na dokumenty.
Z pewną irytacją stwierdził, że nie może mieć pewności, czy faktycznie chodzi o te papiery. Podszedł do okna; mimowolnie przyspieszył mu oddech. Litery, początkowo rozmazane, stopniowo zaczęły składać się w spójną, logiczną całość. Rachunki, jakieś nazwiska, kilka listów. Nie miał czasu przeglądać wszystkiego, ale wierzył w to, że właśnie za te informacje anonimowy klient jest w stanie zapłacić aż sześćset sztuk złota.
– Mam was – mruknął do siebie z dzikim samozadowoleniem.
Tysiące myśli o tym, co zrobi z tymi pieniędzmi, rozsadzały mu głowę.
– Doprawdy cudownie, kolego.
Niski, nieco zachrypnięty głos wwiercił się w uszy, a ostrze przyłożone do szyi boleśnie osadziło go z powrotem na ziemi.
Jak?! Niemożliwe!
Przecież nie słyszał żadnych kroków.
– Niezmiernie się cieszę, że je dla mnie znalazłeś.

Szczurku?


----
1688 PD + 15 P
Owca

Od Szczura (do Bastiana) "Ktoś ukradł tytuł"

Wcisnął się w wąską przerwę pomiędzy dwoma budynkami i wstrzymał oddech, nasłuchując wykrzykiwanych przez strażników komend. W tle rozbrzmiewało donośne ujadanie rozwścieczonych psów gończych oraz brzęczenie przypiętych do pasów pochew z mieczami. Wszystko to mieszało się z akompaniamentem chlupotu rozbryzgiwanych kałuż na brukowanej ulicy i stawało się głośniejsze z każdym kolejnym wydechem bijącym o wewnętrzne ścianki maski. Usilnie starał się nie zwracać uwagi na coraz większe trudności z łapaniem powietrza do płuc i towarzyszące temu osłabienie koncentracji.
Szczur spiął mięśnie, jednocześnie odruchowo cofając się o krok do tyłu, gdy strażnicy mijali wnękę. Spod przymrużonych, niemożliwie piekących powiek czujnie obserwował migające na ulicy, szare mundury z posrebrzanymi guzikami przy kołnierzach. W ciszy czekał, aż wszystkie znikną mu z oczu, po czym chrapliwie odetchnął z ulgą, wcześniej nie zauważając, że oddech stanął mu w piersi.
Ostatni raz zgodził się na robotę, która wymagała pracowania w ciągu dnia. Nie czuł się pewnie, gdy wychodził poza bezpieczny obszar cienia i zawsze się rozpraszał na tym, na czym nie powinien. Obecnie poza kiepskimi warunkami miał na karku starą, zakurzoną książkę, o którą tak pilnie zabiegał zleceniodawca i uganiał się ze zgrają strażników aż nazbyt ochoczą do wieszania. Widocznie nie byli zadowoleni zachwianym spokojem w ich małej mieścinie przez byle dziwaka w skórzanych łachmanach. Dla urozmaicenia rozrywki musiał radzić sobie z raną postrzałową, ponieważ paru strażników zdążyło chwycić za łuki i strzały, które, jak podejrzewał, były zatrute. Czuł się potwornie zawiedziony własnymi umiejętnościami, zbyt łatwo pozwolił zyskać przewagę nad sobą.
Przez cały czas udawało mu się ignorować rwący ból w prawym ramieniu, ale gdy poziom adrenaliny we krwi częściowo opadł, stało się to znacznie trudniejsze. Ściągnął kaptur z głowy i poprawił nasuniętą na twarz maskę, aby mieć lepsze pole widzenia. Nie zastanawiał się długo. Gwałtownym ruchem wyszarpnął wystającą z ramienia strzałę ze złamanym w połowie promieniem. Gdy ból rozszedł się po mięśniach, warknął gardłowo pod nosem, po czym przycisnął dłoń do rany i mocniej przywarł plecami do ściany budynku, żeby złapać oddech.
Ciężko dyszał osłabiony przez zwalniające bicie serca. Wyraźnie czuł, jak jego tętno ginie pomiędzy głośnym szumem w uszach, więc domyślił się, że trucizna prędko rozlała się po krwiobiegu. Powoli robiło mu się coraz duszniej, a po jego policzku spłynęła skromna strużka potu i wpadła za skórzany kołnierz.
Naciągnął kaptur na głowę i dał sobie jeszcze kilka sekund, podczas których nasłuchiwał, czy strażnicy nie zawracają. Wycie psów wciąż wyraźnie grzmiało w oddali, robiąc jeszcze większy harmider niż przedtem i przykuwając uwagę wszystkich mieszkańców. Część z nich wyściubiła nosy ze swoich chałup, żeby popatrzeć na wrzawę, co było Szczurowi nie na rękę. Nie mógł jednak całego dnia zmarnować na gniciu w tej wnęce, więc wybrał odpowiedni moment, żeby czmychnąć wte pędy przed siebie, a potem odbić w jak najbardziej zacienioną i pozbawioną ruchu uliczkę.
Daleko nie zdołał uciec, gdy uderzyła mu do głowy fala gorąca, a oddech przekształcił się w ciężki i dyszący charkot. Stracił kontrolę nad ciałem, po czym padł zamroczony prosto na piach.

Bastian? Wybacz za opóźnienia, ale jak obiecałam, opowiadanie się pojawiło ^^

----
294 PD
Owca

piątek, 26 października 2018

Od Aizena (do Zoli) "Spotykamy się ponownie, panie doktorku" cz. 6

- No i chuj. No to, w końcu dziękuję i trzymaj pan - wymamrotała pod nosem, podając mi koszyk. - Może tutaj pomóc posprzątać? Pozmieniać coś tam i tak dalej? Przysięgam, że postaram się niczego więcej nie rozjebać w pobliżu, a przynajmniej, że się postaram.
Co mam zrobić? Nie widzę powodu, by jej odmówić, zabezpieczyłem praktycznie wszystko, więc chyba nic się nie stanie, a odesłać jej tak nie mogę, nie chcę, by pomyślała, że sądzę, że się do niczego nie nadaje czy coś… A gdyby tak… to się może udać.
- Chyba jest coś, co mogłabyś robić, ale muszę najpierw zapytać, znasz się na roślinach, a konkretnie na ziołach? - Jeżeli nie, to będę musiał wymyślić co innego, ale mam wrażenie, że powinna to umieć… polowała, więc z roślinami też powinna potrafić się obchodzić, przynajmniej w podstawowym stopniu.
- Tak! - powiedziała niemal natychmiast, a jej oczy promieniowały nadzieją - Nie jestem w tym jakaś genialna, ale znam podstawy, czasem pomagałam ojcu, więc mam podstawową wiedzę, nic nie rozwalę, naprawdę! - powiedziała, dokładnie akcentując część o tym, że nic nie rozwali. Chyba próbuje teraz bardziej przekonać siebie niż mnie, ale dobrze, jeżeli to doda jej pewności siebie, to nie mam nic przeciwko.
- Dobrze, zaufam ci, chodź za mną. - Następnie poszliśmy głębiej do jaskini, było to oświetlone miejsce dzięki pewnej rudzie, jest jasno i wygląda naprawdę dobrze. Następnie weszliśmy po schodach, tak, schodach, normalnie zrobienie ich z takim wykonaniem, zajęłoby bardzo dużo czasu i złota, dobrze, że nie muszę się martwić o takie rzeczy…
Po chwili wchodzenia dotarliśmy do celu naszej podróży - przed prowizoryczne drzwi, obłożone skórą dla izolacji ciepła, kropla w morzu, potrzeba, ale lepsze to niż nic, za krótko tu jestem, by wziąć na poważnie przemianę tego miejsca. Otworzyłem drzwi, a tam ukazał się dość przyjemny dla oka widok.
Rosnące zioła, obok mała rzeczka, której źródełko jest wyżej. Jesteśmy po drugiej stronie góry, tak, góry. To jest jedna ze skarp, nie widać nic z dołu, nawet rzeczka wpływa z powrotem pod ziemię, więc nikt się tym nie interesuje, zasadziłem tu kilka rodzajów ziół, więc mogłaby się nimi zająć.
- Powierzę ci to miejsce dobrze? Doglądaj ich i wyrwij chwasty, to wszystko, czego oczekuję, nie rób nic innego dobrze? Proszę?

Zola?

----
180 PD 
Owca

Od Yumeko (do Althei) "Sekret doliny” cz. 5

Ryba wylądowała na głowie Yume. Samica pochyliła się nad wodą, aby ponownie wrzucić ją do jej naturalnego środowiska. Nie miała chęci na jedzenie, a ta żywa istota mogłaby się udusić. Gdy ryba odpłynęła, uniosła głowę i spojrzała na Alię. Po czym jej spojrzenie skierowało się na ryby. Patrzyła, jak pływają, jednakże okazała się zbyt zmęczona, aby cokolwiek zrobić. Obeszła trochę strumyk, gdy znalazła miejsce, położyła się wygodnie, zamaczając ogon w wodzie tak samo, jak i łapy. Gdy ułożyła wygodnie pysk, ostatni raz spojrzała na nietypową lisicę, po czym zasnęła w mgnieniu oka. To było jej potrzebne.
Przebudziła się, gdy poczuła ciężar na sobie. Była to Alia, trzymała łebek na jej tułowiu, tak, jakby szukała czegoś. Yu jedynie ziewnęła i podgrzała nieco podłoże. Ponownie jej oczęta się zamknęły i już miała zapaść w sen, gdy nagle znikąd pojawiły się krople deszczu i błysk za błyskiem. Deszcz powoli stawał się potężniejszy. Uniosła się, a potem ruchem ogona pokazała, aby szli za nią. Weszli do jamy, była głęboka oraz miała w sobie coś na kształt źródełka. Musieli wejść w głąb, gdyż pogoda była zła, bardzo zła. Niektóre zwierzątka, także się tu skryły. Taki azyl. Po wejściu całej trójki w głąb jamy Yu poczuła się trochę zmęczona (ona, zawsze jest zmęczona). Alia powędrowała do źródełka, gdyż tamtejsza woda pod wpływem dotyku zmieniała swą barwę. Jej towarzysz był mokry, jak cała trójka, więc samica użyła małych płomyczków i rozmieściła je po jaskini, by mogli coś widzieć. Bądź też, aby mogli się wysuszyć. Lisica znalazła miejsce i się położyła, a wokół niej zjawiły się inne zwierzątka, chcąc się ogrzać. Patrzyła trochę na tamtą dwójkę, ale przysypiała trochę.

Altheia? Sorki, że tak długo. Trzyosobowy wątek jest ciekawy.

----
136 PD
Owca