wtorek, 20 listopada 2018

Od Margo (do Finna) "Krzaki, śledztwa i brak normalności" cz.9

  Kazałam mu skupić się na swoich łapach. Zapewniłam go, że wyglądają jak krzaki, dzięki czemu chętnie przystał na propozycję i miałam go z głowy przez całą drogę. Był cicho, szedł ze spuszczoną głową, nie śpiewał ani nie podchodził do każdego krzaka, tak jak miał w zwyczaju. Czasami miałam wrażenie, że do Grety idę samotnie. Z takim Finnem mogłam podróżować. 
   Wilk przeistoczył się w ,,starego Finna" tuż przy jaskini Grety, która oznaczała koniec naszej wędrówki. 
   – Jesteśmy – oznajmiłam. 
  – Gdzie jesteśmy? – Finn rozglądał się zdumiony po okolicy. Wszędzie tylko drzewa, trawa, kwiatki i paprocie. Czegoś tu brakuje, tylko czego... – Tutaj nie ma krzaków – powiedział rozczarowany, przymrużył oczy i wzrokiem pełnym nadziei próbował dostrzec czy przypadkiem gdzieś dalej nie ukrył się chociaż jeden mały krzaczek. – Po co mnie tu prowadziłaś, skoro nie ma najważniejszej rzeczy? Aha, już wiem! – wykrzyknął radośnie, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. – Chcesz, żebyśmy je razem tutaj zasadzili? Zgadłem?
   – Nie – odpowiedziałam, a cień nadziei w jego oczach bezpowrotnie zgasł. Niewiarygodne, ile te rośliny musiały dla niego znaczyć. – Chodź. Pokażę ci coś lepszego niż krzaki.
   – Nie ma nic lepszego od krzaków – zaprotestował, ale posłusznie poszedł za mną.
 Stanęłam w wejściu do jaskini, przypominając sobie poprzednią wizytę w tym miejscu. Bardzo nie chciałam tam wracać, jednak jakaś część mnie rwała się do tego, by przekroczyć próg i w końcu dowiedzieć się wszystkiego o Finnie.
   – Tutaj też nie ma krzaków – jęknął wilk i zanim się obejrzałam, zerwał się do biegu, rzucając mi na odchodne: – Ja ich poszukam!
   Zaskoczona i lekko przerażona, rzuciłam się za nim w pogoń. Nie chciałam, aby znalazła go Greta. Jako podobno nieprzewidywalna staruszka mogła zrobić mu krzywdę, a przecież nie o to chodziło, przynajmniej nie przed wykonaniem badań. Finn był jednak o wiele szybszy ode mnie i zniknął w jednym z korytarzy. Zatrzymałam się, szybko łapiąc oddech. To by było na tyle z tej szaleńczej pogoni. Teraz pozostało mi tylko czekać na to, aż Greta znajdzie go pierwsza. Usiadłam na jakiejś skalnej półce z wywieszonym jęzorem. O mamo, to nie miało tak wyglądać. Przez chwilę czekałam w ogłuszającej ciszy. Ze stresu zrobiło mi się zimno. Finn, wracaj tutaj jak najszybciej. Gdzieś ty polazł, niedojdo? 
   Niestety, a może i stety, zamiast Finna zobaczyłam inną postać. Wadera łypnęła na mnie, nie odzywając się ani słowem. Zapewne oczekiwała wyjaśnień, dlaczego znalazłam się w jej jaskini bez pytania.
   – To tak... – odchrząknęłam, zeskakując ze skalnej półki. – Przyprowadziłam do ciebie tego, którego możliwe, że zbadasz. Tylko, że jest mały problem – urwałam na chwilę. Twarz Grety nie zdradzała żadnych emocji. – Ten wilk jest gdzieś w tej jaskini. Chyba, że posiada ona jakieś inne wyjścia, w takim razie może być już na zewnątrz. Uciekł mi zanim zdążyłam powiedzieć, żeby się mnie pilnował.
     Greta nie poruszyła się, ale przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że na jej pysku pojawił się delikatny uśmiech.
   – Znalazłam go już – oznajmiła ze stoickim spokojem. – Chodź.
 Poczułam ukłucie w żołądku, ale opanowanie wadery sprawiło, że po chwili już przestałam się stresować. Nie miałam pojęcia, ile będą trwały te badania. Ciekawe, czy w tym czasie Silver będzie szukał swojej przyjaciela. Zupełnie tego nie przemyślałam. Pozostało mi tylko mieć nadzieję, że to wszystko nie będzie trwało długo.

Finn?
---
259 PD
~Mimma

poniedziałek, 19 listopada 2018

Od Ake (do Silvera) "Profesjonalny świecznikowy skrytobójca" cz.6

   Wiadomość o tym, że lisy z wrzosowisk widziały na granicy wilki szybko rozniosła się wśród Cieni. Nie można było zignorować tej informacji, mimo że zanim trafiła do Blade'a przeszła przez setki, a może nawet tysiące osobników gotowych za każdym razem urozmaicić historię choćby jednym zdaniem. Natychmiast na granicę zostały wysłane patrole, aby przekonać się o prawdomówności lisiego społeczeństwa. Po drodze nie zauważyli niczego podejrzanego, miejscowe lisy również nie skarżyły się na wtargnięcie Łowców na ich terytorium, toteż wszczęty alarm, który wywołał niemały popłoch, okazał się fałszywy.
    Jeden z patroli dotarł do samiutkiej granicy, gdzie jego członkowie rozdzielili się i poszli samotnie wrzosowiskami, nie obawiając się wcale jakiegoś zagrożenia ze strony swoich sąsiadów.
    Wszechobecny fiolet sprawiał, że ruda lisica pomału dostawała oczopląsu. Wszystko mieszało się ze sobą i nie potrafiła już odróżnić fioletowego kwiatka od fioletowego motyla, który przycupnął na jednym z nich. Nie wiedziała, ile już tak idzie przed siebie, bo te fioletowe pola zdawały się nie mieć końca. Nic dziwnego, że tajemniczy worek zauważyła dopiero wtedy, kiedy przechodziła tuż obok niego. Był brudny, mokry i ogólnie prezentował się nieciekawie. Czasem widziała podobne rzeczy na granicy z Wojownikami, ale nigdy z wilkami. Kto mógł zostawić tutaj takie coś? Zaciekawiona tajemniczym znaleziskiem, ostrożnie wsunęła nos do środka, a kiedy poczuła, że jej pyszczek zetknął się z czymś zimnym i brudnym, szybko się cofnęła. Chwyciła zębami koniec worka i mocno potrząsnęła, aż wypadło z niego kilka... cosiów. Nie miała zielonego pojęcia, jak to się nazywa ani do czego służy. Po bliskim kontakcie z błotem i ciemną wodą ciężko było określić ich prawdziwy kolor.
   Ake chwyciła w pysk jeden z tych niełatwych do zidentyfikowania przedmiotów. Zamierzała pokazać go innym lisom i może dowiedzieć się trochę o jego pochodzeniu i przeznaczeniu. Zapewne nie był bezużyteczny i mógł się do czegoś przydać. Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, że może to należy do okolicznych lisów zamieszkujących wrzosowiska, ale... nie, tutaj ani nigdzie na terytorium Cieni nie używa się czegoś takiego. Wiedziałaby o tym.
   Worek z pozostałymi ukryła gdzieś wśród wrzosów. Jeszcze mogą się przydać, pomyślała i zaczęła iść z powrotem tam, gdzie miała spotkać się z resztą swojego patrolu. Zero wilków, zamiast tego dziwne przedmioty, które wyglądają, jakby leżały w tym worku już jakiś czas – takie patrolowanie terenu lubiła.
   Nagle usłyszała szelest wrzosów. Zastygła w bezruchu. Zbliżało się do niej coś dużego, większego niż każdy napotkany tu lis. Nie chwal dnia przed zachodem słońca, mówili. Wychyliła łebek znad kwiatków i dostrzegła biało-niebieskiego wilka, który widząc ją, zareagował takim samym zdumieniem. Jednak nie z jej powodu, a przez to, co właśnie trzymała w pysku. Jego oczy zdawały się patrzeć na tajemniczą rzecz wygłodniałym wzrokiem, natomiast Ake, niepewna tego, co w tej chwili powinna zrobić, stanęła wyprostowana, nie wypuszczając przedmiotu. Może takie zachowanie w stosunku do przywódcy Łowców nie było odpowiednie, może powinna odstawić znalezisko i wrócić tam, skąd przyszła? Tymczasem patrzyli na siebie i trudno stwierdzić, które z nich w tym momencie było bardziej zaskoczone.

Silver?
---
368 pd
~Mimma

niedziela, 18 listopada 2018

Od Althei'i (do Yumeko) "Sekret doliny" cz.8

  Einar zirytowany zachowaniem obcej lisicy, która położyła sobie głowę na jego łapach, gdy ten chciał sprawdzić, co wyrabia jego siostra, czekał z uniesionym łbem, aż Yumeko się odsunie. Nie chciał kłaść pyska na jej głowę, to nie tylko było w jego stylu, ale w głębi duszy brzydził go jakikolwiek kontakt fizyczny z żywą istotą; nawet z Alią. Na szczęście samica żyjąc we własnym świecie, nie dotykała nikogo, tylko obserwowała. To był jeden z powodów, dla których Einar ją kochał.
  Gdy Yumeko zabrała głowę, odetchnął z ulgą, czując jak mięśnie na karku zaczynają się spinać. Położył łeb na łapach i zasnął. Althei’a w tym czasie dalej bawiła się kolorową wodą. W jej głowie szalało wiele myśli. Wymyśliła sobie historyjkę, dlaczego zbiornik zmienia barwę. Wyobraziła sobie, co by było, gdyby każda ciecz się zmieniała pod wpływem dotyku. Zastanawiała się, jak długo to może trwać. Myślała nad tym, czy są jakieś skutki uboczne. A gdy woda nagle przestała zmieniać barwę, jakby została już zużyta, skrzydlata bez żadnego żalu wyszła ze zbiornika, otrzepała łapy i spojrzała na śpiącą dwójkę. Jej wzrok wychwycił rudą kitę, na grzbiecie samicy. Od razu do niej podeszłą i położyła się dwa metry przed nową towarzyszką i uważnie przyglądała się śpiącemu zwierzęciu. Jakim cudem ofiara śpi na łowcy? Wiewiórki to małe zwierzątka, które lisy mogą zjeść, a ten okaz śpi sobie, jakby był tu bezpieczny. Nie mówiąc o Yumeko, która mogła rzeczywiście być przyjacielem rudej kity, to jednak dla Einara było tylko obiadem. O Ali’i nie można było wspomnieć, żyjąc we własnym umyśle, wiewiórka mogła byś dla niej wszystkich. Może gdyby nie zjedli wcześniej królika, z głodu rzuciłaby się na zwierzę, ale w tej chwili, gdy wcześniejsze śniadanie było jeszcze trawione, zastanawiała się, co siedzi w głowie wiewiórki. Nie wyczuwa zagrożenia? A może jest chora i chce, by ktoś ją zabił?
  W końcu znudzona wszystkim, co było w jaskini, zasnęła, leżąc na plecach, owinięta skrzydłami.
- Alia, wstawaj – do jej umysłu dobiegł niewyraźny głos brata, który próbował ja wybudzić. Na zewnątrz przestało już padać, a słońce przebywało dość sporą część nieba. - Musimy potrenować – dodał, a wyraźniejszy głos doszedł do jej umysłu. Otworzyła jedno oko i przeciągle ziewnęła. Rozwinęła skrzydła, przewróciła się na bok, wstała i się rozciągnęła.
- Woda nie zmienia już koloru – usłyszeli głos Yumeko. Rodzeństwo spojrzało w kierunku zbiornika wodnego, dotykanego przez lisicę. Altheia podeszła do cieczy i stając po drugiej stronie, otworzyła pysk, wpierw ziewając, a następnie mówiąc:
- Wykorzystałam – po tych słowach bez żadnych wyrzutów, ruszyła lekkim krokiem w kierunku wyjścia z jaskini.
- Było trzeba jej tego nie pokazywać – rzucił na odchodne Einar i podążył za siostrą.

Yumeko?
---
215 PD
~Mimma

Od Carisy (do Zero Two) "Niespodziewane spotkanie" cz.15

  Carisa musiała być idealnie na czas, inaczej Zero Two mogłaby się zdenerwować, co nie byłoby przyjemną sytuacją. Przywódczyni chciała zrobić wszystko tak, by przyjść tak jak chciała wojowniczka, wszystko musiało być zaplanowane, a ona musiała wypaść jak najlepiej na treningu. Miała nadzieję, że przebywanie z Zero Two przyniesie jakieś efekty, bo stracenie stanowiska było ostatnim czego chciała.
  Dziewczyna szybko wyszła z domu i zaczęła biec do miejsca, w którym zapewne czekała na nią Zero Two. Co chwilę zerkała na swój zegarek i sprawdzała ile ma czasu. Miała go niewiele. Musiała się spieszyć, by nie zawieść nowej znajomej. Już myślała, że jej się nie uda i że się spóźni, została jej minuta, a bieganie nie było jej ulubionym zajęciem. Zdyszana przybiegła na miejsce, w którym stała już Zero Two.
- Aż tak się zmęczyłaś? - zapytała wywracając oczami. Dla różowowłosej wojowniczki to nie było nic trudnego, a dla Carisy stanowiło duże wyzwanie. Dziewczyna nie lubiła biegać, rzadko to robiła, a jedyną jej aktywnością były spacery po terenach klanu, co nie było zbyt męczące nawet dla ciemnowłosej. 
  Carisa nie umiała wydusić z siebie ani słowa. Chciała odpocząć, a najchętniej wróciłaby do ciepłego domu, a przecież jeszcze czeka ją ten trudny i długi trening z Zero Two. Wiedziała, że to dopiero początek, ale chciała żeby było już po wszystkim. Po chwili dziewczyna zaczęła dochodzić do siebie i wreszcie mogła coś powiedzieć. Jej jedynymi słowami było ciche "możemy zaczynać". Carisa była ciekawa tego, co się stanie i jak będzie wyglądał trening, ale wciąż zastanawiała się czy to dobry pomysł. Zero Two lekko się uśmiechnęła.
***
  Dzisiejszy trening nie był łatwy, ale był znacznie prostszy od wczorajszego. Przywódczyni miała nadzieję, że tym razem Zero Two nie będzie chciała z nią walczyć, wciąż uważała, że to za wcześnie, nie była jeszcze gotowa. 

Zero Two? krótkie i 2/10, ale nie mam pomysłu
---
220 PD
~Mimma

Od Sorii (do Gabriela) "Krwawa rzeka pełna wspomnień utraconych" cz.2

  Wadera wpatrywała się w przybysza w milczeniu, czerpała cichą radość z poczynań gubiącego się we własnych słowach basiora, który nagle wydawał się taki zaplątany a zaraz odważnie nachylił się, nazywając ją "iskierką". Ciekawe skąd ten pomysł. Jednak zaciekawiona typem, podążyła za nim do wody, gdzie gwałtownie zaczął gasić swe pragnienie. Gdy po kilkunastu sekundach uniósł mokrawy pysk znad lustra tafli, znowu rzucał na nią spojrzenia pełne fascynacji. Prawdopodobnie dlatego, że prześniła mu się i wkrótce spotkał ją w świecie rzeczywistym. Samica usiadła z gracją układając ogony wzdłuż jej łap, trwała w tej pozycji z zamkniętymi oczyma. Nie musiała patrzeć, by wiedzieć, że Gabryś obserwuje ją z bliższej odległości.
- Och Gabrysiu - westchnęła kojąco by dodać nuty śmiechu do swej wypowiedzi. - Czemu wpatrujesz się we mnie jak w obrazek?
- Co? Nie! Ja tylko... - słysząc jego kolejne pogubienie się, otworzyła oczy, patrząc na niego rozbawiona z lekkim uśmiechem. Nagle się otrząsnął. - Nie znam twego imienia.
- Śniłam ci się, ale nie poznałeś mej tożsamości - lekko się zaśmiała, zasłoniła pyszczek łapą. - To tajemnica.
- Przedstawiłem ci się, czas na ciebie.
- Czyli chcesz, bym zdradziła ci sekret? - Kiwnął głową. Podeszła do niego całkiem ignorując przestrzeń osobistą, oparła łapę o jego ramię zbliżyła swój pyszczek do jego ucha. Szepnęła dwa słowa. - Jestem Soria.
  Po czym robiąc krok w tył, wycofała się.
- Zobaczymy się rano,miłej nocy, Gabrysiu - pożegnała się Soria, gdzie przy tym przejechała jednym z ogonów wzdłuż jego brody a końcówka lekko uderzyła go w czubek nosa.
***
  Nastał przyjemny dzień, jesienna pogoda była wówczas łaskawsza. Chociaż na niebie błąkało się kilka chmur, było nawet ciepło, wiatr łagodnie dawał o sobie znać. Soria prowadziła dyskusje podczas chodu z innym basiorem, który oprowadzał ją po nieznanej jeszcze części terenów, ponieważ miała dziś pomóc przy łowach, współpracując z innymi wilkami, które miała również dopiero poznać. Wśród oczekujących na wydanie poleceń zakresu strategii, zauważyła głównie basiorów oraz Gabrysia, który na jej widok wydawał się lekko spłoszony. Soria uśmiechnęła się ku niemu ale nie podeszła rozpoczynając rozmowę, z racji trwania we wcześniejszej. Wydawała się być bardziej zaciekawiona innymi wilkami i słuchaniem przydzielanym trasom działań niż samym Gabrielem. Po przydzieleniu jej pozycji przy rozmówcy z wcześniej, wolno kierowali się na łowy. Tak, stado się pasło w pierwszym obstawianym punkcie, dlatego rozdzielono się na pomniejsze grupy dla upolowania większej ilości pożywienia. Wiatr działał na korzyść wilków, bowiem przywodził im zapach celów, nie zdradzając ich pozycji. Soria z wolna zbliżała się na swoją pozycję, kiedy wszyscy dostali znak do ataku. Wystartowała z zadziwiającą prędkością jak na waderę, podobno ogony pomagały jej przy tym, kontrolując z swojej strony bieg ku ucieczce tej jednej sztuki z zwierzyny, kierując ją przy tym do wilków, którzy mieli za zadanie wykończyć cel. Soria w biegu patrzyła się wyłącznie na uciekającą zwierzynę, dlatego zignorowała to, że poznany nocą basior rzucał jej spojrzenia. Zatrzymała się dopiero po wykonaniu swojej roboty, odrzucając przy tym włosy do tyłu, podczas gdy gratulowano sobie wzajemnie dobrej pracy. Kiedy nadeszła pora wadery, kilkoro basiorów wydawała się lekko speszona.
- To jak Soria? Co powiesz na świętowanie? - Zapytał się jeden z nich. Uśmiechnęła się lekko flirtująco.
- To naprawdę kusząca propozycja. Niestety, mam trochę do załatwienia. Wybaczcie mili panowie - rzekła odwracając się i odchodząc spoglądając przy tym na mijanego Gabrysia z uśmieszkiem. Po kilku minutach, będąc już z dala od tamtego ugrupowania, przystanęła. - Dlaczego podążasz za mną?
  Spytała się odwracając głowę ku wylotowi, gdzie akurat stanął zaskoczony wilk.

Gabryś?
---
335 PD
~Mimma

sobota, 17 listopada 2018

Od Gabriela (do Sorii) "Krwawa rzeka, pełna wspomnień utraconych"

- Mały Rysiu, czas na opowieść. Prawda, dusze utraconych? - zwrócił się do nich Gabriel. Te jednak wygodnie zasiadły, o ile to było możliwe. Mały Ryś czekał niecierpliwie, aż zacznie swoją opowieść. Jak zawsze chciał posłuchać.
- Zacznijcie już! - warknął. Dusze chciały już zagarnąć jego duszę, jak i ciało. Zdobyć nowe, ale nie, to na inny raz.
- A więc czas na historię. Jak to było - powiedział.
- Wiele lat temu... - odezwała się dusza.
- Wiele lat temu, przed tym, co miało nastąpić... - dodała druga.
- Wiele lat temu, przed tym, co miało nastąpić, pojawił się znak... - dodała trzecia dusza.

~Wróćmy więc do początku~

Pewnej księżycowej nocy Gabryś wybudził się ze snu. Był wystraszony. W jego śnie pojawiła się przepiękna wilczyca, aż iskierki tańczyły w ślepiach na jej widok. Miała trzy wspaniałe ogony. Jej umaszczenie też było zupełnie inne, ale jednocześnie wyjątkowe. Jakby czekało tylko na niego. Jednakże wiedział i czuł, że kryje w sobie coś wielkiego.
Gdy miał to odkryć.
Gdy biegł w jej stronę.
Gdy droga pod jego łapami była nad wyraz miękka...
Wnet się obudził, gdyż zaczął spadać w otchłań. Udało mu się wybudzić, a przez to musiał wyjść i się przejść po terenie. Nie mógł, o tym myśleć. Choć jakąś część niego nieubłaganie pragnęła więcej. Nawet więcej pożądała jej, tej aksamitnej i zabójczej sierści. Tego wspaniałego doznania, jakie mógł z nią przejść. To było tak silne, iż biedny wilk musiał zacząć biec. Ile tylko miał sił w swoich łapach. Poczuł wiatr, aż skoczył w przepaść. Wiatr na czas go odrzucił. To jednak było mało, musiał wylądować na czymś żywym i miękkim. Nie chciał, się podnosić, więc jedynie zamruczał i się wtulił.
Dopiero gdy otworzył swe ślepia, odskoczył jak poparzony od tej wspaniałej samicy. Zamurowało go, a może nawet sparaliżowało.
Jego oczy się powiększały, przelatywał ją swoim spojrzeniem. Jakby chciał wywiercić w niej dziurę na wylot. Ona tak samo, jak on, miała wielkie oczy i żadne z nich nie odezwało się nawet słowem. Cisza ciągnęła się w nieskończoność. Żadne z nich jej nie przerwało.
Dopiero Gabryś po dobrych kilku dłuższych chwilach się otrząsnął. Musiał się uspokoić. Co w niego wstąpiło, on się przecież tak nie zachowuje.
Nabrał dużo powietrza, aby następnie je wypuścić. Siedział na swoim miejscu nieco rozluźniony.
- Em... J-ja... Ty... - jąkał się jak mało kto.
- Co cię do mnie sprowadza? - spytała. Jej głos był taki kołyszący, choć wciąż coś miała do ukrycia. Czemu miałby być taki podejrzliwy? Czyżby to przez ten sen? Możliwości jest sporo.
Musiał zebrać w sobie odwagę, aby jej powiedzieć. Wytłumaczyć swoje zachowanie.
- Śniłaś mi się - wyrzucił z siebie na jednym oddechu. Przez co na nowo zamilkł. Gabryś, ty debilu, ale żeś palnął - próbował jakoś dojść do siebie, aby zacząć jakoś, tę nową znajomość. Co z nim jest? To przez ten sen? Przecież nie raz ani nie dwa rozmawiał z samicami, a teraz go zatyka.
Musiał od nowa zacząć i to jak najszybciej.
- Hej, jestem Gabryś. Przepraszam, że tak na ciebie wpadłem - powiedział. Starał się być kulturalny, ale no, był speszony.
Gdy na nowo usłyszał jej głos, tym razem byli bliżej siebie. Nawet nie zdawał, sobie sprawy z tego, jak to musi głupio wyglądać.
- Śniłam ci się Gabryś? - spytała. Tak jakby czuł jej głos na karku, jej oddech. Nieco się wystraszył, ale nie odsunął.
Wnet wstąpiła w niego jakby odwaga. Coś go drgnęło, to aż dziwaczne. Choć też fascynujące.
Zbliżył się do niej i spojrzał w jej oczy z lekkim uśmiechem.
- Tak śniłaś mi się, iskierko - rzekł.
Ona wydawała się... zaciekawiona? To dobre słowo, a może tylko udawała, a tak naprawdę się go bała. Może było jej to obojętne.
- A co to był za sen? - ponownie usłyszał pytanie. Tym razem mógł na nowo wyrwać się z myśli i spojrzeć na nią.
- Stałaś na drodze - przerwał i zbliżył się do niej. - Wnet wokół ciebie można było dostrzec jakieś dusze... - dodał i ponownie przerwał, zbliżając się do niej.
Spojrzała się... podejrzliwie? Może nie umie zbyt dobrze jej rozczytać.
- No dobrze, już kończę. Biegłem do ciebie, ale ty nieubłaganie zaczęłaś zanikać, jakby te dusze próbowały się wydostać. Wtem droga zaczęła być miękka, czuć było krew, aż w końcu spadłem w otchłań i się obudziłem - skończył swoją wypowiedź. Ruszył do pobliskiego strumyka, by się napić i na nowo położyć. Był wyczerpany.
- Idziesz? - spytał. Samica, chyba się zastanawiała, ale w końcu ruszyła za nim. Gdy doszli do strumyka, samiec niemal od razu zaczął pić. Czuł pragnienie. Po wypiciu odpowiedniej ilości usiadł nieopodal, aby następnie się położyć. Umieścił pysk na łapach i ziewnął, po czym lekko przymnożył oczy.

Soria?

----
372 PD
Owca

Od Stephana (do Aniego) "Niecodzienne spotkanie" cz. 2

Jak to możliwe?
Oddychając głęboko, Stephan de Vort wstrzymał konia i odwrócił się, by spojrzeć na starą cytadelę. Jej mury górowały nad zasłoną świerków i modrzewi, nad nimi zaś górowały zryte rozpadlinami fałdujące masywy pasma Dheor. 
Popędził konia i podjął dalszą ucieczkę. Późnym popołudniem minął przerażająco zimną i rwącą rzekę. Dopiero wtedy miał pewność, że zgubił pościg. I dopiero wtedy poczuł potworne zmęczenie i przenikliwy, rwący ból. Spojrzał z lękiem na rozległą ranę na ramieniu.
Kurwa.
Potem skierował wzrok na złamaną strzałę tkwiącą w zakrwawionym udzie.
Kurwa!
Krzywiąc się z cierpienia, zeskoczył z konia. Wydał z siebie pełen boleści jęk, gdy wraz z momentem zetknięcia się rannej nogi z ziemią przez jego ciało niczym uderzenie pioruna rozszedł się palący ból. Z trudem utrzymał pozycję pionową, oparł ciężar ciała na prawej nodze, przytrzymał się łęku.
Koń zwiesił głowę, chrapał ciężko, zmęczony długą drogą. Stephan sam się dziwił, że nie zajechał wierzchowca tą szaloną ucieczką. Gdy pędził go cwałem, słyszał świszczący oddech, huk jego serca. Potem zwierzę protestowało, zwalniało, zbaczało ze ścieżki, by pod koniec zacząć się potykać. Skrytobójca poklepał go po spoconej, lepkiej szyi; rozejrzał się, spojrzał w niebo pokryte kłębiastymi chmurami, które stopniowo zaczęło przybierać cieplejsze barwy. Słońce chyliło się ku zachodowi.
Przywiązał smukłego gniadosza do drzewa, na którego pniu rozrosły się mnogo opieńki. Usiadł na wilgotnej ziemi i nerwowo, trzęsącymi rękoma zaczął rozrywać koszulę. Obwiązał prowizorycznie rany, by choć trochę zatamować leniwie płynącą krew. Pozwolił sobie na zbawienną chwilę odpoczynku, by odzyskać spokój, narzucić rozumowi dyscyplinę. Las był cichy, ptaki śpiewały słodko. I tylko jego charczący oddech i huk serca zakłócały błogość.
Podniósł się wreszcie, podszedł do roziskrzonego w słońcu strumienia i ukląkł na jego brzegu. Woda, którą uniósł do ust, była bardziej orzeźwiająca i słodsza od innych. A może po prostu takie tylko miał wrażenie, bo spękane, wysuszone usta od kilku godzin nie smakowały płynów. Obmył twarz, schłodził rozognione rany, po czym ponownie dosiadł wierzchowca.
Zjechał granitowym zboczem prosto w dziką gęstwinę.
Kluczył w mrocznym borze między potężnymi, wiekowymi dębami, wśród ciszy mówiącej o długiej nieobecności człowieka. Koń parskał, gdy ciernie kaleczyły jego nogi. Siły uciekały z każdym oddechem, ogromne drzewa trzeszczały targane silnym wiatrem. Bujał się niemrawo w siodle, otoczenie pochwyciło go, zniewoliło, poruszało nim i koniem w rytm własnego tchnienia.
Gniady nagle zarżał wściekle, gdy tuż przed nim przebiegła młoda łasica. Zadrobił w miejscu, stuknął kopytami w mokrą ziemię, gwałtownie stanął dęba. Stephan szarpał się z nim chwilę, po czym zupełnie pozbawiony sił spadł na ziemię.
Jęknął, gdy jego ciało zderzyło się z twardym podłożem. Głowa niefortunnie przyjęła znaczną część impetu. Poczuł tylko, jak lekko zakrzepłe rany ponownie się otwierają i tryskają krwią.
Stephan zesztywniał z przerażenia, gdy usłyszał ludzkie kroki, a zaraz potem głos.
– Wszystko w porządku?
Odetchnął z ulgą, zdając sobie sprawę, że na pewno nie był to nikt z pościgu. Ktoś pomógł mu wstać, jak przez mgłę zobaczył młodego chłopaka o długich ciemnych włosach i łagodnej, niemal niewieściej twarzy.
Koń. Gdzie koń?
Rozejrzał się zdezorientowany, świat wciąż wirował mu przed oczyma. Ciało niczym z ołowiu, równie nieruchawe, co jego myśli.
Chłopak powiedział coś jeszcze.
Co?
Gdzie mój cholerny koń?!
Czarnowłosy wciąż go podtrzymywał.
– Przeklęty koń! Tyle czasu razem, a on po prostu uciekł! – wybełkotał, z trudem wypowiadając słowa.
Cóż za nonsens.
– Proszę się nie ruszać, rany chyba się pogorszyły.
Stephan skupił się na moment na twarzy nieznajomego.
Jaki ładny...
Zaraz potem został posadzony na ziemi; oparł głowę o wilgotną, chropowatą powierzchnię drzewa. Plątanina czarnych gałęzi na tle burzowego, sinego nieba. Zagubił się w ich kształcie, w ścieżce, jaką kreśliły w powietrzu – cienkie, mocne linie, które kradły z nieba tyle pustki.
Jakie piękne.
Ktoś się nad nim pochylił, zasłonił mu widok. Miał ochotę pluć. Chłopak przytknął mu do ust drewniany kubek.
Gdzie mi z tym?!
Spróbował podnieść rękę, ale była jak z waty. Skrzywił się, odwrócił głowę, doświadczył strasznego uczucia przewagi fizycznej nieznajomego. Naparł dłonią na jego pierś, a on się uśmiechnął jak ojciec droczący z synem.
Jak to możliwe?
Taki młody, taki delikatny, taki silny.
Wstrętna gorycz wody, którą mu podano, sprawiła, że wargi mimowolnie wykrzywiły się w grymasie. Coś przyćmiło zmysły jeszcze bardziej. Niebo przed jego oczyma zawirowało, a na jego miejscu pojawiła się wielka, czarna plama.
Świat zatrzymał się na przerażająco długi moment.

***

Świt. Stephan obudził się z drżeniem. Słyszał szum liści.
Przez nieokreślony czas leżał nieruchomo, miażdżony ciężarem tępego bólu. Ciężkie kończyny zdawały się przykuć go do ziemi. W ustach wciąż czuł gorzki smak środku nasennego. Poczuł okropne mdłości. Musiał się mocno uderzyć w głowę.
Gdzie jestem?!
Świadomość zupełnie obcej sytuacji i obecności nieznajomego spadła na niego z przytłaczającym ciężarem.
Rozejrzał się nerwowo wokół siebie. Jego rzeczy leżały obok prowizorycznego posłania, rany miał precyzyjnie opatrzone.
Medyk? Co do cholery robi w środku dziczy?
Zdołał się podnieść na kolana, podpierając ciężkimi jak ołów ramionami. Ból rozsadzał czaszkę. W sztywne palce chwycił jeden ze swoich puginałów.
Gdy stanął na nogi, omal się nie przewrócił. Musiał odczekać kilka sekund, by przywołać swoje ciało do porządku. Spojrzał przed siebie; wzrok wciąż miał mętny. Długowłosy chłopak siedział przy ogniu; grzał białe, delikatne dłonie.
Stephan podszedł do niego, nieszczególnie dyskretnie. Sztylet wciąż trzymał w ręce, ale nie czuł szczególnej potrzeby wymierzania go w plecy obcego.
– Pańskie rzeczy położyłem obok posłania, więc nie ma się czym martwić. Może chciałby pan porozmawiać? – Jego głos był cichy, kojący, wibrował spokojem.
– Porozmawiać? – Stephan oparł się o pobliskie drzewo, z powątpiewaniem spoglądając na długowłosą postać. – Masz na myśli niezobowiązującą pogawędkę o pogodzie, czy przesłuchanie?
Nie słysząc odpowiedzi, westchnął ciężko i spuścił z tonu. Poczuł wstyd.
– Dziękuję za pomoc – wymamrotał wreszcie. Dopiero wtedy nieznajomy obrócił się do niego twarzą. Uśmiechnął się łagodnie, po czym wskazał miejsce obok siebie, przy ogniu.
Dezorientacja. Stephan nie pamiętał, kiedy ostatnio zaznał takiej bezinteresownej życzliwości. Czy faktycznie była to bezinteresowność? Czego może chcieć? Kim jest? Czy to podstęp?
Mimo to wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem usiadł przy ogniu, potarł skostniałe dłonie. Obserwował swoje palce, zginał je i prostował, jakby nie potrafił poradzić sobie z nerwami.
W końcu zadał pytanie.
– Czego chcesz w zamian? I co muszę zrobić, by liczyć na twoją dyskrecję?

Ani?

----
512 PD
Owca