Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Jeden wart drugiego choć obaj pazerni jak jeden tak drugi śliskiej pracy wierni" ❀. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Jeden wart drugiego choć obaj pazerni jak jeden tak drugi śliskiej pracy wierni" ❀. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 stycznia 2019

Od Szczura (do Stephana)
"Jeden wart drugiego
choć obaj pazerni
jak jeden tak drugi
śliskiej pracy wierni" cz. 4

Czarny Łabędź mieścił się w głównej ulicy Złotych Ogrodów, jak powszechnie nazywano część miasta, która podlegała władzy Mistrza Złodziei. Zawsze panował tu zgiełk przeżarty zapachem alkoholu i brzękiem gubionych monet – dla uszu Szczura była to muzyka najwspanialsza. Wobec niej nijak się mieli nawet artyści toczący po ulicach gibkie ciała odziane w barwne wstęgi. Przez usta muzyków skakały pijackie piosnki. Głównym tematem większości były panny i mężatki; które stale łasiły się na cudze łoża. Prozaiczny temat, według Szczura, lecz w tutejszym otoczeniu niewielu potrzebowało wykwintnych utworów do zabawy.
Dźwięki instrumentów ginęły pośród gardeł setek ludzi w tak wymyślnych strojach, że ich widok przywoływał na myśli stado papug w czasie godów. Lśniące aksamity i jedwabie falowały pod ciężarem piór, kamieni i woalek. Pozłacane brokatem rzęsy plątały się w ustach mężczyzn. A skądś docierało głośne zawodzenie naśladujące wycie szakala. Rzadko kto decydował się przyjść bez kostiumu. Można było zatem dostrzec w tłumie zwiewne sylfy, zgrabne rusałki, wielkie pawie, wilkołaki, dusiołki oraz inkuby.
A na szyi każdej z tych nadnaturalnych istot niczym złote węże ślizgała się zgrabna biżuteria. Jej śliczne brzęczenie było jak miód na zszargane uszy i choć Szczur zdołał już tej nocy ograbić Bagscolla z połowy majątku, chętnie znów rzuciłby się w wir pasji. W ryzach trzymała go jedynie świadomość, że zmierzał na spotkanie z człowiekiem, którego umiejętności złodziejskich nie należało lekceważyć, jeśli miało się chociaż za grosz rozsądku.
Za głównym placem, gdzie panował ruch największy, Szczur skręcił w wąski przesmyk między Karmazynową Łuną a Szachownicą. Kilka budynków dalej znajdował się Czarny Łabędź, którego złocista kopuła górowała nad okolicą. U frontu, przed strzelistymi kolumnami z białego kamienia, jak zwykle zbierał się ogrom tłumu spragnionego rozrywki.
Szczur ruszył w stronę bocznego wejścia dla personelu. Na schodach do piwnicy obok zgromadziło się kilku krupierów w czarnych, błyszczących frakach z ogromnymi piórami przyszytymi do rękawów. Paląc tanie cygara i głośno dyskutując, czynili wrażenie niewielkiego stada rozwrzeszczanych wron. Ani trochę nie przypominali łabędzi, toteż najczęściej pracowników Czarnego Łabędzia określano mianem tych pierwszych.
Jeden z mężczyzn rozpoznał Szczura i z zawadiackim uśmiechem uniósł pierzaste ramię na powitanie.
— Wracasz w samą porę! — zawołał niskim, dźwięcznym głosem, który nijak pasował do rechotu wrony. — Właśnie podpisał umowę z Lisami, ma świetny humor!
Szczur bez słowa wyminął grupę roześmianych ptaszysk i jedynie mężczyznę zaszczycił krótkim, nonszalanckim spojrzeniem, jakby musiał zniżać się do poziomu niższej warstwy społecznej. Lecz prawie natychmiast się zreflektował, rozpoznawszy człowieka, którego kilka razy spotkał przy stole do bakarata. Wspólne rozgrywki prowadzili w sposób na tyle się szanujący, że obecnie siebie znosili lepiej niż pozostałych pracowników Czarnego Łabędzia.
— Może na tyle dobry, że pozwoli mnie pochować — odparł lekkim tonem, chociaż wraz z wypowiedzianymi na głos obawami, uderzyła go świadomość, że wkrótce mogą przerodzić się w rzeczywistość. Zignorował nieprzyjemne ściśnięcie w żołądku na myśl o stryczku oraz osobach, których nie chciałby tam wysłać i pofatygował się skinąć na pożegnanie głową, zanim zniknął w sieni.
Już od wejścia uderzył Szczura zapach tytoniu zmieszany z wonią drogich, damskich perfum i oparami opium. Ogień żwawo tańczył w gazowych lampkach, przecinając złocistymi łunami ciemnoczerwone ściany i doskonale wypolerowane, czarne kafle na podłodze. Było zbyt jasno dla oczu Szczura, lecz zacisnął szczęki, nie czekając, aż się przyzwyczai do światła i ruszył przed siebie.
Przemknął wąskim korytarzem dla służby. Wyminął główny hol skąpany w odcieniach czerni, bieli i złota, gdzie pomiędzy rozciągniętymi na kanapach gośćmi, eleganckim krokiem lawirowali kelnerzy. Na tacach nosili kryształowe kieliszki i butelki z winem, aby umilić czas oczekiwania na miejsca przy stołach. Aż przyjemnie się robiło na oku, gdy z wręcz magiczną gracją przelewali alkohol między naczyniami, nawet pomimo doczepionych do czarnych fraków piór. Tańczyły przy każdym ruchu jak łabędzie skrzydła w chmurach, stąd nie lada wyzwaniem było ich opanowanie. W każdym geście jednak z łatwością czynili wspaniałą ucztę dla wielbicieli estetyki i tańca.
Szczur również zaczynał jako jedno z tych ptaszysk. Posada ta uchodziła za iście uwłaczającą wśród przestępczej świty Mistrza Złodziei, więc nigdy się nie przyznał, że to pierw od Wron uczył się poruszać bezszelestnie i z lekkością godną ptasiego puchu na wietrze. Podążył dalej. Wszedł po schodach na piętro. Tutaj panował przyjemny półmrok rozpędzany jedynie przez samotne świece na świecznikach przybitych do ciemnoczerwonych ścian. W doskonale wymierzonych odstępach pomiędzy drzwiami wisiały portrety poprzednich właścicieli kasyna, którzy zerkali z pogardą na wędrującego leniwie Szczura.
Według plotek starszych pracowników jeszcze kilkadziesiąt lat temu to miejsce nie było Czarnym Łabędziem, a Gniazdem Srok. Podobno słynęło z najtańszych dziwek i obrzydliwych krupierów, którzy nie potrafili zapewnić rozrywki nawet na przeciętnym poziomie, a oszustwa wypaczyli z wszelkiej sztuki i piękna. Powiadają, że dopiero czasy Mistrza Złodziei okazały się czasami świetności tej niegdyś zawstydzonej własnym upadkiem rudery. Szczur nie do końca w to wierzył. Znał możliwości swojego nauczyciela i wiedział, że był do tego zdolny, skoro podporządkował sobie całe Złote Ogrody, ale prostszym rozwiązaniem wydawało się puścić odpowiednie języki i czekać, aż same stworzą legendy o żebraku, co władcą się stał.
Szczur skręcił w korytarz po lewej. Prawie całkowicie panowała tu ciemność. Wszystkie świece wypaliły się kilka godzin temu i pozostał tylko jeden samotny język ognia, który słabo migotał na małym, drewnianym stoliku obok lustra. Szczur, przechodząc koło niego, zgasił płomyk jednym ruchem ręki. Palce z przyjemnością wchłonęły nową ciemność.
Przystanął przed drzwiami na końcu korytarza, które wyraźnie odmalowywały się nawet w ciemności. Przez kilka minut przepełnionych jedynie ciszą wpatrywał się w cień przed sobą. Choć od niepamiętnych czasów tworzył razem z nim jedność, tutejsze mroki wywoływały w nim poczucie niepokoju, a płynąca od nich energia zdawała się pożerać skórę Szczura aż do kości. Zacisnął dłonie w pięści i nabrał powietrze w płuca dla otuchy, po czym naparł na drzwi.
Otworzyły się z cichym skrzypnięciem, ukazując skromny w wielkości pokoik zupełnie różniący się od wykwintnego klimatu Czarnego Łabędzia. Po jasnych, kremowych ścianach tańczyły wesołe ogniki w żelaznych lampkach gazowych i świecach. Ich blask wpadał w słaby cień rzucany przez regały wypchane po brzegi książkami i mapami. W kącie stał metalowy kwietnik z wysuszoną paprocią. Drewniane panele skrzypiały wdzięcznie przy każdym kroku, zdradzając nawet eteryczną naturę Szczura. Zawsze czuł się tutaj bardziej człowiekiem niż zjawą, jakby kruszec, z którego zbudowano ściany w tym pomieszczeniu, wysysał z niego całą kwintesencję.
Mężczyzna siedzący za grubo ciosanym biurkiem poruszył się nieznacznie i podniósł wzrok znad dokumentów, gdy Szczur bezszelestnie zamknął za sobą drzwi. Leniwie poprawił opadające na nos okulary, po czym niedbałym gestem ręki pozwolił mu się zbliżyć, lecz Szczur, zgodnie z nauką nabytą wśród Wron, nie skorzystał.
Człowiek, który nigdy nie widział Mistrza Złodziei, nie zdołałby odgadnąć, że został nim okrzyknięty ten chudy, pomarszczony mężczyzna wyglądający na wiek, w którym wypada zacząć szukać miejsca do pochówku. Miał jednak przedziwną czerń w tych pozornie zmęczonych i otoczonych purpurowym sińcem oczach, która nie pozwalała nawet głupcowi powierzyć mu swego zaufania. Stosowny dystans był wręcz konieczny, aby nie zawisnąć głową w dół.
Z głośnym westchnieniem wyprostował się na krześle, leniwie omiatając znudzonym wzrokiem rozłożone na blacie papiery. Błyszczącymi od wielkich sygnetów palcami, które pokrywała gęsta siateczka fioletowych żyłek, zastukał kilka razy w drewno, zanim westchnął po raz drugi. Nie zaszczycając Szczura spojrzeniem, sięgnął do szuflady z boku. Wyciągnął z niej cygaro oraz paczkę wypalonych w większości zapałek. Nie spieszył się, gdy powoli obrócił ją w dłoni i nie spieszył się, gdy szukał całej główki pośród dziesiątek sczerniałych od ognia. Znalazłszy idealną, wreszcie odpalił cygaro, a resztą płomienia nakarmił knot świecy stojącej w rogu biurka.
Nie była wcale potrzebna, ponieważ panowało tu tyle światła, że Szczur już czuł się, jak mysz wciśnięta pod miotłę. Tradycji jednak musiało stać się zadość. Ezar nigdy nie odmawiał sobie drwin z Wron, a zwłaszcza z jego faworytów.
— Nie sądziłem, że postąpisz tak… — zaczął i zamilkł na chwilę, szukając odpowiedniego słowa. — Głośno. To raczej nie w twoim stylu. — Zaciągnął się dymem.
— Mogłeś uprzedzić, że będę miał konkurenta.
— Jednego? Spodziewałem się co najmniej trzech. — Ezar obrzucił Szczura znudzonym spojrzeniem i dmuchnął dymem prosto w jego stronę, jednak szara chmura rozczepiła się po całym powietrzu w gabinecie, zanim do niego dotarła. Próbując zachowywać się naturalnie, Szczur założył ramiona na piersi i zacisnął zęby, aby nie dać ujścia irytacji.
— Kpisz sobie ze mnie?
— Jestem raczej zawiedziony, synu. Za bardzo się rozleniwiłeś.
— A ty za bardzo sobie schlebiasz. Ptaki to nie kundle. Nie utrzymasz ich na smyczy. Pewnie nawet nie zauważyłeś, kiedy kilka srok przewinęło się między wronami — odrzekł Szczur, siląc się na spokój w głosie, choć wewnątrz gotował się od gniewu. Ezarowi nie umknęło, że z całej siły wbił palce w ramię.
— Zważaj na słowa, synu. Chociaż jesteś gryzoniem pośród ptaszysk, nie chciałbym przyłapać cię w przebraniu jednej z tych srok. — Uśmiechnął się, ukazując obrzydliwe, zżółkniałe zęby i pogłębiając zmarszczki pod oczami. Ze wpadającym pomiędzy nie cieniem przypominał przez chwilę potwory z bajek, którymi straszy się dzieci przed snem.
— Kradnę z głową.
— Może i z głową. — Westchnął ciężko i odruchowo przejechał dłonią po wyłysiałym czole. Na starość zostały mu tylko zsiwiałe, przerzedzone włosy dookoła czaszki, które najczęściej zaczesywał tak, aby wydawało się, że jest ich więcej niż w rzeczywistości. — Ale głowa bez wiedzy. Gdybyś naprawdę chciał się zorientować w sytuacji, wiedziałbyś, że Bagscoll wplątał się w kupiecką intrygę i teraz jak nie tuzin siedzi mu na ogonie. — Przerwał, aby zaciągnąć się dymem z cygara. — Nasz klient nie jest jedynym, który chce jego głowy.
— Zatem ode mnie jej nie dostanie. Jestem złodziejem, nie katem.
— Twoje poczucie moralności mnie zadziwia, synu. — Ezar zmarszczył krzaczaste, siwe brwi. — Mam zatem rozumieć, że misja zakończyła się fiaskiem?
— Nieoczekiwanym zwrotem akcji — poprawił go Szczur, powstrzymując się przed nerwowym przestąpieniem z nogi na nogę. Starał się brzmieć na opanowanego, nie miał wiele do stracenia, wszak już był w beznadziejnej sytuacji.
— Niedobrze, synu, bardzo niedobrze. — Pokręcił głową z niezadowoleniem i zgarbił się na krześle z cygarem w ustach. W pomieszczeniu zapanowała ciężka cisza przerywana jedynie przez chrapliwy oddech Ezara, gdy nabierał i wypuszczał dym z płuc. Szczur czekał cierpliwie, wpatrując się w drwiący z niego płomień świecy na biurku. Cienie tańczące pomiędzy regałami z każdą chwilą wydawały się rozjaśniać i uciekać spod palców. Nie miał, gdzie zniknąć. Łaska zjaw go opuściła. — Sądziłem, że po ostatniej wpadce już więcej mnie nie zawiedziesz. — Westchnął z przesadzonym dramatyzmem.
Ezar rzadko sięgał po przemoc, zatem Szczur już dawno przestał się obawiać, że pewnego dnia któryś z jego tęgich darmozjadów wywlecze go za nogi z Czarnego Łabędzia i wychłoszcze aż do utraty przytomności. Jego reputacja również nie mogła ulec zniszczeniu, ponieważ Ezar za bardzo cenił sobie dobre imię swojej przestępczej świty. Szczur spiął się jednak na wspomnienie ostatniej zwalonej roboty. Mistrz Złodziei wiedział wszystko. Wiedział również, gdzie szukać rodzin każdej ze swoich wron i wiedział, co mogłoby im zaszkodzić.
Wstał z krzesła, wciskając cygaro do popielniczki. Zaczął się leniwie przechadzać dookoła pomieszczenia, a każdy krok stawiał z niebywałą gracją oraz lekkością, o jaką było trudno, a szczególnie człowiekowi w jego wieku. Z dziwną dokładnością poprawiał książki na regałach, świece porozstawiane dookoła i obrazy na ścianach. Jako Mistrz Złodziei, wydawał się doskonale bezbłędny w każdym ruchu. I to tak bardzo przerażało Szczura, chociaż czuł ekscytację, gdy patrzył na poczynania Ezara. Nieustannie dążył do osiągnięcia tej samej fascynującej perfekcji. Wtedy wróci do swego mistrza i odpłaci mu się pięknym za nadobne.
— Synu — podjął znów Ezar, splótłszy ręce za plecami. — Zgarnąłem cię z ulicy, kiedy przymierałeś z mrozu. Nakarmiłem. Ubrałem. Wyuczyłem profesji i wychowałem jak swojego. — Krążył dookoła Szczura, udając w głosie żal i smutek. Był doskonałym aktorem. Nagle Mistrz Złodziei zmalał do rozmiarów zmęczonego życiem staruszka. — A ty mi się tak odpłacasz? — rzekł tonem zakrawającym prawie na rozpacz, którą można porównać do rozpaczy ojca po stracie dziecka. Wrócił na miejsce za biurkiem i już nie tak perfekcyjnym, wręcz starczo nieporadnym gestem przysunął do siebie plik dokumentów. Spojrzał na Szczura. Prawdopodobnie, gdyby nie znał Ezara, uwierzyłby, że naprawdę pragnie dobra dla swoich wron. — Niezwykle mi przykro, synu, lecz aby nauczyć cię odpowiedniego zachowania, zmuszony jestem podwoić twoją miesięczną ratę spłaty długu. — Zanurzył czubek pióra w atramencie i starannie napisał kilka słów na pustej kartce. — I niestety muszę doliczyć spłatę odszkodowania. Chyba że jesteś w stanie unormować ją teraz? — przerwał, zerkając pełnym drwiny wzrokiem na Szczura, lecz on milczał. I milczał tak przez następne dwie minuty, dopóki Ezar go nie przerwał. — Tak myślałem.
Znów zapadła ciążąca na ramionach cisza. Wślizgiwała się pod płaszcze i przenikała przez ubrania, aby wtopić się w skórę.
Przeklinał Ezara z głębi najgorszego cienia i życzył cholerze, aby w nocy zeżarły go szczury. Czekał, dopóki starzec nie wyprostował się znad dokumentów, zaszczycając Szczura jadowitym spojrzeniem, w którym roiło się od wyższości i pychy. Z tajemniczym uśmiechem sięgnął w stronę świeczki, po czym zgasił płomień palcami.
— Oby więcej takich sytuacji nie było — rzekł.
Szczur odwrócił się w stronę drzwi bez słowa ugody ani pożegnania, jedynie w myślach poprzysiągł kolejną już zemstę za każdą trutkę dla niego zostawioną. Położył dłoń na klamce, lecz przed wyjściem powstrzymał go zimny ton Ezara:
— Synu...
Niechętnie skierował wzrok w jego stronę i zajrzał prosto w spowite otchłanią oczy. Ezar skinął ostrzegawczo głową, a brzmienie jego głosu stało się jeszcze groźniejsze, gdy znów powtórzył to jedno, upokarzające słowo:
— Synu.
Szczur nie silił się nawet na piękne, złodziejskie ruchy. Z dużą dozą niechęci podszedł do Ezara i przyklęknął na jedno kolano obok krzesła, na którym siedział. Przyjął pomarszczoną dłoń ciężką od sygnetów we własną i z udawanym ukorzeniem oparł na niej czoło. Obrzydzenie do siebie samego przyprawiło Szczura o odruch wymiotny, więc czym prędzej odszedł, ale przedtem skupił w sobie całą siłę i pomimo napierającego zewsząd światła, zmusił jeden z cieni, aby strącił świecę z biurka. Świecznik zabrzęczał głośno, gdy uderzył o podłogę, zagłuszając cichy trzask zamykanych drzwi.


Przemknęło mu przez myśl, że powinien dokładniej sprecyzować, co miał na myśli przez „po zmroku”. Znudzony zatoczył miedzianą monetą między palcami i kolejny raz spojrzał na zegar wiszący na przeciwległej ścianie. Westchnął ciężko i nie siląc się na uprzejmości, zgrabnym ruchem położył nogi na stoliku, co nie umknęło piersiastej, ale niezbyt urodziwej córce gospodarza.
Stali goście Ostatniego Grosza często powiadali, że jej czasem wypadało bać się bardziej niż jej ojca. Szczur nigdy temu nie zaprzeczył, wszak nie raz widział, jak podczas pijackich bijatyk awanturnicza natura córy świetnie się sprawdzała. Kobieta na moment przerwała wściekłe szorowanie ścierą blatu za barem i spod ciemnych, krzaczastych brwi posłała Szczurowi karcące spojrzenie. Wolał nie przykuwać niczyjej uwagi sprzeczkami, więc zignorował jej nieuprzejmość i udawał, że jest zafascynowany obserwowaniem młokosów rozgrywających partyjkę pokera przy stole obok.
Ostatni Grosz był mało popularną gospodą, która od niecałych dwóch lat zagrzewała miejsca na jednej z ulic uważanych za terytorium neutralne. Niewtajemniczeni rzadko zerkali w jej stronę przez brak szyldu i nazbyt pospolity wygląd z zewnątrz, który ginął w morzu dziesiątek takich samych zarzyganych i oplutych aż po same okna karczm. Opinią nie cieszył się szczególnie serdeczną, podobnie jak atmosferą, lecz na miano speluny nie zasłużył, zwłaszcza że zazwyczaj nie gościła tu zgraja pijaczyn ani narwanych hazardzistów. Ot skromny, wysunięty na margines zakątek z w miarę przyzwoitą obsługą i piwem, które nie smakowało skwaszonymi szczynami aż tak bardzo.
Szpiedzy Ezara również rzadko się tu kręcili, Szczur jednak bywał na tyle często, że mógł mówić o dobrych kontaktach ze stałymi bywalcami. Gdyby jego koledze przyszło do głowy knuć przeciw umowie między nimi, miał pewność, że będzie bezpieczniejszy. Odruchowo rozcapierzył palce w skórzanej rękawiczce. Przebiegł opuszkami po ostrzu noża wciśniętego za pas, jakby upewniał się, że szczęście go dziś nie opuści. Potrzebował tych pieniędzy i nie miał zamiaru z nich rezygnować. Każdy grosz czynił go bliższym odejścia od długu.
Przeklęty Ezar.
Zwrócił głowę w kierunku wejścia do karczmy, gdy nienaoliwione zawiasy zaskrzeczały niewdzięcznie, a drzwi z hukiem wparły do środka. Przez próg przecisnął się porywisty wiatr niosący w falach zgniłe liście i jesienny ziąb poprzetykany nocną wilgocią. Zaraz za nimi wtoczył się mężczyzna w czarnym płaszczu.
Jego strój wydał się Szczurowi zbyt elegancki, jak na odwiedziny w karczmie i zbyt porządny, aby zakładać go w taką pogodę, lecz wszystko było niczym w porównaniu do szmaragdowego szala z misternie wyszytym wizerunkiem pawich piór.
Gość z impetem trzasnął drzwiami, zanim ogień w palenisku zdążył prawie całkiem zgasnąć. Córka karczmarza, nie przerywając szorowania blatu, rzuciła przybyłemu mężczyźnie jedynie krótkie, niezbyt uprzejme spojrzenie i splunęła prosto na blat, aby rozetrzeć ślinę ścierą. Najwyraźniej było to nie w smak gościowi, bo wzdrygnął się nieznacznie i Szczurowi nie umknął wykwitły na jego twarzy grymas przerysowanego obrzydzenia.
Przez moment przypominał rozkapryszonego smarkacza nad misą taniej zupy, lecz gdy wyprostował się z dumnie uniesioną głową, ten obraz znikł bezpowrotnie. Powiódł rozleniwionym wzrokiem po gospodzie, jakby w ten sposób wyrażał należną mu wyższość nad bandą mało kurtuazyjnych szumowin. Zapewne nie przegapił czujnie śledzących go co najmniej kilku par oczu, jednak słusznie to zignorował i skrzyżował spojrzenie ze wciśniętym za stół pod ścianą Szczurem. On zaś był pewien, że dostrzegł w ciemnych oczach kolegi okrutny cień pogardy. Mimowolnie uśmiechnął się pod maską, nie był to bynajmniej uśmiech sympatyczny, ale i jadu mu zarzucić się nie dało, wszak potraktował ten gest jako przyjemne wyzwanie na koniec dnia. Dla odreagowania stresu związanego z Ezarem.
Mężczyzna wygładził fałdy szarej kamizelki, po czym teatralnym gestem zdjął skórzane rękawiczki ze smukłych, zręcznych dłoni i powolnym krokiem ruszył w stronę Szczura, który uważnie obserwował jego ruchy. Był nie tyle ostrożny, ile zaciekawiony. W posiadłości Bagscolla ten człowiek wydawał mu się zwykłym opryszkiem, jakich niemało w Avfallen, lecz teraz nie potrafił odgadnąć, z kim ma do czynienia.
— Sądziłem, że działasz w pojedynkę — rzekł mężczyzna, przysiadając się do Szczura i poluzował trochę węzeł szala. Z bliska wyglądał jeszcze gorzej.
— Tylko wtedy, gdy moi przyjaciele nie stanowią wyzwania. — Skinął ironicznie głową, parodiując przesadnie uprzejmych arystokratów, którzy mieli to do siebie, że lubili wyglądać na pięknych, ale ich myśli po miłym przywitaniu bywały wyjątkowo obrzydliwe. Zsunął kaptur płaszcza z głowy, lecz nóg z blatu zdjąć nie raczył.
— To dla mnie zaszczyt, słyszeć, że jestem dla ciebie wyzwaniem. — Uśmiechnął się drwiąco i wyprostował plecy, nie opierając ich o niewygodne, drewniane oparcie.
— A dla mnie zaszczyt tytułować cię moim przyjacielem. Mam nadzieję, że po zakończeniu spotkania tego zaszczytu nie stracę.
— Zatem pozwól, że dam ci przyjacielską radę. — Z nieodgadnionym uśmiechem zakręcił na palcu sygnetem, który Szczur natychmiast rozpoznał. Zacisnął zęby, dusząc wspomnienie upokorzenia, jakie zakiełkowało w nim, gdy niesłownie pieczętowali chwilowy sojusz. — Rozumiem, że nosisz tę maskę, żeby się nie wyróżniać. Przykro mi, ale to tak nie działa. Może sprawdziłaby się lepiej na balu przebierańców.
— Nie, mój drogi kolego, ona nie służy mi kamuflażem. Ludzie mają wiedzieć.
— Nie jesteś zbyt skromny.
— To dobrze, mamy ze sobą coś wspólnego.
Zdawało się, że trafił w czuły punkt towarzysza, jakby wyjątkowo brzydził się utożsamianiem z jednym z tych niewiele wartych rabusiów wychowanych na ulicy. Szczur dostrzegł nieznaczny cień irytacji i oburzenia na twarzy mężczyzny, zniknął jednak tak szybko, jak się pojawił, gdy odzyskał rezon.
— Nie jestem szczurem. Nie wychowałem się w kanałach — rzekł z pogardą w głosie, zarzucając zamaszystym ruchem brzydki szal na ramię.
— Co to za różnica? I tak wszyscy w nich żyjemy. — Szczur wzruszył ramionami.
Człowiek mógł mieszkać nawet w pałacu, lecz to wcale nie wykluczało, że w ukryciu przed ciekawskimi spojrzeniami gnił po cichu w ściekach zbudowanych z niespełnionych marzeń, przerośniętych ambicji i zmarnowanego potencjału.
— Kto w nich żyje, ten żyje — odparł mężczyzna po dłuższej chwili milczenia, dalej tocząc sygnet Bagscolla w palcach. Szczur starał się nie wpatrywać w wielki, czerwony kamień, który cudownie błyskał w nikłym świetle płomyków w lampach gazowych. Nie zamierzał nikomu dawać satysfakcji ze swoich słabości.
— No tak, można jeszcze nie żyć. — Założył ramiona na piersi i wygodniej usadowił się na krześle.
— Nie sądziłem, że jesteś taki inteligentny, kolego. — Mężczyzna udał zaskoczonego.
— A ja nie sądziłem, że istnieje na tym świecie człowiek na tyle głupi, żeby założył tak paskudny szal.
— Wypraszam to sobie — oburzył się mężczyzna. — To najnowszy projekt Diccusa Pavisa.
Szczur o mało nie zachłysnął się powietrzem, gdy usłyszał, z jaką czcią ten człowiek wypowiadał tak krzywdzące imię. Nigdy nie rozumiał rodziców, którzy w podobny sposób nazywali swoje dzieci i jeszcze się nimi chwalili.
— Wybacz, ale nie będę rozmawiał o modzie z facetem, który nosi buty na wysokich obcasach — rzekł, odzyskawszy panowanie nad głosem, chociaż wciąż w gardle kotłował mu się śmiech. Towarzysz zmarszczył brwi, uważnie przyglądając się Szczurowi.
— Co ty knujesz? — spytał, po czym pochylił się nad stołem i oparł łokcie na blacie.
— Nie ufasz mi? — Głos Szczura rozbrzmiał teatralnym dramatyzmem uzupełnionym o bolesną żałość histeryzującej gąski na wieść zdrady kochanka.
— Zaufanie to przedmiot handlu. Nie stać cię na nie.
— Gdy mi dasz moją część nagrody, może będzie mnie stać.
Mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem niczym dzieci wojujące na spojrzenia. Chociaż dookoła rozbrzmiewały rozmowy lekko wciętych gości, Szczur miał wrażenie, że panuje nieprzenikniona cisza gotowa przerodzić się w burzę. W myślach chwytał za nóż ukryty za pasem i jednocześnie odliczał, ile czasu zajęłoby mu dosięgnięcie do najbliższej lampki gazowej, a ukradkiem koncentrował się na cieniach zgromadzonych w kątach gospody.
Nagle mężczyzna parsknął cicho i wstał z krzesła. Z kieszeni płaszcza wyciągnął sakiewkę, po czym z przyjemnym brzękiem pieniędzy położył ją na stole. Szczur jeszcze przez chwilę wpatrywał się czujnie w towarzysza, lecz kiedy ten obdarzył go jedynie litościwym, drwiącym uśmiechem, przysunął sakiewkę bliżej siebie.
— Wiesz, że jeśli kantujesz, to może się dla ciebie źle skończyć? — zagadnął niby pogodnym głosem Szczur, odwlekając moment poluzowania szpagatu w sakiewce. Mężczyzna prychnął pogardliwie.
— Ty też mi nie ufasz.
— Wolę się upewnić, że wyjdziemy stąd jako przyjaciele — odparł i wyjątkowo leniwym ruchem rozwiązał szpagat. Zadowolony uśmiechnął się pod maską, gdy złaknione bogactwa oko, nasyciło się widokiem pieniędzy.
— Miło się z tobą pracowało — zagaił mężczyzna i jeszcze raz zarzucił szal, a do nozdrzy Szczura dotarła silna woń drogich, męskich perfum. — Pozostaje mi tylko życzyć spokojnej nocy. Oby szczury ci jej nie zakłóciły. — Uśmiechnął się zgryźliwie, odwracając w stronę wyjścia.
— Tobie życzę bezpiecznego powrotu do domu. Oby ci się obcasy nie połamały — odpowiedział z cieniem uśmiechu w oczach. — I jeszcze jedno. — Szczur zatrzymał mężczyznę, zanim odszedł od stolika, po czym wyciągnął zza płaszcza drugi sygnet skradziony Bagscollowi i rzucił mu prosto w ręce. — Niech to będzie moja przyjacielska porada. Kup sobie ładniejszy szalik.
Wymieniwszy ostatnie spojrzenia i niezbyt uprzejme skinięcia głowami, mężczyzna wyszedł z gospody, a Szczur pomyślał, że miło było chociaż raz spotkać kogoś, kogo po zakończeniu współpracy wciąż będzie mógł tytułować przyjacielem.


Koniec wątku, dziękuję za super przygody <3

----
1829 PD + 15 P
Owca

piątek, 16 listopada 2018

Od Stephana (do Szczura)
"Jeden wart drugiego
choć obaj pazerni
jak jeden tak drugi
śliskiej pracy wierni" cz. 3

Stephan czerpał osobliwą przyjemność z zastałej sytuacji. Wcale nie dlatego, że uwielbiał, gdy ktoś czegoś od niego potrzebował. Po prostu niesamowicie bawiła go świadomość, że wyciągnięciu dłoni z pierścieniem towarzyszy nerwowe drganie powieki zamaskowanego mężczyzny.
– Nie za szybko na oświadczyny, kolego?
– Liczyłem, że polecisz na błyskotkę i nie będę musiał się starać.
– Jak ty mnie doskonale rozumiesz.
Ujął pierścień między kciuk a palec wskazujący, obejrzał go z nieskrywanym zachwytem, po czym wcisnął do sakwy u pasa.
Jego twarz przybrała nagle niezwykle cierpiętniczy wyraz. Jakby świadomość beznadziei spadła mu prosto na głowę.
– Niezwykle niewygodna sytuacja – oznajmił gwałtownie i chwilę odczekał dla zwiększenia dramatyzmu. – Nie-zwy-kle. Mamy na karku dwóch rozjuszonych braci, starego Bagscolla, który pewnie zaczyna powoli dochodzić do siebie, wzmożoną czujność strażników, wciąż ujadające psy, magiczną barierę i prawdopodobnie dokumenty schowane głęboko w dupie samego Eijeha. A wszystko szło tak gładko, póki...
Złodziej uciszył go gestem, po czym zeskoczył z murku. Przez chwilę wpatrywał się uparcie w czubki swoich butów, co rusz zerkając na Stephana z ukosa, nerwowo. Na ułamek sekundy ogarnął go dziwny bezwład, jakby jego myślom brakowało impetu, by stać się mową.
Cisza. Tylko coś cicho zgrzytało, jakby gdzieś niedaleko znudzone dziecko bawiło się łyżką w śmierdzącym piasku leżącym po bokach jednej z ciemnych alejek.
– Te przygłupy myślą, że uciekamy z podkulonymi ogonami – mruknął wreszcie.
– Każdy mądry by tak zrobił. Prośmy bogów, by głupcy nie musieli umierać za swoje głupstwa.
Zamaskowany rzucił mu chytre spojrzenie, odzyskując dawną ikrę.
– Mówisz o bogach, biorąc pieniądze za ludzkie życia? – Zaśmiał się, ale nie czekał na odpowiedź. Odchylił lekko głowę; maska odbiła metalicznie kilka refleksów. – Wejdziemy kanałami. Zatkaj nosek, księżniczko.
***
Nie minęło wiele czasu, a Stephan zaczął żałować, że nie odmówił złodziejowi współpracy.
Gęste, smrodliwe powietrze kanałów szczypało w oczy. Śliskie, mokre kamienie zdawały się przemieszać wraz z nimi; momentami czuł, że traci równowagę. Zmęczenie, duchota i potworny odór przyprawiały go o mdłości, a za każdym razem, gdy nadepnął na coś miękkiego i piszczącego, z jego gardła wydobywało się siarczyste przekleństwo.
Z trudem potrafił się skupić na wyznaczonej trasie, ale był pewien, że są już blisko. Każdy bodziec szargał jego nerwy. Powtarzał sobie, że musi być metodyczny i zdyscyplinowany. Zawsze w takich momentach powątpiewał w swoje umiejętności i słuszność wykonywanej pracy – zwłaszcza kiedy byle złodziej krzyżował jego plany i jeszcze śmiał kpić z niego w żywe oczy – ale przez szesnaście lat, które spędził pod pieczą Vamara, nigdy nie zawiódł.
I tym razem nie zawiodę.
Unurzał buty w wodzie i błocie, która teraz mlaskała irytująco między skostniałymi z zimna palcami stóp. Zdechły kot leżący koło jego nogi poruszył się nieznacznie. Ujrzał tłustego szczura wypełzającego z rozerwanego brzucha. Uderzył go wstrętny smród padliny.
Wzdrygnął się obrzydzony, ciałem targnął spazm. Gwałtownie zdarł z twarzy chustę i zwymiotował do gęstej, brunatnej wody płynącej leniwie w kanale. Przezornie uniósł ramiona, by choć trochę ukryć głowę przed wścibskim spojrzeniem złodzieja. Mimo to czuł na sobie jego czujny wzrok. Otarł usta grzbietem dłoni, po czym ponownie zasłonił twarz.
Wymruczał pod nosem przekleństwo, wycierając zimny pot z czoła.
– Teraz to i mi chce się rzygać – skwitował złodziej, skręcając w lewą, wąską odnogę labiryntu podmiejskich kanałów. Obserwował skrytobójcę z lekkim zdziwieniem. Jak to możliwe, by idący obok mężczyzna, zdegustowany i trzęsący się z obrzydzenia, był tą samą osobą, która w domu Jorslona Bagscolla zamordowała z zimną krwią co najmniej pięciu strażników? Tamten człowiek był zdyscyplinowany, niepowstrzymany, skupiony. Spoglądał z dziką przebiegłością, zachowywał spokój mimo pogarszającej się sytuacji.
Teraz płatny morderca szedł obok; mały, chudy, przygarbiony ze zmęczenia i niepewności.
Jak mógł tak nagle przekształcić się w żałosny strzęp tamtego człowieka?
Dotarli wreszcie do kraty, która stanowiła główny odpływ dla kilku rynien posiadłości Jorlona Bagscolla. Oboje odchylili na moment głowy, by nacieszyć się chłodnym powiewem świeżego powietrza. Woda lała się strugami do kanału, mocząc ich ubrania jeszcze bardziej.
Do ich uszu dotarły powarkiwania psów i ciche, nerwowe rozmowy strażników, tłumione szumem deszczu.
Stephan wytężył słuch; powietrze wibrowało od dźwięków. Niedaleko snuł się strażnik z ogarem. Stopy obute w ciężkie buciory z mlaskiem odrywały się od grząskiego trawnika. Pies węszył, co chwila otrzepując mokrą, cuchnącą sierść.
– Niedługo odejdą – wyszeptał do złodzieja, wciąż nasłuchując. Jego własny głos zabolał w nadwrażliwe uszy. – Podsadzisz mnie.
Spodziewał się protestu ze strony rabusia, ale ten tylko kiwnął lekko głową.
Gdy uznał, że teren jest czysty, skinął na wspólnika, po czym wypchnął się od jego dłoni i ostrożnie naparł na metalową, ciężką kratę. Skrzywił się, gdy ta ani drgnęła.
– Szlag by to trafił... Jest przykręcona.
– Teleportuj się.
– Nie mogę teleportować się do miejsca, którego nie widzę.
– Gówno – mruknął złodziej, omiatając otoczenie wściekłym spojrzeniem.
Stephan miał przez chwilę wrażenie, że wszystkie cienie gęsto kładące się w labiryncie kanałów miotały się rozpaczliwie i na moment zbladły. Spojrzał na złodzieja i cofnął się o krok, widząc, że jego ciało stopniowo zaczyna pochłaniać gęsta ciemność, by sekundę po tym całkowicie stracić go z oczu.
De Vort zmarszczył czoło, przez cały czas milcząc; nie próbował ukrywać pogardy.
A więc tak udało się mu mnie zaskoczyć.
Uniósł głowę i tuż przy kracie, na zewnątrz, dostrzegł materializujący się zarys sylwetki zamaskowanego mężczyzny, który rozejrzał się nerwowo, odchylił połę płaszcza i wyciągnął śrubokręt. Mimo iż w pobliżu stali strażnicy, pozbywał się kolejnych śrub spokojnie i metodycznie. Odsunął wreszcie kratę, która zaszurała cicho i metalicznie. Złodziej omiótł wzrokiem ogród, po czym pochylił się i wyciągnął rękę do wspólnika.
Gdy oboje znaleźli się na powierzchni, zasunęli kratę i przylgnęli do szarej w ciemnościach ściany. Stephan szybko zaczął oceniać sytuację. Drzwi tarasowe były zamknięte, podobnie jak wszystkie okna w pobliżu.
– Jakieś pomysły? – wyszeptał, nerwowo spoglądając na wartowników. Jeden szczał prosto na piękny krzew ognika szkarłatnego.
Prymityw.
Złodziej myślał chwilę, rozglądając się, po czym skinął głową, dając do zrozumienia, by podążał za nim.
Ostrożnie stawiając kroki, ruszyli po wilgotnej trawie. Gęsto lejący się deszcz był zbawienny; tłumił większość odgłosów. Nawet strażnicy musieli się przekrzykiwać.
Zatrzymali się gwałtownie, widząc łysego dryblasa stojącego przy schodach prowadzących do piwnicy. Stephan zbliżył się powoli, sięgnął po jeden ze swoich puginałów, po czym szybkim, mocnym ruchem uderzył go głowicą w skroń. Złapał obezwładnione ciało i szybko zaciągnął schodami w dół. Złodziej przeskoczył balustradę i miękko wylądował tuż przed wejściem. Przyjrzał się ciężkiej kłódce wiszącej przy zamku. Sięgnął po wytrychy i wprawnie, metodycznie, z godną podziwu rutyną pozbył się blokady.
Wewnątrz panowała głucha cisza i mrok.
Wsunęli do środka, ciągnąc za sobą ciało nieprzytomnego strażnika. Zamknęli ciężkie drzwi.
Grobowe ciemności wcale nie przeszkodziły rabusiowi w obmacywaniu wszystkich skrzynek i półek w poszukiwaniu cennych łupów.
– Przestań. Nie wydaje mi się, byś znalazł tu coś więcej poza słoikami i stertą starych gratów – syknął Stephan, stawiając złodzieja do pionu.
Ten wzruszył tylko ramionami.
– Zboczenie zawodowe – odparł o ton za głośno, za co skrytobójca spiorunował go wzrokiem.
Przeszli przez piwnicę, co rusz wymijając bele materiałów, stare, bogato zdobione krzesła, skrzynki z poukładanymi słojami, zasłony rzucone w nieładzie, a nawet starego konia na biegunach.
Stephan znieruchomiał na moment, gdy pod jedną ze ścian dostrzegł fragment obrazu.
– Niemożliwe – wyszeptał z zapartym tchem.
Odsunął ostrożnie skrzynkę, która zastawiała obraz w prostej, złotej ramie. Nawet ciemność nie utrudniła mu rozpoznania autora. Przez moment wpatrywał się z nabożną czcią w płótno zamalowane złoto granatowymi plamami formującymi się w pole kukurydzy na burzliwym, ciemnym tle. Oszałamiająco piękny ślad malarski zdawał się płynąć, dryfować po poruszanym przypływami silnego, wichrowego powietrza polu.
– Ten głupiec trzyma van Rava w piwnicy... – z trudem wydusił z siebie słowa, a oczy zaszkliły mu się, nie wiedział, czy od kurzu, czy żalu.
– Doskonale. Skoro nie potrafi docenić sztuki, to musi ją przejąć ktoś, kto zna jej wartość. Jak myślisz, ile będzie wart? – zapytał złodziej, wyciągając z jednej z kieszonek skalpel.
– Co ty robisz? – Stephan warknął gniewnie, marszcząc czoło.
– No jak to co? Chyba nie wezmę go z całą ramą?
– Uszkodzisz płótno!
Rabuś spojrzał na niego z góry z kpiną w oczach.
– Odsuń się. Ma to twoje dzieło sztuki tu leżeć i nabierać wilgocią, bo grubas nie wie co dobre? Chyba lepiej go sprzedać komuś, kto lepiej się nim zajmie, hm? Tylko ktoś, kto nic nie wie o pięknie, pozwoliłby van Ravowi gnić w piwnicy... – Kąciki jego oczu zmarszczyły się, prawdopodobnie pod wpływem szerokiego uśmiechu. Wyminął niższego mężczyznę i zabrał się za robotę.
Cóż za policzek.
Stephan zgrzytnął zębami.
Obserwował, jak złodziej wycina płótno z ramy, a każde cięcie skalpela zdawało się ciąć również jego skórę.
– Jest wart jakieś sto pięćdziesiąt sztuk złota. Nie oddawaj go za bezcen...
– Nie martw się, skarbie – westchnął jak znużona kochanka, z czułością zwijając płótno. – Już ja dobrze wiem, jak się tym zająć.
Stephan słyszał, prawdopodobnie tylko w swojej głowie, dźwięk pękającej i kruszącej się farby.
– Jesteś potworem – fuknął wściekle i nie chcąc tracić więcej czasu, ruszył po schodach wyłożonych starymi, zadeptanymi chodnikami, które mimo to zbawiennie tłumiły kroki. Z niezadowoleniem dostrzegł, że drzwi nie mają dziurki. Przyłożył ucho do drewnianej płaszczyzny i wsłuchał się.
Przywitała go pełna zdumienia cisza.
Dopiero gdzieś dalej dosłyszał czyjś kaszel, kroki i strzępy rozmowy na piętrze.
Uchylił drzwi i wysunął na korytarz. Pod schodami prowadzącymi na pierwsze piętro panował półmrok, światło dochodziło dopiero z jasno oświetlonego holu. Na piętrze trwała ożywiona rozmowa. Stephan rozpoznał głosy braci dyskutujących z Jorlonem Bagscollem.
– Są na górze – szepnął do wspólnika.
Zamaskowany skinął lekko głową, a potem ruszył przodem, powoli zmierzając w kierunku schodów. Na skronie Stephana wstąpiły krople potu, gdy na kilka sekund znaleźli się w mocnym, białym świetle. Miał wrażenie, że słychać krew z rykiem płynącą w jego żyłach. Jeden ze strażników poruszył się niespokojnie, ale podrapał tylko tył swojej głowy i ponownie oparł o jedną z marmurowych, bogato zdobionych kolumn.
Gdy wreszcie stanęli na wielkich, odgrodzonych balustradą stopniach poczuli ulgę. Piętro było oświetlone, ale zdecydowanie nie tak intensywnie jak hol. Stephan wychylił się zza ściany i omiótł wzrokiem korytarz. Schował się równie szybko, widząc dwóch strażników stojących na końcu korytarza, pod jednymi z drzwi.
– To gabinet Jorlona – wyszeptał złodziej.
– Domyślam się. Nie możemy ryzykować walki. Dasz radę znowu się... przemienić i ich podsłuchać?
– Nie. Nie na tak długo. I wszędzie pełno światła.
Stephan skrzywił się i zmełł w ustach przekleństwo.
– Szlag by to. Ukryj się gdzieś, miej ich na oku – rzucił tylko, a potem zniknął z oczu złodzieja.

***

Ulewa nadeszła niespodziewanie, gdy wchodzili do kanałów, przysłaniając wszystko całunem mroku i trwała dotąd. Woda lała się z nieba strumieniami, wsiąkając w trawę, spadając z szumem na gołą ziemię i odbijając się od ciemnych dachów. Nagłe podmuchy wiatru zmieniały krople deszczu w mgiełkę. Mokre sztandary zdobiące mury willi trzepotały jak ryby na hakach. Drzewa jęczały przenikliwie.
Gdy dotarł pod okno gabinetu Bagscolla, przemókł już do suchej nitki. Otarł grzbietem dłoni wodę lejącą mu się do oczu i spojrzał w górę. Nie mógł wspinać się po śliskich, mokrych kamieniach. I tak cały czas ryzykował życie.
Skoncentrował się na naczółku zdobiącym okno gabinetu Bagscolla i w tej samej chwili właśnie tam się znalazł. Jak zwykle teleportacji towarzyszyło nieprzyjemne uczucie rwania każdej części ciała. Otrząsnął się i upewnił, że nikt nie dostrzegł niczego podejrzanego.
Przysunął się jak najbliżej okna, skupiając się na rozmowie wewnątrz gabinetu.
– ... zabił pięciu strażników.
– Nalej mi jeszcze wina, Ryzek.
Dźwięk alkoholu wlewanego do kryształu.
– Co w takim razie skrytobójca robił w moim domu? – Ciche siorbnięcie. – To cud, że wciąż żyję.
– Prawdopodobnie dostał zlecenie nie na ciebie, a na twoje dokumenty, bo to o nie szarpał się z tym drugim. Współpracować zaczęli dopiero, gdy wznieśliśmy barierę. – Niski głos Eijeha roznosił się tępym echem po całym gabinecie.
– To źle, gdy już nawet gangi zaczynają się o nie bić – mruknął stary Bagscoll. – Na szczęście Latsar przyjeżdża jutro po południu, zabierze to cholerstwo poza granice tego przeklętego miasta.
Stephan drgnął.
A więc to dla niejakiego Latsara przygotowany jest pokój gościnny i bynajmniej nie przyjeżdża tu wyłącznie na herbatę. Zapewne szybko się również zmyje. Po pierwsze dlatego, że nikt normalny nie wytrzymałby w takim domu dłużej, po drugie, znając obecną sytuację i duże zainteresowanie przestępczego światka, długo nie będzie chciał zabawić.
Z trudem powstrzymał szczękanie zębów i ponownie skoncentrował się na podsłuchiwaniu.
– ... te śmierdzące szczury ukradły sygnety mojego ojca. – Szlachcic splunął wściekle, po czym z trudem podniósł się z fotela i zrobił kilka kroków. Drewniana podłoga zaskrzypiała cicho. – Masz, schowaj je. Eijeh za mną, trzeba oszacować straty i wysłać najszczersze kondolencje i rekompensaty do wdów po moich strażnikach.
Do uszu Stephana dotarły ciężkie kroki Jorlona i Eijeha, a zaraz potem dźwięk zamykających się drzwi.
Ryzek został sam.
Siorbnął wina, po czym poniósł się cichy szczęk przekręcanego zamka szyfrowego. Serce Stephana zabiło szybciej.
Głupcze.
Mimo iż rozum podpowiadał mu, że to istne szaleństwo, chwycił puginał, osunął się z naczółka, bezszelestnie stanął na parapecie i przeteleportował się tuż za Ryzeka otwierającego właśnie sejf.
Młody Bagscoll nie zdążył nawet mrugnąć.
Ostrze wbiło się w potylicę, rozorało mózg, zatrzymało się w miękkich czeluściach ust.
Stephan odetchnął, gdy nie usłyszał zaalarmowanych strażników. Ułożył ciężkie, bezwładne ciało na bordowym dywanie. Podszedł do okna, powiódł palcami po tłoczonej skórze teczki. Zawładnął nim niezwykły chłód, monolityczne samolubstwo, właściwe tylko szaleńcom.
Przez ułamek sekundy był zachwycony.
Zachwyt zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. Nigdy by nie uwierzył, że uda mu się umknąć wyrachowanej przebiegłości złodzieja.
Ciche chrząknięcie za jego plecami.
– Mam nadzieję, że o mnie nie zapomniałeś – wyszeptał brązowooki mężczyzna, przyglądając się z niepokojem zwłokom. Jego zachowanie i ruchy zdradzały dziwną niepewność, kłócącą się ze zwykłą u niego arogancją. Wszystkie jego kieszenie przeładowane były nowymi łupami.
- Miałeś stać na czatach.
- Stałem. Przez chwilę.
Stephan posłał mu tylko wściekłe spojrzenie i przyłożył smukły palec do ust.
Otworzył, najcieszej jak potrafił okno, po czym zszedł po śliskich kamieniach na trawę w ogrodzie. Poczekał, aż złodziej do niego dołączy, po czym ostrożnie skierowali się w kierunku kanałów.

***

Wyraźny szum deszczu, chłodny wiatr.
Wreszcie powietrze, pomyślał Stephan. Wreszcie świeże powietrze.
Odetchnął głęboko – po raz pierwszy od kilku godzin bez lęku. Czuł, jak krople wody obmywają jego ciało z gęstego, lepkiego smrodu kanałów – przynajmniej w jakimś stopniu. Przyłapał się na odruchowym obmacywaniu pasa, za którego wsunął skórzaną teczkę. Miał wrażenie, że za każdym razem, gdy to robił, złodziej uśmiechał się z kpiną./div>
Stanęli w cieniu starej, zrujnowanej kamienicy, daleko poza obrębem zamożnej części miasta. Niemal wszystkie okna pałały pustką i ciemnością, na palcach jednej ręki można było zliczyć te, w których wciąż paliły się blade, ciepłe płomienie świec.
Jedna, stara latarnia kołysała się na wietrze niczym martwe, suche drzewo. Stephan przebijał wzrokiem mrok uliczek i cienie postawianych w alejkach skrzyń, w nieświadomym odruchu doszukując się zagrożenia. Z niewiadomych powodów czuł się obserwowany.
Tłusty kot przebiegł mu obok nogi niczym wielki, gęsty cień. Odsunął się i odwrócił do chudego złodzieja, rzucając mu niechętne spojrzenie. Odrobinę za długie. Mężczyzna oddychał płytko, ale nad wyraz spokojnie.
– Odbiorę zapłatę za zlecenie i spotkamy się w...
– W Ostatnim Groszu. Jutro po zmroku.
Stephan wykrzywił pogardliwie usta.
– Niech będzie. – Pomyślał mimo woli o ostrzu schowanym w prawym rękawie.
– Liczę na ponowne spotkanie. – Złodziej skinął prześmiewczo głową. Gdyby odjąć od tego gestu nadmiar kpiny, można by go uznać, za całkiem uprzejmy.
Stephan obrócił się na pięcie i ruszył szybkim krokiem w tylko sobie znanym kierunku.
– Jakbyś zbłądził, pytaj o Szczura! – usłyszał niski, schrypnięty głos.
Nie widział twarzy mężczyzny, ale był pewien, że ten właśnie wykrzywia ją we wrednym uśmiechu.
Jeszcze ci zetrę ten uśmieszek z mordy.
To Stephan mógł mu obiecać.

***

– Wiedziałeś, że ktoś jeszcze dostał to zlecenie.
– Wiedziałem.
– Niech cię szlag, Vamar! – Rozwścieczony Stephan cisnął teczkę z dokumentami na biurko pośrednika.
Mosiężna figurka czapli uderzyła głośno o posadzkę.
Pośrednik, nieszczególnie wzruszony, z namaszczeniem podniósł ozdobę, postawił ją z powrotem na swoim miejscu, obrócił nieco, tak, by jej dziób skierowany był prosto na niego, po czym oblizał wargi. Przysunął do siebie safianową teczkę i powoli, ale skrupulatnie zaczął przeglądać dokumenty.
– Wiedziałem, że dasz sobie radę lepiej, niż którykolwiek z moich złodziei. Choć, nie powiem, sądziłem, że zrobisz to ciszej. Eijeha słychać było aż tutaj. – Pociągnął łyk aksamitnego wina. Nawet w ciepłym świetle świec, barwiącym mu twarz rumieńcem, wydawał się zmęczony, jakby od dawna trawiła go choroba. Odruchowo podrapał się w ucho, dotknięte – jak wiedział Stephan – chroniczną łuszczycą. Potem niespodziewanie odwrócił się i spojrzał w cień gabinetu – na skrytobójcę. – Wielka szkoda, że nie zabiłeś tego Szczura. Wielka szkoda.
– Szpiegowałeś mnie?
– Oczywiście. Te zlecenia są w takim samym stopniu moje, jak i twoje, najdroższy.
Stephan usłyszał łomot swego serca. Złość i zmęczenie rozsadzały mu głowę.
– Nie twój interes, kogo zabijam, a kogo nie. Zlecenie zostało wykonane.
– Martwię się o każde pieniądze przechodzące przez dłonie moich wspólników. Również o twoje.
– Szpiegów też trzeba opłacać.
– Drobiazgi! – Machnął lekceważąco ręką.
Drobiazgi?! Stephan z wysiłkiem zachował spokój. Vamar od dawna zaślepiony był władzą i dostatkiem, ale ostatnimi czasy jego impertynencje przekraczały wszelkie granice.
– Wiesz, że nie lubię zabijać ponad to, co konieczne. Wolałem... dobić z nim targu.
– Targu?
– Owszem.
– Nadzwyczajna transakcja! A jej szczegóły?
– Lękam się, że to tylko i wyłącznie moja sprawa.
Pośrednik westchnął głęboko, jakby zamierzał skarcić swojego wspólnika, ale najwyraźniej się powstrzymał.
– Dobrze więc – odezwał się sucho. – Wasza zapłata. – W jego głosie wyczuł nieskrywaną przez nic ironię. Uśmiechnął się lekko; bruzdy na jego twarzy jeszcze bardziej się pogłębiły. Wyjął z szuflady ciężki mieszek złota i rzucił go na kraniec biurka. Nie pofatygował się nawet, by przeliczać jego zawartość przed Stephanem.
Skrytobójca sięgnął po pieniądze, nie zaszczycając Vamara nawet przelotnym spojrzeniem. Odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.
– Uważaj na niego Stephanie. To nie może się skończyć dobrze – powiedział jego pośrednik. Jak zwykle jadowicie prawdomówny.

Szczurze?

----
1717 PD + 10 P
Owca

niedziela, 4 listopada 2018

Od Szczura (do Stephana)
"Jeden wart drugiego
choć obaj pazerni
jak jeden tak drugi
śliskiej pracy wierni" cz. 2

Stara wieża zegarowa, której cień był widoczny nawet z obrzeży miasta, zagrzmiała potężnymi dzwonami, kiedy wybiła północ. Południowy wiatr przyniósł jej gorączkowy śpiew wraz z orzeźwiającym zapachem nadciągającej burzy. Jeszcze nie było widać pierwszych smug błyskawic, ale wzburzone ciśnienie i gęsto skłębione chmury na sklepieniu nieba odstraszyły nawet szczury. Całymi stadami pochowały się w kanałach. Nisko nad ziemią wilgoć po wieczornym deszczu rozczepiła biały firmament niewyraźnej mgły. Jej chciwe szpony rozganiało jedynie złote światło świec ulicznych latarni.
Wszystko to spowijała cisza, jakiej dawno nie miał okazji słyszeć. Tylko czasem przerywały ją rozmowy wracających po zmroku pijanych mężów, ale tej nocy Szczur był w wyjątkowo dobrym humorze, więc postanowił go sobie nie psuć szczegółami. Z perspektywy ptaka cały świat wydawał się beztroski i cudowny. Nie miał ochoty wracać do rzeczywistości. Wciągnął przyjemnie pachnące powietrze w płuca i odetchnął. Niestety wszystko szlag trafił szybciej, niż się spodziewał. Z niezadowoleniem przyjrzał się zamętowi w dole ulicy.
Wściekłe ujadanie jednego z psów gończych rozbudziło uwagę strażników patrolujących teren dookoła posiadłości Jorlona Bagscolla. Zaalarmowani zbiegli się przed bramą frontową i tylko dwóch pozostało na swoich stanowiskach. Jeden w zachodniej części ogrodu, przeczesując małą alejkę z lampą naftową w dłoni, a drugi – w południowej. Na smyczy prowadził psa, który podjudzony zamieszaniem, ledwo pozwalał się utrzymać u nogi. Wykrzykiwane rozkazy niosły się echem przez uliczki, aż w kilku oknach niedawno wyremontowanych kamienic zajaśniały blade światła świec. Parę cieni w kształcie ludzkich sylwetek zamigotało za zasłonami.
Szczur z niechęcią strząsnął drobne kropelki wody ze skórzanych rękawiczek, mocniej wcisnął kaptur na czoło. Nie miał, co dłużej zwlekać z robotą, zwłaszcza że Ezar od tygodnia snuł się po Czarnym Łabędziu w wyjątkowo parszywym nastroju. Ostatnio wywalił na bruk swojego najlepszego krupiera z powodu błahostki. Podobno poszło o błąd z zaledwie dziesięcioma miedziakami. Szczur wolał nie ryzykować, bo dla niego potknięcie mogłoby się zakończyć dużo gorzej.
Odczekał odpowiedniego momentu i odepchnął się od gzymsu kamienicy, na którym przykucnął. Cicho zeskoczył na parapet poniżej, a stamtąd prawie bezgłośnie jednym susem przedostał się na lampę uliczną. Zadrżała niebezpiecznie pod ciężarem Szczura, ale nic więcej nie nastąpiło, więc sprawnie ześlizgnął się po niej na mokry bruk.
Nagle dostarczona dawka światła bijąca od świecy spowodowała niemiłe mrowienie na skórze pod ubraniem. Zignorował to uczucie, chociaż pomimo upływu lat, nadal nie potrafił się do niego przyzwyczaić. Za każdym razem było tak samo irytujące i nieprzyjemne, choć krzywdy nie czyniło. Mrowienie uparcie trwało, dopóki nie przemknął niepostrzeżenie na drugi koniec ulicy i nie zanurzył się całkowicie w cieniu. Z ulgą przyjął świeżą dawkę energii magicznej, która w ułamku sekundy rozniosła się po żyłach i zapulsowała żwawo w krwi. W cieniu czuł się o wiele lepiej nie tylko dlatego, że dysponował większą ilością magii, ale, że robił to, co potrafił najlepiej. Znikał.
Zgrabnie wspiął się po murze, po czym przeskoczył na drugą stronę, lądując za równo przyciętymi krzewami berberysu. Szybko czmychnął do części południowej ogrodu, gdzie kręcił się wartownik z psem. Zwierzę wciąż niemiłosiernie szarpało łańcuch, a mężczyzna tak obrzydliwie wyklinał pod niebiosa, że aż uszy mogłyby zwiędnąć.
Korzystając z nieuwagi strażnika, podbiegł do ściany willi i bez chwili wahania rozpoczął wspinaczkę. W oknach już dawno nie paliły się światła, a zasłony były ciasno zaciągnięte, mimo to starał się omijać parapety na wszelki wypadek, gdyby nie wszystkich mieszkańców zmorzył sen. Wolał ryzykować przykuciem uwagi najmniej jak to możliwe – dla reputacji, dla satysfakcji, dla celu. Niezauważony wdrapał się na pierwsze piętro do drugiego okna od lewej, za którym, według planu otrzymanego od Ezara, powinien znajdować się gabinet Bagscolla. Jeszcze raz zerknął na wartownika z psem, aby się upewnić, że nikt go nie odkryje. Wciąż byli zajęci sobą i hałasem dochodzącym od frontu posiadłości. Szczur wyciągnął dłoń.
Na początku formowanie przedmiotów z cienia przynosiło mu ogromne trudności. Długo musiał skupiać się na właściwościach, jakie chciał osiągnąć i nie pozwolić, aby byle szmer go rozproszył. W wyobraźni określał wagę, teksturę, temperaturę, smak, zapach, sposób działania i tak do skutku. Po dziesiątkach prób tworzenia rzeczy małych jak igły, wytrychy albo zastawa, wreszcie przestały wychodzić pokrzywione. A po latach używania noc w noc tej samej mocy, wystarczyło zaledwie parę sekund, aby teraz uformował z cienia łom. Użył go do podważenia ramy.
Bezszelestnie wszedł do środka i zasunął za sobą okno. Zostawił drobną szparę jako ostatnią drogę ucieczki.
Pomieszczenie w kształcie prostokąta było niewielkie i w przeciwieństwie do zewnętrza willi, urządzone z wyjątkowo dobrym smakiem. Klasycznie, powściągliwie, ale przytulnie. Ściany wyłożono tapetą w ciepłym odcieniu beżu, a podłogę ciemnobrązowymi panelami. Uwadze Szczura nie umknęło kilka srebrnych świeczników, jednak nie przygotował się na wynoszenie większych łupów od biżuterii i z żalem musiał odwrócić wzrok. Pod oknem ustawiono masywne, nowe biurko z pachnącego jeszcze sosną drewna. Szczur obejrzał je w pierwszej kolejności. W szufladach znalazł kilka niewysłanych listów miłosnych, rachunki za obrazy i rzeźby, sakiewkę ze srebrnymi monetami i fiolkę z lekarstwem nasennym, ale nic, co dałoby mu chociaż odrobinę satysfakcji.
Po lewej stronie biurka stały regały z ciemnego drewna wypełnione po brzegi książkami. Było ich tak wiele, że niektóre z nich leżały ułożone w stosikach na podłodze i zbierały kurz od kilku ładnych tygodni. Szczur rozejrzał się dookoła, sprawdzając, co bardziej interesujące tytuły, lecz i tutaj poszukiwania spełzły na niczym, choć uśmiechnął się rozbawiony, gdy dostrzegł wciśnięty pomiędzy dzieła historyczne erotyk. Obejrzał kominek umieszczony przy ścianie naprzeciw regałów. Stojąca na nim błękitna szkatuła z malowanymi wzorami kwiatów zapełniła kieszeń Szczura drogo wyglądającą kolią z szafirami.
Zapewne szanowny Bagscoll interesował się ponownym mariażem. Gdyby Szczura to bardziej obchodziło, składałby w duchu kondolencje dla nieszczęśnicy, o której względy się starał. Nigdy nie ośmielił nazwać się człowiekiem o dobrym guście, lecz nawet on miał ochotę rzygać na sam widok tej posiadłości, a co miałaby powiedzieć osoba, która zostałaby zmuszona spędzić tu całe życie.
Na koniec zerknął za przedstawiający dwójkę uśmiechniętych chłopców obraz wiszący obok drzwi, lecz tam również nic nie znalazł. Zawiedziony skrzywił się nieładnie. Lubił swoją pracę, ale spędzanie w niej więcej czasu niż to konieczne, nie brzmiało jak miła perspektywa. Znacznie bardziej cieszył się na myśl wyrzucania przez okno zalęgniętych w jego domu szczurów.
Zanim zdecydował się opuścić gabinet, zahaczył spojrzeniem o odlaną z brązu małą figurkę pulchnego aniołka ze skrzypcami. Znał parę ludzi, którzy polecieliby na taki chłam, jednak zapewne nawet od nich nie zdołałby wyciągnąć więcej niż kilka miedziaków.
Podszedł do drzwi i wyjrzał przez dziurkę od klucza. Na zewnątrz stał nieco pijany przez zmęczenie wartownik. Opierał się o złoconą balustradę naprzeciwko wejścia do gabinetu i dzielnie walczył ze snem. Głowa ciążyła mu bardzo, co chwila opadała bezwiednie na pierś, chwiała się, a potem strażnik przytomniał na kilka sekund i od nowa zapadał w półsen. Już niedługo będzie miał okazję porządnie wypocząć. Szczur wyciągnął z kieszeni kilka strzałek usypiających i wsunął je pomiędzy palec mały a serdeczny, żeby móc swobodnie działać wytrychami. Cichy chrzęst otwieranego zamka przykuł uwagę strażnika. Zaalarmowany poderwał się z miejsca, rozejrzał dookoła, ale gdy nie zauważył niczego podejrzanego, pokręcił głową, wracając do poprzedniej pozycji. Nastąpiła idealna okazja. Szczur ostatni raz zerknął w stronę figurki aniołka. Zawahał się, ale odgonił myśli i pociągnął za klamkę.
W ułamku sekundy dopadł do strażnika. Nim ten zdążył zareagować, Szczur przycisnął mu dłoń do ust, a drugą otoczył dookoła piersi i ostrożnie wciągnął do gabinetu. Wbił jedną ze strzałek w bok szyi wartownika. Odczekał, aż ofiara przestała się szamotać, obrabował ją ze skórzanej saszetki przypiętej do paska munduru i wyszedł na korytarz, cicho zamykając za sobą drzwi. Podczas następnej zmiany powinien czuć się jak nowo narodzony, może dokuczą mu tylko drobne bóle głowy.
Powoli i bezszelestnie wszedł po schodach na wyższą kondygnację budynku, gdzie spodziewał się sypialni Bagscolla. Tu również korytarz wyglądał, jakby przedarł się tabun gęsi znoszących złote jaja. Ilość ozdóbek była przytłaczająca, ale z drugiej strony Szczur miał okazję wzbogacić się o kolejne błyskotki, więc przestał narzekać. Po drodze dostrzegł w ciemnościach ciemną kałużę na podłodze, która swoje źródło miała za progiem bawialni. Zmarszczył brwi, gdy w nozdrza uderzył go nieprzyjemny zapach krwi.
Ktoś musiał go uprzedzić. Niedobrze.
Przyparł plecami do ściany. Wytężył słuch i uważnie obserwował otoczenie. Przedostał się na drugi koniec korytarza do ciężkich, mahoniowych drzwi z pozłacaną klamką w kształcie morskiej fali. Przesadzona ilość szczegółów kuła w oczy nawet takie bezguście jak Szczur. Aż zbrzydło mu jej dotknięcie, ale przemógł w sobie niechęć i schylił się, żeby zajrzeć do środka przez dziurkę od klucza.
Wewnątrz kręcił się niższy od niego co najmniej o głowę mężczyzna z chustą zasłaniającą pół twarzy. W ręku trzymał gruby plik dokumentów, prawdopodobnie były to te same, których poszukiwał Szczur. Wymruczał coś do siebie pod nosem, gdy zbliżył się do okna i zaczął przeglądać papiery. Tej nocy panowały egipskie ciemności, chmury zaszły całe sklepienie nieba, światło ulicznych latarni również tu nie sięgało przez mgłę. Jak ten człowiek był w stanie cokolwiek odczytać w takich warunkach, pozostawało dla Szczura zagadką, ale jednego był pewien – gryzoniom nie przeszkadzały żadne warunki.
Sięgnął do pasa po sztylet i nie zwlekając dłużej, przeniknął do środka jako jeden z cieni. Uwielbiał to uczucie błogiej bezgraniczności, kiedy nic, co materialne albo niematerialne nie mogło mu uczynić krzywdy, a świat pozwalał mu się okrywać w całości. Był panem samemu sobie, jedynie światło paliło skórę, jednak w tej chwili przewagę miał nieokiełznany mrok. Niezauważalnie zbliżył się do mężczyzny. Cień się rozstąpił, a on przybrał swoją naturalną formę.
— Doprawdy cudownie, kolego — rzekłszy kpiąco, przycisnął ostrze do szyi nieznajomego, nim ten zdążył zareagować. — Niezmiernie się cieszę, że je dla mnie znalazłeś.
Mężczyzna znieruchomiał najwyraźniej zaskoczony nagłym pojawieniem się Szczura, lecz po chwili jego mięśnie się rozluźniły i pierś nieco opadła. Potem bez pośpiechu zaczął równo składać wszystkie dokumenty. Z wręcz nabożną czcią z powrotem wsuwał je do skórzanej teczki, jakby miał do czynienia z co najmniej starożytnym artefaktem. Oddychał cicho, miarowo, udając ślepego na ostrze przyciśnięte do szyi. Zbity z tropu Szczur zmrużył powieki. Nie podobało mu się swobodne zachowanie tego człowieka. Ze spokojnymi osobami zawsze trudniej prowadziło się dyskusje i trudniej manipulowało na własną korzyść.
Upłynęło kilka minut, które dłużyły się niemiłosiernie w przytłaczającej ciszy, ale cierpliwie czekał, aż nieznajomy skończył przewiązywać teczkę czerwoną wstążką z aksamitu. Nie powstydził się jeszcze dwa razy poprawić idealnie wykonaną kokardę i wreszcie zabrał głos:
— Strasznie tu dziś tłoczno. — Przerwał, żeby cicho odchrząknąć. — Przyznam, że nie spodziewałem się dodatkowych gości.
— Czyli nie mam, co liczyć na lampkę wina?
— Jestem tu przejazdem. Spytaj gospodarza, czy cię uraczy. — Na tyle, ile mógł, skinął brodą w stronę wplątanego w pościel Bagscolla. Szczur podążył wzrokiem we wskazanym kierunku, jednak dla ostrzeżenia mocniej przycisnął ostrze do skóry nieznajomego. Lubił ryzykować, ale tylko wtedy, gdy miał pewność, że ryzyko mu się opłaci.
— Widać, że dyskrecja nie jest twoją mocną stroną. — Westchnął teatralnie na widok nienaturalnie rozłożonego na materacu Bagscolla i skopanej w szarpaninie pościeli. — Ta kałuża krwi w korytarzu też nie świadczy dobrze o twoich umiejętnościach. Zbyt nieostrożnie, kolego.
— Natomiast ty, kolego, zbyt szybko się rozpraszasz. Nawet nie zauważyłeś, kiedy sięgnąłem po broń — odparł mężczyzna i w tym momencie Szczur poczuł, jak cudze ostrze napiera na jego żebra. Mimowolnie parsknął śmiechem. Poluzował uścisk, ale jeszcze się nie odsunął. Zapowiadała się niezwykle interesująca rozmowa. Może i dobrze, że trafił na kogoś spokojnego.
— Zatem obydwaj jesteśmy w kropce.
— To zależy od perspektywy — odparł nieznajomy, a Szczur zgodził się z nim w myślach. Jeden wart drugiego, tacy sami krętacze, zatem głupstwem byłoby sądzić, że któryś z nich nie dysponował planem awaryjnym. Nawet najgłupsi kryli asy w rękawach. Niestety jeszcze nie pora, aby po nie sięgać.
Odsunął się wreszcie od mężczyzny, chowając sztylet w pochwie przypiętej skórzanym pasem do uda. Przez chwilę mierzył go wzrokiem, lecz potem niedbale rozejrzał się po pomieszczeniu i skupił całą uwagę na małej, pudrowej szkatułce wepchniętej między książki w kącie regału. Wymruczał coś do siebie, kiedy wrzucał do kieszeni kilka złotych monet i kolejną kolię, tym razem ze szmaragdami.
— Wiedziałeś, że Bagscoll zamierza ponownie się żenić? — zaczął plotkarskim tonem, naśladując często spotykane na balach trzpiotki. — Trochę szkoda dziewczyny, ale z drugiej strony dostaje ładną biżuterię. — Pod małą, haftowaną chusteczką na spodzie szkatułki znalazł jeszcze srebrne kolczyki z diamentami na oko wielkości ćwiartki karata. W następnej kolejności przejrzał parę książek z niebanalnymi obwolutami, po czym bezgłośnie odłożył je na miejsce. Odwrócił się, napotykając zniecierpliwione spojrzenie nieznajomego jegomościa. Skryty za maską zawadiacki uśmiech wpełzł na usta Szczura. — Rozumiem, że nie lubisz tracić czasu. Szkoda. — Wzruszył niedbale ramionami. W przeciwieństwie do niego, Szczur jak najbardziej lubił zwlekać. — Dogadajmy się. — Sięgnął po umieszczoną na najwyższej półce figurkę w kształcie wyjącego wilka. Badziew, ale ze złota, a lepiej jest mieć, niż nie mieć. — Oddasz dokumenty, a ja pozwolę ci stąd niezauważenie wyjść i nigdy więcej się nie spotkamy.
— Przykro mi, nie układam się ze złodziejami — odparł ironicznie mężczyzna, po czym oparł się o parapet obok stolika nocnego i wcisnął teczkę z dokumentami pod pachę. Elegancko zarzucił nogę na nogę jak panna na salonach. Brakowało jeszcze, żeby z gracją odgarnął złoty włos i roztoczył wokół siebie zapach drogich perfum.
— Ranisz mnie, kolego — rzekł Szczur z kłamanym zawodem w głosie. — Jestem biznesmenem. — Wsunął do kieszonki na piersi złote sprzążki od butów Bagscolla. Zamierzał zabrać jeszcze leżącą pod stolikiem nocnym spinkę do krawata, ale znieruchomiał na widok dwóch lśniących pierścieni w wysuniętej szufladzie.
Przelotnie zerknął na mężczyznę. Musiał wyczuć intencje Szczura, bo uparcie gromił go wzrokiem jak wściekły jeż. Przez chwilę miał wrażenie, że spod powiek nieznajomego wystrzelą błyskawice, lecz postanowił to zignorować. Napawając się cudownym uczuciem satysfakcji, sięgnął dłonią po pierścienie. Specjalnie przeciągał moment ich pochwycenia, a przy tym uśmiechał się parszywie i trochę żałował, że maska skrywała jego twarz. Z przyjemnością sprawdzał cierpliwość tego człowieka. Był bardzo ciekaw, ile jeszcze da radę wytrzymać.
Zgarnął sygnety i na oczach nieznajomego zakręcił nimi zgrabnie w palcach, wcale nie kryjąc, że cieszy się z patrzenia na niedolę ludzi. Przyjrzał się dokładnie kamieniom – bardziej na pokaz niż potrzebę, wymruczał coś pod nosem odnośnie kwoty, za jaką je opchnie. Teatralnym gestem wsunął je do kieszeni na piersi.
Zmierzyli się wzrokiem, jasno rzucając jeden drugiemu wyzwanie. Szczur nie lubił przegrywać, ale coś w głowie podpowiadało mu, że nawet jeśli przegra, będzie miał niesamowitą rozrywkę. Grę przerwały jednak dźwięki z zewnątrz.
Jednocześnie skierowali głowy w stronę drzwi, gdy do ich uszu dotarły odgłosy zbliżających się kroków. Były ciężkie, głośne, towarzyszyły przyciszonym szeptom oraz miarowemu brzęczeniu broni u pasa. Szczur spiął się i kątem oka zerknął na nieznajomego. On odwzajemnił jego spojrzenie, po czym uniósł trzy palce u dłoni. Było trzech.
— Sir Bagscoll? — rozbrzmiał wysoki, chłopięcy głos. Odpowiedziała mu głucha cisza, więc kontynuował. — Wszystko w porządku? Słyszeliśmy jakieś rozmowy.
Szczur sięgnął po sztylet.
— Sir? — Tym razem odezwał się ktoś o niskim i tubalnym głosie, a po chwili powietrze przecięły dźwięczne syki wyciąganych z pochwy mieczy.
— Umiesz walczyć? — zagadnął szeptem Szczur. W odpowiedzi otrzymał pełne wyższości spojrzenie. Mógłby nawet przysiąc, że mężczyzna urósł o kilka centymetrów od tej pychy. Spodziewał się jeszcze, że nad głową zawiruje mu eteryczna korona, ale nic takiego nie nastąpiło. — Świetnie! — odparł zadowolony, po czym położył dłoń na ramieniu mężczyzny. Klamka cicho pstryknęła i podłoga w progu zaskrzypiała pod ciężarem jednego ze strażników. — Pójdziesz przodem, a ja ci to potrzymam — dodał nadzwyczaj sympatycznym tonem i gwałtownie pchnął mężczyznę w stronę drzwi, jednocześnie wyrywając mu z dłoni teczkę z dokumentami. Zdezorientowany włamywacz wtoczył się na równie zdezorientowanych strażników, a Szczur po cichu czmychnął obok nich i dziko zadowolony rzucił się biegiem po schodach. Usłyszał jeszcze za plecami klątwy rzucane w jego stronę.
Bezczelnie roześmiał się pod nosem.
Na schodach prowadzących z parteru na pierwsze piętro wybiegło mu naprzeciw trzech zaalarmowanych zamieszaniem strażników. Broń brzęczała ślicznie pomiędzy krzykami i rumorem butów uderzanych o drewniane panele. Ktoś wzywał pana Bagscolla, ktoś inny wołał jego synów, a ktoś jeszcze wzywał imię Boga.
Przykro mi. Tu są tylko diabły.
Szczur gwałtownie przeskoczył przez balustradę i lekko wylądował na dokładnie wypolerowanych, czarnych i białych kafelkach. Zgarnął z najbliżej strojącej komody parę nieschowanych sztućców ze srebra. W pośpiechu wepchnął je pod płaszcz. Zły nawyk stał się instynktem, którego nie dało się wyplenić nawet strachem. Poza tym drwienie z ludzi należało do jego hobby.
Wślizgnął się do kuchni i doskoczył do tylnych drzwi, lecz nim zdążył sięgnąć klamki, ktoś pociągnął go za kołnierz do tyłu. Szarpnął się, wyrywając z uścisku i odwrócił. W ostatniej chwili zablokował sztyletem cios miecza, a w uszach zadzwonił mu głośny wrzask dwóch tańczących ostrzy. Naparł mocniej na miecz, postąpił krok naprzód i ugiął nogę, a drugą podciął strażnika, uprzednio odchyliwszy tułów do tyłu. Zgrabnie przesunął się na bok, gdy strażnikiem wstrząsnął szok i stracił na moment równowagę. Bez wahania wykorzystał jego tymczasową słabość. Strażnika pociągnął za włosy do przodu i rąbnął mu kolanem prosto w żebra.
Skrzywił się na dźwięk obrzydliwego chrupnięcia wpisanego w akompaniament bolesnego jęku. Jego priorytetami było wejście, kradzież i wyjście. Walczyć wprost nie znosił i robił to z ogromną niechęcią.
Zachwiał się, gdy ktoś zacisnął zgrubiałe palce na jego przedramieniu i szarpnął w tył. Przez szok upuścił swój sztylet na ziemię. Czyjeś ramię owinęło się wokół jego szyi, wyciskając z gardła głośne charknięcie. Powietrze uciekło z płuc, szum w uszach zmógł się gwałtownie i zagłuszył wszystko dookoła, a oczy zaszły potwornymi mroczkami. Wkrótce się rozeszły, ale gorzko tego pożałował. Od razu uderzył go widok zamaskowanej twarzy mężczyzny, którego spotkał w sypialni Bagscolla. Był to jedynie ułamek sekundy, bo zaraz zniknęła w kolejnych mroczkach i cieniu. Dostrzegł jednak okrutną satysfakcję wymalowaną w oczach. Ze złości zazgrzytał zębami. Cholera wyrwała mu dokumenty.
Szarpnął się w końcu i wymierzył łokciem cios pod żebra strażnika. Usłyszał głośne sapnięcie. W tym samym czasie wrócił Szczurowi wzrok. Chwycił za duszące go ramię i z nieudawanym trudem oderwał je od szyi. Wywinął się, lecz nie puścił strażnika, a palce drugiej ręki zacisnął na jego barku i boleśnie wykręcił ramię do tyłu. Wykorzystał całą siłę, aby uderzyć człowiekiem o ścianę. Póki był nieprzytomny, Szczur poderwał się do biegu i wyskoczył na zewnątrz posiadłości, uprzednio chwyciwszy swój sztylet w dłoń.
Złodziejaszek dokumentów jeszcze nie zdążył uciec. Szarpał się z dwoma innymi strażnikami, więc Szczur nie omieszkał nie wykorzystać sytuacji. Przemknął prędko obok i wyrwał mu spod pachy teczkę, a potem rzucił się w stronę muru. Nie spojrzał za siebie, ponieważ nawet dla niego nie opłacało się tracić czas na drwiny. Sprawnie wszedł na samą górę, lecz doznał ogromnego rozczarowania, gdy jego ciało zderzyło się z zaklęciem obronnym, a niemiły dreszcz przebiegł przez mięśnie od stóp do głów. Musieli rozciągnąć barierę w trakcie całego zamieszania. Przesunął palcami po barierze magicznej z nadzieją, że uda mu się znaleźć słabe ogniwo, lecz wszystkie eteryczne włókna były splecione solidnie i dokładnie. Przeklął pod nosem, z wściekłości uderzył pięścią o zaklęcie. Tak blisko.
Nagle usłyszał głośne syczenie za plecami. Nie zdążył się odwrócić, a w ułamku sekundy obok niego chciwe łapska rozcapierzyła jasna błyskawica. Jej pęd odrzucił Szczura w bok i zdezorientowany spadł na trawnik, wypuszczając z dłoni plik dokumentów. Syknął z boleści, jego oczy piekły i łzawiły od silnej dawki światła, a po skórze toczyły się szalone mrówki. Zacisnął mocno szczęki, podparłszy się na drżącym ramieniu.
— Znowu zalęgło się robactwo — usłyszał głos przytłumiony przez szum krwi w uszach. Brzmiał znajomo, ale nie potrafił określić, do kogo należy, więc czekał, aż wróci do niego wzrok, lecz jasne plamki żwawo tańczyły mu pod powiekami i nie zamierzały znikać. Poruszył się niespokojnie. Zmusił ciało do odzyskania rezonu i wreszcie wszystko odzyskał. Dostrzegł zmierzającego w jego stronę mężczyznę o urodzie uderzająco podobnej do Jorlona Bagscolla. Ten jednak był szczuplejszy, wyższy i poruszał się z charakterystyczną kocią zwinnością żołnierza doświadczonego w boju. Szczur domyślił się, że to jeden z synów.
Wyciągnął dłoń w stronę leżącej nieopodal teczki, lecz wtedy coś śmignęło tuż obok i zgarnęło ją, nim zdążył choćby musnąć jej wierzch opuszką palca. Zaklął siarczyście.
Jest i drugi skurwysyn Bagscolla. Nie krył zdziwienia. Według informacji Ezara obydwaj mieli przebywać poza granicami miasta. — Kolejni zasadzili się na dokumenty ojca. — Starszy syn, wysoki i krępawy człowiek, był znany w całej stolicy ze swoich umiejętności zakrzywiania czasu. Spowalnianie, przyspieszanie, zatrzymywanie, czego tylko dusza zapragnie, a inni nawet się nie zorientują, że padli ofiarą zaklęcia tego partacza. Tylko on dostrzegał jego skutki jako jedyny odporny na swoje czary. Ezar ostrzegał Szczura przed Ryzekiem.
Młodszy natomiast, Eijeh, robił za chodzącą chmurę burzową. Wroga smażył jak kawał steku swoimi błyskawicami. Jeden nieostrożny ruch, a dorywał się do skóry i przerabiał ją na stosik suchych wiór. Szczur sam nie miał pewności, który z nich był gorszy. Obydwaj posiadali reputację gorszą od większości złodziei i zabójców z jego otoczenia.
Eijeh Bagscoll odwrócił wzrok od starszego brata i zmarszczył brwi, wpatrując się w Szczura. Po jego dłoniach przebiegły smukłe wiązki elektryczności. Przeczuwając, co się święci, poderwał się na nogi i skoczył w cień, stając się z nim jednością, póki światło błyskawic nie odcięło mu drogi ucieczki. Zaledwie moment później miejsce, gdzie leżał, zapłonęło ogniem błyskawicy.
Odszukał skrytego w jednej z wnęk budynku mężczyzny z chustą i przycupnął tuż za nim.
— Śmiem zauważyć, że frasunek wystąpił niezwykle katorżniczy i niechybnie będziemy mieć przejebane — szepnął w ramach powitania, przyprawiając kolegę po fachu o lekkie wzdrygnięcie.
— Cieszę się, że masz dobry humor nawet w takich sytuacjach — odparł cierpko mężczyzna. — Gdzie teczka?
— W łapach starszego Bagscolla.
— I kto tu ma problemy z dyskrecją?
— Najwidoczniej Eijeh, to on strzela błyskawicami, jakby się najadł szaleju.
Mężczyzna uciszył go ruchem dłoni.
— Nakierujmy jego błyskawice na barierę — powiedział po dłuższej chwili milczenia, a niezbyt przekonany do tego planu Szczur uniósł brwi i czekał na dalsze wytłumaczenia. Nie dostał ich. Z cichym westchnięciem wyciągnął z kieszeni badziewną figurkę aniołka ze skrzypcami i przyjrzał się odlanej z brązu twarzy. Podrzucił ją w dłoni, by zważyć ciężar i ostatni raz spojrzeć w posrebrzane oczka.
Nie mógł się powstrzymać przed jej zabraniem.
Jeśli nie dasz mi pieniędzy, to może chociaż przydasz się w inny sposób, pomyślał przelotnie, gdy podrywał się do biegu i znowu rozpływał w cieniu. Nie czekał na żadne wskazówki od mężczyzny. I tak by nie posłuchał.
Wrócił do braci Bagscoll, wybierając jak najbardziej bezpieczną odległość. Wynurzył się z cienia, a pierwszy zauważył go Eijeh. Drobne błyskawice zatańczyły na lewym ramieniu i wodospadami spłynęły do palców. Szczur biegł w jego stronę, w myślach liczył metry, które ich dzieliły. Krew szumiała, cień krzyczał, światło paliło, noc klęła za księżycem. Niespodziewanie przed Szczurem pojawił się Ryzek w pozycji gotowej do podcięcia nóg. Szczur w ostatniej chwili zauważył tego przeklętego człowieka, odbił się od ziemi do skoku, lecz źle przełożył ciężar i po wylądowaniu padł w trawę. Przekoziołkował w bok, a brzydka figurka aniołka wylądowała za daleko, aby zdążył ją chwycić. Nienawidził, gdy fart go opuszczał. Opierał się na nim przez połowę życia, a kiedy jest najbardziej potrzebny, to nagle znika.
Oczy Eijeha zalśniły obrzydliwą satysfakcją na chwilę przed tym, jak wyciągnął dłoń, po której szaleńczo skakały małe wiązki elektryczności. Strach miał zapach przypalonej skóry i smak popiołu sklejonego krwią. Szczur nie zamknął oczu. To byłaby skaza na godności.
Mężczyzna w chuście był ostatnim ratunkiem. Szczur nie zauważył, kiedy pojawił się przed braćmi Bagscoll z brązową figurką w dłoni. Rzucił nią prosto w głowę Eijeha. Aniołek roztrzaskał się w drobny mak. Malutkie skrzypce odleciały w siną dal, a skołowany Bagscoll opadł na ziemię, wyrzucając skumulowaną energię w górę.
Błyskawice starły się z barierą ochronną. Coś zakotłowało, coś zasyczało, coś wybuchło i coś zawyło. Magia rozbiła się jak tłuczone szkło, a temu towarzyszył gęsty dym zniszczonej energii. Zdezorientowany Szczur wypatrzył w kłębach mężczyznę, który odwzajemnił jego spojrzenie i skinął mu krótko głową. Bez zwłoki obydwaj rzucili się przed siebie w ciemne ulice bogatej dzielnicy. Światła w oknach kamienic zapalały się jedno po drugim i coraz więcej gapiów wyglądało w stronę posiadłości Jorlona Bagscolla, a nikt nie patrzył na dwóch włamywaczy przemierzających brukowane chodniki. Tylko jakiś bezdomny starzec dostrzegł ruch w cieniu za budynkiem, ale uznał, że to wiatr.

~*~

Podczas biegu Szczur stracił mężczyznę w chuście z oczu. Napotkał go ponownie, gdy dotarł do ulic zamieszkiwanych głównie przez średnią klasę mieszczan. Przysiadł na balustradzie jednego z balkonów i cierpliwie zaczekał, aż nieznajomy go dogoni. Gdy dzieliło ich zaledwie kilka metrów, zeskoczył na żwir, wznosząc tumany ulicznego pyłu. Szczur miał ochotę bluzgać, kląć i wyzywać na kolejny zaciągnięty dług, tym razem wartości całego jego życia, ale z zewnątrz zachował zimną twarz. Niech sobie nie myśli, że zostanie bohaterem za ocalenie skóry zwykłemu złodziejowi.
Mężczyzna zatrzymał się, a Szczur bez słowa sięgnął do kieszeni po jeden z sygnetów, na których widok nieznajomy tak bardzo się ślinił. Obrócił ozdóbkę w palcach, jakby przez chwilę się nad czymś zastanawiał, lecz potem zdecydowanym krokiem podszedł do mężczyzny i wysunął w jego stronę dłoń, oferując pierścień i sojusz zarazem.
— Na czas wykonania zlecenia. Podzielimy się nagrodą po połowie — odezwał się.
Jeśli w tę aferę zamieszani byli Ryzek i Eijeh Bagscoll, to samobójstwem można nazwać igranie z nimi w pojedynkę. A Szczur miał jeszcze zbyt wiele pieniędzy do zdobycia, żeby odbierać sobie życie.

Wściekły jeżu?
Wszystkie reakcje Stephana zostały ustalone z jego autorką.

----
2454 PD + 20 P
Owca

Rozwaliłam ten bank