Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sfora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sfora. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 stycznia 2019

Od Sfory (do Karo) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz. 6

Skulił się mocniej pod ścianą, gdy wstrząsnęła nim fala obrzydzenia. Podciągnął kolana pod brodę, a dłońmi zasłonił oczy, aby nie widzieć krwi rozlewającej się strumieniem po drewnianym podłożu. Stale słyszał jednak obrzydliwe charczenie mordowanych mężczyzn poprzeplatane z krzykami rozpaczy, gdy ból rozdzierał ich ciała na kawałki. Niedaleko upadło truchło, chwilę potem rozbrzmiał przyprawiający o mdłości chrzęst łamanych kości. Ktoś wrzasnął przeraźliwie, aż Sforze zadzwoniło w uszach. Błagał, aby to był jedynie zły sen.
Powóz zatrzymał się z silnym szarpnięciem, mocniej wgniatając Sforę w deski. Z zewnątrz docierały krzyki woźniczych, którzy wydawali sobie szybkie polecenia. Kazali chwytać za kusze, bełty, uważać na jeńców i nie dać się zabić. Coś szczęknęło, coś stuknęło, coś zabrzęczało. Kłódka opadła.
Zacisnął mocniej powieki, próbując powstrzymać się od płaczu. Oparł czoło o zimną ścianę i walczył z potwornymi dreszczami. Nie był już dzieckiem. To wstyd płakać – nawet po cichu; ukrywając się w kącie przed oczami ludzi. Płakali jedynie słabi, a słabych zawsze zjadali silniejsi, więc jeśli chciał przeżyć, musiał ukryć głęboko w sobie wszystkie słabości i zachowywać się jak prawdziwy mężczyzna. Otworzył jedno oko, lecz na widok czyjejś gałki ocznej tuż u stóp, pisnął jak dziewczynka. Mocniej przycisnął plecy do ściany. Wręcz modlił się, aby drewno pochłonęło go w całości i nie pozwoliło oddychać. Skomlał żałośnie. Wydarte z gardła dźwięki ginęły w pobojowisku agonii.
Usłyszał głośne skrzypnięcie zawiasów podczas otwierania drewnianych skrzydeł do powozu. Potem zabrzmiał brzęk metalu i chrzęst naciąganych cięciw w kuszach. Parę strzał śmignęło z głośnym świstem i groty wbiły się w ścianę, obok której Sfora zwijał się w kłębek. Zawył przestraszony, nerwowo drapał połamanymi paznokciami w drewno pod nim. Zaciskał mocno oczy, aby nie widzieć, kiedy i jego przeszyje śmierć, a ból rozpromieni się w całym ciele.
Kulił się jeszcze długo po tym, jak w powozie zapanowała cisza i słychać było tylko gwizd wiatru szalejącego pomiędzy szczelinami drewnianego wozu. W nozdrza wciąż kuł go paskudny swąd ludzkich wnętrzności oraz wymiocin, lecz nie swoich. Tym razem udało mu się utrzymać żołądek na wodzy.
— Nie maż się. — Usłyszał niski głos Karo stojącego na drugim końcu wozu.
Wzdrygnął się przestraszony, ale szybko skarcił się w myślach za tę słabość i zacisnął wychudłe dłonie w pięści. Uchylił powieki, próbując unikać patrzenia na martwe ciała porozrzucane po całym powozie. Wystarczyła mu sama świadomość, że otaczają go posiekane na plasterki trupy. Prawie natychmiast złapał przenikliwe spojrzenie Karo. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, a umysł objął paraliżujący strach, lecz usilnie starał się przybrać równie poważną minę, co on. Zapewne Sfora nie wyglądał nawet w połowie tak groźnie, chociaż żywił dziecinną nadzieję, że przynajmniej można go potraktować poważnie.
— Tak lepiej — powiedział wreszcie Karo po długiej chwili milczenia. Sfora odniósł wrażenie, że ciśnienie w powozie raptownie opadło i wszystko stało się trochę lżejsze do zniesienia, nawet panująca dookoła śmierć.
Podparł się o jedną ze ścian i z trudem stanął na chwiejnych nogach. Kręciło mu się w głowie od szoku, jednak zmusił mięśnie do ruchu. Zaczął zastanawiać się, w jaki sposób ominie porozrzucane dookoła kończyny, jednak mężczyzna nagłym gestem ręki kazał mu się zatrzymać i sam podszedł bliżej.
— Najpierw trzeba zdjąć te łańcuchy, młody — rzekł, podrzucając w dłoni klucz zabrany głównemu celnikowi, a w jego głosie zabrzmiała wyraźna kpina, która oburzyła Sforę do tego stopnia, że zawarczał gardłowo z irytacji. — Mogę cię tu zostawić, jeśli sobie życzysz — mruknął gniewnie.
Dla własnego dobra Sfora zdecydował się zamilknąć, lecz wzrok odwrócił jak obrażona trzpiotka i fuknął cicho pod nosem. Po chwili usłyszał tylko głośne westchnięcie, a wraz z nim nadszedł cudowny szczęk puszczanych kajdan. Ogromna ulga wstąpiła mu na skronie, gdy metal opadł z brzękiem na podłogę, a zaczerwieniona skóra wreszcie przestała piec.
— Teraz możemy uciekać — powiedział Karo, ruszając po zwłokach w stronę wyjścia z wozu.
Sfora zawahał się i przełknął narosłą w gardle gulę. Pot wstąpił mu na kark, gdy niepewnym krokiem podążył przed siebie, uważając, aby nie nadepnąć na części ciała. Dłonią zasłaniał usta, a wzrok skupił na rozplątanych sznurówkach w za dużych butach. Żołądek w najlepsze tańcował kankana i Sfora nie sądził, aby wytrzymał dłużej w tym pogorzelisku.
Ledwo przytomny dotarł do wyjścia i zeskoczył na chwiejnych nogach w piach. Może ze szczęścia, może z nadmiaru wrażeń zakołowało mu się w głowie, zarył kolanami w ziemię, straciwszy równowagę. Mimo to od razu poczuł się lepiej. Świeże powietrze wpadło z impetem w szczypiące od smrodu oczy. Oddech złapał pełną piersią. Pierwszy raz w życiu dziękował za jesienny chłód i wiatr pachnący żywicą, przez które jeszcze parę dni temu szczękał zębami i kulił się po kątach.
Znajdowali się w środku gęstego lasu iglastego. Sfora go nie znał, ale podejrzewał, że nie mogli odjechać za daleko od miasta. Czas, jaki upłynął, odkąd zostawili za sobą głośny zamęt i wielki hałas przeludnionych uliczek, wynosił nie więcej niż półtora godziny. Powrót na pieszo zajmie dłużej, ale Sfora nie miał zamiaru narzekać, pragnął jak najszybciej wrócić do swoich psów, choć wciąż czuł się osłabiony przez uprzednie wydarzenia.
Z trudem podniósł się z piachu i uczynił krok w przód pełen determinacji. Szczęście wypełniło przekrwione oczy i językiem smakował słone powietrze.
Nagle ktoś rozwiał nadzieję Sfory. Złapał za kołnierz kurtki, po czym poderwał z ziemi.
— Lady Madeline dobrze zrobiła, że posłała mnie razem z tymi idiotami. W obecnych czasach większość najemników nie potrafi nawet zasznurować sobie buta. — Tuż obok ucha usłyszał chrapliwy, nosowy głos nieco przypominający rechot ropuchy. Sfora zaskomlał, próbując wyszarpnąć się z uścisku wysokiego, patykowatego mężczyzny. — Nie wspominając o upilnowaniu byle dzieciaka i byle przestępcy — dodał po chwili z wyraźną pogardą w spojrzeniu. Patrzył na umorusaną twarz Sfory, który nieudolnie kłapał szczękami jak wściekły pies. Wyglądał bardziej komicznie niż groźnie. — Obrzydlistwo — skwitował krótko, po czym rzucił chłopca prosto w kałużę błota z boku drogi. Pełnym lekceważenia gestem poprawił równo ścięte kosmyki blond włosów i elegancki, skórzany kaftan, po czym sięgnął do kieszeni po dwa wielkie sztylety. Spojrzał wyzywająco na Karo. — Ty również nie wyglądasz na kogoś wartego uwagi, ale skoro lady Madeline życzy sobie waszej obecności w laboratorium, jestem skłonny zadbać o bezpieczny transport towaru.
Mężczyzna odepchnął się butem od ziemi, wystrzeliwując do przodu jak hart na polowaniu. Szerokie plecy napięły na skórę ubrania i żyły wstąpiły na chudą szyję. Dźwięczny syk ostrzy zabrzmiał, gdy broń starła się z bronią. Karo sprawnie zablokował szarżę i odepchnął mężczyznę do tyłu, po czym zaatakował cięciem prowadzonym od biodra wzdłuż piersi. Drasnął jedynie kombinezon. Mężczyzna odskoczył do tyłu, nim Karo zdążył pchnąć całe ostrze. Zgrabnie przewinął się pod nim i sztyletem ciął bok.
Sfora przełknął ślinę, podnosząc się z błota.
Mężczyzna odsunął się na bok, ukradkiem dłonią sięgnął do kieszeni po małe noże do rzucania. Zamachnął się nimi, celując prosto w Karo, lecz on uniknął ataku, a ostrza wbiły się w ziemię za nim. Ruszył na mężczyznę, a Sforze przerażenie stanęło w piersi, gdy dostrzegł, jak noże do rzucania unoszą się nad ziemię i zaczynają wirować niczym śmiertelny deszcz ze stali.
Krew w żyłach chłopca szumiała mocno, zagłuszając wszystko dookoła. Serce tłukło o żebra w niewyobrażalnie szybkim rytmie, natomiast oddech zdawał się nie nadążać w jego szaleńczym tańcu. Czuł, że drży, pot zaś wstępuje na rozgorączkowane skronie i wpada w rzęsy sklejone od błota oraz płaczu.
Dopiero co uciekł z wozu przeklętego rzeką krwi. Dopiero co udało mu się zrzucić metalowe kajdany i nabrać świeżego powietrza w płuca. Nie wróci tam. Nie wróci! Nie da sobą pomiatać jak głupim szczenięciem! Nie da się znowu zakuć w żelazo i służyć jak niewolnik! Nie da się! Nikt go nie pogoni miotłą! Nie pozwoli sobą wycierać żwiru ani murów! Nie utraci więcej krwi na rzecz uciechy ludzi nieskorych do litości!
Nie pomyślał o Karo, gdy rzucał się w szaleńczą ucieczkę w głąb lasu, uprzednio chwytając w kruchą dłoń kuszę i kilka bełtów porozrzucanych dookoła niej. Nie było mu szkoda człowieka, który dwa razy ocalił mu życie i nie czuł wyrzutów sumienia, gdy zostawiał go samego. Chociaż Sfora miał na karku lat tyle, co kot napłakał, mógł już mówić z doświadczeniem starego człowieka, jaka nieopłacalna wartość skrywała się pod altruizmem.

Koniec wątku, zgodnie z życzeniem. ;)

----
659 PD + 5 P
Owca

Od Sfory (do Bastiana) "I na co to wszystko?"

Otworzył szeroko oczy na widok srebrnej figurki wilka z pięknie lśniącymi rubinami w zagłębieniach na oczodoły. Dumnie wypięta pierś i naprężone do granic możliwości łapy wykonano z tak niesamowitą starannością, że wydawały się wręcz prawdziwe, a śliczne refleksy słońca tańczyły po gładkiej powierzchni masywnego grzbietu i żłobieniach imitujących futro na ogonie. Figurka stała wyeksponowana na jednej ze skrzynek tuż za plecami sprzedawcy. Dookoła niej rozłożono kolorowe, haftowane chusty i kilka innych, bardziej tandetnych ozdóbek z drewna albo brązu.
Sfora, oczarowany małym cudeńkiem, nie zauważył, że otworzył z zachwytu buzię. Dopiero silne szturchnięcie i krótkie przekleństwo kogoś, komu wszedł pod nogi, boleśnie sprowadziło go na ziemię. Sfora szybko zszedł ze środka uliczki i powrócił do swoich fantazji o pełnym brzuchu po sprzedaniu figurki jakiemuś amatorowi sztuki.
Ukradkiem spojrzał na sprzedawcę zajętego rozmową ze starszymi kobietami. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną z parą w łapie, więc Sfora mógł obawiać się nie tyle przyłapania, ile połamanych kości. Przełknął głośno ślinę.
Dzisiaj już mu się oberwało od dwa razy. Najpierw od tęgiego gołowąsa, którego matkę obrobił z kiczowatego drzeworytu za kilka miedziaków. Na szczęście zdążył tylko kopnąć go między łopatki, zanim Sfora zebrał się z ziemi, sypnął podrostkowi piachem w oczy i zniknął w tłumie przekupek. A za drugim razem pogonił go zrzędliwy staruch przy straganie z biżuterią za skromny naszyjnik z bursztynami, jednak wtedy udało mu się wyjść bez szwanku. Tylko dłoń zrobiła się czerwona od pasa.
Sfora zaczął trochę żałować, że pozwolił dumie wziąć górę i zgodził się na głupi konkurs złodziejskiego fachu. Jakby byle wygrana w zabawie o to, kto ukradnie więcej gniotów, miała coś zmienić w jego życiu. Skoro jednak się zobowiązał, wypadało dotrwać do końca. Chociażby dla satysfakcji z głupich min reszty, kiedy zaskoczy ich wszystkich umiejętnościami nabywanymi, odkąd tylko stał się bezdomny. Dzieciak z ulicy nie musiał być gorszy od dzieciaka z domu i wciąż czuł się wielce urażony, że rówieśnicy bezczelnie go wyzywali.
Zacisnął chude dłonie w pięści i nabrał powietrze w płuca dla dodania sobie otuchy. Kątem oka zerkną na sprzedawcę, aby upewnić się, że wciąż prowadzi rozmowę z klientami, po czym bezszelestnie prześlizgnął się za stragan. Przykucnął, rozglądając się nerwowo dookoła. Jakiś starszy mężczyzna oglądał malowane chochle, obok kłóciły się dwie kobiety, a po drugiej stronie uliczki płakała mała dziewczynka. Nikt nie zwrócił uwagi na Sforę. Nieco zachęcony po pierwszym powodzeniu, sięgnął po figurkę, a kiedy jego palce zetknęły się z chłodną powierzchnią, pierś napełniła się parszywą dumą oraz dziecięcą radością.
Obrócił się na pięcie, lecz zrobił to tak szybko i nieostrożnie, że nie zauważył stojącej z boku kobiety i wpadł na nią. Zaskoczona krzyknęła krótko, cofając się o krok do tyłu. Nieszczęśliwie zahaczyła czerwonym trzewikiem o leżącą na ziemi belę drewna i z impetem wpadła prosto w piach. Odruchowo złapała się obrusu na kramie obok, a razem z nią poleciał gliniany dzban. Przerażony Sfora stał jak słup soli pośrodku chaosu i wpatrywał się głupio w kobietę. Minęła chwila, zanim zorientował się, że wszystkie oczy są zwrócone w jego stronę. Również oczy kramarza.
— Ty pieprzony sukinsynie! — zawołał niskim, ochrypłym głosem i szybciej niż Sfora mógł się tego spodziewać, wybiegł zza swojego stoiska. W ostatniej chwili udało mu się zacisnąć dłoń na nadgarstku chłopca, który szczekał niemożliwie. Prawie udało mu się wskoczyć między ludzi. Tak niewiele brakło. — Kraść się zachciało, co? Złodziejom takim, jak ty obcina się łapy. Dostaniesz za swoje, głupi bachorze. — Siłą wyrwał Sforze wilczą figurkę i odstawił ją na stoisko. Na chwilę odwrócił się, żeby zawołać do niejakiego Gilberta, aby go zastąpił.
W tym czasie Sfora próbował wykorzystać chwilową nieuwagę kramarza. Gryzł, kopał, bił i warczał. Wciąż jednak nie mógł się wyrwać. Był zbyt słaby w stosunku do dobrej setki żywej wagi.
— Przestań się szarpać, farfoclu, bo pożałujesz — warknął wściekle mężczyzna, po czym pociągnął chłopca w stronę najbliższej komendy strażniczej.
Wydało się, że nie tylko on miał koszmarne nieszczęście. Na miejscu znajdowało się jeszcze kilka innych dzieciaków, z którymi założył się rano o to, kto jest najlepszy w złodziejskim fachu.
I na co mu to wszystko było?

Bastian?

----
332 PD
Owca

niedziela, 7 października 2018

Od Sfory (do Zero Two) "Oczywiście, że musimy umrzeć" cz. 3

Od wejścia zaczął się nerwowo rozglądać za swoją psią rodziną, a kiedy usłyszał ciche pomrukiwania dobiegające z pomieszczenia obok, jak poparzony poderwał się z miejsca i ruszył biegiem w tamtą stronę. Zanim całkiem zniknął za rogiem, spojrzał jeszcze raz na kobietę, która ocaliła mu życie, a ta jedynie machnęła ręką, wspinając się po schodach na wyższe piętro.
Za nic nie potrafił zrozumieć jej motywów. Była ustawiona do końca życia, jak wnioskował po całym tym bogactwie i ogromnej rezydencji, do której go przytargała. W dodatku los obdarzył ją niebywałą zdolnością do okręcania sobie ludzi dookoła palca – elegancki możnowładca, którego widział razem z nią w kanałach, nie stanowił wyjątku. Biegał za nią jak maminsynek za spódnicą mateczki, aż dziw, że jeszcze go tolerowała. Wyglądała też na dobrze wytrenowaną w walce i magii, więc nikt nie mógł stanowić dla niej zagrożenia. W takim przypadku pozbycie się Sfory trwałoby zaledwie kilka sekund, a to, co podsłuchał, już nigdy nie wyszłoby na światło dziennego.
Skąd więc pomysł na to, aby ocalić pierwszego lepszego smarkacza z ulicy, co trochę się poobijał? Mało tego, podzielić się z nim jeszcze domem, obiadem i wodą! Nikt, kogo błagał o pomoc, mu jej nie udzielił, a Zero Two nawet nie potrzebował prosić. Jaka korzyść mogła płynąć z ocalenia życia zwykłemu, ulicznemu przybłędzie? Sierota, bachor i kundel w jednym, nie było szans, żeby się przydał. Niósł jedynie kłopoty. Gorszy urwipołeć od czarnego kocura, ledwo drogę przemknie, a pech zapewniony na cały boży dzionek.
Wszedł do ogromnego salonu z podłogą wyłożoną ciemnym, pachnącym drewnem i ścianami obłożonymi jasną tapetą o wzorzystym motywie liści akantu. W całość wkomponowywały się kremowe szafki oraz komody ze szklanymi drzwiczkami, za którymi mieniły się ślicznie kryształowe kieliszki, srebrne sztućce i misternie wykonane zastawy do herbaty. Sforze prawie oczy wyszły na wierzch, gdy jego wzrok prześlizgnął się po złotych gałkach z wygrawerowanymi wzorami roślin. Jeszcze trochę i zacząłby się ślinić jak niekarmiony od dwóch dni buldog francuski na widok kawału mięsiwa, lecz jego uwagę przykuły wyglądające na zabytkowe obrazy w pozłacanych ramach. Większość przedstawiała sielskie podwieczorki na łonie natury, ale było też kilka portretów. Głównie ze ślicznymi, uśmiechniętymi od ucha do ucha kobietkami. Pośrodku pokoju dziennego stała duża, kremowa sofa, na której idealnie równo ułożono kusząco miękkie poduchy w trochę ciemniejszym odcieniu. Obok niej widniał fotel w tym samym kolorze, naprzeciwko jeszcze dwa kolejne, a pomiędzy nimi prostokątny stół z ciemnego drewna.
Wokoło niego zgromadziła się największa część psów, a przynajmniej ta, która nie okupowała miękkich foteli. Były zajęte właśnie targaniem beżowych poduszek i rozszarpywaniem ciemnoczerwonego dywanu z pozłacanymi nićmi na rogach, jednak gdy zauważyły Sforę, natychmiast przewały zajęcia. Poderwały się jak poparzone i jedną wielką grupą skoczyły prosto w jego stronę, powalając go na ziemię. Z radości wylizały każdy skrawek jego twarzy.
Wszystkie psy były dokładnie umyte i opatrzone w zranionych miejscach, a pełne jedzenia miski ustawione pod ścianą świadczyły, że ktoś nawet zadbał o ich wyżywienie, gdy Sfora był nieprzytomny. Jego pierwsza myśl znów powędrowała w stronę Zero Two, która zadziwiała go coraz bardziej swoimi decyzjami. Nie sądził, żeby kiedykolwiek ktoś mógł tak bardzo przejąć się losem nie tylko biednej sieroty, ale także sfory bezdomnych psów. To wydało się chłopcu szczególnie podejrzane.
Co, jeśli planowała wydać ich w ręce stosownej władzy? Ale po co w takim razie umyła i wykarmiła całą tę hordę? Poza tym nikt nie przejmuje się losem zwykłych, bezpańskich kundli. A może była handlarką niewolników i Sforę sprzeda, natomiast psy przerobi na pasztet? To by tłumaczyło, skąd się wzięła ta rezydencja oraz znajomości z eleganckim możnowładcą. Z drugiej strony jednak to również nie pasowało. We wszystkich teoriach zgrzytała obecność co najmniej tuzina upierdliwych zwierzaków i zemsta w imieniu Sfory na mężczyznach, którzy rankiem go porządnie pokiereszowali.
Motywy Zero Two wydawały się bardzo niejasne i według rozsądku powinien czym prędzej wydostać się z tej pięknej klatki w formie domu. Z drugiej strony jednak tu było przyjemnie i ciepło… Wilczarz irlandzki musnął nosem policzek zmęczonego chłopca. Był tak śpiący, że częściowo pokładał się już na dywanie, ale zdołał doczołgać się do miękkiej kanapy i wdrapać na szczyt poduszek. Wilczarz jednym susem znalazł się tuż obok i złożył łeb na piersi Sfory, a ten czując się bezpiecznie przy swojej rodzinie, zasnął w najlepsze.
Spał jednak tak niespokojnie i płytko, że co kilkanaście minut wracał do przytomności, a potem znów zapadał w lekki sen. Tak aż do rana, dopiero wtedy udało mu się na chwilę odpocząć trochę intensywniej, choć nie na długo. Obudziło go ciche brzęczenie misek dla psów, a potem lekki podmuch i uczucie czegoś miękkiego na skórze. Natychmiast otworzył oczy, spotykając się z zaskoczonym, trochę przestraszonym wzrokiem eleganckiego możnowładcy, który najwidoczniej przyniósł mu koc, żeby nie zmarzł. Sfora jednak nie znał pojęcia troski, nie ufał nikomu, kto o niego dbał. Instynktownie zatem napiął wszystkie mięśnie i wydał z siebie krótkie, ostrzegawcze szczeknięcie, zanim zacisnął szczęki na dłoni mężczyzny. Człowiek wrzasnął wtedy głośno oraz boleśnie, próbując się wyrwać. Szarpał całą ręką na prawo i lewo, lecz był w stanie się cofnąć, dopiero gdy Sfora sam go puścił. A wgryzł się tak mocno, że zębami przebił skórę do krwi.
Mężczyzna skulił się, wykrzykując pod nosem straszne przekleństwa, mleko mogłoby od nich skwaśnieć. W tym czasie chłopiec zeskoczył z kanapy, a psy, wyczuwając jego intencje, poderwały się na nogi. Całą grupą staranowali biednego człowieka, który użyczył im gościnności i z niewyobrażalnym hałasem wypadli przez drzwi na ulicę, rzucając się pędem w stronę tak dobrze znanych dzielnic.
Wcale nie wydawały się bezpieczniejsze od domu Zero Two, ale swoją życzliwością zbudziła w Sforze znaczne podejrzenia, więc nie mógł w taki sposób ryzykować bezpieczeństwem swoim i rodziny. Te zapchlone kundle znaczyły dla niego więcej, niż cały skarbiec złota i za nic by ich nie zamienił, nawet za życie w takim cudownym miejscu.
Psy w końcu rozproszyły się po kątach, każdy obierając inną drogę, jednak Sfora ufał, że wszystkie bezpiecznie dotrą do starej kamienicy, gdzie byli zmuszeni mieszkać. Żałował odrobinę, że przed ucieczką nie udało mu się ukraść trochę pieniędzy albo te piękne, lśniące sygnety na palcach eleganckiego możnowładcy. Gdyby tylko zabrał choć jeden, nie musiałby się martwić o wyżywienie psiej sfory. Czmychnął przez szparę w płocie, gubiąc po drodze poszarpany, ciemnoszary szalik, połatany od siedmiu boleści i całkowicie pozbawiony wygryzionych frędzli. Nie zwrócił na to uwagi i pomknął dalej przed siebie.

Ciociu Zero Two?

----
520 PD + 5 P
Owca

Od Sfory (do Karo) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz. 5

Sfora nie zdążył dobiec nawet do zakrętu. Zaskomlał przeraźliwie, gdy jeden z prywatnych ochroniarzy kobiety chwycił go za kark i uniósł ponad ziemię. Kołnierz kurtki boleśnie wbił mu się w krtań, wypychając z gardła krótkie jęknięcie zmieszane z charkotem przypominającym warczenie. Mimo uczucia duszenia się dalej szarpał ciałem, przebierając nogami w powietrzu i wbijając połamane paznokcie w dłonie mężczyzny. Całość mogła wyglądać przezabawnie z perspektywy postronnego obserwatora. Mała, chuderlawa żmija walczyła z uchwytem wielkiego dryblasa, który jedynie parskał co jakiś czas, aby dać do zrozumienia, ile tak naprawdę robi sobie z jej głupich podrygiwań.
Z dziarskim uśmiechem na twarzy odwrócił się w stronę towarzysza i skinął głową na znak, że mogą wrócić do pracodawczyni razem z uciekinierem, lecz nim któryś z nich zdążył zareagować, wielki wilczarz irlandzki paroma susami pokonał dzielącą ich odległość. Z głośnym warknięciem zacisnął szczęki na udzie mężczyzny trzymającego Sforę. Przebił się przez skórzane spodnie i zaczął szarpać łbem, rozrywając mięso na strzępy, aż materiał pokryła ciemnoczerwona plama z krwi. Strażnik najpierw zaklął okrutnie, a potem, gdy właściwy ból rozszedł się po jego ciele, z gardła wyrwał mu się pełen cierpienia, ochrypły krzyk. Tak przeraźliwy, że zatrząsł okiennicami w najbliższych budynkach i zadzwonił w uszach Sforze. Mimowolnie rozluźnił palce zaciśnięte na kołnierzu kurtki chłopca, a on bez wahania wykorzystał okazję, aby się wyrwać. Opadł na stopy, jednak przez chwilę nie potrafił odzyskać równowagi i zarył kolanami w piach. Nie tracąc więcej czasu, poderwał się do biegu. Jeszcze przelotnie rzucił spojrzenie psu, który zrozumiał tę niemą wiadomość i po chwili razem gnali przez kręte uliczki, ile sił w nogach. Na nieszczęście pies oddzielił się od niego, czmychając na czyjąś posesję przez dziurę w płocie, zaś chłopca zatrzymał ślepy zaułek pomiędzy dwoma kamienicami.
Nerwowo rozglądał się dookoła w poszukiwaniu jakiejkolwiek kryjówki i cały czas nasłuchiwał odgłosów zbliżających się kroków. W ostatniej chwili dostrzegł kątem oka niewielką wnękę, w której zmieściłby się trochę większy pies. Mało wygodne, mało skuteczne, ale nie widząc innych alternatyw, rzucił się w jej stronę. Z trudem udało mu się do niej wczołgać. Ciało skulił do granic możliwości, a głowę wetknął pomiędzy kolana i wciąż jego ramię delikatnie wystawało na zewnątrz. Doskonale czuł, jak jego tętno przyspiesza, gdy chrzęszczenie deptanego żwiru zabrzmiało tuż obok, a potem zostało zastąpione przez przyciszoną rozmowę pełną wulgaryzmów rzucanych pod adresem dzieciaka.
Przełknął ślinę odrobinę za głośno, niż planował i w tamtym momencie wydawało mu się, że to najgłośniejszy dźwięk na świecie. Zacisnął mocno powieki, wyobrażając sobie, jak mężczyźni łączą szybko fakty i zauważają, gdzie się ukrywa, a potem wyciągają go za kapotę na uliczkę. Zginie marnie – z roztrzaskaną czaszką albo wykręconym kręgosłupem na amen.
W rzeczywistości żaden z nich nie zwrócił na to uwagi. Sfora mocniej wcisnął głowę między nogi, układając w myślach niesamowicie żarliwe, jak na kogoś jego pokroju, modlitwy do bogów, których ludzie nazywali wszechmogącymi i litościwymi. Skoro byli tacy wspaniali, może i jemu okażą trochę dobroci, a przynajmniej tym jednym razem. Zacisnął szczęki. Drobna kropla potu spłynęła mu po karku i zniknęła za kołnierzem wytarganej koszuli. Czas płynął, a mężczyźni dalej stali w miejscu, kontynuując rozmowę.
„Błagam.”
Po chwili spędzonej na liczeniu oddechów rozległo się kolejne tupanie ciężkich buciorów o ziemię, a potem wdzięczny syk wysuwanego z pochwy ostrza i krótkie drwiny dwójki strażników. Potem były już tylko brzęki metalu uderzanego o metal, stłumione krzyki i sapnięcia pełne wysiłku pomiędzy cierpkimi przekleństwami.
Wzdrygnął się i prawie wrzasnął z przerażenia, gdy koło dziury, w której się ukrył, padła odcięta ręka bez środkowego palca. W ostatniej chwili zagryzł szczęki na swoim ramieniu, aby się nie wydać, ale z konwulsjami targającymi jego ciałem nie potrafił nic zrobić. Poczuł, jak żółć zaczęła podchodzić mu do gardła i piec okropnie w przełyku. Musiał się stąd wydostać, natychmiast.
Odczekał jeszcze parę minut, po tym jak odgłosy ucichły i z trudem, wyczołgał się z wnęki, ze szczególną uwagą omijając rękę jednego z mężczyzn. Szybko pożałował decyzji na widok poszatkowanych ciał oraz rozlanych litrów krwi na bruku. Zgiął się wpół, drżąc jeszcze silniej i zwymiotował samą żółcią pod jedną ze ścian.
Był przyzwyczajony do widoku śmierci. Rok w rok stawał się świadkiem zgonów dziesiątek osób z powodu chorób, zimowego mrozu lub letniego upału. Rok w rok jego oczy musiały znosić obrzydliwe panoramy rozkładających się ciał, wywalonych bez szacunku na ulice, bez żadnego pożegnania, bez ubrań i bez szansy na ratunek. Zobaczyć jednak prawdziwą rzeź, jak brat morduje brata, to inna sprawa. Wstrząsnęło nim dogłębnie.
Zakrztusił się wymiocinami i zacisnął mocno powieki. Nie chciał znów na to patrzeć, zbyt okropne, zbyt brutalne, zbyt zwierzęce. Był tylko dzieckiem, pieprzonym gówniarzem, który nikomu nie wyrządził większej krzywdy od ugryzienia.
— Karo Yakuza. — Rozbrzmiał niski głos tuż za jego plecami. — A teraz pozwól, że tylko kogoś zabiję.
Chłopiec uniósł głowę znad wymiocin, uważając, aby nie zahaczyć wzrokiem o zwłoki martwych ochroniarzy. Spojrzał na swojego rzekomego wybawcę. Jego ubrania, twarz i broń były całe we krwi, a Sfora poczuł, jak znów jego żołądek zaczyna robić fikołki, ale z całej siły powstrzymał się od odwrócenia wzroku. Ciekawość zawsze brała górę nad zdrowym rozsądkiem. Mimo że powinien trzymać się od ludzi jego pokroju z daleka, o czym dowodzi nawet ta sytuacja, on podniósł się na chwiejnych nogach i podreptał niezgrabnie za niejakim Karo.
Mężczyzna nie trudził się ze schowaniem miecza. Nikogo w tych uliczkach nie było, poza szczurami i robactwem, więc nikt go nie zatrzymywał. Sfora jednak wolał zachować pewien dystans między nimi. Przeskakiwał z dziury do dziury, nie spuszczając go z oczu, aż dotarli do ulicy, gdzie wciąż czekała elegancka kobieta. Nie wyglądała na zbyt zdziwioną, gdy zamiast swoich przydupasów, dostrzegła wysmarowanego krwią mężczyznę. Patrzyła przez chwilę na niego, a potem Sforze wydawało się, że dostrzegła go w cieniu wnęki w ścianie i posłała mu chłodny, pełen jadu uśmiech.
— Już nie ma porządnych ochroniarzy — westchnęła, dramatycznie przeczesując włosy dłonią. — Co teraz? Powinnam paść na kolana i błagać o litość? — parsknęła krótko i założyła ręce na piersi, obserwując Karo spod przymrużonych powiek. W jej oczach czaiło się coś niebezpiecznego, nawet Sfora to wyczuł, lecz zabójca wydawał się niewzruszony zachowaniem kobiety i strząsnął krew z miecza, czyniąc krok w jej stronę.
— Kto ci za mnie zapłacił? — odezwała się surowo. Ani drgnęła, stała niewzruszona, co wywołało w chłopcu ogromny podziw dla jej odwagi albo zuchwalstwa.
— Nie mam w zwyczaju zdradzać pracodawców. — Mężczyzna wzruszył niedbale ramionami, poły ciemnego płaszcza zafalowały lekko wzburzone przez prosty gest. Oparł się bokiem o najbliższy murek, wyciągając jedną nogę w bok.
— Nie mam w zwyczaju się targować, ale zapłacę podwójnie — powiedziała łagodnie, zakładając ręce na piersiach. Sprawiała wrażenie znudzonej, jakby nie pierwszy raz ktoś posyłał na nią płatnego zabójcę.
— Nie mam w zwyczaju chodzić na takie układy. Praca to praca. — Zamłynkował mieczem nad głową, żeby zastraszyć kobietę. Dama westchnęła cicho i podparła się pod boki, nie spuszczając wzroku z Karo.
— Nie pozostawiasz mi wyboru, ty i ten dzieciak za bardzo mi przeszkadzacie. — Rozłożyła ręce, wzruszywszy ramionami i posłała przelotne spojrzenie ukrytemu w cieniu Sforze. Wzdrygnął się, ale nie ruszył z miejsca. Wciąż pozostawał biernym obserwatorem.
— Wybacz, kochanie, ale to ja stawiam warunki. Nie masz żadnego wyboru — odparł oschle Karo i jednym susem pokonał odległość między nim a damą. Wydawało się, że zwlekała z tym, jednak na ułamek sekundy przed tragedią wyciągnęła jedną z rąk do przodu, poruszyła krótko ustami, a na zawołanie z jej palców wykwitł ogromny, jasny znak złożony z dziesiątek skomplikowanych symboli, których Sfora nie potrafił rozpoznać. Odbił mężczyznę z wyrazistym hukiem wybuchającego czaru. Karo wylądował parę metrów z tyłu, zaparłszy się mocno podeszwami butów o ziemię i pozostawił po sobie głębokie bruzdy w piachu. Zaszarżował jeszcze raz, wybijając miecz z biodra. Na jego twarzy malowała się silna determinacja zmieszana z wściekłością. Sfora wychylił się poza cień, aby lepiej widzieć walkę, aż z podekscytowania otworzył szeroko oczy, w myślach układając następne sceny pojedynku.
Dama złożyła ręce razem i splotła palce w dziwny, prawie niemożliwy sposób. Nagle ich koniuszki zalśniły bladoniebieskim światłem, tworząc kolejny znak tuż przed nią. Tak samo, jak poprzedni z głośnym hukiem odtrącił zabójcę do tyłu, a w tym czasie kobieta sięgnęła za gorset i wyciągnęła kilka długich szpil z lśniącymi kamieniami u główek. Zerwała dół sukni, umożliwiając sobie sprawniejsze ruchy, po czym rzuciła się do biegu, wbijając w ziemię dookoła Karo swoje szpile. Przy tym jedną ręką tworzyła znaki, które odpierały ataki zabójcy.
Gdy wszystkie szpile zostały ułożone w idealny okrąg dookoła małego placu, posłała w stronę mężczyzny zaklęcie wiążące. Wokół jego kończyn owinęły się łańcuchy splecione ze światła i czystej energii, które uniemożliwiły mu poruszanie się. Kobieta odbiegła do tyłu, opadła na ziemię i przyłożyła dłonie do bruku, szepcząc pod nosem słowa nieznanego Sforze języka. Pod jej palcami kwitły coraz to bardziej szczegółowe zawijasy i układały się w jeden wielki symbol. Sfora rozpoznał w nim runę, którą widział kiedyś w księdze miejscowego szamana, ale nigdy nie dowiedział się, co oznaczała, bo został wywalony z jego domu na zbity pysk.
Znak zawisł w powietrzu nad główkami wbitych w ziemię szpil, a potem zbiegł się do miejsca, gdzie szamotał się skrępowany Karo. Zaklęcie powoli przepłynęło na skórę zabójcy i stało się to tak szybko, że Sfora miał wrażenie, jakby ktoś wyciął moment, w którym Karo padał na ziemię. Najpierw był przytomny, a potem już nie, a zdyszana i zmęczona kobieta z krzywym uśmiechem patrzyła teraz na Sforę.
Pora uciekać.
Poderwał się do biegu, lecz po paru krokach poczuł krótkie ukłucie na karku i w ciągu zaledwie paru sekund odrętwiały mu wszystkie kończyny. Legł bez pamięci na bruku, wznosząc tumany ulicznego kurzu.
~*~

Obudził się w ciemnym, zimnym miejscu ze skrępowanymi dziwnym zaklęciem nadgarstkami. W miejscu, gdzie energia ukształtowana na wzór kajdan stykała się ze skórą, czuł łaskoczące mrowienie, ale gdy postanowił się poruszyć mocniej, jego ciało przeszył okropny ból niesiony wraz z prądem. Zaskomlał żałośnie, opierając się o coś ciepłego plecami. Minęła zaledwie chwila, zanim się zorientował, że to nie coś, ale ktoś, a dokładniej zabójca, który nierozważnie podskoczył do eleganckiej kobiety z wysokiego rodu. Właśnie przez niego siedzieli w tym paskudnym, śmierdzącym stęchlizną lochu. Chociaż właściwie Sfora sam zdecydował, że za nim polezie. Mógł przecież wykazać więcej rozsądku i odwrócić się na pięcie z przytupem, żeby powędrować do piekarni po bułki dla swojej rodziny. Teraz płać i płacz, mały bachorze.
Sfora pierwszy raz w życiu widział takie moce. Potężne, choć skomplikowane i trudne do opanowania przez liczne zaklęcia oraz runy, jakich arystokratka musiała używać podczas walki z Karo. Westchnął cicho. On nie miałby z nią szans. Nie odkrył jeszcze ani jednej mocy, a co dopiero rozmawiać o czymś tak wspaniałym. O ile w ogóle miał we krwi jakiś potencjał magiczny.
Podciągnął nogi pod brodę i czekał, aż jego towarzysz odzyska przytomność. Jemu, nie dość, że założono takie samo zaklęcie na nadgarstkach, to wzmocniono je o dodatkowe na szyi, które układało się w formę obroży.

Karo?

----
886 PD + 5 P
Owca

piątek, 31 sierpnia 2018

[E] Od Sfory "Ulewa z burzą szaleje, drzewa świszczą i gniew bogów goreje"

Skulił się w ciemnym kącie, naciągając mocniej na głowę kaptur podziurawionego płaszcza. Przycisnął dłoń do ust, zakasłał cicho, a potem podciągnął nogi pod brodę. Lekko zamglonym wzrokiem od piekącego smrodu fajek spojrzał spod ciemnego materiału na rozweselony tłum zlanych w trup gości. Chórem śpiewali właśnie sprośną piosenkę o dziewce, co nigdy nie dawała w niedzielę, bo to dzień święty. Po każdym refrenie brali wielkiego łyka piwa i kontynuowali wieczorny koncert.
Sfora przyszedł tu licząc na resztki niespożytego jedzenia, a może nawet udałoby mu się ukraść cały obiad, gdyby powstało wyjątkowo duże zamieszanie. Był na tyle drobny i zwinny, że gospodarz nawet nie zauważył, kiedy wpadł do środka pomieszczenia wraz z kilkoma innymi klientami. Czmychnął sobie ukradkiem w kącik i udawał, że nie istnieje. Na razie nikt nie zwrócił na niego większej uwagi, mogli go uznać za chłopca na posyłki któregoś z biesiadników. Niech więc tak sobie myślą.
Wpół ostatniej zwrotki drzwi do małej, przytulnej gospody rozwarły się z głośnym skrzypnięciem zawiasów i do środka wpadł zimny, burzowy wiatr. Przerażająca cisza objęła pijanych gości, gdy w progu przystanął wysoki człowiek w brązowym płaszczu zaciągniętym na głowę. Ciemne niebo za nim zajaśniało potężną błyskawicą w akompaniamencie głośnego ryku, oświetlając na krótką chwilę przemoczoną do suchej nitki sylwetkę przybysza. Gdy dostrzegł, że wszystkie oczy są ku niemu zwrócone, uniósł lekko głowę, ukazując wszystkim dziwne, żółte oczy, a potem wszedł głębiej do pomieszczenia. Skierował się w stronę najbliższego wolnego stolika.
— Waćpanie, nie chcemy tu żadnych burd, bo my pokojowe chłopy, a od was śmierdzi kłopotami na kilometr. Mało nam tu urwipołciów i czortów spod ciemnej gwiazdy? — odezwał się tubalnym głosem gospodarz i zarzucił na ramię brudną ścierę.
— Jam nie diobeł, tylko wędrowiec, co to widział więcej od waszmości. Widział i słyszał, bom oczami i uszami bogów. Prorokiem mnie zowią, a imię moje Zygfryd — rzekł dziwny człowiek, po czym szybkim ruchem dłoni ściągnął z głowy kaptur, ukazując ludziom starą, pomarszczoną twarz, przeciętą gdzieniegdzie drobniejszą blizną. Miał ciemne włosy oraz brodę, którą mocno przyprószyła siwizna, a jego oczy płonęły niewyobrażalną żółcią zmieszaną ze złotem. Cisza w pomieszczeniu wydawała się wręcz ciążąca. Sfora skulił się w kącie jeszcze mocniej.
— Dopiero co tu posprzątałem, nawet pięć minut nie może być tu czysto?! — wrzasnął chuderlawy gołowąs, co pomiatał tu i tam ze starą zmiotką. Wpatrywał się gniewnie w przybyłego jegomościa. Gdyby jego wzrok mógł zabijać, mężczyzna prawdopodobnie już dawno czyściłby twarzą drewniane panele, a tak to tylko obserwował z pogardą młodego nicponia i nic sobie nie robił z jego złości. Chłopaczyna warknął zajadle, po czym ciężko tupiąc butami, wyszedł z gospody prosto w ulewę.
— Jak mówiłem, żem jest posłaniec bogów, jam w ich imieniu uczę i przybyłem opowiadać o tym, com spotkałem podczas wędrówki — kontynuował stary człowiek, a potem wstał od stolika, chwycił stojący z brzegu kufel mężczyzny o szczurzej twarzy i chlup w dziób, wypił wszystko jednym haustem. Szczurzy mężczyzna spiorunował go wzrokiem, ale kiedy wstał, aby naprzykrzyć się Zygfrydowi, powstrzymał go jego towarzysz, pucołowaty młodzieniaszek z rudą kępą siana na łbie. Zygfryd więc wyszczerzył się zajadle i poprawił brudną koszulę z wora na kartofle.
— Było to niedawno, dwa albo trzy księżyce temu. Wracałem właśnie z odwiedzin u mojej siostry i trafiło mi się na zgubny szlak przez las. Błądziłem tak dzień cały, aż mnie noc zastała i rachuba czasu poszła w kij daleko, aż drewno wyszło tyłem. Wiedziałem tylko, że cimno, zimno, głucho, straszno jak cholera, ale byłem świadom, że mnie bogowie chronią, więc brnąłem dalej. — Zygfryd przeszedł się po pomieszczeniu, zgarniając przy tym kolejny kufel piwa. Sfora wciąż bacznie go obserwował, nie wiedząc, czy powinien tu siedzieć, czy już czmychać hen daleko w uliczki.
— Nagle: patrzę! A tu dziwne światełko w oddali migocze. Pewnie, powiadam sobie, to jeden z tych błędnych ogników, co ludzi zwodzi na manowce, ale ciekawość mnie przezwyciężyła! Idę więc. Trafiam na niewielką polanę porośniętą dziwnymi grzybami, nigdy żem takich nie widział. Nietypowy kolor, nietypowe kształty, pewnie trujące, powiadam sobie. Nie ruszam zatem tego dyjobelskiego paskudztwa, co by mi jajca urwało od samego zapachu i rozglądam się dalej. Zauważam coś jeszcze. Kamienie na tej polanie były bardzo dziwnie ułożone, zupełnie jakby ktoś chciał coś nimi przekazać. Zbliżam się, obserwuję, otaczam, ale nic! Światełko tyż znikło, nic nie mryga, nic nie świeci. — Staruch przeszedł dalej i zatopił brudny palec w piwie wielkiego chłopa z tatuażem węża na potylicy. Ten zerknął na niego ostrzegawczo, a potem odtrącił jego łapę swoją ogromną grabą, wydając ciche, gardłowe warknięcie. Zygfryd zignorował to i powlekł się dalej, a Sfora zmrużył oczy na widok ślicznie pobrzękującej sakiewki przypiętej do plecionego sznura jego płaszcza. Nieświadomie uniósł jeden kącik ust w chytrym uśmiechu, a w głowie już zaczął układać plan jak dostać się do malutkiego skarbu.
— Aj! Uznałem, że nie ma sensu tam siedzieć i gapić się na to niczym byk na malowane wrota. Macham ręką na to wszystko, zbieram manatki, których nie mam, szykuję się do odejścia. A tu magia! Czory! Czory, powiadam, niewidy! Szaleństwa głupie! Potwór wielki! Z dziesięć stóp miał, jeśli nie więcej! Smoczy łeb, wężowy ozor na wierzchu i kłapie na prawo, lewo wielkimi zębami. Cielsko kozła o ludzkiej posturze. Ogon trzy razy tyle, ile ja mam, a zamiast kopyt, wielgachne, wilcze łapy z pazurami jak stąd do cieniasów! — wręcz wykrzyczał, waląc w pięścią o blat stołu, ale przy ostatnim słowie trochę się speszył — Znaczy… ten… no… do Cieni!
Odchrząknął, zebrał obrzydliwą flegmę na języku i splunął pod stopy miejscowego kowala, prosto na jego nowe buty. Mężczyzna zakręcił rudym wąsem, zmarszczył krzaczaste brwi, a potem wstał od stołu. Miał dobre dwa metry wysokości, a mięśnie ogromne od lat pracowania przy wyrobie broni, lecz staruch tylko machnął na niego pomarszczoną ręką. Wybełkotał coś niezrozumiałego, przechodząc do kolejnego stolika, przy którym było jedno wolne miejsce. Zasiadł na krześle niczym król, a nogi w ubłoconych buciskach wywalił na blat i zgarnął dłonią widelec jednemu z gości. Zaczął nim sobie grzebać między zębami, a przy tym otwarcie narzekać na dzisiejszą młodzież. Że niewychowana, że niemiła, że niełaskawa, że bogów nie szanują.
Sfora nie zwracał uwagi na jego czczą gadaninę. On był akurat ostatnim przedstawicielem gatunku dzisiejszej młodzieży, który w ogóle powinien protestować. Spici do granicy przytomności biesiadnicy nie zauważyli, gdy chuderlawy chłopaczyna przemykał im pod nogami spod jednego stołu pod kolejny i przy okazji lepką rączką zabierał, co tylko mu w oczko wpadło. A to ładny pierścień, a to spinka przy mankiecie, a to kilka monet, co wypadły na podłogę.
— I co było dalej? Co było dalej? No to poprawiam czapkę i lezę przez krzaczory sprawdzić, co to za dziwy. Skradam się najciszej jak mogę, pokrzywy parzą mnie po kostkach i kolczaste ciernie wbijają się w dłonie, ale idę. Patrzę: to jednak nie bestia, nie potwór, nie diobeł. A coś znacznie gorszego. Nieopodal kręciła się stara, pomarszczona baba i klęła jak szewc, szukając czegoś w trawie. Pewno swoich cyców, bo żem nie widział, żeby co pod kiecą miała, taka decha niezabita gwoździami. Nawąchała się tych dyjobelskich grzybów i ino patrzyła, gdzie jej te bimbały oberwało. — Zarechotał straszliwie skrzekliwym śmiechem, po czym znów splunął na podłogę i spojrzał na siedzącą obok młodą dziewkę. Sfora mógłby przysiąc, że gdy jego wzrok padł na dekolt ślicznej damy, staruchowi pociekła ślina z gęby. Oblizał się lubieżnie, aż wreszcie jej towarzysz wstąpił do akcji i objął ją ramieniem, przysuwając mocniej do siebie. Wydawał się w pełni trzeźwy, z kolei jego kolega po prawej stronie, tylko śmiał się złożony na blacie w półśnie.
Sfora przemknął po cichu do stolika, przy którym siedział Zygfryd i już sięgał ręką do cudnej sakiewki, gdy nagle staruch poderwał się z miejsca. Na odchodne puścił panience oczko, wyszczerzając zżółknięte i zdjęte próchnicą zęby w okropnym uśmiechu. Dziewczę skrzywiło się w odpowiedzi.
— Zaraz ze mnie całe powietrze schodzi. Kamień z serca, myślę, gapiąc się na babę. Podchodzę, pytom się o drogę do najbliższego miasta. Ta patrzy na mnie jak na wariata i nie odpowiada. Czekam cierpliwie, ale kij, a nie rozmowa. Zamierzam już się zbierać, skoro babsztyl nie skory do pomocy, gdy nagle rozwarła paszczę, a z niej wydobył się wielgachny, długi jęzor z sześcioma oczami! A kłów miała od cholery! Syczy na mnie, ja biorę nogi za pas. Dziwne stworzenie, przeraźliwe, pewnie z piekła je co wywlokło. Już prawie w krzaczorach siedzę. Jeszcze trochę. Obracam się, patrzę. I co?! Wtedy rozłożyło skrzydła, zawyło przeraźliwie jak pani Wiesia spod czwórki, gdy ktoś dobiera się do jej szarlotki i wzbiło się w powietrze. Prawie żem się posrał ze strachu! — wykrzyknął. Wyraźnie targały nim emocje, gdy wskakiwał na stół. Jednym, nieporadnym kopniakiem zrzucił z niego trzy kufle pełne piwa ku żałości dwóch mężczyzn. Sfora zaklął pod nosem, że uciekła mu okazja sprzed nosa do złapania sakwy.
— Nie pieprz, staruchu głupot! Nie ma na tym świecie takich czortów. Bujasz, szaleńcu — warknął kowal, którego wcześniej opluł, a jemu zawtórowała piątka innych gości, co padali z nóg od alkoholu.
— Głupoty? Ja? Pieprzyć? Pieprzyć lubię tylko dziwki, ale tutaj powiadam prawdę, co mi bogowie pokazali! — oburzył się wielce, wypinając do przodu pierś. A zrobił to z takim impetem, że zakołysał się niebezpiecznie na stole i prawie spadł — Ta baba to wcale nie baba. Ona była dokładnie taka sama jak te wszystkie chytre lisy. Potwór, co udawał kobitę! Straszny! Te okropne ślepia! Całe czerwone, jakby pochłonęły ludzką krew! I te jej pomarszczone ręce nagle zamieniły się w szpony, a nogi prawie jak u harpii! Brakło tylko upierzenia, bo skrzydła podobne do nietoperzych! Kły wielkie, że aż szyję odgryzłyby jednym capnięciem! Cud, że żyję, ale bogowie mili, bogowie łaskawi, to dzięki nim! Wybrany zostałem, więc chronią mnie jak własne dziecko!
Sfora mlasnął ustami, krzywiąc się od głupiej gadaniny Zygfryda i wyciągnął z buta mały nożyk motylkowy, który choć już zniszczony i zardzewiały, wciąż nadawał się do prostej roboty. Przyczaił się pod stołem najbliżej starucha, ale ani drgnął, bo gwałtownie kowal uderzył pięścią w blat, wstając od niego zamaszyście. Lepiej, aby teraz chłopiec nie próbował podpaść komuś trzy razy większemu od siebie.
— Bogowie nie istnieją. A nawet gdyby, to na pewno nie szukaliby wsparcia w kimś tak obrzydliwym jak ty! Toż to dla nich hańba! — krzyknął, a jego tubalny, niski głos zatrząsł ścianami w małej gospodzie. Zygfryd pozostał jednak niewzruszony i nie spojrzał na niego, głupio dłubiąc palcem w nosie.
Sforę akurat nic nie obchodzili bogowie. Cenić mógł tylko tych, którzy przynosiliby mu powodzenie w życiu, a że żaden tak nie działał, miał to gdzieś. Pogadamy, jak dorobi się majątku i własnej psiarni, gdzie pozwoliłby wszystkim pieskom z jego rodziny spokojnie dożyć starości.
Kowal podszedł głośno tupiąc wielkimi buciorami o drewnianą podłogę, po czym chwycił Zygfryda za kołnierz płaszcza i przyciągnął do swojej twarzy. Staruch wręcz wisiał nad ziemią, znacznie zbladł, gdy wcześniejsze pogróżki mężczyzny, okazały się właśnie spełniać. A Sfora tylko obserwował bujającą się na boki sakiewkę i zastanawiał się jak szybko będzie w stanie ją odciąć oraz uciec.
— Jak śmiesz dotykać Proroka, ty bezbożniku przeklęty! Bogowie będą wściekli! Zniszczą cię! Odbiorą wszystko, co dali! Jesteś na ich łaskach! — wrzasnął ochryple, trzęsąc się w wściekłości – albo strachu – jak galareta.
Ktoś podszedł do kowala i położył mu dłoń na ramieniu.
— Zostaw tego dziwaka. Co jeśli gada prawdę? Co jeśli zrzucisz na siebie boży gniew? Lepiej nie kusić losu — powiedział spokojnie, choć zataczał się na wszystkie boki i czkał co chwila, a wzrok miał dziwnie nieobecny. Kowal odepchnął go ręką, a ten upadł na drewniany stół z głośnym hukiem.
— Nie wtrącaj się — warknął zajadle, ale nie zdążył nic więcej zrobić, bo kolejny człowiek doskoczył do niego i przywalił pięścią w twarz. Kowal wypuścił kołnierz starucha, a sam zatoczył się do tyłu. Upadł z impetem, uderzając głową o kant blatu, za którym stał przerażony gospodarz. Wydał z siebie cichy charkot, jednak prawie natychmiast stanął z powrotem na nogi i uderzył mężczyznę, który go zaatakował. Sfora skulił się pod stołem jeszcze bardziej, chociaż w myślach dopingował, aby zrobił się większy rozgardiasz.
Wkrótce do bójki dołączyła się kolejna pijana dwójka, po nich trójka, a wkrótce cała sala zlana w trup tłukła się, rzucała czym popadnie i wrzeszczała jak najprawdziwsza dzicz. Pośród tego zamieszania mały chłopiec z zawadiackim uśmieszkiem śmigał od stołu do stołu, upychając jedzenie oraz wszelkie kosztowności do kieszeni. Niezauważony wirował pomiędzy straszliwym pobojowiskiem, przeciskał się przez tłum i przy tym ani razu nie oberwał. Krew, alkohol, ślina lały się strumieniami, a pomieszczenie ociekało od smrodu potu oraz piwa. Gospodarz chował się pod blatem z rękami założonymi na głowie. Panienka, do której przystawiał się staruch, wcisnęła się do kąta. A Zygfryd z przestrachem czmychnął tylnym wyjściem, ale Sforze już nie zależało na jego sakiewce. Obrabował tyle osób, że wystarczyło mu na śniadanie, obiad i kolację dla piesków.
Zanim sam stał się zagrożony, po cichu opuścił gospodę. A burza na zewnątrz wciąż szalała. Widocznie bogowie naprawdę byli wściekli.

----
1532 PD + 15 P
Owca

wtorek, 28 sierpnia 2018

Od Sfory (do Zero Two) "Oczywiście, że musimy umrzeć"

Z głuchym hukiem uderzył plecami o murowaną ścianę obskurnego budynku strażnicy miejskiej. Bezwładnie opadł całym ciałem na piach i zakrztusił się napływającą do gardła krwią, zwijając wpół z bólu. Skomlał i charczał przez zaciśnięte zęby. Wbijał drobne palce w ramiona, jakby za wszelką cenę próbował wyrwać ze swojego ciała całe cierpienie.
— Znowu podskakujesz, łachudro? — powiedział wysoki na dwa metry, ale nieproporcjonalnie chudy mężczyzna. Trącił chłopca czubkiem starego gumiaka i skrzywił się w obrzydzeniu. — Takie ścierwa jak ty powinny sczeznąć w śmieciach — wymamrotał, po czym zamachnął się nogą i kopnął chłopca prosto w brzuch. Sfora zaskomlał głośniej, uderzając głową o ścianę. Zakręciło mu się przed oczami, a gdy spróbował podnieść się na czworaka, znów padł na ziemię pozbawiony sił. Mężczyzna oparł na jego grzbiecie stopę, wciskając Sforę mocniej w piach. — Jesteś taki żałosny. Obrzydzasz mnie — mówił dalej. Kopał chłopca coraz mocniej, a on tylko jęczał przez zaciśnięte zęby i modlił się do bóstw, których znać nie mógł.
Poruszył ustami w bezgłośnej prośbie o pomoc. Szarpnął się krótko na ziemi, próbując wstać, lecz znów poczuł nacisk na łopatki. Padł wzburzając tumany suchego piachu. Miał go w ustach, oczach i nosie. Małe drobinki żwiru piekły oraz drapały niemiłosiernie, ale poza skomleniem i charczeniem, Sfora nie wydał z siebie żadnego szlochu ani nie pozwolił popłynąć łzom.
Nagle z drugiego końca uliczki dobiegło do niego głośne ujadanie psa. Z trudem uniósł głowę i jak przez mgłę dostrzegł wielkiego psa, gnającego w jego stronę. Był to jego wierny przyjaciel, wilczarz irlandzki, wielki na dziewięćdziesiąt centymetrów i niezwykle piękny, dopóki nie posklejała mu się sierść od brudu, błota i piachu. Cudowny, kremowy kolor stał się prawie czarny, a on zaczął przypominać zwykłego, ulicznego włóczęgę.
Doskoczył do mężczyzny, który znęcał się nad Sforą i kłapnął szczęką tuż obok jego uda dla ostrzeżenia. Jak poparzony odskoczył do tyłu, a pies dalej szczekał i warczał, obnażając gniewnie kły. Człowiek przeklął jeszcze parę razy pod nosem, aż w końcu machnął ręką na odchodne, po czym zniknął za zakrętem w swoim sklepie. Sfora spojrzał z wdzięcznością na psa, który rozluźnił się, widząc jak agresor ucieka. Znowu uratował mu życie. Gdyby nie on i cała grupa pozostałych miastowych wyrzutków, nie przeżyłby nawet swojej pierwszej zimy na ulicy, a w ten sposób miał nie tylko ochronę, a także rodzinę.
Pies pacnął nosem chłopca w policzek, aby dodać mu otuchy, a potem łbem pomógł mu podnieść się na nogi. Pozwolił nawet Sforze oprzeć się na grzbiecie i razem ruszyli wgłąb zakamarka. Z trudem dokuśtykał do najbliższej metalowej klapy w ulicy. Nie był teraz bezpieczny na powierzchni. W każdej chwili ktoś znów mógł się do niego dobrać i spuścić mu takie lanie, że umarłby na miejscu.
Razem z psem zszedł do kanału. Cuchnęło tam obrzydliwie. Wszędobylska pleśń i stęchlizna wzbudzały odruchy wymiotne, a mnogo zalęgnięte stada szczurów albo karaluchów wcale nie poprawiały poziomu tutejszego życia. Przez chwilę wpatrywał się w ciemnozieloną wodę zgęstniałą od ohydztwa, jakiego pozbywali się tutaj ludzie, dopóki nie poczuł jak kromka chleba, którą zjadł godzinę temu, próbowała wydostać się z żołądka. Raptownie odwrócił głowę i podpierając się o ścianę, pokuśtykał wzdłuż korytarza.
Nie odszedł za daleko. Ból nasilił się zaledwie parę kroków dalej, tuż przy zakręcie, i przed upadkiem ochronił go tylko pies, który prędko doskoczył do chłopca. Podtrzymał go swoim cielskiem i trwał tak, dopóki Sfora nie wrócił do pionu. Uśmiechnął się w podzięce psiemu towarzyszowi, ale nie powędrował dalej, tylko z cichym jękiem osunął się po ścianie i usiadł na kamiennej podłodze. Nie miał siły się ruszyć. Był zbyt sponiewierany, głodny, spragniony oraz zmęczony. Czuł jak wszystkie jego mięśnie odmawiają posłuszeństwa, choć nawoływał je do pracy. Nawet oddech powoli uciekał mu z płuc. Coraz gorzej widział na oczy, otoczenie rozmazywało się i kręciło we wszystkie strony świata. Potrzebował odrobiny odpoczynku, tylko troszkę.
Zamknął piekące od piachu oczy. Jedynie krótka chwilka snu.
Pies nie pozwolił mu odetchnąć. Natychmiast przywrócił go do przytomności swoim warczeniem. Zastrzygł nerwowo uszami i warował, mocno napinając mięśnie łap oraz grzbietu. Sfora delikatnie dotknął jego karku, po czym wychylił się zza rogu zakrętu.
Ciemność rozstępowała pod wpływem złocistego płomienia w lampie naftowej, którą niósł niski, tęgi mężczyzna. Nie wyglądał na jednego ze szmuglerów albo ulicznych krętaczy, wszak był zbyt bogato ubrany. Miał na sobie dobrze skrojony, ciemny frak, który z daleka wyglądał na uszyty z wysokiej jakości materiału. Koszula o nietkniętej, śnieżnej bieli wydawała się rzucać własny blask i rozjaśniać kanały bardziej od ognia w lampce. Pod kołnierzem wdzięcznie falował elegancki żabot, a czarne, wypolerowane buty aż szkoda było marnować w takim paskudnym miejscu.
Sfora przylgnął mocniej plecami do ściany, gdy z mroku wyłoniła się jeszcze jedna postać. Odgadł po zarysie cienia, że to wysoka dziewczyna o szczupłej, zgrabnej sylwetce. Nie była ubrana jak większość mieszczańskich kobiet. Jej strój składał się z czarnych, skórzanych spodni oraz przylegającej do ciała tuniki w tym samym kolorze. Części garderoby przepasane były grubymi, ciemnymi pasami, a do każdego przypięto mniejsze lub większe kieszonki, w których zapewne skrywała drobną broń. Przemieszczała się szybkimi, zamaszystymi krokami ledwie pół metra za przysadzistym mężczyzną. Czarny płaszcz z kapturem narzuconym na głowę, falował przy każdym jej ruchu.
Przystanęli niedaleko zakrętu, za którym ukrywał się Sfora. Kobieta ściągnęła płaszcz z głowy, a oczom Sfory ukazała się zaokrąglona twarz o kształcie serca z ostro zarysowanym podbródkiem. Na jej czoło opadała prosto ścięta grzywka w kolorze jasnego różu. Nigdy nie widział człowieka z podobnym odcieniem włosów, ale nie to było największą zagadką, ale para czerwonych rogów, wystających spomiędzy kosmyków.
Mężczyzna zaczął pierwszy rozmowę, mówiąc coś o działającym w podziemiach ruchu oporu oraz planowanym zamachu na życie wysoko postawionego bankiera. Sfora zmarszczył brwi. Te informacje musiały być niezwykle cenne, zwłaszcza, że specjalnie dla tej dyskusji udali się w tak obrzydliwe miejsce. Uśmiechnął się pod nosem. Wystarczyłoby znaleźć jedynie odpowiedniego człowieka, który mógłby zapłacić dobrą sumkę za poufne wiadomości. Wreszcie miał okazję zdobyć coś do jedzenia dla siebie oraz swojej psiej rodziny.
Spojrzał na psa z iskierkami w oczach. Gdyby tylko potrafił się jeszcze ruszyć z tego miejsca, bo w obecnym stanie nie mógł odejść za daleko. Ponownie wychylił głowę zza rogu.
Wtedy niespodziewanie przebiegł obok niego szczur z głośnym piskiem, a potem wyskoczył pod nogi dwójki rozmówców, przykuwając ich uwagę. Lecz po chwili obydwoje jak na zawołanie spojrzeli w stronę, z której szczur przybył i dostrzegli chłopca, zanim ten zdążył się schować za ścianą. Z cichym skomleniem podniósł się na nogi i rzucił do biegu, słysząc jak szybko wymieniają się zdaniami, a potem ktoś rusza za nim. Pies pomagał mu jak tylko mógł, ciągnąc za potargane ubrania albo popychając głową, ale Sfora nie odszedł daleko. Dokuśtykał się ledwo do następnego zakrętu, a potem padł na kamienną podłogę. Zauważył jeszcze tylko zarys sylwetki w ciemności oraz psa, który osłaniał go własnym ciałem, potem stracił przytomność.

Zero Two?

----
668 PD
Owca

Od Sfory (do Karo) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz 3.

Zaskoczony i zbity z tropu wpatrywał się szeroko otwartymi oczami raz na kilka złotych moment, które wdzięcznie błyszczały z słabym świetle ulicznej latarni, a raz na tajemniczego mężczyznę w płaszczu, który rzucił mu je pod nogi. Trwał w kompletnym bezruchu przez kilka minut, zastanawiając się, czy to nie podstęp. Avfallen, a w szczególności Klan Wojowników, było zimnym i bezdusznym miejscem, gdzie nic nie robiło się za darmo, a ten podejrzany człowiek działał niezgodnie ze wszystkim, czego Sfora nauczył się dotychczas na ulicy.
Odczekał jeszcze parę sekund po zniknięciu dziwnego mężczyzny w większej ulicy za rogiem, po czym znów zerknął niepewnie na pieniądze i ostrożnie schylił się, aby je pozbierać. Wystarczyło do wykarmienia całej psiej rodziny i zostałoby jeszcze trochę dla Sfory, a może nawet ta sumka pozwoliłaby im wyżywić się przez kilka najbliższych dni. Przycisnął złoto do piersi, a potem wrzucił je do kieszonki po wewnętrznej stronie sponiewieranej, podartej koszuli. Sięgnął ręką po leżącą niedaleko kurtkę, którą mężczyzna zdarł z niego w poszukiwaniu swojej własności i niedbale narzucił ją na ramiona.
Zwrócił głowę w stronę czających się w mroku psów, na ich czele stał wilczarz irlandzki z bochnem przypalonego chleba w paszczy. Merdał wesoło ogonem i strzygł uszami na wszystkie strony, a kiedy Sfora posłał mu radosny uśmiech, wyskoczył z wnęki. Za nim popędziło kilka innych czworonogów. Wszystkie naraz doskoczyły do Sfory, a chłopiec głaskał je i klepał po grzbietach.
Razem zwrócili się w drugą stronę ciemnej uliczki, żeby dołączyć do reszty psów, które czekały na powrót pobratymców. Sfora pierwszy raz od wielu tygodni czuł się szczęśliwy, że niósł ze sobą dobre wieści w postaci pieniędzy, którymi wykarmi przyjaciół. Nie mógł się powstrzymać nawet przed nie ukrywaniem promiennego, dziecięcego uśmiechu. Od dawien dawna jego ciało i dusza nie były takie lekkie oraz czyste. Nawet nie pamiętał jakie to uczucie być radosnym, a teraz miał wreszcie okazję sobie przypomnieć. Przelotnie pomyślał o sobie, jak o niezwykle smutnym człowieku, skoro mógł policzyć chwile podobne to tych na palcach jednej ręki.
Razem z psami prześlizgnął się przez szparę w drewnianym ogrodzeniu i czmychnął na tyły starej, opuszczonej już od kilku ładnych lat kamienicy, która sypała się w proch oraz pył. Odszukał w murku dziury częściowo zabitej dechami, a potem wcisnął się w nią i przeczołgał do zniszczonego mieszkania na parterze.
Kiedyś ściany tutaj były obłożone ładną, kwiaciastą tapetą, a podłoga panelami z ciemnego drewna, które pachniały sosną. Natomiast eleganckie, mahoniowe meble, obite miękkimi poduchami z gęsiego pierza, nadawały temu miejscu przytulności. W kącie stał nawet błyszczący fortepian. Obecnie jednak to wszystko wyglądało, jakby ktoś tu wpuścił wielką bestię, a ta z wściekłości zniszczyła całe mieszkanie. Pomiędzy obtartymi płatami tapety oraz dziurami w podłodze lęgła się pleśń, obrzydliwe roje robactwa albo wielkie szczury. A cudowne blaty, kanapy oraz sofy tak bardzo wyczerpał czas, że nie było z nich żadnego pożytku, więc leżały połamane i zepsute po kątach.
Z radością został przywitany przez pozostałą część psiej sfory. Starsze oraz młodsze czworonogi energicznie skakały dookoła niego. Szczekały wesoło, w przerwach lizały drobne, pokaleczone dłonie chłopca i wspinały się po jego podartych łachmanach. Ale kiedy w środku mieszkania pojawił się wilczarz irlandzki z bochenkiem chleba między zębami, zapomniały o Sforze i wygłodniałe rzuciły się w stronę jedzenia. Z ciepłym uśmiechem wymalowanym na twarzy pozwolił im zjeść wszystko, a w duchu postanowił, że rano wybierze się kupić o wiele więcej jedzenia, którym nasycą się wszyscy.
Jakiś czas później wielki wilczarz irlandzki klapnął na podłodze pod ścianą. Sfora ułożywszy się obok, wtulił twarz w jego ciepłą sierść i zasnął.

~*~

Następnego dnia zerwał się skoro świt z myślą, że musi czym prędzej udać się do centrum miasta. Jeszcze słońce dobrze nie wzeszło ponad horyzont, domy wciąż były pogrążone w półmroku i jedynie najwyższe czubki wież lśniły złotym ciepłem w promieniach kolejnego dnia. O budzącym się życiu sugerował tylko dym ulatujący z kominów oraz latarnicy leniwie przeczesujący uliczki z politykami do gaszenia świec w latarniach. Zapowiadał się niezwykły gorąc, powietrze było tak nagrzane, że już o tej porze dnia ciężko szło złapać oddech, a na niebie nie widniała ani jedna deszczowa chmura, zwiastująca ukojenie.
Sfora razem z wilczarzem irlandzkim opuścili swoją kryjówkę już kilkanaście minut temu i kierowali się w stronę dzielnicy, w której przeważały piekarnie oraz sklepy z warzywami. Nadal czuł rozpierającą go radość, lecz zdążył trochę ochłonąć od wczorajszego wieczora i nie szczerzył się na prawo i lewo jak nierozsądny głupiec, który wygrał kozę na loterii.
Zgodnie ze swoim zwyczajem uważnie obserwował otoczenie dookoła, mocno napinając mięśnie w gotowości do ucieczki. Wybierał do przejścia te najmniej zaludnione uliczki i dziś wyjątkowo uważał na podejrzane osoby. Niósł przy sobie prawdziwy skarb, nie mógł pozwolić, aby ktoś mu go odebrał. Wcześniej ukrył złote monety po wewnętrznej stronie koszuli tak, że cały czas czuł ich nacisk na pierś, a mimo to korciło go, aby co rusz sprawdzać dłonią, czy wciąż tam są. Z trudem powstrzymywał się przed tym, pamiętając, że nawet przeciętny złodziej wie jak po gestach rozpoznać skrytkę z dobytkiem.
Skręcił w boczną uliczkę po lewej stronie i na jej drugim końcu kątem oka dostrzegł znajomą sylwetkę. Natychmiast się odwrócił, ale wtedy już nikogo tam nie było, zdołał zauważyć tylko rąbek ciemnego płaszcza znikającego za murkiem. Zamrugał szybko zdezorientowany, po czym spojrzał na psa, który uniósł w zaciekawieniu uszy i przekrzywił na bok łebek. Sfora w odpowiedzi wzruszył ramionami, ale zamiast ruszyć w dalszą drogę po zakupy, popędził w stronę, gdzie przed chwilą widział dziwnego człowieka. Pies poszedł w jego ślady i po chwili obydwoje truchtali przyczajeni w cieniu rzucanym przez budynki.
Gdy mężczyzna przystanął koło jednej z kamienic i dzieliło ich od niego zaledwie kilkadziesiąt metrów, gestem ręki nakazał wilczarzowi irlandzkiemu pozostać w miejscu. Sam skradał się dalej. Nie od razu rozpoznał w nim tego samego zabójcę, darującego mu poprzedniego dnia życie. Nie do końca też wiedział, czy powinien się cieszyć, że znów go spotyka, czy wręcz przeciwnie. Z przymrużonymi oczami obserwował jak człowiek zgrabnie przemykał między kątami. Wyraźnie kogoś śledził.
Sfora pokonał jeszcze większą odległość, stopniowo zbliżając się do mężczyzny. Skrywał się we wnękach, starając, aby cień służył mu jako ochrona. Znajdował się zaledwie kilka metrów od mężczyzny, tak niedaleko. Czmychnął w szczelinę między budynkami, wskoczył na parapet i wdrapał się trochę wyżej, a potem przesuwał powoli po oknach, obserwując go z góry.
Mężczyzna czaił się na wysoką, elegancką kobietę ubraną w skromną, beżową suknię, co sięgała do ziemi. Towarzyszyła jej czwórka dobrze zbudowanych i barczystych mężczyzn w eleganckich mundurach, które na piersiach oznaczono herbami sokoła. W wielkich, wyszytych złotą nicią szponach dusił królika. Sfora nie kojarzył tego rodu szlacheckiego, ale skoro ta kobieta tak bardzo dbała o swoje bezpieczeństwo, musiała być wysoko postawiona.
Chłopiec wychylił się trochę bardziej i nie zauważył, kiedy noga zsunęła mu się z parapetu. Jęknął z zaskoczenia oraz przestrachu, jedną ręką łapiąc się metalowego pręta wystającego ze ściany poniżej. Kobieta wraz z obstawą zwróciła w jego stronę spojrzenie, a potem zerknęła na przyczajonego w cieniu mężczyznę. Gestem ręki nakazała dwóm strażnikom go złapać, a jednemu poleciła pojmać Sforę. Chłopiec przedostał się na niższy parapet, a potem zeskoczył tuż obok zabójcy. Spojrzał na niego przelotnie, zanim rzucił się biegiem w stronę psa.

Karo?
----
707 PD
Owca

wtorek, 21 sierpnia 2018

Od Sfory (do Sami) "Śniegiem zmywam krew, lecz jej nic nie zgłuszy."

Zlepione krwią i ulicznym kurzem kosmyki czarnych włosów smagnęły chłopca po policzku, gdy znów poderwał się do biegu. Biegnąc wzdłuż ulicy, liczył pomiędzy płytkimi oddechami ilość chlupnięć, wydobywających się spod podeszew jego butów podczas zetknięcia z brukiem. Dopiero teraz poczuł jak zgubne może być wędrowanie po błotnistych drogach. Byle mały odgłos mógł zbudzić czujność dwóch masywnych mężczyzn, stojących na drugim końcu uliczki i jak przypuszczał - chwilę później już nie potrzebował ukrywać się ze swoim chlupotaniem. Obydwoje doganiali go w zastraszającym tempie. Był wręcz na wyciągnięcie ręki. Przełknął głośno ślinę i w ostatniej chwili, gdy już prawie czuł dotyk jednego z nich na karku, skręcił w stronę otwartych drzwi jednej z obskurnych kamienic.
Głębokimi susami przeskakiwał schody po trzy stopnie aż wbiegł na piąte piętro. Stanął pod delikatnie nadtłuczonym oknem i spojrzał na nie niepewnie, zastanawiając się czy to nie będzie jeden z najgłupszych pomysłów w jego życiu. Nerwowo oblizał wargi. Nie miał zbyt wiele czasu na myślenie, i tak dosyć mocno ograniczone przez skok adrenaliny we krwi, a niebezpieczeństwo zbliżało się z każdą kolejną sekundą. Sfora tracił ich coraz więcej, a jeśli wciąż będzie się wahać, straci również swoje życie. Spojrzał odruchowo za siebie. Krzyki mężczyzn stawały się coraz głośniejsze.
Jedną ręką przycisnął mocniej do piersi zawiniątko, a drugą złapał się parapetu i wciągnął na górę. Przyparł ramieniem do szyby. Odruchowo zaciskając szczęki, uderzył bokiem w pęknięcie. W każde kolejne uderzenie wkładał coraz więcej siły, ale mimo wszystko wciąż pozostawała wychudzonym chłopcem ze słabym ciałem. Chociaż już dawno przywykł do pracy fizycznej, a ból oraz wysiłek nie stanowiły żadnego problemu, miał problem z własną siłą, dlatego zawsze polegał jedynie na swoich atutach, jakim była zwinność. Klął pod nosem. Wyraźne cienie dwóch męskich sylwetek odznaczały się na przeciwnej ścianie. Nie spieszyli się, szli powolnym krokiem, pewni tego, że zapędzili Sforę w kozi róg. Poniekąd tak właśnie było.
Nigdy nie wierzył w cuda, ale im bliżej byli zobaczenia jego przyciśniętego do szyby, tym żarliwsze stawały się bezsensowne, chaotyczne modlitwy do wszystkich bóstw, o jakich kidykolwiek usłyszał od tych starych, pomarszczonych bab. „Błagam, błagam, błagam, jeśli wyjdę z tego cało, już nigdy więcej nikogo nie okradnę”, płakał przerażony w myślach. Nie był stworzony do otwartej walki, zwłaszcza z dwoma rosłymi mężczyznami.
Wtedy go zauważyli.
Przycisnął plecy do ściany i znów uderzył ramieniem o okno. Szyba wreszcie ustąpiła, rozpryskując się na drobne kawałeczki. Sfora wstrzymał oddech i zanim jeden z mężczyzn zacisnął pięść na jego kostce, skoczył z okna. To czyste szaleństwo, jednak większym szaleństwem byłoby zostanie tam i czekanie aż skręcą mu kark. Wbił mocniej obolałe palce w paczkę do tego stopnia, że poczuł delikatne chrupnięcie. Nie przejął się, wszak miał większe zmartwienia, jak na przykład szybkie zbliżanie się do ziemi, lecz wkrótce dostrzegł swoją szansę. Wyciągnął wolną rękę i złapał się wystającego ze ściany pręta, zawisając bezwładnie. Stąd do ziemi dzieliły go niecałe dwa metry. Bezproblemowo wylądował na nogach, po czym rzucił się przed siebie.
Pokonał uliczkę i kiedy prawie dotarł do ulicy głównej, gdzie bez większego wysiłku zgubiłby swój ogon, ktoś zacisnął dłoń na jego nadgarstku i szarpnął gwałtownie ku sobie. Sfora mocniej zaparł się piętami o bruk, ciągnąc w drugą stronę, lecz palce człowieka, który go złapał, coraz boleśniej wbijały się w jego skórę. Przycisnął paczuszkę do piersi.
— Ten mały szczur spieprzył nam przez okno, Dan — warknął ktoś zza pleców Sfory. Chłopiec szarpnął się jeszcze raz, ale gdy to nic nie dało, wyrzucił swoje ciało w przód, aby dosięgnąć napastnika. Rozwarł szczęki jak wściekły wilk, a potem wbił zęby w rękę mężczyzny z taką siłą, jakiej nikt nie spodziewałby się po ulicznym włóczędze. Przebił się przez skórę i mięśnie aż do krwi. Głośne przekleństwa oraz krzyki przeszyły powietrze, nadając mu kwaśnego smaku od wydźwięku wulgaryzmów, gdy Sfora szarpnął jego rękę zębami, a następnie wyrwał się z uścisku i popędził dalej. Wpadł pomiędzy tłum na ulicy głównej. Panował tu straszny hałas i zamęt przez zbliżające się powoli targi. Ludzie kręcili się dookoła jak mrówki, wykrzykując do siebie polecenia, prośby albo ceny. Biegali dookoła, wymieniali się przedmiotami i zapraszali do swoich stoisk, wychwalając towar pod niebiosa. Rozbrzmiewało głośne gdakanie kur, muczenie krów i beczenie owiec przerywane rzężeniem zniszczonych fonografów.
Sfora niezgrabnie balansował pomiędzy zabieganymi kobietami oraz mężczyznami taszczącymi wielkie toboły i przyciskał paczuszkę do serca. Tuż za nim tłum rozstępował się jak na zawołanie na widok dwóch masywnych mężczyzn, a każdego, kto przez przypadek nawinął im się na drogę, odpychali z całą siłą. Chłopiec przeskoczył nad toczącą się przez środek ulicy beczką i zrzucił z wystawy skrzynkę z jabłkami, które wpadły mężczyznom pod nogi. Zyskał kilka sekund przewagi, choć nie zdołał przechytrzyć agresorów.
Czmychnął w jedną z bocznych uliczek, a potem przyspieszył, żeby wybiec z jej drugiej strony, lecz wtedy ktoś chwycił go za ramię i wciągnął w wąską wnękę w ścianie. Przywarł do miękkiego, kobiecego ciała, a potem poczuł dłoń na ustach. Warknął chrapliwie i szarpnął się niespokojnie, gotów do wgryzienia zębów w palce kobiety.
— Nie ruszaj się — Usłyszał tuż przy uchu ciche syknięcie, na co zacharczał w odpowiedzi, ale zrobił tak, jak mu nakazano. Zastygł w miejscu, wbijając palce w paczkę. Nasłuchiwał w skupieniu zbliżających się kroków oraz pełnej przekleństw rozmowy. Wyklinali Sforę jak najgorszego diabła, rozprawiali co z nim zrobię, gdy go wreszcie znajdą i kłócili się, czyją winą była jego ucieczka. Mężczyźni biegli prędko, tupiąc ciężkimi butami o bruk i rozchlapując na boki zebrane tu błoto. Sfora wstrzymał oddech, gdy byli tuż przy wnęce. Wystarczyło tylko, żeby się odwrócili, a natychmiast mogliby go zauważyć. Odruchowo napiął mięśnie szykując się do raptownej ucieczki.
Lecz mężczyźni pobiegli dalej, a chłopiec odetchnął głęboko, gdy odgłosy kroków ucichły. Kobieta rozluźniła uścisk. Wtedy Sfora odskoczył na bok jak poparzony, odwracając się do niej przodem. Zgarbił się i zawarczał ostrzegawczo, uważnie obserwując przycienioną sylwetkę, która w pewnym sensie wydała mu się znajoma.
Była wyższa od Sfory o niecałą głowę, ale znacznie lepiej zbudowana. Chociaż przy chuderlawym ciele chłopca, każdy człowiek wyglądał na świetnie zbudowanego i wypchanego po uszy mięśniami. Miała drobną, owalną twarz o delikatnych rysach i ciemne oczy o niewinnym spojrzeniu, choć ton jej głosu, gdy kazała Sforze się opanować, zaprzeczał temu pozorowi. Zmrużyła lekko powieki na widok postawy bojowej dziecka i zacisnęła w cienką kreskę pełne usta, a potem podparła się rękami pod boki.
Już pamiętał. To była ta sama osoba, która parę dni temu wręczyła mu bułkę, gdy niegdysiejsze łowy poszły na marne, a z głodu nie miał siły nawet podnieść się z ziemi i wrócić do umierania w innym zakątku miasta. Na to wspomnienie wyprostował się, rozluźniając ramiona. Popatrzył na kobietę jeszcze przez chwilę, a potem odwrócił, żeby odejść w zapomnienie.
— Cholera! Tam jest ten gnojek! — Usłyszał głośny krzyk jednego z mężczyzn, który wrócił do zaułka. Sfora wydał z siebie ostrzegawczy odgłos na wzór szczeknięcia.

Sami?

-----
785 PD + 5 P
Owca

Od Sfory (do Karo) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk."

Wyciągnął się leniwie na rozgrzanym od słońca dachu starej kamienicy i ziewnął przeciągle. Wokół niego zebrało się kilka oswojonych gołębi, które choć zawsze odganiał ostrzegawczym warczeniem i tak natychmiast zlatywały się z powrotem. Czasem, gdy czuł się bardziej niż zdesperowany głodem, łapał jednego z nich, oskubywał z piór i piekł nad prymitywnym ogniskiem z gazet, a potem dzielił się z pozostałymi psami. Biorąc pod uwagę ilość obrzydlistw i chorób, jakie te latające szczury pochłaniały każdego dnia, to wciąż cud, że chłopiec jego pokroju, zmizerniały oraz słaby, wciąż żył.
Przekręcił się na drugi bok, podciągnął kolana pod brodę i objął je chudymi rękami. Zacisnął mocniej szczęki, zgrzytając zębami, żeby zagłuszyć silny ból w żołądku oraz nieznośne burczenie. Mimo że rano udało mu się ukraść spory kawałek sera, zgodnie ze zwyczajem, podzielił się nim z rodziną i dla niego nie zostało prawie nic. Ledwo kilka okruszków, które nasyciły go na nie dłużej jak parę minut. W południe zaś nie trafił na żadną dobrą okazję do napełnienia żołądka. Przez falę upałów mało kto wyściubiał nos ze swojego domu, co się z tym wiązało, mało kogo mógł obrabować.
Na całe szczęście zbliżała się noc. Słońce już prawie zniknęło za najwyższymi wieżami na zachodzie. Jego ostatnie promienie wpadły w soczysty błękit nieba i stworzyły słodką mieszankę różu zahaczającego o złoto. Niewielkie, kłębiaste chmurki leniwie sunęły skąpane w harmonii kolorów, a daleko na wschodzie pojawiały się pierwsze gwiazdki. Można by nazwać ten widok ładnym, gdyby nie gęsty dym wylatujący z kominów kamienic i spalarni, który zawisł tuż nad dachami, roznosząc obrzydliwy smród palonych śmieci.
Sfora nie znał pojęcia piękności. Przywykł do takich scenerii, dlatego nie potrafił narzekać na zanieczyszczone powietrze, czy napawać się wymalowanymi przez słońce kolorami. Nie rozumiał też ludzi, którzy powtarzali, że wygląd jest ważny, ale cóż on mógł o tym powiedzieć, wszak był tylko zwykłą sierotą i to wiecznie zbyt zajętą walką o przetrwanie, aby cieszyć się chwilą.
Pierwsi z domów wybyli latarnicy. Pokonywali niewielkie odległości między latarenkami, potem wspinali się po taszczonych przez nich drabinach, żeby oświetlić ulice bladym światłem świec. Sfora wychylił głowę zza rynny, żeby spojrzeć na jednego z latarników. To był wysoki i chudy mężczyzna w czarnym fraku z metalowymi guzikami przy kołnierzyku. Na czoło miał wciśnięty ciemny, zamszowy cylinder.
Gdy latarnik ominął starą kamienicę, Sfora ostrożnie zszedł po parapetach na ziemię i szybko czmychnął w zaułek pomiędzy dwiema kamienicami naprzeciwko. Tam w cieniu odpoczywał duży, utytłany w błocie i kurzu wilczarz irlandzki, który kiedyś miał ładną, kremową sierść, ale dzisiaj wyglądał, jakby ktoś wrzucił go w stos węgla.
Widząc zbliżającego się chłopca, natychmiast uniósł łeb i wywalił na wierzch jęzor. Sfora uśmiechnął się ciepło, przesuwając dłonią po jego grzbiecie, a potem wyprostował się i ruchem głowy wskazał ulicę. Na ten gest pies poderwał się na łapy i przylgnął cielskiem do drobnej sylwetki dziecka. Gdyby nie los ulicznego włóczęgi byłby pięknym, potężnym zwierzęciem w sile wieku. Mierzył prawie dziewięćdziesiąt centymetrów wysokości, więc niewiele dzieliło go od Sfory, który zaś urósł do marnego metra czterdzieści.
Razem wyszli po drugiej stronie zaułku i skierowali się w stronę jednej z najbardziej plugawych dzielnic w okolicy. O tej porze wszystkie kasyna, burdele i oberże zaczynały tętnić życiem. Życiem śmierdzącym od alkoholu, krwi oraz podniecenia, prawdopodobnie ten klimat zepsucia oraz fałszywej wolności kusił tak wiele nierozsądnych głupców. Zwłaszcza bogatych arystokratów, którzy za dnia popijali w swych lożach wytrawne wino, zachwycając się elegancją wszystkiego dookoła, a po zmroku szukali obrzydlistwa w postaci hazardu i kobiet do towarzystwa. Obrabowanie kogoś takiego, zwłaszcza spitego do resztek nieprzyzwoitości, było bułką z masłem, nawet dla zwykłej sieroty.
Psu ruchem dłoni polecił powęszyć dookoła gospód i tawern, a sam zagłębił się bardziej w tę kolejną zaprawioną ryzykiem noc. Starając się pozostać niezauważalnym, przemknął przez tyły jednego z bardziej eleganckich domów rozkoszy, a potem przyczaił się z boku umiejscowionej obok gospody. Upatrzył już pijanego jegomościa, którego mała sakiewka pobrzękiwała dźwięcznie tuż u pasa. Zerwanie jej nie stanowiłoby większych problemów i uśmiechnął się na tę myśl zadowolony, że wreszcie napełni czymś żołądek.
Sięgnął dłonią do buta, z którego wyciągnął zniszczony, ale wciąż zdatny do prostej roboty nożyk motylkowy. Zgarbił się nieco i wysunął jedną nogę do przodu, przygotowując do szybkiej akcji. Zacisnął mocniej palce na rękojeści, wstrzymał oddech, zbierając w sobie odwagę i… Momentalnie zastygł w miejscu, gdy przed gospodę wyszło dwóch wysokich mężczyzn ubranych trochę zbyt elegancko jak na tak mało prestiżowy lokal.
Mówili o ostatnim zamachu na życie wysoko postawionego polityka, odpowiedzialnego za finanse Klanu Wojowników. Starali się, aby ich dyskusja utrzymywała się w plotkarskim tonie, choć sugestywne słowa, jakich używali, mogły świadczyć, że mieli z tym coś wspólnego. Sfora domyślił się więc, że właśnie dochodziło do transakcji pomiędzy zleceniodawcą oraz zabójcą.
Cofnął się do tyłu, wtapiając w cień rzucany przez budynek i uważnie obserwował całe zajście. Mężczyźni jeszcze przez chwilę rozmawiali, prawdopodobnie targując się o wysokość zapłaty, ale w końcu jeden przekazał drugiemu dużą sakwę, a chłopiec mógł przysiąc, że serce zabiło mu mocniej na widok tak dużej ilości pieniędzy. Gdyby tylko udało mu się ją ukraść, mógłby wykarmić do syta siebie oraz całą sforę, ale z drugiej strony ten człowiek zamordował na zlecenie polityka, który na pewno dysponował wykwalifikowaną ochroną. Nie mógł zatem być pierwszym lepszym motłochem.
Wbił zęby w dolną wargę. Nie miał wiele czasu na podjęcie decyzji. Mężczyzna, uprzednio upychając złoto do kieszeni płaszcza, skierował się w stronę wielkiego tłoku rozśpiewanych ludzi. Jeszcze chwila i Sfora straci go z oczu, a wtedy szansa na zdobycie takiej sumy przepadnie. Przebił skórę ust, po chwili poczuł metaliczny smak na języku.
Wyszedł ze swojej kryjówki i ruszył w tym samym kierunku, nie spuszczając ze wzroku kieszeni mężczyzny. Ukradkiem schylił się po leżący na bruku kamień wielkości dłoni. Słyszał, że dobry złodziej potrafił ocenić ciężar przedmiotu po naciągniętym materiale płaszcza. Dobry złodziej potrafił też dopasować atrapę, która zgadzałaby się kształtem i masą.
Wtopił się w tłum, robiąc szeroki łuk wokół mężczyzny tak, że ostatecznie wyglądało, jakby wyszedł mu z naprzeciwka. Zanim zdążył go zauważyć, chłopiec skulił się w sobie, pochylił nisko głowę i udał, że drży, wodząc niespokojnym wzrokiem dookoła, jakby zgubił odpowiednią drogę. Od nieznajomego człowieka dzieliły go dwa metry, metr, kilka centymetrów. Sfora brawurowo odegrał potknięcie, a potem wpadł na mężczyznę w płaszczu.
Odruchowo uniósł głowę, otwierając szeroko oczy i poruszył drżącymi ustami, sprawiając wrażenie, że chciałby przeprosić, ale za bardzo się bał wykrztusić chociaż jedno słowo. Jak przerażona panienka chłopiec odskoczył od człowieka i jeszcze bardziej kurcząc się w sobie, niezgrabnie popędził dalej, czmychając między tłum. Ukradkiem wsunął zdobytą sakiewkę pod pazuchę i gdy upewnił się, że mężczyzna poszedł dalej, ruszył biegiem w stronę zacienionej uliczki.
Dobry złodziej potrafił zniknąć z oczu ofiary, zanim ta zorientuje się, że została okradziona. Zatem czy Sfora był wystarczająco dobrym złodziejem, żeby mężczyzna go nie odnalazł?
Wypadł z plugawej dzielnicy i pomknął czym prędzej w mrok.

Karo?
Jak mi zepsujesz syna, to cię wykastruję.

----
787 PD + 5 P
Owca

niedziela, 19 sierpnia 2018

Będę mruczał upiorne kołysanki. Świecie zaśnij wreszcie, zdrętwiej, zemdlej i nie rań więcej.

Sfora
Nie posiada pseudonimów
Mężczyzna | 13,5 roku | Człowiek | Wojownicy | Uczeń | Bezrobotny
Ścieżka wojownika
Poziom 5 376/3000 PD (7366 PD) | 120 punktów
Kontakt: Suicide Sheep [Howrse]; small.suicide.sheep@gmail.com [E-mail]
Autor artu nieznany