Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Z cieniem nam nie do twarzy" ❀. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Z cieniem nam nie do twarzy" ❀. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 sierpnia 2018

Od Feliksa (do Sami) "Z cieniem nam nie do twarzy" cz.3

  Zerknąłem na nieszczęsną kobietę, która zdecydowała się zawitać przed moją osobą bez nawet najmniejszego zapowiedzenia, dając o sobie znak jedynie dźwiękiem kłapiących o ziemię butów, cichym oddechem i zacienieniem mojej osoby. Dość drobna, dość niepozorna, odziana w dziwaczną pelerynę, której nie powstydziłby się nawet Kumar. Ba, pisnąłby z zachwytu i z pewnością zapytałby, czy może przymierzyć to cudeńko, bo jest dosłownie zauroczony. Mister od mody się znalazł. Zawsze musiał wtrynić nos w nie swoje sprawy i zapiać jak kogut, gdy tylko dostrzegł jakąś błyskotkę albo coś, co według niego było ostatnim krzykiem sezonu. Jakże dawno nie używałem tego określenia, sam byłem w ciężkim szoku, że jeszcze pamiętam takie ceregiele i pierdoły.
— Chciałam tylko zapytać, czy mogę się dosiąść — spytała w pewnym momencie i już miałem ochotę pokiwać głową, może z cichym westchnięciem i ociężałymi ruchami, a następnie usunąć się nieco na bok ławki, abyśmy oboje pozostali w jakiejś tam strefie komfortu, gdy ta nagle, bez żadnego ostrzeżenia, padła na ziemię.
  Mrugnąłem, nieco zaskoczony, patrząc jak leży bez ruchu, z krwią leniwie rozlewającą się po policzku i co mogłem innego zrobić, jak ponownie tylko jęknąć, po czym zwlec się z siedziska i podejść do kobiety.
  Nie, żeby coś takiego mnie niepokoiło, czy zastanawiało. Z bandą tamtych idiotów działy się cuda wianki o wiele gorsze niż chwilowa utrata przytomności. Czy to lotka w kolanie, czy to prawie odrąbany palec przy krojeniu marchewki, bo z Rava rasowy kucharzyna to raczej nie był, czy dostanie butelką po łbie. W sumie wystarczało tylko zalać ich trochę alkoholem albo odpowiednio zadymić i zaczynała się jazda bez trzymanki, a ktoś jednak musiał zawsze stać na straży porządku, a że nie potrafili ni cholery dotrzymać trzeźwości, ja zawsze kończyłem jako karetka pogotowia, OIOM i ten tamten z Teksasu. Po prostu trzeba było jakoś ogarnąć ten zwierzyniec i prawdopodobnie, gdyby nie ja, już dawno wszyscy by się pozarzynali. Z naciskiem na Nivana i Xaviera.
  Śmieci musiał ktoś wynieść, prawda?
Westchnąłem ciężko, bardzo ciężko, sprawdzając jej puls i oddech, a gdy wszystko okazało się być w normie, ogarniając nieco policzek. Ładnie zadrapany policzek.
  Podniesienie jej graniczyłoby z cudem, ciąganie na jakiejś szmacie wychodziło w ogóle z gry, zostawało złapanie kogoś i zabranie jej albo do jakiegoś medyka, albo do mojego domu, w którym pewno zostanie napadnięta przez stado tych baranów.
Jednak jeśli sam czegoś nie zrobisz, to kto inny zrobi? Ludzie są durni i nie potrafią wywiązać się z obowiązków. Dlatego złapałem jakiegoś tura i poprosiłem o pomoc w przetransportowaniu dziewuchy. Zgodził się, z oporami, ale jednak. Może musiałem odpłacić mu się kielonkiem, czy tam dwoma, ale jednak.
  A potem tylko ogarnięcie rany i czekanie.

Sami?

---
262 PD
~Mimma
Teczka, wpisałam do kp

wtorek, 14 sierpnia 2018

Od Sami (do Feliksa) "Z cieniem nam nie do twarzy" cz.2

 Oficjalnie można stwierdzić, że starca pokurwiło. Znaczy… Pokurwiło go już dawno, lecz dziś jakoś szczególnie to okazywał. Zaczęło się z samego rana…
  Nie spała długo. Właściwie to dopiero około drugiej wtuliła się w miękką pościel, aby już godzinę później spoglądać zamglonym wzrokiem na Carla. Nie dość, że przetrzymuje ją do pierwszej w nocy, to już o trzeciej ją budzi. Mówił teraz o jakiejś wycieczce, ale ona otumaniona zmęczeniem niewiele rozumiała. Nie zapytała nawet, jak wlazł do jej posiadłości ani dlaczego ją budzi. Choć może brak drugiego pytania był spowodowany jakimkolwiek samodzielnym działaniem mózgu, do którego chyba docierały słowa staruszka. Nim się spostrzegła, wylądowała na deszczu. Zdążyła tylko wciągnąć na siebie prostą czarną sukienkę i przerzucić przez ramię śnieżnobiałą pelerynę. Błyskawicznie naciągnęła kaptur na głowę. Nie chciałaby, by jej włosy przemokły. Zerwał się mocny wiatr, który pociągając jej lekkie ciało ze sobą, powywracał garnki stojące na dworze. Zaczęła biec, tym samym stawiając mu opór. Wskoczyła do wozu, który należał do Carla, po czym odetchnęła z ulgą. Uwolniła się wreszcie od sennego otumanienia. Wiedziała, że czeka ją bardzo trudna i równie długa rozmowa z mężczyzną.
  Nie, ja wcale nie przesadzam. To dopiero początek tej historii. Później było tylko gorzej…

  Około piątej, a może i wcześniej, bo dopiero zaczynało świtać, rozległ się huk. Wóz stracił przyczepność i obracając się, zatarasował drogę. W czasie obrotu maszyny dziewczyna wyskoczyła poza nią. Jedną z nóg przyciągnęła do sylwetki, a tą, którą się wybiła, pozostawiła luźno z tyłu. Wykorzystując instynktownie moc, zamarła w powietrzu. Jej wygięte do tyłu ramiona były częściowo okryte białym materiałem peleryny, która przez pęd ciała zsunęła się także z włosów. Obróciła się tak, by wysunięta dolna kończyna skierowana była w stronę ziemi i zaczęła powoli opadać. Odwróciła się w stronę przewróconego środka transportu, zauważając nieprzytomnego Carla. Czekaj, chwila… Nieprzytomnego?! Dureń zasnął na woźnicy! Odwiązała zaprzężone do pojazdu konie. Posadziła na silniejszym zwierzęciu starca, po czym usiadła tuż za nim. Pilnując by drugi wierzchowiec podążał tuż obok, ruszyła dalej w stronę wschodzącego słońca.

  Ej, to jeszcze nie koniec! Nie odchodź. Rozsiądź się wygodnie i napij się ciepłego kakao. Przecież dopiero zaczynamy…

  Pokonywali akurat odcinek biegnący wzdłuż rzeki, gdy mężczyzna się obudził. Zaczął się szamotać, powodując niepokój u koni. Ten, na którym przemierzali świat, spłoszony stanął dęba, a nieprzygotowana na taki obrót spraw Sami wpadła wprost do rzeki. Na początku wysunęła tylko twarz z wody i marszcząc nos, posłała na ląd zabójcze spojrzenie. A reakcja naszego świetnego opiekuna? Zaczął od porównania jej do krokodyla, aligatora czy innego gada, a skończył na duszeniu się przez śmiech.

Czekaj! Nie wmówisz mi, że był to przypadek! Zresztą ciąg dalszy udowodni Ci, że jego czyny są w pełni świadome.
   Gdy wreszcie dotarli na miejsce, Carl zeskoczył z konia i pognał przed siebie. Był naprawdę nietypowym starcem. No bo powiedzmy szczerze, kto wstaje przed trzecią i budzi swoją uczennicę by pojechała z nim do oddalonego o bóg wie ile kilometrów sadu, a potem znika między drzewami? Choć ten wariat ciągle doprowadzał ją do szewskiej pasji to i tak go kochała. Nic dziwnego więc, że po dziesięciu minutach od zniknięcia mężczyzny z pola jej widzenia ogarnął ją niepokój. Wędrując pomiędzy drzewami, nawoływała jego imię. Nigdzie jednak go nie widziała ani nie słyszała. Gdy już miała wdrapać się na pobliskie drzewo, dostała prosto w twarz nadgryzionym jabłkiem. Z jej gardła wyrwało się zrezygnowane westchnienie, któremu towarzyszył Carlowy chichot.

   To, co się stało później, nie było jego winą… A może jednak?
Nagle w jej stronę poszybował naostrzony kamień. Robiąc unik ściągnęła brwi. Co jest nie tak z tym dniem? Z południa dobiegała właśnie piątka wściekłych ludzi. Pierwszy z nich co chwile znikał i pojawiał się kilka metrów dalej. Sprawiało to, że był szybszy od reszty i jako pierwszy stanął do samodzielnej walki. Wymierzył szybki cios w okolicę twarzy dziewczyny, lecz ta błyskawicznie sparowała jego cios i podcinając jego nogi, posłała go do tyłu. Ten koziołkując do tyłu, przez nieumyślną teleportację rozbił głowę na pobliskim drzewie. Nim jednak Sami zdążyła zrozumieć jak do tego doszło, była już w zasięgu ataku kolejnych wrogów. Najpierw poczuła pieczenie na twarzy, a dopiero po chwili dotarło do niej, co się właściwie stało. Jeden z dwójki teraźniejszych przeciwników przeciął jej policzek ostrymi pazurami. Drugi zaś z pewnej odległości miotał w nią małymi ognikami. Unikając płomyków dobiegła do agresora, który próbował ochronić się ognistą aurą. Gdy tylko znalazła się na jej granicy, wyskoczyła w powietrze. Goniący ją posiadacz pazurów wbił się w tarczę swojego sojusznika. Doszło do małego wybuchu przez skumulowanie dwóch energii. Gdy opadła na ziemię, a dym wreszcie opadł, zaczęła szukać pozostałych napastników. Znalazła. Dwa wielkie męskie ciała leżały jedno na drugi, tworząc stos, na którym zasiadał machający jej energicznie Carl. Gdy już wracali, mężczyzna wyjawił jej, że sad należał do niejakiego… Nertola? Newtona? Newrona? Zresztą sam do końca nie wiedział. Następnie wymyślił sobie, że zostaną na kilka dni w pobliskim mieście.


Gdy wjechali na przedmieścia, starzec poszedł w swoją stronę, zostawiając ją z dwójką koni, ukochaną książką i adresem jakiegoś znajomego Carla. Gdy tam dotarła, została poczęstowana napojem, który goryczą dorównywał jej dzisiejszemu samopoczuciu. Robiąc kwaśną minę, szybko wypiła zawartość szklanki i tłumacząc się pilnymi sprawami, udała się na rynek, uprzednio zostawiając w stajni gospodarza towarzyszące jej dotąd zwierzęta. Podążając drogą ogarnęła ją atmosfera sprzyjająca rozmyśleniu. Zastanawiało ją, jaki był cel dzisiejszych działań jej trenera. Gdy zbliżała się na plac główny miasta, dotarł do niej przyjemny zapach pieczywa. Nic jeszcze dzisiaj nie jadła. Kupiła bułkę z serem i powędrowała w stronę skweru. Po drodze jednak oddała swój zakup wychudzonemu dzieciakowi, który siedział przy wejściu do ciemnej uliczki. Postanowiła poszukać wolnej ławki. Żadna jednak nie była pusta. Gdy odnalazła jedną, na której znalazłoby się akurat tyle miejsca, by pomieścić ją i osobę, która już na niej zasiadała, ogarnęło ją dziwne uczucie. Uciekła gdzieś myśl o spokojnych godzinach z lekturą, a na jej miejsce przybył niepokój. Nie czuła się dobrze… Zbliżyła się do ławki, na której siedział ciemnowłosy mężczyzna. Jej kroki były coraz cięższe. Zasłoniła mu dostęp do światła, a na usta przykleiła wymuszony uśmiech. Światło padające za jej pleców sprawiało, że biała peleryna powiewająca na plecach przynosiła na myśl śnieżne skrzydła. - Mogę w czymś pomóc? - chłopak otworzył oczy i spojrzał na nią oczekująco. - Chciałam tylko zapytać, czy mogę się dosiąść. - jej plany zostały pokrzyżowane nawet bez odpowiedzi. Zmęczenie i trucizna pochodząca ze szponów wykończyły jej organizm. Osunęła się nieprzytomna na ziemię, a po jej policzku znów spływały szkarłatne krople krwi.


Feliks? Wiem wody dużo, ale jest :P

- - -
+640PD
Pani Płot

środa, 1 sierpnia 2018

Od Feliksa "Z cieniem nam nie do twarzy”

  Dobrego złe początki. Nie w wypadku snu, nie tego, przynajmniej tego wieczora. Co prawda to prawda, zmęczenie targało mną jak dzikie, wyczerpanie leniwie układało się na karku, jak ukochany kot ciotki Klementyny, ten pokraczny grubas z wykrzywionymi łapami, który uznał sobie moją szyję i plecy za miejsce idealne na wypoczynek po wtłoczeniu w siebie dwóch misek karmy. Leciałem na rdzeniu, przecież cały dzień zapieprzałem na szmacie, pucując bibeloty starszej pani do błysku, polerując podłogi i ścierając kurze z tych szaf, które pamiętały jakieś sto lat wstecz.
  Chciałem zasnąć, koniecznie chciałem przymknąć oczy i nie wracać, przynajmniej na te sześć, siedem godzin, chciałem odpłynąć w tempie natychmiastowym, może też z tego powodu nawet nie certoliłem się z ogarnianiem. Brudny, upocony, zmachany do granic możliwości, po prostu runąłem na wyrko, jęcząc coś pod nosem i tylko błagając o litościwy los.
  Nie było mi dane, po prostu nie było.
 Zmarszczyłem nos, słysząc kroki, ciche kroki, zaskakująco delikatne, ale wciąż, wciąż zbyt ciężkie, żeby dorównać umiejętnościom ninja, które osiągnął Nivan bez większego wysiłku.
— Czegoż, kurwa, chcesz, co, Xavier? — warknąłem, uchylając delikatnie poduszkę, odsłaniając leniwie połowę twarzy i zerkając z wyjątkowym oburzeniem na blondyna, który trzymał w rękach całą kupę ścierek. Materiałów, ubrań, czegokolwiek, co niemiłosiernie śmierdziało, a on jedynie uśmiechał się krzywo, strzelając bladymi oczami i licząc najwidoczniej na coś powiązanego z zawartością dłoni. — Nie, nie wypiorę ci tego, kpisz sobie ze mnie, jest środek nocy, spieprzaj do swojego pokoju i jutro zawracaj mi dupę do woli, losie, co za ludzie, żeby męczyć o takie pierdoły, czemu zawsze ja trafiam na takich idiotów, a mogłem zamieszkać z Ravem — mruczałem wymęczonym tonem do poduszki, wręcz łkając nad żałością swego i tak dość dobrze wiodącego się losu, przy którym zdecydowanie zbyt mocno dramatyzowałem.
— Ale Feliks, muszę się jutro dobrze zaprezentować.
— W dupie to mam.
  I nie, zdecydowanie nie miałem tego w dupie, co tylko udowodniłem, ślęcząc o drugiej w nocy i parząc dłonie tylko po to, żeby kretyn miał co na siebie założyć, gdy będzie działał w, cholera wie, jakiej sprawie. Westchnąłem ciężko, przyznając w duchu, że rzeczywiście, chyba taki był właśnie los „taty” całego tego przytułku nieszczęśników, których trzeba było naprostowywać przy każdej możliwej okazji, inaczej skończyłoby się masowym seppuku z użyciem wczorajszego chleba, bo tak, naprawdę, moi drodzy koledzy zdawali się być tak zdolni, z naciskiem na pozbawionego jakichkolwiek instynktów samozachowawczych Yamira.
  I zgodziłem się tylko dlatego, że dzień następny miał być dniem wolnym, co też najwidoczniej porządnie minęło się z celem, bo, jak się okazało, skończyło się mięso, a że Xavier zniknął, bo miał te swoje „Super ważne sprawy na głowie, przepraszam, Falka”, tym samym zrzucając wszystkie obowiązki na mnie.
A ja mogłem tylko cicho przekląć, ubrać się i rzeczywiście, wybrać się na nieszczęsne targowisko, kupić jakiś lepszy schab, szynkę, kiełbasę, cokolwiek, żeby mieć do pieczywa skroić, a potem po prostu ruszyć do najbliższego skwerku, byle usadzić się na ławce, powygrzewać w słoneczku i odetchnąć świeżym powietrzem, bo zapach kurzu przeżarł mi już chyba płuca na wylot.
A później znowu te pieprzone kroki i co gorsza, zasłonięcie dostępu do światła, cień, który padł na moją osobę, doprowadził mnie do małej kurwicy.
— Mogę w czymś pomóc? — spytałem, otwierając leniwie oczy, którym ukazał się najwidoczniej wyczekujący czegoś człowiek.
  I udawałem, że cały scenariusz nie brzmiał znajomo.

----
+330 PD
~Maggie