Hej hej, wprawdzie event skończył się w tamtym roku, ale z tego powodu, iż trzeba było wykonać ładne dyplomy dla uczestników podsumowanie pojawia się dopiero dzisiaj. Może w takim razie od razu przejdźmy do rzeczy.
Na sam początek dziękujemy wszystkim osobom za udział - otrzymają one obiecane P oraz dyplomy, które zostaną wywieszone w "Kąciku Osiągnięć". Niestety, biorących udział nie było za wielu, aczkolwiek cieszymy się, że zainteresowały się eventem nawet osoby spoza bloga.
Tu drobna uwaga - zmieniłyśmy punktację za Finna do 25 P z powodu tego, iż postanowiłyśmy go ukryć i zaszyfrować zagadkami, które miały dość wysoki pozom trudności (*patrzy na Owieczkę*).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eventy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eventy. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 6 stycznia 2019
niedziela, 30 grudnia 2018
Wesołych świąt!
Nareszcie doczekaliśmy się dnia, na który z pewnością czekała duża część członków (i nie tylko) tego bloga. Pewnie wiecie, że administracja The World of Fiction zawsze przygotowuje jakieś niespodzianki dla was i dzisiaj nie będzie inaczej. Na samym początku pragnę życzyć wam wesołych, spędzonych z całą rodziną (także tą blogową) święt, wspaniałych prezentów, miłego czytania opowiadań Finna, weny i pomysłów, co na blogach jest bardzo ważne, i oczywiście czasu spędzonego z nami, bo taki jest najlepszy.
wyobraźcie sobie Teklę jako jednego z tych kotów
sobota, 8 września 2018
Podsumowanie eventu
Kilka dni temu zakończył się event z okazji 100 postów (na tą chwilę jest ich dokładnie 159) i 15 000 wyświetleń (teraz jest ponad 21 000 <3). Event dość dobrze się przyjął, co można zobaczyć po liczbie opowiadań ze zdaniami eventowymi, a jest ich 14. Najwięcej opowiadań na event napisała Ake, a jej właścicielce przesyłam opowiadania Finna. ;) Dla każdej postaci, która wzięła udział w evencie mamy specjalne dyplomy.
sobota, 1 września 2018
EVENT
Na wstępie pragnę podziękować za 100 postów. To niezwykła liczba i naprawdę nie spodziewałam się, że w tak krótkim czasie ją osiągniemy, podobnie jak z wyświetleniami (na tą chwilę jest ich prawie 15 000). Dziękuję każdemu z osobna i przesyłam wam zdjęcia szczęśliwej Tekli. ;)
Nie przedłużając, chcę poinformować w tym poście o evencie, jaki wprowadzamyw magiczny świat Finna na TWoF. Niżej znajdują się zdania, które trzeba użyć w opowiadaniu eventowym.
Nie przedłużając, chcę poinformować w tym poście o evencie, jaki wprowadzamy
piątek, 31 sierpnia 2018
[E] Od Blade'a (do Ake) "To chyba jakiś żart" 2/2
Kiedy w końcu zdjąłem z siebie to diabelskie ubranie, rozprawiłem się z nim przy pomocy pazurów oraz kłów. W rezultacie, zamiast zacnego wdzianka baletnicy w jakże znienawidzonym przeze mnie odcieniu jaskrawego różu, wejście do moich czterech ścian przyozdobione zostało przez liczne konfetti, co rusz przyczepiające się do moich łap. Całe szczęście, przebudzony niedawno wiatr stał się moim wielkim sprzymierzeńcem, gdyż cały ten bałagan zepchnął gdzieś wgłąb otaczającego moje lokum lasu, dzięki czemu miałem jeden problem mniej z głowy. Ciągle rozjuszony jednak po tej nierównej walce z ludzką garderobą, z trudem udało mi się powrócić na swoje posłanie (którym jak na razie był zwykły kamień, ale cóż - może i zderzenia z nim są bardzo bolesne, ale niczego nie żałuję), a jeszcze trudniej ponownie zapaść w drzemkę. Miałem bowiem nadzieję, że kiedy zasnę, ta koszmarna komedia w końcu dobiegnie końca. Jak wiadomo jednak, nadzieja matką głupich, a każda matka kocha swoje dzieci. Mnie musi adorować w szczególności, ponieważ kiedy po raz kolejny otworzyłem oczy, znów stałem się głównym bohaterem jednej z niezbyt lubianych przeze mnie sytuacji. Niestety, tym razem to nie był zwykły sen, a rzeczywistość. Co prawda niejeden samiec będący na moim miejscu byłby wtedy w siódmym niebie, ale nie ja. O co chodzi?
Jeszcze zanim otworzyłem oczy wiedziałem, że nie jestem w tej jaskini sam. Nie wiedziałem tego jednak z czystego przeczucia czy też dźwięków wydawanych przez układ oddechowy ów osobnika, a już tym bardziej nie doszedłem do tego wniosku, wyczuwając czyiś uważny wzrok na sobie. Obecność ów postaci zdradził bowiem jego, a raczej jej zapach, będący czymś jakby mieszanką bzu oraz piżama, co w połączeniu z charakterystycznym dla lisów zapachem dało mi pewność co do tego, czego mogę się w najbliższym czasie spodziewać. Udając więc wciąż pogrążonego w głębokim śnie, próbowałem odwlec w ten sposób nieuniknione. Niestety, po raz kolejny przekonałem się, że moja przybrana rodzicielka Nadzieja nie zapomniała o swoim ukochanym synalku Naiwniaku. Zamiast bowiem uzyskać święty spokój, nieznajoma wyszeptała wprost do mojego ucha:
- Pora wstać Misiaczku Pysiaczku, czas się trochę zabawić.
Najpewniej ton jej głosu oraz specjalne przeciąganie wyrazów miało na celu mnie pobudzić oraz w jakikolwiek sposób zmotywować do działania - niestety, dla mnie zabrzmiało to jak odgłos rzygania jednorożca, który zdecydowanie przesadził z tęczową watą cukrową. Czy te babki nie mogą w końcu pojąć, żeby wreszcie się ode mnie odczepiły? Do diabła, ile można przecież wytrzymać ciągłego nachodzenia w wiadomym celu. Błagam, gdybym ulegał za każdym razem, po dwóch latach każdy napotkany na mojej drodze Cień zwracałby się do mnie "tato" albo "dziadku", a to już niezbyt mi się podoba. Przecież jestem młody i piękny, nie mogę być nazywany dziadkiem. Czułbym się wtedy staro i niepięknie.
- To, że nie mamy w klanie wystarczającej liczby samców wcale nie oznacza, że każda samotna samica może przychodzić do mnie. - Rzuciłem bezbarwnym głosem, kiedy ta zaczęła trącać mnie łapą, abym się w końcu obudził.
Niestety ale fakt, że w ogóle się odezwałem, stał się moim gwoździem do trumny. Na nic bowiem zdały się poprzednie próby udawania pogrążonego w głębokim śnie, skoro teraz pokazałem, że tak naprawdę jestem w pełni przytomny. Na moje nieszczęście lisica nie potrzebowała żadnych kolejnych sygnałów - bez zbędnych ceregieli dosłownie położyła się na mnie, z całą pewnością przypadkowo wdzięcząc swoje dolne partie ciała tuż przed moim nosem. A to, że w tym samym czasie jej kita musnęła mój pysk, było już zupełnie niespodziewane. Ehh, ona była dokładnie taka sama jak te wszystkie chytre lisy, które do tej pory znalazły się na jej miejscu. A żeby było sprawiedliwie, rozprawię się z nią tak samo jak z jej poprzedniczkami, czyli niezbyt przyjemnie. Warto jednak najpierw dać jej szansę na zrezygnowanie z tego jakże absurdalnego pomysłu, bo nie wiem jak inni, ale ja nie mam zamiaru mieć później na głowie wściekłej samicy, której zaloty zostały zbyt szybko odtrącone. Dlatego też, nie zwracając jakiejkolwiek uwagi na wciąż leżącą na mnie lisicę, po krótkim westchnieniu pewnie wstałem z posłania. Wprawiło ją to w nie lekkie zaskoczenie, gdyż najprawdopodobniej nie spodziewała się, iż będę próbował w ogóle opuścić grotę. Świadczył też o tym jej brak reakcji na to, że po zrzuceniu jej ze swojego grzbietu, jak gdyby nigdy nic ruszyłem w stronę wyjścia, nawet nie spoglądając w jej stronę. A ona nic. W porządku, czyli nie zrozumiała tego jakże jasnego moim zdaniem przesłania. Trzeba więc ją uświadomić, co myślę o tym wszystkim.
- Nie masz czasami jakiś obowiązków w klanie, jakiegoś leczenia szczeniaka albo coś w ten deseń? - rzuciłem w jej stronę, nawet nie próbując ukryć znudzenia, po czym dodałem, nie owijając w bawełnę - Przeszkadzasz mi.
Jak się jednak spodziewałem, ta za nic miała moje słowa. Zamiast bowiem natychmiast mi odpowiedzieć, ta podeszła do mnie powolnym i w jej zamyśle uwodzicielskim krokiem, przy okazji subtelnie ocierając się o moją szyję i bok. Bosz, jakie to tępe. Już nie uparte, a po prostu tępe. Jakie ja lisy w klanie trzymam?
- Przyszłam tutaj dla ciebie, Kochaniutki. - wyszeptała wprost do mojego ucha, kitą pocierając to drugie - Jeżeli chcesz, mogę być twoim prywatnym lekarzem i zbadać cię CAŁEGO. - ostatni wyraz zaakcentowała, a mnie wydawało się nawet, jakby jęknęła.
Słysząc ten tekst już któryś raz z kolei (nie mam bladego pojęcia, czy one wszystkie są takie same, czy po prostu uczą się tych tekstów z tego samego źródła), zapaliłem mentalny zniczyk nad jej rozumem, a raczej miejscem, gdzie widziano go po raz ostatni. Kto by pomyślał, że będąc głową klanu, będzie się chciało wymordować niemalże połowę swoich podopiecznych. Szkoda tylko, że wtedy byłaby sytuacja odwrotna do obecnej - już nie samców byłoby za mało, a samic. A wtedy nie mielibyśmy zbyt dużego wyboru, ale dobra, mniejsza o to. Teraz największym moim problemem nie były te braki, a lisica wciąż znajdująca się w moim lokum i wyraźnie czekająca na coś więcej niż sam zaszczyt oddychania tym samym powietrzem co ja. Nie widząc zatem żadnego innego wyjścia, postanowiłem wziąć sprawę we własne łapy. Nie zwracając jakiejkolwiek uwagi na oburzenie nieproszonego gościa, bez uprzedzenia uwięziłem jej kark w uścisku moich szczęk, tuż po tym wyciągając niczym niesfornego szczeniaka na zewnątrz, przed jaskinie. Dopiero tam postanowiłem ją wypuścić, przy okazji zauważając, iż zapadła już noc. Ulubiona pora wszystkich Cieni.
- Dlaczego to robisz? Przecież doskonale wiem, że tego chcesz. - Wciąż próbowała przekonać mnie do tego, abym jednak jej uległ. Daremnie.
- Nie kręcą mnie samice, które zaliczają samców albo same są przez nie zaliczane. Szanuj ty się trochę. - Powiedziałem z kpiną, patrząc władczym wzrokiem na leżącą u moich łap lisicę.
- Przecież dla nas to normalne. - odpowiedziała, wstając przy tym z ziemi - Pszczółki zawsze tak robią z kwiatuszkami. Przeskakują z jednego na drugi, od czasu do czasu zostawiając w nich małą niespodziankę. Ty nie chcesz takiej niespodzianki?
Aha, rozumiem, wszystko jasne. Nie dość, że bez pozwolenia wpakowała swoje cztery litery do MOJEJ jaskini, chodziła po MOJEJ podłodze, leżała na MOIM grzbiecie oraz oddychała MOIM powietrzem, to jeszcze w bezczelny sposób chciała zarządzić MOIMI genami. Cofam to, co wcześniej powiedziałem. Ona nie jest tępa, ona jest po prostu świrnięta. Chyba pogubiła z pięć klepek podczas ostatniej rui, o dwóch poprzednich nie wspominając. Nieźle wkurzony, w świetle obecnych faktów nie miałem nawet najmniejszych oporów do tego, żeby w jakikolwiek sposób się powstrzymywać.
- Czy ja ci wyglądam na męską dziwkę, do kurwy nędzy?! - praktycznie ryknąłem, w dupie mając to, że lisica już patrzyła na mnie ze strachem. Oj, ty dopiero możesz zacząć się bać - Jak śmiesz przyłazić tu do mnie, pakować swoją dupę do mojej sypialni, a potem jak gdyby nigdy nic chcieć się pieprzyć w nadziei na to, że po urodzeniu mi potomka będziesz miała większe przywileje? Zasmucę cię zatem, ale takiej kurwy jak ty nawet kijem bym nie tknął. Poza tym, musisz mieć niezły tupet, żeby mówić o tym prosto z mostu, nie wspominając już o tym, że... - niestety, nie dane było mi dokończyć, gdyż wówczas ta mi przerwała. ONA. MI. PRZERWAŁA.
- Ależ słodziaku ty mój, jak możesz tak o mnie mówić? - powiedziała ze łzami w oczach - Nie jestem żadną...
- Milcz! - mówiłem wcześniej, iż jestem wkurzony? Zmieniam zdanie, ja jestem wkurwiony - Nie dość, że bezczelna, to jeszcze mi przerywa. Zapamiętaj sobie jedno, tępa suko - trzymaj się z daleka ode mnie i mojego domu. Jeśli jeszcze kiedykolwiek zobaczę cię tutaj, bez wahania zabije. Obedrę ze skóry, podpalę, wypatroszę i dopiero wtedy zabiję, żebyś mogła popatrzeć sobie na własne flaki przed śmiercią. Ciesz się, że nie zrobię tego dzisiaj i że nie wywalam cię z klanu, ale wierz mi, iż nie żartuję. A teraz wypierdalaj stąd, póki masz jeszcze jak.
Całe szczęście móżdżek znajdujący się w jej głowie potrafił jeszcze pracować, bowiem już bez żadnych dodatkowych komentarzy odwróciła się i uciekła gdzieś w głąb lasu, pozostawiając mnie samego sobie. Niestety, nie dane było mi długo cieszyć się tą samotnością, gdyż jej miejsce wnet zastąpił kolejny członek klanu, pojawiający się jakby znikąd. Nie mając jednak najmniejszej ochoty na kolejną rozmowę z (o ironio) następną lisicą, postanowiłem ją jak najszybciej spławić:
- Daj mi spokój, idę się zabić. - Mruknąłem, przechodząc obok lisa obojętnie, z żądzą mordu doskonale widoczną w oczach.
Ake? Wspominałaś coś kiedyś o wątku, so... ;D
---
910 PD + 5 P
~Mimma
Etykiety:
"To chyba jakiś żart" ❀,
Blade,
Cienie,
Eventy
[E] Od Blade'a "To chyba jakiś żart" 1/2
Dobra... Chyba faktycznie mogłem sobie odpuścić tamtego ledwo żywego królika, który najwidoczniej musiał zjeść coś nie ten tego. W przeciwnym wypadku jaki byłby inny powód do tego, że znalazłem go na chwilę przed kopnięciem w kalendarz, wijącego się w ostatnich, pośmiertnych drgawkach, a który nie posiadał żadnych innych cech świadczących o tym, iż wcześniej uciekł jakiemuś innemu drapieżnikowi? Ja jednak, wykazując się niebywałym lenistwem oraz swego rodzaju oszczędnością (nic nie może się przecież zmarnować, prawda?), zamiast upolować sobie coś lepszego oraz znając życie zdrowszego, wolałem napełnić żołądek tym syfem, który praktycznie sam do mnie przyszedł. Gdybym jednak wiedział, jak to się dla mnie skończy, podrzuciłbym go najpewniej mojej zakazanej miłości, czyli szefunciowi Łowców, znanego wszystkim jako nieustraszony oraz budzący postrach wśród dziewic Silver Spirit coś tam coś tam. Wiecie, jakąś kokardkę bym przyczepił, kwiatuszka dołożył i dał jako prezent od cichego wielbiciela. Następnie przyglądałbym się z ukrycia, jaką szopkę odstawił po dragach, jakie mu zafundowałem. Dlaczego tak o tym mówię? Bo nie ma innego wyjaśnienia odnośnie tego, co skonsumował ten nieszczęsny królik na chwilę przed odejściem na tamten świat. Pewnie były to jakieś lewe grzybki halucynki albo coś w tym stylu. Skąd natomiast wiem, że efekt byłby porównywalny do komedii? Odpowiedź: poczułem to na własnej skórze. O czym mówię? Już śpieszę z wyjaśnieniami.
Po posiłku (którym był ten przeklęty na wieki wieków amen królik), udałem się na standardową już dla mnie drzemkę. Niestety, nim zdążyłem zmarnować w taki oto sposób niemalże całe popołudnie, nieznany mi dotąd hałas wyrwał mnie z jakże błogiego snu. Zrywając się nagle z posłania, zaledwie dwie sekundy zajęło mi znalezienie się na zewnątrz jaskini, wyglądając tym samym źródła owego harmidru. Oczywiście nie po to, by pochwalić tego troskliwego ziomka za to, że dzięki niemu mogę poświęcić jeszcze więcej czasu na zajmowanie się klanem, co to to nie. Mój zamiar był o wiele bardziej, jakby to powiedzieć, zabójczy. Z początku oślepiony przez promienie słońca, dopiero po dłuższej chwili przyzwyczaiłem swój wzrok do ów oświetlenia. Tylko i wyłącznie po to, by zobaczyć... wiewiórkę. Ale nie taką zwyczajną wiewiórę że wiewiórę, którą równie dobrze mógłbym zjeść jako przekąskę. Co prawda była ruda jak wszystkie jej kuzynki, podobnie jak one posiadała również długi, puszysty ogonek, a pyzate policzki były w stanie pomieścić zdecydowanie więcej niż dwa orzeszki. Co więc mnie zaskoczyło? Może zacznijmy od tego, że ta stojąca dokładnie przede mną była na tyle głupia, że nawet nie próbowała uciec. Po prostu, patrzyła się na mnie tymi swoimi oczkami zupełnie, jakbym należał do licznego grona jej pobratymców. Nie to było jednak w tym wszystkim najlepsze, a fakt, iż na brzuszku miała zawieszony... bębenek. Najprawdziwszy w świecie instrument muzyczny, którego te dwunożne małpy zwane ludźmi wykorzystują w nieco większej wersji do różnego typu parad czy jak to się tam zwie, mniejsza o to. W każdym razie, mogłem sobie dać ogon odciąć, że ona posiadała dokładnie taki sam przedmiot i o ile mnie wzrok nie myli, w łapkach trzymała... pałeczki? Mrugając kilkukrotnie, przetarłem dodatkowo łapą oczy chcąc mieć pewność, że te nie próbują wcisnąć mi żadnego kitu. Niestety, nawet po tym ruchu scena rozgrywająca się przede mną nie uległa zmianie, a jakby tego było mało, miałem niebywałą okazję poznać źródło hałasu, który wyrwał mnie ze snu. Okazał się nim być ten niepozorny bębenek, który przy każdym uderzeniu pałeczką wydawał odgłos mogący zbudzić umarłego. Kładąc uszy po sobie, starałem się uratować przed kompletnym ogłuchnięciem. To jednak na niewiele się zdało, a jakby tego było mało, zwierzątko zaczęło grać jeszcze głośniej, chociaż nie myślałem, że to w ogóle możliwe. Będąc co najmniej niezadowolony z tego faktu, już miałem zamiar pożreć tego sierściucha, kiedy ten nagle przestał wygrywać jakąś mało skomplikowaną melodię. Zrobił to tylko i wyłącznie po to, by zaraz po tym przerzucić instrument na grzbiet, a następnie na czterech łapach spierniczyć jak atomówka z kreskówek w pobliskie krzaki. Nie rozumiałem, o co w tym wszystkim chodziło, dopóki nie usłyszałem świstu wiatru nad sobą. Zaciekawiony tym faktem, uniosłem wzrok ku górze. Wówczas błękitne sklepienie nieba przeszył dziwny kształt w kształcie krowy w kapeluszu. "A może to Silver?" - od razu podsunęła mi głowa, dziwnie zainteresowana dzisiaj tym jakże zacnym jegomościem. Wspominam już przecież o nim drugi raz w ciągu niecałych 5 minut, to o czymś świadczy. Chyba mam na jego punkcie jakąś obsesję. Nie poświęcałem jednak tym myślom zbyt dużej uwagi, gdyż ów niezidentyfikowany obiekt latający, zamiast wylądować zgrabnie na ziemi, trafił prosto w koronę rosnącego nieopodal dębu. Niezadowolony z tego faktu (No halo, jak chce sobie drzewa rujnować, to niech sobie do Łowców Silvera idzie, oni i tak wolą krzaki. No i znowu ten Silver! Precz, potworze zakochany w tym pchlarzu, a zamieszkujący moją głowę!), przepełniony przysłowiowym słowiańskim wkurwem i w pełni gotowy do skopania komuś dupska, ruszyłem w stronę "lądowiska" latającego hamburgera. Nim jednak zdążyłem stanąć u stóp wiekowej rośliny, problem ściągnięcia lotnika na ziemię rozwiązał się sam. Jak? Po prostu, zajęta przez niego gałąź złamała się i upadła u moich łap. Przez chwilę w powietrzu unosił się ogromny kłąb pyłu, który po ponownym opadnięciu na ziemię pozwolił mi zobaczyć, kim była ów tajemnicza postać, szwędająca się po terenach Cieni, a na pewno nie będąca żadnym z nich. Chociaż w sumie wątpię, by to coś, co leży aktualnie przede mną, należało do któregokolwiek z klanów. Przywołując zatem najbardziej neutralny wyraz pyska, przemówiłem takim samym tonem:
- Kim jesteś i co do jasnej cholery robisz na ziemi lisów? - mimo iż chciałem zabrzmieć obojętnie, mój głos mnie zdradził, brzmiąc... jak u nastolatka w czasie mutacji? To chyba będzie najlepsze określenie, ale czekajcie no... CO TU SIĘ DZIEJE DO DIABŁA?!
Niestety, nie dane mi było dalej rozmyślać nad tą sprawą, gdyż w następnej sekundzie nieznajomy postanowił zabrać głos:
- Krasnoludki ukradły mi skarb Leprechaunów. - To były jedyne jego słowa skierowane do mnie, po których wstał z ziemi i zaczął tańcować coś nasuwającego na myśl prośby Indian o deszcz.
Eee... okey? Dobra, gdzie ta ukryta kamera? Czy tylko mnie wydaje się, że coś tu zdecydowanie jest nie tak? I nie, nie chodzi mi o to, że poniekąd gadam sam do siebie. Pomińmy również lepiej fakt istnienia utalentowanej muzycznie wiewiórki, która sama w sobie jest już wybrykiem natury. Zdecydowanie bardziej powinienem skupić się na tym dziwnym stworzeniu, z lekka przypominające małego człowieczka. Niestety, z pewnością nie należało ono do tego czekoladożernego gatunku, chyba iż jest jakimś nowym etapem ewolucji. Nie widzę bowiem żadnego innego wyjaśnienia co do tego, że zamiast zwyczajnego, papajowatego nosa, ten posiadał słonią trąbę. Dosłownie. Odpowiednia do wzrostu ludzika, unosiła się za każdym razem, gdy ten wykrzykiwał ku niebu jakieś w nieznanym mi języku słowa. Dodać do tego zielono-czerwone wdzianko ze sznurem okrągłych dzwoneczków, szpiczastą czapkę z pomponikiem oraz sto kilogramów żywej wagi i oto mamy postać, która znajdowała się aktualnie przede mną, a która zaczynała mnie już powoli denerwować. Niewiele zatem myśląc, postanowiłem jak najszybciej wykurzyć go stąd. Jeszcze ktoś pomyśli, że się znamy albo co gorsza przyjaźnimy, a wtedy cały szacun na dzielni poszedłby w piach.
- Ty, baleciarz, widziałem te twoje krasnoludki! - krzyknąłem tym wciąż mutacyjnym głosem, zwracając tym samym jego uwagę i skupiając ją na swojej osobie - Biegły z jakąś skrzynką w stronę granicy terenu Wojowników, w tamtą stronę. - dodałem w ramach wyjaśnień, ruchem pyska wskazując odpowiedni kierunek.
To jakby natychmiast go otrzeźwiło. Świadczyło o tym nagłe przerwanie tańca na rzecz kilkukrotnego mrugnięcia powiekami, przy czym patrzył tylko i wyłącznie na mnie. Ów stan zawieszenia trwał jednak zaledwie kilka sekund, po których upływie gwałtownie odbił się od ziemi, ponownie wznosząc się w powietrze i przypominając tym samym krowę w kapeluszu, niczym strzała przecinająca błękit nieba zniknął na tle zachodzącego już słońca. I tyle go widziałem. Problem z głowy, teraz niech Carisa się nim zajmie.
Przez chwilę zastanawiałem się, co mam ze sobą począć. Nie widząc jednak większego sensu w staniu jak ostatni debil na zewnątrz, po krótkim westchnieniu ponownie skierowałem się w stronę swojej jaskini w celu kontynuowania wcześniej przerwanej drzemki. Nim jednak przekroczyłem jej próg, ktoś za moimi plecami krzyknął, że wyglądam uroczo w tutu baletnicy. Nie wiedząc za bardzo, o co chodzi, jakby od niechcenia zerknąłem za siebie. I praktycznie w tym samym momencie zszedłem na zawał, lecz nie z powodu tego, że to była prawda. Ów nieznajomy, po którym nie pozostał żaden ślad, mówił prawdę - tuż za ostatnią parą żeber założony miałem jakiś sztywny kołnierz, który rzeczywiście przypominał nieco to coś, co samice człowieków zakładają do tańca. Nie to było jednak najgorsze, o nie. To coś było RÓŻOWE.
- PRECZ, SZATANIE RÓŻOWOŚCI!!! - uniesionym i już normalnym głosem wydarłem się tak głośno, że chyba całe Avfallen mnie usłyszało.
Tuż po tym, niczym ostatni oszołom, zacząłem miotać się w każdą z możliwych stron, próbując pozbyć się tego czegoś z mojego ciała, co jak się okazało, do najprostszych zadań nie należało.
---
929 PD + 5 P
~Mimma
Etykiety:
"To chyba jakiś żart" ❀,
Blade,
Cienie,
Eventy
[E] Od Sfory "Ulewa z burzą szaleje, drzewa świszczą i gniew bogów goreje"
Skulił się w ciemnym kącie, naciągając mocniej na głowę kaptur podziurawionego płaszcza. Przycisnął dłoń do ust, zakasłał cicho, a potem podciągnął nogi pod brodę. Lekko zamglonym wzrokiem od piekącego smrodu fajek spojrzał spod ciemnego materiału na rozweselony tłum zlanych w trup gości. Chórem śpiewali właśnie sprośną piosenkę o dziewce, co nigdy nie dawała w niedzielę, bo to dzień święty. Po każdym refrenie brali wielkiego łyka piwa i kontynuowali wieczorny koncert.
Sfora przyszedł tu licząc na resztki niespożytego jedzenia, a może nawet udałoby mu się ukraść cały obiad, gdyby powstało wyjątkowo duże zamieszanie. Był na tyle drobny i zwinny, że gospodarz nawet nie zauważył, kiedy wpadł do środka pomieszczenia wraz z kilkoma innymi klientami. Czmychnął sobie ukradkiem w kącik i udawał, że nie istnieje. Na razie nikt nie zwrócił na niego większej uwagi, mogli go uznać za chłopca na posyłki któregoś z biesiadników. Niech więc tak sobie myślą.
Wpół ostatniej zwrotki drzwi do małej, przytulnej gospody rozwarły się z głośnym skrzypnięciem zawiasów i do środka wpadł zimny, burzowy wiatr. Przerażająca cisza objęła pijanych gości, gdy w progu przystanął wysoki człowiek w brązowym płaszczu zaciągniętym na głowę. Ciemne niebo za nim zajaśniało potężną błyskawicą w akompaniamencie głośnego ryku, oświetlając na krótką chwilę przemoczoną do suchej nitki sylwetkę przybysza. Gdy dostrzegł, że wszystkie oczy są ku niemu zwrócone, uniósł lekko głowę, ukazując wszystkim dziwne, żółte oczy, a potem wszedł głębiej do pomieszczenia. Skierował się w stronę najbliższego wolnego stolika.
— Waćpanie, nie chcemy tu żadnych burd, bo my pokojowe chłopy, a od was śmierdzi kłopotami na kilometr. Mało nam tu urwipołciów i czortów spod ciemnej gwiazdy? — odezwał się tubalnym głosem gospodarz i zarzucił na ramię brudną ścierę.
— Jam nie diobeł, tylko wędrowiec, co to widział więcej od waszmości. Widział i słyszał, bom oczami i uszami bogów. Prorokiem mnie zowią, a imię moje Zygfryd — rzekł dziwny człowiek, po czym szybkim ruchem dłoni ściągnął z głowy kaptur, ukazując ludziom starą, pomarszczoną twarz, przeciętą gdzieniegdzie drobniejszą blizną. Miał ciemne włosy oraz brodę, którą mocno przyprószyła siwizna, a jego oczy płonęły niewyobrażalną żółcią zmieszaną ze złotem. Cisza w pomieszczeniu wydawała się wręcz ciążąca. Sfora skulił się w kącie jeszcze mocniej.
— Dopiero co tu posprzątałem, nawet pięć minut nie może być tu czysto?! — wrzasnął chuderlawy gołowąs, co pomiatał tu i tam ze starą zmiotką. Wpatrywał się gniewnie w przybyłego jegomościa. Gdyby jego wzrok mógł zabijać, mężczyzna prawdopodobnie już dawno czyściłby twarzą drewniane panele, a tak to tylko obserwował z pogardą młodego nicponia i nic sobie nie robił z jego złości. Chłopaczyna warknął zajadle, po czym ciężko tupiąc butami, wyszedł z gospody prosto w ulewę.
— Jak mówiłem, żem jest posłaniec bogów, jam w ich imieniu uczę i przybyłem opowiadać o tym, com spotkałem podczas wędrówki — kontynuował stary człowiek, a potem wstał od stolika, chwycił stojący z brzegu kufel mężczyzny o szczurzej twarzy i chlup w dziób, wypił wszystko jednym haustem. Szczurzy mężczyzna spiorunował go wzrokiem, ale kiedy wstał, aby naprzykrzyć się Zygfrydowi, powstrzymał go jego towarzysz, pucołowaty młodzieniaszek z rudą kępą siana na łbie. Zygfryd więc wyszczerzył się zajadle i poprawił brudną koszulę z wora na kartofle.
— Było to niedawno, dwa albo trzy księżyce temu. Wracałem właśnie z odwiedzin u mojej siostry i trafiło mi się na zgubny szlak przez las. Błądziłem tak dzień cały, aż mnie noc zastała i rachuba czasu poszła w kij daleko, aż drewno wyszło tyłem. Wiedziałem tylko, że cimno, zimno, głucho, straszno jak cholera, ale byłem świadom, że mnie bogowie chronią, więc brnąłem dalej. — Zygfryd przeszedł się po pomieszczeniu, zgarniając przy tym kolejny kufel piwa. Sfora wciąż bacznie go obserwował, nie wiedząc, czy powinien tu siedzieć, czy już czmychać hen daleko w uliczki.
— Nagle: patrzę! A tu dziwne światełko w oddali migocze. Pewnie, powiadam sobie, to jeden z tych błędnych ogników, co ludzi zwodzi na manowce, ale ciekawość mnie przezwyciężyła! Idę więc. Trafiam na niewielką polanę porośniętą dziwnymi grzybami, nigdy żem takich nie widział. Nietypowy kolor, nietypowe kształty, pewnie trujące, powiadam sobie. Nie ruszam zatem tego dyjobelskiego paskudztwa, co by mi jajca urwało od samego zapachu i rozglądam się dalej. Zauważam coś jeszcze. Kamienie na tej polanie były bardzo dziwnie ułożone, zupełnie jakby ktoś chciał coś nimi przekazać. Zbliżam się, obserwuję, otaczam, ale nic! Światełko tyż znikło, nic nie mryga, nic nie świeci. — Staruch przeszedł dalej i zatopił brudny palec w piwie wielkiego chłopa z tatuażem węża na potylicy. Ten zerknął na niego ostrzegawczo, a potem odtrącił jego łapę swoją ogromną grabą, wydając ciche, gardłowe warknięcie. Zygfryd zignorował to i powlekł się dalej, a Sfora zmrużył oczy na widok ślicznie pobrzękującej sakiewki przypiętej do plecionego sznura jego płaszcza. Nieświadomie uniósł jeden kącik ust w chytrym uśmiechu, a w głowie już zaczął układać plan jak dostać się do malutkiego skarbu.
— Aj! Uznałem, że nie ma sensu tam siedzieć i gapić się na to niczym byk na malowane wrota. Macham ręką na to wszystko, zbieram manatki, których nie mam, szykuję się do odejścia. A tu magia! Czory! Czory, powiadam, niewidy! Szaleństwa głupie! Potwór wielki! Z dziesięć stóp miał, jeśli nie więcej! Smoczy łeb, wężowy ozor na wierzchu i kłapie na prawo, lewo wielkimi zębami. Cielsko kozła o ludzkiej posturze. Ogon trzy razy tyle, ile ja mam, a zamiast kopyt, wielgachne, wilcze łapy z pazurami jak stąd do cieniasów! — wręcz wykrzyczał, waląc w pięścią o blat stołu, ale przy ostatnim słowie trochę się speszył — Znaczy… ten… no… do Cieni!
Odchrząknął, zebrał obrzydliwą flegmę na języku i splunął pod stopy miejscowego kowala, prosto na jego nowe buty. Mężczyzna zakręcił rudym wąsem, zmarszczył krzaczaste brwi, a potem wstał od stołu. Miał dobre dwa metry wysokości, a mięśnie ogromne od lat pracowania przy wyrobie broni, lecz staruch tylko machnął na niego pomarszczoną ręką. Wybełkotał coś niezrozumiałego, przechodząc do kolejnego stolika, przy którym było jedno wolne miejsce. Zasiadł na krześle niczym król, a nogi w ubłoconych buciskach wywalił na blat i zgarnął dłonią widelec jednemu z gości. Zaczął nim sobie grzebać między zębami, a przy tym otwarcie narzekać na dzisiejszą młodzież. Że niewychowana, że niemiła, że niełaskawa, że bogów nie szanują.
Sfora nie zwracał uwagi na jego czczą gadaninę. On był akurat ostatnim przedstawicielem gatunku dzisiejszej młodzieży, który w ogóle powinien protestować. Spici do granicy przytomności biesiadnicy nie zauważyli, gdy chuderlawy chłopaczyna przemykał im pod nogami spod jednego stołu pod kolejny i przy okazji lepką rączką zabierał, co tylko mu w oczko wpadło. A to ładny pierścień, a to spinka przy mankiecie, a to kilka monet, co wypadły na podłogę.
— I co było dalej? Co było dalej? No to poprawiam czapkę i lezę przez krzaczory sprawdzić, co to za dziwy. Skradam się najciszej jak mogę, pokrzywy parzą mnie po kostkach i kolczaste ciernie wbijają się w dłonie, ale idę. Patrzę: to jednak nie bestia, nie potwór, nie diobeł. A coś znacznie gorszego. Nieopodal kręciła się stara, pomarszczona baba i klęła jak szewc, szukając czegoś w trawie. Pewno swoich cyców, bo żem nie widział, żeby co pod kiecą miała, taka decha niezabita gwoździami. Nawąchała się tych dyjobelskich grzybów i ino patrzyła, gdzie jej te bimbały oberwało. — Zarechotał straszliwie skrzekliwym śmiechem, po czym znów splunął na podłogę i spojrzał na siedzącą obok młodą dziewkę. Sfora mógłby przysiąc, że gdy jego wzrok padł na dekolt ślicznej damy, staruchowi pociekła ślina z gęby. Oblizał się lubieżnie, aż wreszcie jej towarzysz wstąpił do akcji i objął ją ramieniem, przysuwając mocniej do siebie. Wydawał się w pełni trzeźwy, z kolei jego kolega po prawej stronie, tylko śmiał się złożony na blacie w półśnie.
Sfora przemknął po cichu do stolika, przy którym siedział Zygfryd i już sięgał ręką do cudnej sakiewki, gdy nagle staruch poderwał się z miejsca. Na odchodne puścił panience oczko, wyszczerzając zżółknięte i zdjęte próchnicą zęby w okropnym uśmiechu. Dziewczę skrzywiło się w odpowiedzi.
— Zaraz ze mnie całe powietrze schodzi. Kamień z serca, myślę, gapiąc się na babę. Podchodzę, pytom się o drogę do najbliższego miasta. Ta patrzy na mnie jak na wariata i nie odpowiada. Czekam cierpliwie, ale kij, a nie rozmowa. Zamierzam już się zbierać, skoro babsztyl nie skory do pomocy, gdy nagle rozwarła paszczę, a z niej wydobył się wielgachny, długi jęzor z sześcioma oczami! A kłów miała od cholery! Syczy na mnie, ja biorę nogi za pas. Dziwne stworzenie, przeraźliwe, pewnie z piekła je co wywlokło. Już prawie w krzaczorach siedzę. Jeszcze trochę. Obracam się, patrzę. I co?! Wtedy rozłożyło skrzydła, zawyło przeraźliwie jak pani Wiesia spod czwórki, gdy ktoś dobiera się do jej szarlotki i wzbiło się w powietrze. Prawie żem się posrał ze strachu! — wykrzyknął. Wyraźnie targały nim emocje, gdy wskakiwał na stół. Jednym, nieporadnym kopniakiem zrzucił z niego trzy kufle pełne piwa ku żałości dwóch mężczyzn. Sfora zaklął pod nosem, że uciekła mu okazja sprzed nosa do złapania sakwy.
— Nie pieprz, staruchu głupot! Nie ma na tym świecie takich czortów. Bujasz, szaleńcu — warknął kowal, którego wcześniej opluł, a jemu zawtórowała piątka innych gości, co padali z nóg od alkoholu.
— Głupoty? Ja? Pieprzyć? Pieprzyć lubię tylko dziwki, ale tutaj powiadam prawdę, co mi bogowie pokazali! — oburzył się wielce, wypinając do przodu pierś. A zrobił to z takim impetem, że zakołysał się niebezpiecznie na stole i prawie spadł — Ta baba to wcale nie baba. Ona była dokładnie taka sama jak te wszystkie chytre lisy. Potwór, co udawał kobitę! Straszny! Te okropne ślepia! Całe czerwone, jakby pochłonęły ludzką krew! I te jej pomarszczone ręce nagle zamieniły się w szpony, a nogi prawie jak u harpii! Brakło tylko upierzenia, bo skrzydła podobne do nietoperzych! Kły wielkie, że aż szyję odgryzłyby jednym capnięciem! Cud, że żyję, ale bogowie mili, bogowie łaskawi, to dzięki nim! Wybrany zostałem, więc chronią mnie jak własne dziecko!
Sfora mlasnął ustami, krzywiąc się od głupiej gadaniny Zygfryda i wyciągnął z buta mały nożyk motylkowy, który choć już zniszczony i zardzewiały, wciąż nadawał się do prostej roboty. Przyczaił się pod stołem najbliżej starucha, ale ani drgnął, bo gwałtownie kowal uderzył pięścią w blat, wstając od niego zamaszyście. Lepiej, aby teraz chłopiec nie próbował podpaść komuś trzy razy większemu od siebie.
— Bogowie nie istnieją. A nawet gdyby, to na pewno nie szukaliby wsparcia w kimś tak obrzydliwym jak ty! Toż to dla nich hańba! — krzyknął, a jego tubalny, niski głos zatrząsł ścianami w małej gospodzie. Zygfryd pozostał jednak niewzruszony i nie spojrzał na niego, głupio dłubiąc palcem w nosie.
Sforę akurat nic nie obchodzili bogowie. Cenić mógł tylko tych, którzy przynosiliby mu powodzenie w życiu, a że żaden tak nie działał, miał to gdzieś. Pogadamy, jak dorobi się majątku i własnej psiarni, gdzie pozwoliłby wszystkim pieskom z jego rodziny spokojnie dożyć starości.
Kowal podszedł głośno tupiąc wielkimi buciorami o drewnianą podłogę, po czym chwycił Zygfryda za kołnierz płaszcza i przyciągnął do swojej twarzy. Staruch wręcz wisiał nad ziemią, znacznie zbladł, gdy wcześniejsze pogróżki mężczyzny, okazały się właśnie spełniać. A Sfora tylko obserwował bujającą się na boki sakiewkę i zastanawiał się jak szybko będzie w stanie ją odciąć oraz uciec.
— Jak śmiesz dotykać Proroka, ty bezbożniku przeklęty! Bogowie będą wściekli! Zniszczą cię! Odbiorą wszystko, co dali! Jesteś na ich łaskach! — wrzasnął ochryple, trzęsąc się w wściekłości – albo strachu – jak galareta.
Ktoś podszedł do kowala i położył mu dłoń na ramieniu.
— Zostaw tego dziwaka. Co jeśli gada prawdę? Co jeśli zrzucisz na siebie boży gniew? Lepiej nie kusić losu — powiedział spokojnie, choć zataczał się na wszystkie boki i czkał co chwila, a wzrok miał dziwnie nieobecny. Kowal odepchnął go ręką, a ten upadł na drewniany stół z głośnym hukiem.
— Nie wtrącaj się — warknął zajadle, ale nie zdążył nic więcej zrobić, bo kolejny człowiek doskoczył do niego i przywalił pięścią w twarz. Kowal wypuścił kołnierz starucha, a sam zatoczył się do tyłu. Upadł z impetem, uderzając głową o kant blatu, za którym stał przerażony gospodarz. Wydał z siebie cichy charkot, jednak prawie natychmiast stanął z powrotem na nogi i uderzył mężczyznę, który go zaatakował. Sfora skulił się pod stołem jeszcze bardziej, chociaż w myślach dopingował, aby zrobił się większy rozgardiasz.
Wkrótce do bójki dołączyła się kolejna pijana dwójka, po nich trójka, a wkrótce cała sala zlana w trup tłukła się, rzucała czym popadnie i wrzeszczała jak najprawdziwsza dzicz. Pośród tego zamieszania mały chłopiec z zawadiackim uśmieszkiem śmigał od stołu do stołu, upychając jedzenie oraz wszelkie kosztowności do kieszeni. Niezauważony wirował pomiędzy straszliwym pobojowiskiem, przeciskał się przez tłum i przy tym ani razu nie oberwał. Krew, alkohol, ślina lały się strumieniami, a pomieszczenie ociekało od smrodu potu oraz piwa. Gospodarz chował się pod blatem z rękami założonymi na głowie. Panienka, do której przystawiał się staruch, wcisnęła się do kąta. A Zygfryd z przestrachem czmychnął tylnym wyjściem, ale Sforze już nie zależało na jego sakiewce. Obrabował tyle osób, że wystarczyło mu na śniadanie, obiad i kolację dla piesków.
Zanim sam stał się zagrożony, po cichu opuścił gospodę. A burza na zewnątrz wciąż szalała. Widocznie bogowie naprawdę byli wściekli.
----
1532 PD + 15 P
Owca
----
1532 PD + 15 P
Owca
[E] Od Ake "Leksykon snów" cz.3
Byłam pod wrażeniem jego opanowania, a może obojętności, kiedy na moje słowa zareagował tylko delikatnym uśmiechem. Pewnie to nie pierwszy raz, kiedy kobieta traciła przy nim głowę.
Judith zapewne już spała, kiedy dzięki Colinowi pożegnałam ostatnią moją ranę. Przez cały czas siedziałam cicho, aby przypadkiem nie palnąć kolejny raz jakiejś głupoty, której później będę żałować. Owszem, Colin jest bardzo przystojny, ale znam go kilka godzin, a przez moje zachowanie mógł sobie pomyśleć cholera wie co. Łatwa? Desperatka? Podziękuję za taką opinię na starcie.
Podniosłam się, oglądając miejsca na moim ciele, gdzie wcześniej widniały rany, po których nie zostało ani śladu. Popatrzyłam na Colina z wdzięcznością. Jeszcze pozostała kwestia tej oczywistej zapłaty. Postanowiłam ponowić pytanie z nadzieją, że dostanę jasną odpowiedź.
– Co chcesz w zamian? – zapytałam.
– Już o tym rozmawialiśmy. – Masz babo placek. Liczyłam na to, że w końcu dowiem się, o co chodziło, a znowu wyszłam na idiotkę. – Najpierw zobaczę, jak mała poradzi sobie ze swoim zadaniem, później ty zajmiesz się swoim. – Uśmiechnął się do mnie, a uśmiech ten wydał mi się fałszywy i niepokojący. Zmarszczyłam brwi. Na przodków, korzystanie z usług nieznajomego faceta, który nie określa jasno zapłaty, nie było jednym z moich najlepszych pomysłów.
Judith spała lekkim snem i zerwała się na równe nogi od razu, kiedy weszłam do pokoju. Mój niepokój udzielił się też jej, a później w nocy długo nie mogła zasnąć.
– Mam dość – syknęła, wycierając buty i kląc jak popadnie.
– Judith! – Skąd ona zna takie słowa?
Zadanie dla małej, mimo że brzmiało banalnie, nie należało do najłatwiejszych. Pomieszczeniem do posprzątania okazała się stara szopa niedaleko domu, która mimo swoich niewielkich rozmiarów, była po brzegi zawalona wszelkiego rodzaju przedmiotami – od różnych sprzętów, aż po ubrania, w tym seksowne kobiece majtki, które napewno nie należały do właściciela domu. Pomagałam dziewczynce przecierać rzeczy z kurzu, a później układać na podpisanych regałach.
– Poradzisz sobie sama? – zapytałam Judith, która wzruszyła ramionami, szukając pary do jasnego trzewika. – Idę powiedzieć Colinowi, że szopa jeszcze nie wybuchła.
Kazał mi zdawać relacje, jakby bał się o los swoich cennych rzeczy, które oddał w ręce małej dziewczynki. Otworzyłam drzwi domu, a on podniósł się z fotela.
– Wszystko w porządku?
– Jak najbardziej, szefie – powiedziałam bezwiednie. – Miałbyś może coś do picia?
– Kawa? Alkohol? – Otworzył szafkę, gdzie widniała duża kolekcja wszelkiego rodzaju trunków.
– Nie – skrzywiłam się. Czym jest kawa? – Miałam na myśli coś, co mogłabym zanieść Judith.
Skinął głową. Na chwilę zniknął mi z oczu, a później wrócił ze słoikiem pitnego miodu. Dobre i to.
Już od progu powitał mnie wrzask. Judith siedziała na regale, który chwiał się niebezpiecznie, a do jej nóg doskakiwała jaszczurka wielkości kota. Zapewne to jedna z tych, które miałyśmy okazję zobaczyć w mieście. Zwierzę nie zauważyło, że weszłam, co przyjęłam z ogromną ulgą. Chwyciłam wiszący na ścianie duży nóż i po cichutku zaczęłam się zbliżać. Zielony potwór na chwilę przestał ujadać w stronę Judith. Przystanął i rozejrzał się, jakby wyczuł zagrożenie, ale wtedy było już za późno. Nóż przebił jego głowę na wylot, a Judith skrzywiła się na dźwięk łamanej czaszki.
– Cholera – syknęłam, oglądając broń – ostry.
Zdjęłam córkę z regału, który na szczęście utrzymał się w pozycji pionowej, a ta zaczęła trajkotać jak najęta:
– Niewychowana jaszczurka wlazła do jego szopy. nawet nie wycierając łap przy wejściu! Dopiero co tu posprzątałam, nawet pięć minut nie może być tu czysto! – wypowiedziała to wszystko na jednym tchu, a później głośno odetchnęła i zamierzała kontynuować swój monolog, ale zorientowała się, że nikt jej nie słucha. Nie chciałam wyjść na niemiłą, ale ślady łap ,,jaszczurki" bardzo mnie zaciekawiły, ponieważ nie przypominały tych typowych dla tego gatunku. Wyglądały jak te, które zostawiają kotowate i psowate, z małymi pazurkami i poduszeczkami u łap. Nawet zachowanie i rozmiar jaszczurki nie były takie... jaszczurze. Spojrzałam na Judith przepraszającym wzrokiem.
– Przepraszam, ale co mówiłaś?
Odpowiedziała mi lodowatym spojrzeniem i wzruszyła ramionami. Nie przypuszczałam, że można obrazić się o taką głupotę, ale Judith faktycznie była zła i nie odzywała się do mnie do końca sprzątania w szopie (czyli długo). Pracę zakończyłyśmy późnym wieczorem, zadowolone z efektu i od razu udałyśmy się do domu, aby pójść spać. Colina nie było w chacie, ale, tak czy siak, nawet przez myśl mi nie przemknęło, aby poinformować go o ukończonej pracy.
Następnego dnia obudziłam się z przeświadczeniem, że czegoś nie zrobiłam. Colin. Wygrzebałam się z łóżka, obolała i nadal zmęczona po wczorajszej pracy, do tego ze świadomością, że przede mną jeszcze moje zadanie.
Porządek w szopie został pozytywnie oceniony. Odetchnęłam z ulgą, szczęśliwa z tego, że nasze poświęcenie i nerwy Judith nie poszły na marne.
Weszliśmy z powrotem do domu, a wtedy przypomniało mi się, że obiecałam Judith kota. Odwróciłam się do Colina, który zamykał drzwi na kłódkę. Cholera, po co? Postanowiłam to zignorować, mimo że w duszy poczułam lekki niepokój. Odchrząknęłam, aby zwrócić na siebie jego uwagę.
– Miałam jeszcze znaleźć kota dla mojej córki – powiedziałam, patrząc wymownie na kłódkę. – Czy... mogłabym wyjść?
– Nie zapomniałem o kocie – powiedział i uśmiechnął się. – Judith jest gdzieś niedaleko. Dałem jej jedzenie, żeby zwabić zwierzaka. Poradzi sobie.
– A co, jeśli te koty jej coś zrobią? Zostawiłeś moje dziecko samo?! – Chwyciłam za kłódkę i szarpnęłam, dając mu do zrozumienia, że mam zamiar wyjść i lepiej mnie przed tym nie powstrzymywać.
Delikatnie złapał mnie za ramiona, a jego dotyk działał na mnie wręcz kojąco. Puściłam kłódkę i spojrzałam na niego głupawym wzrokiem. Podszedł do mnie. Czułam na szyi jego ciepły oddech. Delikatnie przyparł mnie do zamkniętych drzwi, kładąc dłonie na moich biodrach. Jego usta delikatnie musnęły mój obojczyk, a wtedy odzyskałam świadomość i mocno go odepchnęłam. Muszę uciekać, muszę się stąd wydostać. Zboczeniec! Wiedziałam, że z nim jest coś nie tak.
– Sama zgodziłaś się na taką formę zapłaty – powiedział ostro, przytrzymując mnie przy drzwiach. – Spokojnie, pszczółki zawsze tak robią z kwiatuszkami.
– Wypuść mnie – syknęłam, wijąc się w jego objęciach, niestety bezskutecznie. Miał mocny uścisk, z którego nie dało się wyswobodzić.
Czas jakby się zatrzymał. Jego oddech ogrzewał moją szyję, jedną dłonią przytrzymywał mnie, a drugą włożył pod sukienkę. Kopnęłam go w łydkę, a ten tylko się zaśmiał. Czułam się bezbronna i taka też byłam. Pomocy. Świat zaczął wirować. Jego dotyk był wszędzie, otaczał mnie i wyzwalał ze wszystkich emocji. Nie czułam złości, nie krzyczałam, nie płakałam. Po prostu tam stałam i pozwalałam mu na wszystko. Nic nie widziałam, wszystko było jakby zamglone, rozmyte. Jedynie ten dotyk, który sprawiał, że nie mogłam się poruszyć. Już i tak wszystko jedno. Zaraz będzie po wszystkim. Ostatnim, co widziałam były wielkie, tłuste poślady miejscowego szarlatana, które powoli zbliżały się do mojej twarzy. Z tej perspektywy nie wyglądał już tak seksownie.
Obudziłam się przerażona i mocno przytuliłam się do śpiącego obok JJ-a. Popatrzył na mnie zaskoczony, ale nie zadawał zbędnych pytań. Ewidentnie te grzybki, w które rano wpadłam, musiały być nie do końca normalne.
end (w końcu)
1k słów + 5 zdań eventowych
---
1117 PD + 5 P
~Mimma
czwartek, 30 sierpnia 2018
[E] Od Crystal (do Karo) "Krwawy pacjent" cz. 2
Cholera.
Niemal potknęłam się o trupa.
Mężczyzna. Młody, dałabym mu na oko jakieś 20 lat. Leżał na plecach w kałuży błota zmieszanego z krwią. Niedobrze. I to bardzo.
Przybliżam się do niego i ostrożnie dotykam ramienia. Ciepłe. Albo nie żyje od niedawna, albo jakoś zdołał przeżyć. Może.
Odwracam go na plecach. Syczy cicho, ale pozwala się dotykać. Czyli jednak nie trup. Mimowolnie jęczę. Jeszcze bardziej niedobrze. Krew sączy się leniwie z sporej rany na brzuchu. Wzdrygam się i zaczynam desperacko przeszukiwać kieszenie swojego płaszcza.
Każdy medyk - no, prawie każdy medyk, który zdaje sobie sprawę z powagi swojej pracy - nosi przy sobie minizestaw ratunkowy. Akurat on miał szczęście, że należę do grona tych osób. Niezgrabnie wyciągam z kieszeni bandaż i gazę. Niewiele, ale może się przydać. Wolniutko opatruję kolesia, klnąc pod nosem na temat dziwnych wypadków dnia dzisiejszego. Dotykam jego rany nieco za mocno. Syczy ostro, wydaje z siebie cichy wrzask i wpija paznokcie w moje ramię.
- Mógłbyś odlepić tę rękę z mojego ramienia? - warczę z cichym tonem groźby. - Bo zostawię cię tutaj, żebyś się wykrwawił.
Grzecznie przestaje. Ręka wali o ziemię. Kończę opatrywanie i prostuję się z cichym trzaskiem pleców. Starzeję się. Dwadzieścia lat za pasem to zdecydowanie nie przelewki.
Dobra. Opatrzyłaś go. Co teraz? Hmm.. Włączam tryb intensywnego myślenia. Zaciągnąć gościa do osady? E, nie zdołam. Przerwę w połowie. A, racja.. Może trafię na kogoś. Czyli zaciągnąć.
Pierwsza próba - porażka. Cholerni męźczyżni. Jeden z drugim umięśnieni jak sam Schwarzenegger, a jak przyjdzie co do czego, to za Indochiny nie sposób ich podnieść. Pff. *feminizm*
W końcu udaje mi się znaleźć w miarę wygodny sposób - łapię go pod ramionami i wytrwale ciągnę do tyłu. Kilka metrów wytrzymałam. Kolejne kilkanaście mnie zmęczyły. Po stu metrów chciałam tylko umrzeć.
- A panienka co tu robi? - słyszę jakiś głos zza pleców. Podskakuję z wrażenia i obracam się. Widzę ogorzałego gościa, żującego bliżej nieokreśloną żółtą łodygę. - Nie potrzebuje panienka pomocy?
- Znalazłam go niedaleko. Gdyby pan mógł zanieść go do szpitala.. - przybieram najbardziej niewinną, uroczą minkę Kota w Butach i modlę się, by wyraził zgodę.
- Może tak. Może. Ale panienka musi wiedzieć, że nie ma nic za darmo. - Wyszczerza zęby w pożółkłym uśmiechu. - Ma panienka coś w zamian?
Jeden niewielki złoty naszyjnik mniej zgodził się. Zarzucił gościa, tymczasowo nazwanego A.A, na ramiona jak wór zboża, po czym spokojnie poszedł dalej dróżką. Potruchtałam za nim radośnie.
Rozwalam się na stosunkowo niewygodnym fotelu i ziewam. A.A dalej się nie obudził. Nie, żeby coś, ale poświęciłam cenne dziesięć godzin mojego życia na asystowanie przy operacji kolesia, nie mówiąc już o wysiłku zmarnowanym na zaciągnięcie go tutaj. Aha. No, przewspaniale.
Do pokoju nagle wpada jakaś brązowowłosa, niska medyczka. Na oko ma niewiele więcej niż 16 lat. Swoimi buciorami, unurzanymi w bliżej nieokreślonej mazi, brudzi mi czyściutką podłogę. Zrywam się. No fajnie! Dopiero co tu posprzątałam, nawet pięć minut nie może być tu czysto! Jej wzrok rozbiega się, panicznie ogląda cały pokój, aż w końcu koncentruje się na mnie.
- Crystal, nareszcie cię znalazłam! - prawie krzyczy jednym tchem. - Już jest twój dyżur. Masz najpierw zająć się A.A i go nakarmić.. - sapie, jakby właśnie przebiegła spory kawał drogi. Przypominam sobie jej imię. Racja, jest nowa.
- Spokojnie, Elain - uśmiecham się, starając się jej nie zamordować. - W pięć minut nikt raczej nam na zawał nie padnie. Możesz już przebrać się i wrócić do domu. Ogarnę wszystko, nie musisz się martwić.
- Dzięki - odwzajemnia blado uśmiech. - Muszę już iść. Wytrzymasz?
- No jasne! - śmieję się radośnie. - No, idź już!
Odbieram posiłek od kucharki i drepczę w kierunku pokoju A.A. Dalej śpi. Hm, albo przedawkował środki usypiające, albo był naprawdę wyczerpany. Klapię na sienniku koło niego i zaczynam go karmić, nie opędzając się od dziwnych skojarzeń. Hm, może by warto wyłączyć czasem mózg? Na pierwszy kawałek pieczeni niemal się rzucił, o ile może to zrobić człowiek tkwiący w śpiączce. Przełyka szybko. Podaję kolejny kęs.
Nagle mruga i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Rusza się, choć przypomina mi to bardziej niezgrabną próbę ucieczki. Zauważam, że tęczówki ma czerwone.
Istotnie się obudził.
Nieufnie lustruje mnie wzrokiem, jak ranne zwierzę, niepewne, czy ma ufać temu, kto je uratował. Posyłam mu przyjazny uśmiech numer 24. Sięga niepewnie do tacy z jedzeniem. Grzecznie stawiam ją mu na kolanach. Zaczyna powoli jeść. Obserwuję go w milczeniu. W końcu kończy i sięga do wiadra stojącego obok łóżka. Pije łapczywie, wreszcie odkłada wiadro.
- Dobrze się trzymasz. Jestem Crystal. - Uśmiecha się krzywo.
- Uwierz mi, wolałbym już umrzeć. Karo Yakuza.
Oglądam go i przybieram minę typu „nie wiem, czy przeżyjesz, więc na razie bądź cicho”.
- Dobra - opamiętuję się - muszę iść. Pa?
Wychodzę szybko, zanim zdąży zapytać, po cholerę idę tuż po tym, gdy się obudził. Elain patrzy na mnie z lekko przerażonymi oczami.
- Coś się stało? - pyta szybko.
- A.A się obudził. Popraw jego imię na Karo Yakuza i zapisz, proszę, ten fakt w rejestrze. Okej?
- Yy.. Okej? - kiwa głową i posyła mi blady uśmiech.
Przez większość czasu byłam zmuszona do opieki nad dzieciakiem zwanym powszechnie Karo Yakuzą. Usiłowałam wypytać go o to, kim był, jakim cudem stał się tak poważnie ranny i czemu ta rana goi się cholernie szybko, ale nie uzyskałam odpowiedzi. Przetrzepałam wszystkie możliwe dokumenty, jednak nie znalazłam żadnej wzmianki. Karo Yakuza pozostawał anonimem w każdym calu. Dziwne. Nawet bardzo dziwne.
Bywałam u niego codziennie z posiłkami i rolą opiekunki dziecięcej. Gość był ewidentnie stuknięty i/lub wyjątkowo mhrocznotajemniczy. Rozmawiałam z nim, właściwie bardziej z przymusu i chęci dowiedzenia się więcej, jednak niewiele zdziałałam.
W końcu, już prawie miesiąc po tym zdarzeniu, mógł wypisać się ze szpitala. Nie wiedziałam o tym wiele - tydzień temu przeniesiono go na inną salę i miałam z nim jedynie sporadyczny kontakt. Głównie dlatego zdziwiłam się, gdy wparadował mi przed twarz w ciasnym korytarzu, gdy akurat taszczyłam resztki gorącej zupy aka mój obiad.
- Karo? - styczę. Stoi jak wryty. Ślepy. I do tego głuchy. - Karo! Rusz się, do licha!
- Crystal? - Odwraca się - i zupełnie niechcący, jakże by inaczej - wali łokciem w moją twarz, co powoduje upuszczenie garnka z zupą gorącą jak Rzym za Nerona wprost na nasze stopy. Ja przezornie odskakuję pierwsza. On nie tego nie zauważa - i zawartość garnka ląduje na jego stopach. Au. Posyłam mu współczujące spojrzenie. Odskoczył i wydał z siebie coś na kształt stłumionego „gurwa matzsh”. Nie wydawał się być zadowolony. Syknął, wycierając buty i kląc jak popadnie. Po chwili zwraca wzrok ponownie w moją stronę.
- Crystal? Auu.. Skąd ty się, do licha, wzięłaś?
- Może ty mi najpierw odpowiedz - stwierdzam sucho. - Taszczę sobie obiad, a ty wpadasz mi przed nos i go rozlewasz. Masz mi coś do powiedzenia?
- Może i zderzenia z tobą są bardzo bolesne, ale niczego nie żałuję. - Wyszczerza zęby. Wspaniale. Nie będzie mnie taki mentalny pięciolatek podrywał. Pf.
- A zniszczone buty? Ich też nie żałujesz?
- Odkupię.
- Skaza na honorze?
- Od czegoś wynaleziono Perwol.
Wzdycham. No trudno. Trzeba zakończyć tę farsę. Otwierałam już usta, gdy Karo przerwał mi dość brutalnie.
- Wybacz, księżniczko, za me przewinienie - uśmiecha się czarująco. Bawi się w Księcia z Bajki? E, w sumie i tak jest słodki. Słodki jak obsmarkany pięciolatek. - Czy w zamian za to zgodziłabyś się zjeść ten stracony obiad w jakiejś restauracji? Powiedzmy.. W „Białym Jeleniu”? - „Biały Jeleń”? Unoszę brew sceptycznie z niewielką dozą podziwu. Jedna z najdroższych restauracji w Avfallen? Go na to stać? Hm, jego szansa właśnie wzrosła do jakichś dwudziestu procent.
Crystal, litości. Co wolisz, zupę czy dobry obiad w znanej restauracji?
Wolę swój honor.
Aha.
Serce mówiło „nie”. Mózg mówił „nie”. Resztka honoru też prostestowała.
- Tak - palę, zanim mój rozsądek zdoła ogarnąć, co właśnie zrobiłam.
- Dobra - uśmiecha się do mnie ponownie. - Ale najpierw zrób coś dla mnie. Jesteś mi to winna.
- Co?
- Zatańcz ze mną. - Ta bardziej głupkowata część właśnie mnie zatarła ręce na myśl o wspólnych romansidłach i zaczęła mnie namawiać. Gdyby nie fakt, że w ogóle nie rozumiałam o czym ona mówiła, zapewne zatańczyłabym razem z nim.
Niemal potknęłam się o trupa.
Mężczyzna. Młody, dałabym mu na oko jakieś 20 lat. Leżał na plecach w kałuży błota zmieszanego z krwią. Niedobrze. I to bardzo.
Przybliżam się do niego i ostrożnie dotykam ramienia. Ciepłe. Albo nie żyje od niedawna, albo jakoś zdołał przeżyć. Może.
Odwracam go na plecach. Syczy cicho, ale pozwala się dotykać. Czyli jednak nie trup. Mimowolnie jęczę. Jeszcze bardziej niedobrze. Krew sączy się leniwie z sporej rany na brzuchu. Wzdrygam się i zaczynam desperacko przeszukiwać kieszenie swojego płaszcza.
Każdy medyk - no, prawie każdy medyk, który zdaje sobie sprawę z powagi swojej pracy - nosi przy sobie minizestaw ratunkowy. Akurat on miał szczęście, że należę do grona tych osób. Niezgrabnie wyciągam z kieszeni bandaż i gazę. Niewiele, ale może się przydać. Wolniutko opatruję kolesia, klnąc pod nosem na temat dziwnych wypadków dnia dzisiejszego. Dotykam jego rany nieco za mocno. Syczy ostro, wydaje z siebie cichy wrzask i wpija paznokcie w moje ramię.
- Mógłbyś odlepić tę rękę z mojego ramienia? - warczę z cichym tonem groźby. - Bo zostawię cię tutaj, żebyś się wykrwawił.
Grzecznie przestaje. Ręka wali o ziemię. Kończę opatrywanie i prostuję się z cichym trzaskiem pleców. Starzeję się. Dwadzieścia lat za pasem to zdecydowanie nie przelewki.
Dobra. Opatrzyłaś go. Co teraz? Hmm.. Włączam tryb intensywnego myślenia. Zaciągnąć gościa do osady? E, nie zdołam. Przerwę w połowie. A, racja.. Może trafię na kogoś. Czyli zaciągnąć.
Pierwsza próba - porażka. Cholerni męźczyżni. Jeden z drugim umięśnieni jak sam Schwarzenegger, a jak przyjdzie co do czego, to za Indochiny nie sposób ich podnieść. Pff. *feminizm*
W końcu udaje mi się znaleźć w miarę wygodny sposób - łapię go pod ramionami i wytrwale ciągnę do tyłu. Kilka metrów wytrzymałam. Kolejne kilkanaście mnie zmęczyły. Po stu metrów chciałam tylko umrzeć.
- A panienka co tu robi? - słyszę jakiś głos zza pleców. Podskakuję z wrażenia i obracam się. Widzę ogorzałego gościa, żującego bliżej nieokreśloną żółtą łodygę. - Nie potrzebuje panienka pomocy?
- Znalazłam go niedaleko. Gdyby pan mógł zanieść go do szpitala.. - przybieram najbardziej niewinną, uroczą minkę Kota w Butach i modlę się, by wyraził zgodę.
- Może tak. Może. Ale panienka musi wiedzieć, że nie ma nic za darmo. - Wyszczerza zęby w pożółkłym uśmiechu. - Ma panienka coś w zamian?
Jeden niewielki złoty naszyjnik mniej zgodził się. Zarzucił gościa, tymczasowo nazwanego A.A, na ramiona jak wór zboża, po czym spokojnie poszedł dalej dróżką. Potruchtałam za nim radośnie.
*~*~*
Rozwalam się na stosunkowo niewygodnym fotelu i ziewam. A.A dalej się nie obudził. Nie, żeby coś, ale poświęciłam cenne dziesięć godzin mojego życia na asystowanie przy operacji kolesia, nie mówiąc już o wysiłku zmarnowanym na zaciągnięcie go tutaj. Aha. No, przewspaniale.
Do pokoju nagle wpada jakaś brązowowłosa, niska medyczka. Na oko ma niewiele więcej niż 16 lat. Swoimi buciorami, unurzanymi w bliżej nieokreślonej mazi, brudzi mi czyściutką podłogę. Zrywam się. No fajnie! Dopiero co tu posprzątałam, nawet pięć minut nie może być tu czysto! Jej wzrok rozbiega się, panicznie ogląda cały pokój, aż w końcu koncentruje się na mnie.
- Crystal, nareszcie cię znalazłam! - prawie krzyczy jednym tchem. - Już jest twój dyżur. Masz najpierw zająć się A.A i go nakarmić.. - sapie, jakby właśnie przebiegła spory kawał drogi. Przypominam sobie jej imię. Racja, jest nowa.
- Spokojnie, Elain - uśmiecham się, starając się jej nie zamordować. - W pięć minut nikt raczej nam na zawał nie padnie. Możesz już przebrać się i wrócić do domu. Ogarnę wszystko, nie musisz się martwić.
- Dzięki - odwzajemnia blado uśmiech. - Muszę już iść. Wytrzymasz?
- No jasne! - śmieję się radośnie. - No, idź już!
Odbieram posiłek od kucharki i drepczę w kierunku pokoju A.A. Dalej śpi. Hm, albo przedawkował środki usypiające, albo był naprawdę wyczerpany. Klapię na sienniku koło niego i zaczynam go karmić, nie opędzając się od dziwnych skojarzeń. Hm, może by warto wyłączyć czasem mózg? Na pierwszy kawałek pieczeni niemal się rzucił, o ile może to zrobić człowiek tkwiący w śpiączce. Przełyka szybko. Podaję kolejny kęs.
Nagle mruga i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Rusza się, choć przypomina mi to bardziej niezgrabną próbę ucieczki. Zauważam, że tęczówki ma czerwone.
Istotnie się obudził.
Nieufnie lustruje mnie wzrokiem, jak ranne zwierzę, niepewne, czy ma ufać temu, kto je uratował. Posyłam mu przyjazny uśmiech numer 24. Sięga niepewnie do tacy z jedzeniem. Grzecznie stawiam ją mu na kolanach. Zaczyna powoli jeść. Obserwuję go w milczeniu. W końcu kończy i sięga do wiadra stojącego obok łóżka. Pije łapczywie, wreszcie odkłada wiadro.
- Dobrze się trzymasz. Jestem Crystal. - Uśmiecha się krzywo.
- Uwierz mi, wolałbym już umrzeć. Karo Yakuza.
Oglądam go i przybieram minę typu „nie wiem, czy przeżyjesz, więc na razie bądź cicho”.
- Dobra - opamiętuję się - muszę iść. Pa?
Wychodzę szybko, zanim zdąży zapytać, po cholerę idę tuż po tym, gdy się obudził. Elain patrzy na mnie z lekko przerażonymi oczami.
- Coś się stało? - pyta szybko.
- A.A się obudził. Popraw jego imię na Karo Yakuza i zapisz, proszę, ten fakt w rejestrze. Okej?
- Yy.. Okej? - kiwa głową i posyła mi blady uśmiech.
*~*~*
Przez większość czasu byłam zmuszona do opieki nad dzieciakiem zwanym powszechnie Karo Yakuzą. Usiłowałam wypytać go o to, kim był, jakim cudem stał się tak poważnie ranny i czemu ta rana goi się cholernie szybko, ale nie uzyskałam odpowiedzi. Przetrzepałam wszystkie możliwe dokumenty, jednak nie znalazłam żadnej wzmianki. Karo Yakuza pozostawał anonimem w każdym calu. Dziwne. Nawet bardzo dziwne.
Bywałam u niego codziennie z posiłkami i rolą opiekunki dziecięcej. Gość był ewidentnie stuknięty i/lub wyjątkowo mhrocznotajemniczy. Rozmawiałam z nim, właściwie bardziej z przymusu i chęci dowiedzenia się więcej, jednak niewiele zdziałałam.
W końcu, już prawie miesiąc po tym zdarzeniu, mógł wypisać się ze szpitala. Nie wiedziałam o tym wiele - tydzień temu przeniesiono go na inną salę i miałam z nim jedynie sporadyczny kontakt. Głównie dlatego zdziwiłam się, gdy wparadował mi przed twarz w ciasnym korytarzu, gdy akurat taszczyłam resztki gorącej zupy aka mój obiad.
- Karo? - styczę. Stoi jak wryty. Ślepy. I do tego głuchy. - Karo! Rusz się, do licha!
- Crystal? - Odwraca się - i zupełnie niechcący, jakże by inaczej - wali łokciem w moją twarz, co powoduje upuszczenie garnka z zupą gorącą jak Rzym za Nerona wprost na nasze stopy. Ja przezornie odskakuję pierwsza. On nie tego nie zauważa - i zawartość garnka ląduje na jego stopach. Au. Posyłam mu współczujące spojrzenie. Odskoczył i wydał z siebie coś na kształt stłumionego „gurwa matzsh”. Nie wydawał się być zadowolony. Syknął, wycierając buty i kląc jak popadnie. Po chwili zwraca wzrok ponownie w moją stronę.
- Crystal? Auu.. Skąd ty się, do licha, wzięłaś?
- Może ty mi najpierw odpowiedz - stwierdzam sucho. - Taszczę sobie obiad, a ty wpadasz mi przed nos i go rozlewasz. Masz mi coś do powiedzenia?
- Może i zderzenia z tobą są bardzo bolesne, ale niczego nie żałuję. - Wyszczerza zęby. Wspaniale. Nie będzie mnie taki mentalny pięciolatek podrywał. Pf.
- A zniszczone buty? Ich też nie żałujesz?
- Odkupię.
- Skaza na honorze?
- Od czegoś wynaleziono Perwol.
Wzdycham. No trudno. Trzeba zakończyć tę farsę. Otwierałam już usta, gdy Karo przerwał mi dość brutalnie.
- Wybacz, księżniczko, za me przewinienie - uśmiecha się czarująco. Bawi się w Księcia z Bajki? E, w sumie i tak jest słodki. Słodki jak obsmarkany pięciolatek. - Czy w zamian za to zgodziłabyś się zjeść ten stracony obiad w jakiejś restauracji? Powiedzmy.. W „Białym Jeleniu”? - „Biały Jeleń”? Unoszę brew sceptycznie z niewielką dozą podziwu. Jedna z najdroższych restauracji w Avfallen? Go na to stać? Hm, jego szansa właśnie wzrosła do jakichś dwudziestu procent.
Crystal, litości. Co wolisz, zupę czy dobry obiad w znanej restauracji?
Wolę swój honor.
Aha.
Serce mówiło „nie”. Mózg mówił „nie”. Resztka honoru też prostestowała.
- Tak - palę, zanim mój rozsądek zdoła ogarnąć, co właśnie zrobiłam.
- Dobra - uśmiecha się do mnie ponownie. - Ale najpierw zrób coś dla mnie. Jesteś mi to winna.
- Co?
- Zatańcz ze mną. - Ta bardziej głupkowata część właśnie mnie zatarła ręce na myśl o wspólnych romansidłach i zaczęła mnie namawiać. Gdyby nie fakt, że w ogóle nie rozumiałam o czym ona mówiła, zapewne zatańczyłabym razem z nim.
Karp? Zwaliłam, wybacz mi. Robię jakieś bzdury dla PD XD
Crystal jest jak w tym memie XD
Crystal jest jak w tym memie XD
---
882 PD + 5 P
~Mimma, która nie wie czy dobrze wpisała
882 PD + 5 P
~Mimma, która nie wie czy dobrze wpisała
Etykiety:
"Krwawy pacjent" ❀,
Crystal (NPC),
Eventy,
Wojownicy
środa, 29 sierpnia 2018
[E] Od Finna (do Margo) "Krzaki, śledztwa i brak normalności" cz.6
Co za niewydarzony krzak! Najpierw ucieka ze spotkania z Krzaczysławą, a później myśli, że Finn pójdzie razem z nią? Przecież tak się nie robi! Na początku Finn nie zamierzał się zgadzać, ale gdy patrzył na Margo, taką smutną, taką samotną... Finniusz nie jest aż taki zły, żeby zostawiać ją samą, a skoro tu jest, to na pewno uważa się za jego przyjaciółkę.
- Chcesz pokazać mi krzaki? - zapytał Frytek wciąż patrząc na krzaki, z którymi wcześniej rozmawiał. Miał nadzieję, że to właśnie o to chodzi, bo co innego ona mogła chcieć zrobić?
- Tak - odpowiedziała Margo. W tej chwili musiała skłamać, bo bez krzaków Finn na pewno nie ruszyłby się z tego miejsca.
- Zastanowię się - odpowiedział i znowu zajął się krzakiem, który najwyraźniej potrzebował dużo jego uwagi, bo Finn nie chciał go zostawić. - No chyba, że pójdziesz gdzieś ze mną, to... zastanowię się krócej.
Wadera westchnęła. Zaczęło robić się ciemno, a do tego było bardzo gorąco, a Finn chciał jeszcze gdzieś chodzić. Może po prostu stwierdził, że Margo potrzebuje więcej ruchu i chciał jej w tym pomóc.
Ona w odpowiedzi kiwnęła głową, a basior wyglądał na szczęśliwego. Od razu ruszył, a ona poszła za nim. Finn wiedział gdzie iść, to był teren, który często odwiedzał, ale nigdy nie był tam z kimś.
W końcu dotarli do tego miejsca. Było tu dużo krzaków, ale Finn nie wyglądał na zainteresowanego nimi, co było niepodobne do niego. Margo wpatrywała się w niego i zastanawiała się o czym ten dziwny wilk może myśleć. Finn patrzył na drzewo, które nawet nie przypominało krzaka. Czemu ten wilk interesuje się czymś, co nie jest krzakiem?
- Patrz, duży krzak! - zawołał i podszedł do drzewa. Wadera patrzyła na Frytka, który nie mógł już wymyślić nic dziwniejszego, chyba. Z nim nigdy nie wiadomo, teraz nazywa drzewo krzakiem, nikt nie wie co później wymyśli.
- Krzak? - zapytała Margo, a Finn przyjął zaskoczoną minę, jakby mówił "przecież mówię, że to krzak, czego nie zrozumiałaś?". - Ale to jest drzewo.
Frytek westchnął i podszedł jeszcze bliżej "drzewa", po czym sobie usiadł. Po tak długiej drodze musiał odpocząć, najlepiej pod dużym krzakiem. Czekał aż Margo przyjdzie obok niego, ale ona nie była przekonana co do tego, wolała wrócić i zostawić tego wilka, a następnego dnia zabrać go do Grety.
- Chodź, duży krzak cię wzywa, nie wolno go ignorować. - powiedział Finn i wstał, żeby podejść do wadery. Ona niechętnie ruszyła, a gdy usiadł, zrobiła to samo.
Basior położył się pod drzewem i próbował zasnąć. Margo tylko czekała, by to zrobił, a ona mogła wrócić do domu.
Gdy już wszyscy leżeli, nagle z drzewa spadła żaba. Finn natychmiast wstał i spojrzał na żabę, która była mała, ale on bardzo się bał. Żaby były najgorszymi stworzeniami jakie mógł spotkać, jak ona mogła zakłócać spokój dużego krzaka? Szybko zrobił kilka kroków w tył, by być jak najdalej od niej. Dziwne było to, że Margo nawet nie zwróciła na to uwagi, chyba nie zdawała sobie sprawy z powagi tej sytuacji. Widocznie nie wiedziała o tym, że żaby są niezwykle niebezpieczne dla wilków i krzaków, a przynajmniej tak wydawało się Finnowi.
- Idź, demonie! - krzyknął patrząc na żabę, a później skierował wzrok na Margo, która wyglądała na zmęczoną całą sytuacją. - Margo, uciekaj, dalej.
Ona pokiwała głową, nie była tak przejęta jak Finn. Przecież ta żaba była obok niej, zaraz mogła ją zaatakować, a to na pewno nie skończyłoby się dobrze.
- Ja idę, podziękuj dużemu krzakowi za mnie, dobrze? - zapytał Finn, uśmiechnął się do niej i zaczął kierować się w stronę obozu Łowców. Wadera, którą Finn po prostu zostawił, patrzyła na drzewo, które według niego było dużym krzakiem, a do tego nie wiadomo dlaczego było tak ważne. Wadera nie czekała tam długo, również wracała do domu, ale mimo tego, że szła za czarnym wilkiem, on jej nie zauważył.
Margo, krzaczku? miałam pomysł, ale uciekł i wyszło słabo :C
---357 PD
~Mimma
Etykiety:
"Krzaki śledztwa i brak normalności" ❀,
Eventy,
Finn,
Łowcy
[E] Od Kuroshaji'ego (do Zero Two) "Jeziorko przeznaczenia"
Dzisiejszy dzień miał doprowadzić do pewnego spotkania, które zmieni świat na lepsze... Nie no, ja tylko żartuje, będzie najzwyklejsze spotkanie, które pozwoli rozkwitnąć nowej znajomości! Myślicie, że świat się zmieni? Pff, idźcie się kłaniać przed statuetkami bóstw i innego tego typu. Dobra, dość gadania! Czas na trochę życia naszego kochanego Kuroshaji’ego.
Dzień jak co dzień, Kuro leży i majaczy, że jest zbytnio gorąco. Jęknął przeciągle niezadowolony i odwrócił się na drugi bok. Przycisnął głową do którejś z poduszek ponownie mrucząc z niezadowolenia. Nagle przy łóżku można było słyszeć kroki, dreptanie łap, a także skomlenie. Po pokoju rozległ się głośny, jak i przeciągły pisk bernardyna, kochanego zwierzaka Kuroshaji’ego. Mężczyzna mruknął coś do siebie po czym odwrócił się na drugi bok, aby spojrzeć na Meteora. Pogłaskał go po łbie po czym delikatnie go w niego palnął.
- Nie budź więcej swojego pana – syknął połowicznie zły na zwierzę, ale czego on się mógł spodziewać, tak czy siak był kochany.
W końcu Kuroshaji zwlókł się ze swego królewskiego łoża. Ponownie spoglądnął na wielką bestię, aby zaraz podnieść się na równe nogi. Począł przeciągać się cały, a jedyne co było słychać to strzelające kości, które przez całą noc się zastały. Ziewnął ostatni raz, przetarł oczy i ledwo żywy ruszył do łazienki, a za nim Meteor. Pies odbił się przed nimi łapami przy umwalce, aby położyć na niej łapy. Dysząc obserwował co robi jego właściciel. Kuroshaji stanął obok bernardyna, przyłożył dłoń do swoich ust i chuchnął. Nie było czuć jakiegoś strasznego smrodu. Może w końcu udało mu się chociaż po części opanować tą moc? Nie chciałby wszystkim chuchać w twarz nie wiedząc nawet o tym iż jego moc działa, a ktoś po prostu cierpi i sztucznie się uśmiecha. Walnął dłońmi o glazurę i warknął do siebie. Napuszył policzki zirytowany bez żadnego konkretnego powodu i przyjrzał się sobie w lustrze. Pierwsze co wpadło mu w oczy to oczywiście jego blizny. Całe oparzone ręce, które tak bardzo go szpeciły. Ułożył lewą dłoń na prawą rękę i przejechał nią po niej. Syknął oburzony swoją urodą. Złapał szczotkę i nałożył pastę po czym zaczął myć zęby. Zerknął na swojego psa, który cały czas na niego patrzył tymi wielkimi ślepiami. Wyciągnął szczoteczkę z ust i wypluł pianę jaka się zebrała do zlewu.
- Tobie też umyć zęby? – zapytał po czym cicho zachichotał.
Pies pisknął i cofnął się. Kuroshaji podszedł i pogłaskał go po łbie.
- No już, już, wiem że nie lubisz myć zębów... – prychnął, aby zaraz wrócić do mycia własnych zębów.
Kiedy już skończył opukał jamę ustną. Uczesał się jeszcze, wziął z półki swoją maskę, którą od razu założył i gotowy do dalszego funkcjonowania wrócił do sypialni. Po drodze z korytarza wziął stołek. Postawił go mniej więcej na środku pokoju, następnie podszedł do komody. Otworzył jedną szafkę, która była zapełniona różnorodnymi koszulkami, potem drugą, która mieściła w sobie różne spodnie, a także i trzecią, która chowała jego bokserki, a także skarpety. Wyciągnął wszystko co mu potrzebne. Przebrał się po czym wyciągnął z szafki nocnej bandaże. Usiadł na stołku i począł się nimi obwiązywać. Westchnął, niechętnie to robił, było to nużące, codzienne zadanie, którego nie mógł tak łatwo zignorować. Musiało minąć dobre półgodziny za nim związał to idealnie. W końcu wstał wywalając stołek i wyszedł z pokoju. Okazało się iż w między czasie kiedy skupiał się na wiązaniu Meteor ruszył do kuchni. Grzebał nosem w pustej misce. Uniósł łeb i spojrzał prosząco na Kuroshaji’ego. Ten tylko mlasnął spoglądając na bernardyna i miskę. Podszedł do szafki i otwierając ją nie spodziewał się ataku. Okazało się iż w środku była jaszczurka. Kuroshaji zrobił dziubek obserwując jej poczynania, ta jedynie stanęła na dwóch tylnich łapkach, a przednie skrzyżowała przez co chodzącej mumii opadła szczęka. Nie było tego oczywiście widać przez maskę. Mimo wszystko, nie zmieniało to pewnej rzeczy. Niewychowana jaszczurka wlazła do jego mieszkania, nawet nie wycierając swoich łap przy wejściu! Mruknął coś do siebie po czym odwrócił się i wziął z blatu pudełko. Wyciągnął z niego wykałaczkę. Odłożył opakowanie i wrócił do jaszczurki. Zbliżył patyczek do niej, a ta zaczęła się cofać. Kuroshaji myślał iż już wygrał. Lecz jaszczurka-morderca nie dawała za wygraną. Czemuż morderca? Bo Kuro zauważył leżącą obok muchę, która prawdopodobnie nawet nie była ofiarą tego gada, jednak co poradzić na jego myślenie? Dalej próbował się pozbyć zielonego zwierzaka, ten jednak tylko łapką uderzył w wykałaczkę próbując zabrać ją mężczyźnię. Trzydziestolatek spojrzał na małą bestię zdenerwowany po czym złapał ją w dłoń i dźgnął delikatnie w plecy.
- Irytujesz mnie – stwierdził w stronę gada. Podszedł do okna, otworzył je i położył na parapecie zwierzę – już, zmykaj i nie wracaj, jeśli jednak masz zamiar się tu zjawić pamiętaj o wytarciu łapek, nie mam zamiaru następnym razem po tobie sprzątać..
Jaszczurka jakby wszystko zrozumiała przytaknęła delikatnie łepkiem i uciekła. Nowy przyjaciel? Kto wie... Podrapał się po głowie patrząc za okno. Wtem usłyszał donośne szczeknięcie bernardyna. Odwrócił się do niego i delikatnie uśmiechnął. W końcu wrócił do szafki i nasypał psu karmę. Jak tylko do miski wleciał pierwszy chrupek Meteor rzucił się na to jakby miał to być jego ostatni posiłek. Kuroshaji wybuchł śmiechem, pies jednakże go olał i dalej szamał. W końcu mężczyzna postanowił zrobić sobie coś do jedzenia, ale widząc składniki jakie posiada szybko się zniechęcił. Może dzisiaj będzie głodować... Przejechał dłonią po swojej twarzy zniesmaczony swoją sytuacją. Rozejrzał się po domu, gdy zauważył wędkę opierającą się o róg pomieszczenia. Ułożył dłoń na podbródku i zaczął zastanawia się nad pewną możliwością. Mógł przecież pójść na ryby. Uznał to za dobrą opcje, więc zaczął się przygotowywać. Po pierwsze, co było dla niego najważniejsze, wyciągnął z szafy kapelusz i okulary przeciw słoneczne, które od razu założył, aby potem nie zapomnieć. Nie zwlekając chwycił także i plecak. Wrócił do kuchni i kucnął, aby dobrać się do szafki z pełnym ekwipunkiem rybaka. Zabrał przynęty i inne potrzebne do łowienia przedmioty. Przy okazji zabrał też coś do picia i klucze od domu. Spakował wszystko bez wahania do dużego bagażu. Założył go na plecy i spojrzał ostatni raz na psa.
- Adios Meteor – powiedział po czym wyszedł z domu, jedynie zamknął jeszcze drzwi na klucz i ruszył ku rybiej przygodzie.
~*~
Po jakiejś godzinie drogi w końcu Kuroshaji był już blisko jeziora. Poprawił plecak, przeciągnął się i szedł dalej. Nagle coś spowodowało iż odskoczył do tyłu. Gałąź złamała się i upadła u jego stóp. Złapał się za klatkę i wypuścił zdenerwowany powietrze z ust. Spojrzał do góry, jednakże niczego, a tymbardziej nikogo tam nie było. Musiał to być najzwyklejszy przypadek, może drzewo było jakieś chore i wystarczył jeden skok wiewiórki na złamanie tej gałęźi. Wziął głęboki oddech próbując się uspokoić, żeby wystraszyć się takiej błahostki?! Pokręcił głową w niedowierzaniu, że przestraszył się gałązki. W końcu ruszył do przodu, znowu kierując się w stronę jeziora. To przecież był jego cel od dłuższego czasu. Przeszedł przez zarośla i ujrzał piękną taflę wody, słońce odbijało się dodając uroku całemu miejscu. Dookoła wszędzie trawa, drzewa, po prostu najpiękniejsza z możliwych rzeczy – czyli natura. Kuro podszedł do jakiegoś kamienia i usiadł na nim, jako iż był niedaleko wody mógł służyć jako idealne siedzenie. Bo przecież ten trzydziestolatek musiał o czymś zapomnieć... no i musiało to być siedzenie. Burknął coś pod nosem do siebie i spojrzał w stronę wody. Jeszcze wtedy nikogo tam nie dostrzegł. Wyciągnął wszystko – oprócz prowiantu – z plecaka, założył przynęte i poprawiając kapelusz zarzucił wędkę. Obserwował przez chwilę czy coś się nie złapało. Jednak niestety, ale biedak się nie wyspał (jak zawsze) i począł przymykać oczy. Tak też się stało, że z kijem w ręku przysypiał. Jego usta ułożyły się w prostą linie, a on szybko podniósł się do góry. Czekając dalej na jakąś rybę rozejrzał się dookoła siebie. Ziemia, ziemia, ziemia, ubrania, ziemia... ubrania. Kuroshaji wrócił do nich i wytęrzył wzrok, aby dokładniej się im przyjrzeć. Była tam jakaś koszulka, marynarka, a także... kobieca bielizna! Zdjął okulary, aby być pewnym iż się nie przewidział. Okazało się iż ubrania tam na prawdę były. Szybko spojrzał w stronę wody, była tam naga kobieta wynurzająca się z jeziora, a w ustach miała małą rybkę. Spojrzała w jego stronę przez co ten mimowolnie się lekko zarumienił. Nieznajoma bezwstydnie podpłynęła bliżej. Wyszła z wody idąc do mężczyzny. Kuroshaji kątem oka spojrzał na nią. Zamurowało go. Młoda, piękna, a jakże seksowna dziewczyna, cała roznegliżowana stała prawieże obok niego i patrzyła na niego z małym uśmieszkiem. Wypluła rybę, która padła na ziemię. Kuro starał się utrzymywać wzrok na poziomie jej twarzy, jednak zadanie te było jakże trudne iż postanowił szybko odwrócić swoje spojrzenie na taflę. Obserwował czy coś nie złapało przynęty.
- Kim jesteś? – zapytał w pewnym momencie widząc iż kobieta w milczeniu dalej go obserwuje.
- Nazywają mnie Zero Two – zachichotała.
Zerknął na jej ciało kątem oka po czym mruknął już kolejny raz coś do siebie.
- Kuroshaji Yuwergan, wystarczy Kuro – odpowiedział.
Nagle poczuł, że coś go ciągnie. Zaczął kręcić kołowrotkiem, aby wyciągnąć rybę. Po chwili męczenia się z morskim stworzeniem udało się. Ryba wyskoczyła z wody, a więc Kuroshaji’emu było łatwiej ją przyciągnąć. Złapał rybę i wrzucił ją do wiadra. Przechylił głowę w bok, przez co sekundę później było słychać zgrzyt. Niczym łamiące kości. Kuro jednak nic się nie stało, był cały i zdrowy. Przypatrzył się Zero Two i westchnął.
- M-Mogłabyś się ubrać?... – zadał jej kolejne pytanie.
Dziewczyna ponownie zachichotała i przytaknęła. Chyba nie miała zamiaru bawić się z cierpliwością Kuroshaji’ego. W sumie to dobrze dla niej i dla niego. Bo po co sobie nerwy targać bez powodu? Trzydziestolatek odwrócił wzrok od młodej kobiety. W jego głowie zaczęły się pojawiać dziwne fantazje związane właśnie z Zero Two... Ledwo się znali, a on już o takich rzeczach myślał. Oburzył się swoimi myślami i uderzył się w czoło. Jęknął zły, gdy nagle poczuł na swoich plecach kobiecy biust, a na ramionach ręce. Okazało się iż nowa znajoma przytuliła się do mężczyzny. Zamilkł nie wiedząc co powiedzieć ani nawet zrobić. Miał już swój wiek, ale kontakty z kobietami były u niego rzadkością, nawet ledwo ze światem zewnętrznym rozmawiał. Raczej unikał ludzi. Przełknął głośno ślinę i odwrócił niepewnie głowę w jej stronę, gdy ta tylko z uśmiechem na niego patrzyła. Kuroshaji myślał iż zaraz się na niego rzuci lub coś, a ta po prostu go przytulała...
- Ym... musisz być tak blisko? – zadał jej już trzecie pytanie tego dnia.
- Zabronisz mi... Kuro? – szepnęła mu do ucha jego skrót imienia. Przeszedł go przyjemny dreszcz.
Kontakt z kobietą, nie, młodą dziewczyną to było jak nowe, osiemnastoletnie życie. Wziął głęboki oddech, aby się opanować. Przecież nie mógł dać się jakimś durnym emocjom. Zrozumiałe iż potrzebował jakiejś bliskości, jednak nie mógł się rzucić na nowo poznaną osobę, do której nie ma żadnych emocji, a tymbardziej nie przy cholernym jeziorze! Schował twarz w dłoni, aby Zero Two nie mogła przejrzeć jego odczuć patrząc mu w oczy. Zgrzytał chwile zębami po czym odkładając wędkę ponownie odwrócił się do znajomej.
- Istnieje coś takiego jak przestrzeń osobista... – mruknął. W jego głosie można było dosłyszeć nutkę niepewności, szczerze... Kuroshaji mówił to bardzo niechętnie!
- Jeśli tak bardzo ci to przeszkadza... – różowowłosa zrobiła z ust dziubek – to będę się dalej tulić – zaśmiała się.
Wredne posunięcie, jednak Kuro postanowił to ignorować. Mimo wszystko podobała mu się bliskość drugiej osoby, ale nie chciał tego przyznać. Przecież jak ktoś taki dumny, jak on, mógłby tak po prostu to powiedzieć? To człowiek sukcesu! Zero problemów, jedynie sukces, za sukcesem! Pomijając ten jeden fakt, tak, było mu dobrze. Podniósł wędkę i postanowił wrócić do łowienia. Mało go obchodziło co dalej zrobi dziewczyna, skupił się na zdobyciu posiłku. Przecież nie jadł dzisiaj nawet śniadania, a więc przydałoby się wrócić do domu i zjeść dobry obiad. Ryba była dobrym wyborem. Założył przynętę i zarzucił wędkę. Razem z Zero Two obserwował cały czas rozwój akcji. Tak przesiedzieli jakieś dwadzieścia minut. Dziewczyna też dalej z niewiadomego powodu nie puszczała mężczyzny. Był taki fajny iż można było się bez problemu do niego kleić? Kątem oka spojrzał na dziewczynę i mimowolnie uśmiechnął się. Oczywiście maska jak zawsze wszystko zakrywała, więc jej mózg nie zapamięta tego widoku. Może kiedyś ujrzy szczery oraz promiennisty uśmiech Kuroshaji’ego. W końcu mężczyzna znowu poczuł jak coś go ciągnie w stronę jeziora. Złapał za uchwyt i kręcił kołowrotkiem. Tak też złapał kolejną rybę. Rzucił wędkę na ziemię. Uniósł rękę i pogłaskał Zero Two, aby zaraz wstać.
- Myślę, że już czas abym zbierał się do domu... może jeszcze kiedyś się spotkamy... – uznał Kuro pakując wszystko do środka.
Zero Two?
---
1394 PD wow = 2 poziom
~Mimma
Etykiety:
"Jeziorko przeznaczenia" ❀,
Eventy,
Kuroshaji ✞,
Wojownicy
niedziela, 26 sierpnia 2018
[E] Od Margo (do Finna) "Krzaki, śledztwa i brak normalności" cz.5
Krzaczysława... Z nim na pewno było coś nie tak. Z chorych umysłowo nie powinno się wyśmiewać, to nieuprzejme, mimo to rozbawienie mieszało się z zażenowaniem, a w głowie zaczął kiełkować nowy plan. Finn pierdolił coś o Krzaczysławie (na przodków, jak można tak skrzywdzić kogokolwiek imieniem), a ja postanowiłam, że szybko i niezauważalnie się wycofam. Był tak zajęty swoją przyjaciółką, że w ogóle nie zwrócił uwagi na mój cichy odwrót. To dobrze, bardzo dobrze. Miałam chwilę dla siebie i na przemyślenie mojego planu. W zasadzie trudno nazwać to planem, raczej samotną myślą krążącą gdzieś w odmętach umysłu.
Moją uwagę przykuła czarna wiewiórka, wykonująca na gałęzi przedziwne ruchy, jakby swój własny, wiewiórczy taniec. Kruche drewno zaczęło wydawać niepokojący dźwięk, a ja zdążyłam odsunąć się w ostatnim momencie. Gałąź złamała się i upadła u moich łap. Wzdrygnęłam się, świadoma tego, że gdybym nie zrobiła kroku w tył, prawdopodobnie spadłaby mi na łeb. Po tym wszystkim czarna wiewiórka zeskoczyła i pognała przed siebie. Skubana, zdążyła w porę wbić pazurki w pień drzewa i uchronić się przed upadkiem razem z gałęzią.
Wróciłam myślami do mojego pomysłu. Miał małe szanse na powodzenie, poza tym był zupełnie nie w moim stylu, jako wadery, którą nie interesowało życie innych. Mimo wszystko powstał w tym cholernym łbie i był tak nieosiągalny, że aż kuszący. Nieświadomie skręciłam w stronę jaskini ulokowanej na terenach, gdzie kręciło się niewiele wilków. Byłam niemal pewna, że to się nie uda, że ona odeśle mnie z kwitkiem, że wszyscy mnie wyśmieją. Ci, których mijałam, patrzyli na mnie z politowaniem. W ostatnim czasie obracam się tylko w towarzystwie dziwaków. A w głowie mam chaos.
– Halo? – zawołałam, stając w wejściu do jaskini. Nie, to nie była dobra decyzja. Nie nie nie, pomocy. Już za późno, żeby się wycofać. – Jest tu ktoś?
Rozejrzałam się. Nawet nie wiedziałam, jak ona wygląda. Podobno krąży o niej wiele plotek, ale jako że w życiu publicznym się nie udzielam i z nikim nie rozmawiam, żadnej z nich nie słyszałam. Może to dobrze. Sama wykreuję sobie jej obraz, a podstawą nie będzie zdanie kogoś innego.
Stanęła przede mną. Duża, gruba i niezbyt urodziwa. Zatoczyła się, a później niezgrabnie usiadła, patrząc prosto na mnie. Greta. Głośno przełknęłam ślinę. Miałam cichą nadzieję, że zostanę wyproszona albo tak skrytykowana, że sama zdecyduję się na wyjście z jaskini, ale nic takiego nie nastąpiło.
– Wejdź – powiedziała niskim głosem. Wytrzeszczyłam oczy, ale posłusznie zrobiłam jeszcze jeden krok. Wadera bez słowa ruszyła przed siebie, co odczytałam jako sygnał, że mam pójść za nią.
Cholera cholera cholera. To najgorsze miejsce na całym świecie - ciemne, zimne i pełne robactwa. Dobrowolnie się w to wpakowałam, nie powinnam narzekać, ale do kurwy nędzy, ja chcę stąd wyjść! A ona ciągle idzie. Ta jaskinia z zewnątrz wyglądała na mniejszą. Mam wrażenie, jakbyśmy właśnie przeszły przez takie trzy, a ona wciąż się nie zatrzymała. Albo to po prostu tutaj czas leci jakby... wolniej?
W końcu przystanęłyśmy w jakiejś niewielkiej odnodze. Rozejrzałam się, ale Grety nigdzie nie było. Do cholery, przecież stała przede mną. Porusza się tak wolno i niezgrabnie, że nie mogłam tak po prostu nie zauważyć, że sobie gdzieś poszła. Usiadłam, lekko zdezorientowana i postanowiłam, że będę czekać. To stara dziwaczka, czego ja się po niej spodziewałam?
No, przyszła. Usiadła naprzeciwko, ale nic się nie odezwała. Dobra, dość tej zabawy.
– Więc – zaczęłam. Greta sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie była zainteresowana tym, co mam jej do powiedzenia, co postanowiłam zignorować – podobno swego czasu działałaś jako medyk – dokończyłam, ostrożnie dobierając słowa.
Obserwowałam jej reakcję, ale ona zdawała się mieć to wszystko głęboko w dupie. Wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Ta rozmowa nie ma sensu. Wyjść, czy nie wyjść i poczekać na łaskawe zwrócenie na mnie uwagi?
– Tak.
– Mogłabyś zbadać pewien bardzo osobliwy przypadek?
– Może.
– ...jeśli sama ci go przyprowadzę?
– Może.
Później już nic się nie odezwała, co odebrałam jako znak, że mam sobie pójść i zrobiłam to z wielką ulgą. Jestem nienormalna. Poszłam do Grety po to, żeby dowiedzieć się, na co choruje Finn. Dlaczego to mnie tak bardzo interesuje?
On jest skazą dla tego klanu. Nie powinno go tu być. Słabi osobnicy są eliminowani przez silniejszych albo zabiera ich selekcja naturalna, a Finn nadal żyje. Moim zadaniem jest wyleczenie go albo zabicie. Silver jeszcze tego nie zrobił, więc uczynię to ja. Wyeliminować...
Otrząsnęłam się. Znowu ten cholerny głos. Czy to właśnie był powód, dla którego chcę przyprowadzić Finna do Grety? Jeśli zaprzeczę, będę próbowała oszukać samą siebie? Doskonale wiedziałam, że ten głos, te myśli zamieniają mnie w psychopatkę. To nie ja. Ja nie chcę nikogo zabić, to on chce. Ten głos, czymkolwiek jest.
Niebo płonęło żywym ogniem. Pomarańczowe słońce szykowało się do zniknięcia za horyzontem w towarzystwie czerwonych i fioletowych chmur. Wszystkie małe zwierzątka zaczęły budzić się do życia. Noc była ich żywiołem. Gdzieś z oddali pohukiwała sowa, którą zachodzące słońce wybudziło ze snu. Powietrze ochłodziło się – przyjemna odmiana od gorąca i duchoty, która panowała za dnia.
Na Finna natknęłam się całkiem przypadkowo, kiedy z wielką dokładnością obwąchiwał krzak. Słysząc kroki, podniósł głowę. Wiedziałam, że mnie zauważył, ale zachowywał się tak, jakbym nie istniała. Powrócił do swojego przerwanego zajęcia. Podeszłam jeszcze bliżej i zakaszlałam teatralnie. Żadnej reakcji. Przewróciłam oczami i szturchnęłam go lekko. Znowu bezskutecznie. Był zły, bardzo zły. Gdyby nie Greta, zupełnie by mnie to nie obchodziło.
– Finn – powiedziałam głośno i powoli, aby zwrócić na siebie uwagę samca. Jego ucho drgnęło – Przepraszam za to, że sobie poszłam. – Ledwo przeszło mi to przez gardło. Ja iprzepraszam, ja i bycie miłą.
Nadal mnie ignorował. Skończył obwąchiwać krzak i już miał odejść, ale zagrodziłam mu drogę.
– Chciałabym, w ramach zadośćuczynienia, jutro gdzieś cię zabrać.
Zgódź się. Co ja zrobię, jeśli się nie zgodzi? Wtedy będę unikać Grety do końca życia i udawać, że nigdy u niej nie byłam i nie zaproponowałam jej nic równie absurdalnego, jak zbadanie Finna. Spojrzałam na niego błagalnie. W takich momentach jak ten zaczynałam żałować, że nie jestem piękna i przekonująca. Albo chociaż przekonująca. Pieprzyć to, pieprzyć mój wygląd i charakter, po prostu się zgódź.
Finn?
1016 słów
---
608 PD = 2 poziom
~Mimma
608 PD = 2 poziom
~Mimma
Etykiety:
"Krzaki śledztwa i brak normalności" ❀,
Eventy,
Łowcy,
Margo (NPC)
środa, 22 sierpnia 2018
[E] Od Ake "Leksykon snów" cz.2
Jaszczurki pojawiły się ni z gruszki, ni z pietruszki. Niewielkie, zielonkawe i pozornie całkiem niegroźne. Cała chmara niewielkich, zielonkawych i pozornie całkiem niegroźnych jaszczurek. A od dzieciństwa byliśmy uczeni, że pozory mylą. Trudno stwierdzić, ile gadów dostało się do miasta. Dużo, bardzo dużo, za dużo? Mnożyły i dzieliły mi się przed oczami, kiedy stałam jakby wmurowana w ziemię i mocno trzymałam za rękę ciemnowłosą dziewczynkę. Były niczym woda, która spłynęła na miasto i rozlewała się po ulicach. Śmiercionośny żywioł szukający swoich ofiar, a jeśli już je znalazł, zabierał bez chwili wahania.
Szybko odzyskałam trzeźwość umysłu. Ludzie rozbiegli się na wszystkie strony, krzyczeli i wymachiwali rękami, aby odgonić się od jaszczurek. Niektórzy wspinali się na dachy, słupy albo latarnie, ale i tam nie byli bezpieczni. Jaszczurki wchodziły im do ust, uniemożliwiając oddychanie i wydrapywały oczy. Ja natomiast mocniej ścisnęłam dłoń dziewczynki i pociągnęłam w stronę ślepej uliczki. Może to nie był najlepszy wybór i ludzie oraz jaszczurki też mieli tego świadomość. Uliczka była całkiem pusta. Tak szybko, jak tylko pozwalały mi moje nogi, szłyśmy w jej stronę, co rusz odganiając się od wspinających się na nasze ciała jaszczurek. Miejsce, w którym przed chwilą zatrzymał się cyrk uliczny razem z tłumem zainteresowanych, opustoszało. Wszyscy schowali się w domach, z których regularnie słychać było pisk albo wciąż siedzieli na samej górze latarni i słupów. Jaszczurki jak jeden zwierz podążały przed siebie.
W uliczce znalazłyśmy się pogryzione i podrapane. Usiadłyśmy, opierając się o murek tworzący z uliczki ślepy zaułek. Mogło się wydawać, że już po wszystkim. Zdecydowana większość jaszczurek zdążyła się oddalić, jedynie jednostki nadal buszowały w okolicy, nie stanowiąc jednak dużego zagrożenia. Dziewczynka cały czas drżała ze stresu, może z zimna, bo powietrze momentalnie się odchodziło. Objęłam ją. Oparła swoją głowę o moje ramię. Przestała drżeć i zamknęła oczy, oddając się w całości błogiej ciszy, która zapanowała w mieście.
– Będziesz moją mamą? – wyszeptała, jakby to, co powiedziała, było dla niej niezwykle ważne. – Mam na imię Judith.
Zamurowało mnie. Mam być mamą? Ja? Przecież nic nie wiem o macierzyństwie. Nigdy nie miałam do czynienia ze szczeniętami, w dodatku ludzkimi. Doskonale wiedziałam, że nie nadaję się na mamę, ale nie miałam serca, żeby powiedzieć o tym dziewczynce, która patrzyła na mnie z nadzieją, czekając na odpowiedź.
– Chciałabym, ale... – zaczęłam, jednak nie dane mi było dokończyć. Rzuciła się na mnie z taką siłą, jakiej nigdy nie spodziewałabym się po małym chucherku.
– Dziękuję, mamusiu – powiedziała i pocałowała mnie w policzek.
Miałam świadomość tego, że przypadkowo wzięłam na swoje barki ogromną odpowiedzialność i przed samą sobą nie musiałam ukrywać przerażenia. Z drugiej strony, gdyby Judith mi nie przerwała, straciłaby szansę na posiadanie rodziny. Tak samo, jak ja. Tego, co przeżywałam po odtrąceniu przez rodziców, nie życzyłam i wciąż nie życzę absolutnie nikomu. Zwłaszcza że ta mała ciemnowłosa istotka prawdopodobnie już raz przeżyła coś podobnego. Nie pytałam, co stało się z jej rodzicami, bo z własnego doświadczenia wiedziałam, jak bardzo bolesne wspomnienia przywoływał ten temat. Na samym początku nie przypuszczałam, że Judith w jakimś stopniu przypomina mnie.
– To, co teraz robimy, mamo? – zapytała radośnie, ciągnąc mnie za rękę i zachęcając do tego, bym wstała.
– Najpierw chciałabym się przebrać z tego cholerstwa – mruknęłam, wskazując na sukienkę baletnicy. – Zaczekaj tu na mnie.
Judith posłusznie siedziała przy murku, natomiast ja wyszłam z uliczki i rozejrzałam się. Tak, jak przeczuwałam, po drugiej stronie placu leżała kobieta. Oddychała, ale straciła przytomność, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że ludzie są słabi. Upewniłam się, że Judith nie patrzy. Nie chciałam, żeby moja córka widziała we mnie złodziejkę albo, co gorsza, nabrała ode mnie złych nawyków. Trochę zajęło mi zdjęcie sukienki z nieprzytomnej kobiety i ubranie jej na siebie, ale z końcowego efektu byłam niesamowicie zadowolona. Zawołałam Judith, która wystrzeliła z uliczki jak z procy. Niesamowite, ile w tym dziecku było energii.
– Ala ma kota – powiedziała to takim tonem, jakby uprzednio bardzo dobrze to przemyślała. – Też chciałabym mieć kota.
– Dobrze, znajdziemy ci kota.
Może jako matka powinnam być bardziej stanowcza? Może popełniam błąd, zgadzając się bez wahania? Poza tym, skąd ja jej go wytrzasnę? Nie mam pojęcia, gdzie żyją koty. Nic nie wiem o kotach, a właśnie zgodziłam się na posiadanie takowego.
Ni to skrzeczenie, ni to piszczenie. Z dźwiękiem tym miałam okazję zaznajomić się przed chwilą i, prawdę mówiąc, miałam nadzieję, że już nigdy więcej go nie usłyszę. Judith też go rozpoznała. Jej maleńkie usteczka zaczęły drżeć, jakby zaraz miała się rozpłakać.
Zza rogu wyłoniła się jeszcze jedna jaszczurka, która swoim rozmiarem bardzo odbiegała od reszty. O ile jej poprzednicy byli wielkości dłoni, ona sięgała dorosłemu człowiekowi do kolan. Zamachnęła się na nas swoim małym sztyletem i wyszczerzyła zęby, jakby chciała nam powiedzieć, że to właśnie my będziemy jej następnymi ofiarami.
– Uciekaj – syknęłam do Judith, która objęła mnie w pasie i nie zamierzała puścić.
– Mamo – pisnęła tylko, a później pobiegła w stronę tego samego ślepego zaułku, w którym chowałyśmy się przed plagą. Najgorszy możliwy błąd. Nie będzie miała żadnej drogi ucieczki.
Chwiejnie stałam na nogach. Złapałam pierwszy lepszy patyk, który znajdował się tuż przy mojej stopie, dając jaszczurce do zrozumienia, że będę się bronić. Gad wydał z siebie taki dźwięk, jakby naśmiewał się z mojej broni i z tego, że jako z natury czworonożne zwierzę radzi sobie lepiej ode mnie z poruszaniem się na dwóch nogach. Cóż, może i człowiekiem jestem kiepskim, ale lisem i wojownikiem na pewno nie. Nie spuszczając przeciwnika z oka (Cennecie, nigdy nie przypuszczałam, że będę walczyć z wyrośniętą jaszczurką), oparłam ręce o ziemię. Obniżyłam tyłek tak, aby był na równej linii z plecami i zgięłam nogi w kolanach. Patyk chwyciłam zębami. Dla tych, którzy mieli okazję oglądać tę scenę z okien swoich domów, zapewne to wszystko wyglądało bardzo zabawnie. Dla mnie wprost przeciwnie.
Jaszczurka, ku mojemu zadowoleniu, nie była mistrzem we władaniu sztyletem. Nigdy nie posługiwałam się patykiem jako bronią (w gwoli ścisłości, nigdy nie posługiwałam się żadną bronią, nie licząc zębów i pazurów) i na wyczucie blokowałam ciosy przeciwnika. Krwawiłam, ale dodawało mi to więcej sił i sprawiało, że byłam bardziej zdeterminowana.
W mojej głowie pojawiła się pewna myśl. Magia. Cholera, dlaczego ja o tym nie pomyślałam wcześniej? Dlaczego nikt o tym nie pomyślał? Cofnęłam się szybko i otworzyłam szeroko usta. Patyk wypadł i potoczył się gdzieś w bok. Próbowałam krzyknąć tak głośno, żeby zniszczyć jaszczurkę, rozerwać ją na kilka kawałków, ale nie mogłam wydać z siebie żadnego dźwięku. Zdezorientowana, przez chwilę odwróciłam uwagę od przeciwnika i wtedy poczułam, jak ostrze zagłębia się w moje ramię niczym w gąbkę. Pisnęłam z bólu.
Z domów zaczęli wybiegać ludzie, który dzierżyli w dłoniach wszystko, co mieli w zanadrzu – noże kuchenne, kije od miotły, patyki albo patelnie. Miałam nadzieję, że gad się wycofa. Lecz jaszczurka-morderca nie dawała za wygraną. Ciachała sztyletem, nie patrząc gdzie, jakby dostała szału i nie kontrolowała swoich ruchów. Kręciła się niczym Diabeł Tasmański. Starałam się wyczuć ten jedyny odpowiedni moment, a kiedy nadszedł i jaszczurka przestała wirować jak oszalała, odbiłam się tylnymi nogami, chwyciłam ją za głowę i razem przekoziołkowaliśmy kilka metrów dalej. Gad przez chwilę był lekko oszołomiony, co wykorzystała ludność, tłukąc go tym, co trzymali w rękach.
Podniosłam się. Głowa pulsowała mi z bólu, w dodatku czułam, że w wielu miejscach mam pozdzieraną skórę. Rany od noża i otarć piekły, krew ciurkiem ciekła mi po ramieniu i ręce. Patrzyłam z wdzięcznością na tych ludzi, którzy cały czas katowali już nieżywą jaszczurkę. Livin' la vida loca.
– Obiecałaś mi kota – przypomniała Judith tuż po tym, jak szybko ulotniłyśmy się z miasta, uprzednio kradnąc kilka bandaży. Nadal zadziwiała mnie swoją szczerością.
– Co byś zrobiła, gdybym złamała obietnicę?
– Obietnic się nie łamie, mogłaś nie obiecywać – odpowiedziała rezolutnie i tak poważnym tonem, że nie mogłam powstrzymać się od delikatnego uśmiechu.
– Skoro jesteś taka mądra, to powiedz mi, gdzie możemy znaleźć kota.
– Kota się nie znajduje. Kota się bierze od ludzi, którzy już go mają.
– A więc, gdzie znajdziemy takich ludzi?
– Trzeba zapytać.
Zaczepiałyśmy przypadkowych przechodni i nie dziwiłam się temu, że nie byli zbyt rozmowni. Z Judith tworzyłyśmy dziwny, może trochę przerażający duet – posiniaczona kobieta z zaschniętą krwią i raną ciętą na ramieniu poruszająca się niczym zombie oraz mała dziewczynka. Dopiero bardzo miły pan w dużym, żółtym kapeluszu zdradził nam, że miejscowy magik to osoba, której szukamy. Podobno niedaleko jego domu kręci się dużo kotów. W zamian za oklaski dodał jeszcze, że magik za drobną opłatę mógłby wyleczyć moje rany.
Chatki magika miałyśmy szukać na obrzeżach miasta, toteż szłyśmy tam, gdzie zabudowania zaczęły ustępować miejsca drzewom i krzewom. Krajobraz zdecydowanie się zmienił i w niczym nie przypominał zaludnionego, hałaśliwego miasteczka. Poczułam się jak w domu. Tęskniłam za terenami Cieni, za zatoką, za bratem i za ciałem lisa. Mimo wszystko bałam się, co będzie z Judith, jeśli powrócę do mojej poprzedniej formy.
– Popatrz – powiedziała dziewczynka i pociągnęła mnie za rękę – tam na drzewie. To kot?
Z gałęzi zwisało coś, co faktycznie mogło przypominać kota temu, kto miał problemy ze wzrokiem. Różniło się wielkością ciała, jak i uszu, a otulone było płatami skóry.
– Może lepiej chodźmy do magika – zasugerowałam. – Da nam ładniejszego kotka.
– A co, jeśli nie da? Weźmy tego, proszę! Jest tam taki samotny, pewnie chciałby mieć właściciela – powiedziała rozpaczliwym głosem, a jej wargi znowu zaczęły drżeć, co alarmowało, że zaraz wybuchnie płaczem. Dzieci to cholerni manipulatorzy. – Mamo, proszę!
– Nawet jakbyśmy chciały, nie dosięgniemy go. – Rozłożyłam ręce na znak bezradności. – Musimy iść dalej.
– Ja dam radę – powiedziała. Była zbyt pewna siebie.
Z niedowierzaniem patrzyłam, jak ta mała bestia wspina się po gałęziach. Robiła to z taką łatwością, jakby przez całe życie nie zajmowała się niczym innym niż chodzenie po drzewach. Miała go już prawie na wyciągnięcie ręki. Domniemany kot nagle wydał z siebie głośny wrzask i zaczął kląć jak szewc, który właśnie uderzył małym palcem o szafkę. A może to ze mną jest coś nie tak, dlatego w zwykłym pisku zwierzęcia udało mi się usłyszeć przekleństwa?
Judith niebezpiecznie zachwiała się na gałęzi, a moje serce zatrzymało się na chwilę. Cokolwiek to było, chyba nie spodobała mu się obecność dziewczynki. Wtedy rozłożyło skrzydła, zawyło jak pani Wiesia spod czwórki, gdy ktoś dobiera się do jej szarlotki i wzbiło się w powietrze.
– Złaź już, bo doprowadzisz mnie do zawału – zawołałam do Judith, która siedziała z otwartą buzią na gałęzi i wpatrywała się w odlatujące zwierzę. Zeszła wyraźnie niepocieszona. – Miałam rację – powiedziałam i uśmiechnęłam się tryumfalnie, a ona chcąc nie chcąc musiała się ze mną zgodzić.
Chatka magika znajdowała się niedaleko od miejsca, w którym miałyśmy okazję zobaczyć naszego pseudo kota. Delikatnie zapukałam do drewnianych drzwi, a kiedy się otworzyły, moje wyobrażenia o miejscowym magiku legły w gruzach. W dobrym tych słów znaczeniu, bo mężczyzna nie był brodatym staruszkiem z garbem na plecach, ale przystojnym blondynem.
– Kogo szukacie? – zapytał. Miał niski, miły dla ucha głos.
– Jeśli jesteś miejscowym magikiem, to właśnie ciebie – powiedziałam i zaśmiałam się gorzko. Splotłam palce u rąk. Niebiosa, czy on na każdą tak działał?
– Wejdźcie. – Uśmiechnął się i zaprosił nas gestem do środka. – Jestem Colin.
Siedzieliśmy w salonie, popijając herbatkę ziołową. Judith niepewnie rozglądała się po niedużym, skromnie urządzonym pomieszczeniu. Przypominała mi dzikie zwierzę, ciągle czujne i nieufne, ale jedzące z ręki podczas wielkiego głodu. To nie pasowało do ogólnego obrazu dziecka, które otwierało drzwi albo chętnie brało cukierki od nieznajomych cioci, wujków bądź przyjaciół rodziców. Nazwanie Judith stereotypowym dzieckiem byłoby kłamstwem, bo mimo jej wielu cech odpowiadających typowemu szczeniakowi, miała w sobie coś innego, przyciągającego do niej niczym magnes.
– Więc szukałyście mnie. – Niezręczna cisza została przerwana jak pstryknięcie palcem.
– Tak – odpowiedziałam, doskonale świadoma tego, że jeśli za cel naszego przybycia wybiorę kota, wyjdę na skończoną idiotkę. – Podobno potrafisz leczyć rany. A przy okazji, może... masz kota?
Nerwowo zacisnęłam palce w pięści. Czekałam na wyśmianie mnie i zwyzywanie od świrów.
– Kota? Nie mam, ale kręci się tutaj kilka bezpańskich – rzekł z takim spokojem, jakby odpowiadał na zupełnie normalne pytanie, na co odetchnęłam z ulgą. – Jeśli chodzi o rany, potrafię zrobić tak. – Pstryknął palcami i jeden z moich siniaków zniknął. – Albo tak. – Klasnął w dłonie, a otarcie na plecach odeszło w niepamięć.
Widziałam, jak usta Judith mimowolnie się otwierają. To, co zrobił, zdecydowanie było niezwykłe. I w dodatku jest taki przystojny, a ja wyglądam, jakbym właśnie wydostała się z brzucha wieloryba.
– Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę z tego, iż ma to swoją cenę. – Przez chwilę miałam wrażenie, jakby mrugnął do mnie porozumiewawczo. Nie, przywidziało mi się, na pewno mi się przywidziało. – Mam dla was dwa zadania, w jednym młodsza panienka wyręczy starszą. Musisz – zwrócił się do Judith – posprzątać jedno pomieszczenie. Nic trudnego, prawda?
Skinęła głową, dyskretnie patrząc w moją stronę. Uśmiechnęłam się.
– A moje zadanie?
– Banalnie prosta odpowiedź.
Chciałam odpowiedzieć coś w stylu ,,mów za siebie", ale w porę ugryzłam się w język. Nie miałam zamiaru mówić na głos, że nie wiem, co miał na myśli. Skoro uznał to za proste, to zapewne takie było, a ja nie chciałam dawać mu kolejnego powodu, by uznał mnie za głupią.
– Podejrzewam, że nie macie gdzie spać.
Czyta mi w myślach?
– Niestety – mruknęłam – ale nie chcemy robić kłopotu.
– Żaden kłopot. Chciałbym tylko znać wasze imiona.
– To Judith, moja... córka. – Przy wymawianiu tego słowa towarzyszyło mi dziwne uczucie. – Ja jestem Ake.
– Ake – powtórzył. – Nie znam nikogo o takim imieniu.
– Ja też. To znaczy...
Kurwa. Zaśmiał się, a później uśmiechnął ciepło.
– Pokażę wam pokój, w którym będziecie mogły spać. – Podniósł się z miejsca i zaczekał, aż zrobimy to samo, a później wyszedł z pomieszczenia.
Dobrze zrobiłam, przystając na spędzenie nocy w domu obcego mężczyzny? Może to gwałciciel, morderca albo psychopata? Wykorzystuje swoją śliczną twarz i zwabia tutaj młode kobiety... Plask. Nie zauważyłam, kiedy się zatrzymał. Odbiłam się od jego pleców jak piłka i ledwo utrzymałam na nogach. Chwyciłam się za ramię, którym uderzyłam o jego ciało.
– Wszystko w porządku? – Położył swoją dłoń na moim zdrowym ramieniu. Popatrzyłam w te jego świdrujące oczy koloru fiołków i poczułam cholerny ból z tyłu głowy. Odwróciłam wzrok.
– Może i zderzenia z tobą są bardzo bolesne, ale niczego nie żałuję – wymamrotałam, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, co powiedziałam. Oblałam się rumieńcem, modląc się, żeby właśnie nastąpiło jakieś trzęsienie ziemi. Niestety, powierzchnia pod naszymi nogami nie chciała nawet drgnąć.
cdn
(2421 słów)
- - -
+ 1 816 PD (what the...)
- Pani Płot
Subskrybuj:
Posty (Atom)
