Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Krwawy pacjent" ❀. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Krwawy pacjent" ❀. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 września 2018

Od Karo (do Crystal) "Krwawy pacjent" cz.3

  Dalej gadałem z Crystal z grochówką na nogach.
- To o osiemnastej koło restauracji - powiedziałem.
- Oki to pa - odpowiedziała.
  Wyszedłem powoli ze szpitala, po czym skierowałem się do kawiarni na kawę. Gorąca kawa rozgrzewała moje usta. Kawiarenka ładna. Przeważał tu kolor biały z niebieskimi elementami. Gdy wypiłem kawę, po czym ruszyłem znaleźć coś do ubrania. Nie miałem nic ładnego. Spacerowałem między różnymi sklepami szukając tego jedynego. Wreszcie znalazłem "Pod Złotą Rzabą". Garnitury pierwsza klasa. Ceny trochę duże, ale warte swej ceny. Poprchedzałem się między półkami szukając odpowiedni garnitur. Wreszcie, któryś wybrałem. Czarna marynarka, biała koszula wraz z krawatem a do tego czarne spodnie. Wyszedłem ze sklepu, który obsługiwał jakiś cygan niewdzięczny. Miałem jeszcze sporo czasu. Spojrzałem do swojego woreczka z pieniędzmi. Środków mniej. Wokół mnie robiło się głośniej. Myślałem co jeszcze można kupić. Nic nie przyszło mi do głowy więc spacerowałem po ulicach miasta myśląc co mogę jeszcze zrobić dzisiejszego dnia. Spacerując tak czas mi szybko minął i miałem tylko pięć minut na dojście. Spóźniłem się tylko trzy minuty po drodze kupując wodę, bo się zmęczyłem. Przywitałem Crystal, po czym ruszyliśmy do restauracji. Usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy czytać menu. Byłem tu kiedyś, ale wtedy nie było takich cen sześćdziesiąt za kaczkę to przesada. Dania były przeróżne. Od pieczonej gęsi z puure po pieczeń z wieprzowiny. Zastanawiałem się, czy nie uciec, lecz dałem radę. Wybrałem jakiś stek na gorącym kamieniu. A Crystal wybierała pół godziny jak nie lepiej. Wreszcie złożyliśmy zamówienie. Tak jak mówiłem zamówiłem ten stek a Crystal krewetki. Nigdy nie jadłem krewetek. Do tego wzięliśmy jakieś wytrawne wino. Potem musieliśmy czekać prawie trzy walone godziny na jedzenie, którego i tak nie dojem. Ten czas spłynął na marudzeniu o długości przygotowania i na gadaniu z Crystal o wszystkim i o niczym. Wypiliśmy połowę wina, zanim jedzenie przyszło. W końcu jednak wreszcie dostaliśmy jedzenie. Miało przynajmniej jedną zaletę. Było tak dobre, że żałowałem jak się skończyło. Siedzieliśmy tam chyba z pięć dobrych godzin, aby wypić tę butelkę wina. Crystal miała wyjątkowo mocną głowę. Wyszliśmy z restauracji.
- Coś chyba było w tym jedzeniu - powiedziała cicho.
- To chodźmy do ciebie albo do mnie -zaproponowałem.
- Nie obchodzi mnie gdzie pójdziemy obyśmy w ogóle zaszli tam - oznajmiła dziewczyna.
  Wyszło na to, że poszliśmy do mnie. Dziewczyna usiadła na łóżko, po czym dosiadłem się z butelką whisky i dwoma szklankami.
Crystal?
---
196 PD
~Mimma

czwartek, 30 sierpnia 2018

[E] Od Crystal (do Karo) "Krwawy pacjent" cz. 2

Cholera.
Niemal potknęłam się o trupa.
Mężczyzna. Młody, dałabym mu na oko jakieś 20 lat. Leżał na plecach w kałuży błota zmieszanego z krwią. Niedobrze. I to bardzo.
Przybliżam się do niego i ostrożnie dotykam ramienia. Ciepłe. Albo nie żyje od niedawna, albo jakoś zdołał przeżyć. Może.
Odwracam go na plecach. Syczy cicho, ale pozwala się dotykać. Czyli jednak nie trup. Mimowolnie jęczę. Jeszcze bardziej niedobrze. Krew sączy się leniwie z sporej rany na brzuchu. Wzdrygam się i zaczynam desperacko przeszukiwać kieszenie swojego płaszcza.
Każdy medyk - no, prawie każdy medyk, który zdaje sobie sprawę z powagi swojej pracy - nosi przy sobie minizestaw ratunkowy. Akurat on miał szczęście, że należę do grona tych osób. Niezgrabnie wyciągam z kieszeni bandaż i gazę. Niewiele, ale może się przydać. Wolniutko opatruję kolesia, klnąc pod nosem na temat dziwnych wypadków dnia dzisiejszego. Dotykam jego rany nieco za mocno. Syczy ostro, wydaje z siebie cichy wrzask i wpija paznokcie w moje ramię.
- Mógłbyś odlepić tę rękę z mojego ramienia? - warczę z cichym tonem groźby. - Bo zostawię cię tutaj, żebyś się wykrwawił.
Grzecznie przestaje. Ręka wali o ziemię. Kończę opatrywanie i prostuję się z cichym trzaskiem pleców. Starzeję się. Dwadzieścia lat za pasem to zdecydowanie nie przelewki.
Dobra. Opatrzyłaś go. Co teraz? Hmm.. Włączam tryb intensywnego myślenia. Zaciągnąć gościa do osady? E, nie zdołam. Przerwę w połowie. A, racja.. Może trafię na kogoś. Czyli zaciągnąć.
 Pierwsza próba - porażka. Cholerni męźczyżni. Jeden z drugim umięśnieni jak sam Schwarzenegger, a jak przyjdzie co do czego, to za Indochiny nie sposób ich podnieść. Pff. *feminizm*
W końcu udaje mi się znaleźć w miarę wygodny sposób - łapię go pod ramionami i wytrwale ciągnę do tyłu. Kilka metrów wytrzymałam. Kolejne kilkanaście mnie zmęczyły. Po stu metrów chciałam tylko umrzeć.
- A panienka co tu robi? - słyszę jakiś głos zza pleców. Podskakuję z wrażenia i obracam się. Widzę ogorzałego gościa, żującego bliżej nieokreśloną żółtą łodygę. - Nie potrzebuje panienka pomocy?
- Znalazłam go niedaleko. Gdyby pan mógł zanieść go do szpitala.. - przybieram najbardziej niewinną, uroczą minkę Kota w Butach i modlę się, by wyraził zgodę.
- Może tak. Może. Ale panienka musi wiedzieć, że nie ma nic za darmo. - Wyszczerza zęby w pożółkłym uśmiechu. - Ma panienka coś w zamian?
Jeden niewielki złoty naszyjnik mniej zgodził się. Zarzucił gościa, tymczasowo nazwanego A.A, na ramiona jak wór zboża, po czym spokojnie poszedł dalej dróżką. Potruchtałam za nim radośnie.

*~*~*

Rozwalam się na stosunkowo niewygodnym fotelu i ziewam. A.A dalej się nie obudził. Nie, żeby coś, ale poświęciłam cenne dziesięć godzin mojego życia na asystowanie przy operacji kolesia, nie mówiąc już o wysiłku zmarnowanym na zaciągnięcie go tutaj. Aha. No, przewspaniale.
Do pokoju nagle wpada jakaś brązowowłosa, niska medyczka. Na oko ma niewiele więcej niż 16 lat. Swoimi buciorami, unurzanymi w bliżej nieokreślonej mazi, brudzi mi czyściutką podłogę. Zrywam się. No fajnie! Dopiero co tu posprzątałam, nawet pięć minut nie może być tu czysto! Jej wzrok rozbiega się, panicznie ogląda cały pokój, aż w końcu koncentruje się na mnie.
- Crystal, nareszcie cię znalazłam! - prawie krzyczy jednym tchem. - Już jest twój dyżur. Masz najpierw zająć się A.A i go nakarmić.. - sapie, jakby właśnie przebiegła spory kawał drogi. Przypominam sobie jej imię. Racja, jest nowa.
- Spokojnie, Elain - uśmiecham się, starając się jej nie zamordować. - W pięć minut nikt raczej nam na zawał nie padnie. Możesz już przebrać się i wrócić do domu. Ogarnę wszystko, nie musisz się martwić.
- Dzięki - odwzajemnia blado uśmiech. - Muszę już iść. Wytrzymasz?
- No jasne! - śmieję się radośnie. - No, idź już!
Odbieram posiłek od kucharki i drepczę w kierunku pokoju A.A. Dalej śpi. Hm, albo przedawkował środki usypiające, albo był naprawdę wyczerpany. Klapię na sienniku koło niego i zaczynam go karmić, nie opędzając się od dziwnych skojarzeń. Hm, może by warto wyłączyć czasem mózg? Na pierwszy kawałek pieczeni niemal się rzucił, o ile może to zrobić człowiek tkwiący w śpiączce. Przełyka szybko. Podaję kolejny kęs.
 Nagle mruga i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Rusza się, choć przypomina mi to bardziej niezgrabną próbę ucieczki. Zauważam, że tęczówki ma czerwone.
Istotnie się obudził.
Nieufnie lustruje mnie wzrokiem, jak ranne zwierzę, niepewne, czy ma ufać temu, kto je uratował. Posyłam mu przyjazny uśmiech numer 24. Sięga niepewnie do tacy z jedzeniem. Grzecznie stawiam ją mu na kolanach. Zaczyna powoli jeść. Obserwuję go w milczeniu. W końcu kończy i sięga do wiadra stojącego obok łóżka. Pije łapczywie, wreszcie odkłada wiadro.
- Dobrze się trzymasz. Jestem Crystal. - Uśmiecha się krzywo.
- Uwierz mi, wolałbym już umrzeć. Karo Yakuza.
Oglądam go i przybieram minę typu „nie wiem, czy przeżyjesz, więc na razie bądź cicho”.
- Dobra - opamiętuję się - muszę iść. Pa?
Wychodzę szybko, zanim zdąży zapytać, po cholerę idę tuż po tym, gdy się obudził. Elain patrzy na mnie z lekko przerażonymi oczami.
- Coś się stało? - pyta szybko.
- A.A się obudził. Popraw jego imię na Karo Yakuza i zapisz, proszę, ten fakt w rejestrze. Okej?
- Yy.. Okej? - kiwa głową i posyła mi blady uśmiech.

*~*~*

Przez większość czasu byłam zmuszona do opieki nad dzieciakiem zwanym powszechnie Karo Yakuzą. Usiłowałam wypytać go o to, kim był, jakim cudem stał się tak poważnie ranny i czemu ta rana goi się cholernie szybko, ale nie uzyskałam odpowiedzi. Przetrzepałam wszystkie możliwe dokumenty, jednak nie znalazłam żadnej wzmianki. Karo Yakuza pozostawał anonimem w każdym calu. Dziwne. Nawet bardzo dziwne.
Bywałam u niego codziennie z posiłkami i rolą opiekunki dziecięcej. Gość był ewidentnie stuknięty i/lub wyjątkowo mhrocznotajemniczy. Rozmawiałam z nim, właściwie bardziej z przymusu i chęci dowiedzenia się więcej, jednak niewiele zdziałałam.
W końcu, już prawie miesiąc po tym zdarzeniu, mógł wypisać się ze szpitala. Nie wiedziałam o tym wiele - tydzień temu przeniesiono go na inną salę i miałam z nim jedynie sporadyczny kontakt. Głównie dlatego zdziwiłam się, gdy wparadował mi przed twarz w ciasnym korytarzu, gdy akurat taszczyłam resztki gorącej zupy aka mój obiad.
- Karo? - styczę. Stoi jak wryty. Ślepy. I do tego głuchy. - Karo! Rusz się, do licha!
- Crystal? - Odwraca się - i zupełnie niechcący, jakże by inaczej - wali łokciem w moją twarz, co powoduje upuszczenie garnka z zupą gorącą jak Rzym za Nerona wprost na nasze stopy. Ja przezornie odskakuję pierwsza. On nie tego nie zauważa - i zawartość garnka ląduje na jego stopach. Au. Posyłam mu współczujące spojrzenie. Odskoczył i wydał z siebie coś na kształt stłumionego „gurwa matzsh”. Nie wydawał się być zadowolony. Syknął, wycierając buty i kląc jak popadnie. Po chwili zwraca wzrok ponownie w moją stronę.
- Crystal? Auu.. Skąd ty się, do licha, wzięłaś?
- Może ty mi najpierw odpowiedz - stwierdzam sucho. - Taszczę sobie obiad, a ty wpadasz mi przed nos i go rozlewasz. Masz mi coś do powiedzenia?
- Może i zderzenia z tobą są bardzo bolesne, ale niczego nie żałuję. - Wyszczerza zęby. Wspaniale. Nie będzie mnie taki mentalny pięciolatek podrywał. Pf.
- A zniszczone buty? Ich też nie żałujesz?
- Odkupię.
- Skaza na honorze?
- Od czegoś wynaleziono Perwol.
Wzdycham. No trudno. Trzeba zakończyć tę farsę. Otwierałam już usta, gdy Karo przerwał mi dość brutalnie.
- Wybacz, księżniczko, za me przewinienie - uśmiecha się czarująco. Bawi się w Księcia z Bajki? E, w sumie i tak jest słodki. Słodki jak obsmarkany pięciolatek. - Czy w zamian za to zgodziłabyś się zjeść ten stracony obiad w jakiejś restauracji? Powiedzmy.. W „Białym Jeleniu”? - „Biały Jeleń”? Unoszę brew sceptycznie z niewielką dozą podziwu. Jedna z najdroższych restauracji w Avfallen? Go na to stać? Hm, jego szansa właśnie wzrosła do jakichś dwudziestu procent.
Crystal, litości. Co wolisz, zupę czy dobry obiad w znanej restauracji?
Wolę swój honor.
Aha.
Serce mówiło „nie”. Mózg mówił „nie”. Resztka honoru też prostestowała.
- Tak - palę, zanim mój rozsądek zdoła ogarnąć, co właśnie zrobiłam.
- Dobra - uśmiecha się do mnie ponownie. - Ale najpierw zrób coś dla mnie. Jesteś mi to winna.
- Co?
- Zatańcz ze mną.  - Ta bardziej głupkowata część właśnie mnie zatarła ręce na myśl o wspólnych romansidłach i zaczęła mnie namawiać. Gdyby nie fakt, że w ogóle nie rozumiałam o czym ona mówiła, zapewne zatańczyłabym razem z nim.

Karp? Zwaliłam, wybacz mi. Robię jakieś bzdury dla PD XD
Crystal jest jak w tym memie XD

---
882 PD + 5 P
~Mimma, która nie wie czy dobrze wpisała

niedziela, 19 sierpnia 2018

[E] Od Karo do Crystal "Krwawy pacjent"

Położono gdzieś moje wpółmartwe ciało. Czułem tylko zmęczenie i chłód. Co jakiś czas przeszywał mnie niewyobrażalnie straszny ból. Byłem zbyt słaby. Z moich ust sączyła się ślina, której nie byłem w stanie powstrzymać. Z oczu lały się co jakiś czas słone łzy. Wreszcie mogłem otworzyć oczy. Byłem w chuj zmęczony. Błękitne sklepienie przeszył dziwny kształt krowy w kapeluszu. A może to Silver? Nie ważne. Słyszałem różne rozmowy medyków.
- Ala ma kota - powiedziała jedna z pielęgniarek do swojej przyjaciółki.
Ktoś do mnie podszedł. Podniósł mnie i położył tacę z jedzeniem na moich kolanach. Na talerzu leżał kawałek pieczeni, ziemniaki z sosem i kapusta kiszona. Nie widziałem jeszcze dobrze. Wziąłem kęs mięsa. Gdy zacząłem jeść, zęby bolały mnie bardziej, niż po tym, jak dostałem w ryj od agresywnego karła. Połknąłem mięso i od razu sięgnąłem po wiadro, które stało obok łóżka. Zapiłem ten nieprzyjemny smak wodą. To chyba jedyne, co mogłem pić. Odłożyłem jedzenie na bok.
- Dobrze się trzymasz - powiedziała jakaś dziewczyna. - Jestem Crystal.
- Uwierz wolałbym już umrzeć - odpowiedziałem jej. - I Karo Yakuza.
- Wrócę do ciebie jeszcze, ale na razie nie mogę gadać, pa - pożegnała się i poszła.
Objąłem wzrokiem całe pomieszczenie. Podłoga była cała w mojej krwi. Spojrzałem na mop stojący w kącie pokoju. Podniosłem się i stanąłem na ziemi. Jeśli można to nazwać staniem. Opierałem się o szafkę. Spojrzałem znów przez okno. Wydawało mi się, że wśród drzew dostrzegłem jednorożca. To przez te leki przeciwbólowe. W końcu dałem radę ustać na nogach. Podszedłem do mopa i zacząłem myć podłogę. Nie lubię gdy jest brudno. Nagle poczułem jakby ktoś ciął mój brzuch. Wstawanie nie było najlepszym pomysłem. Na szczęście w przeszłości używałem dużo leków i wiedziałem, jak wygląda strzykawka z lekiem przeciwbólowym. Doczołgałem się do szafki i wstrzyknąłem sobie całą dawkę. Podniosłem się ledwo i położyłem. Momentalnie zasnąłem. W trakcie mojego snu nagle ktoś wszedł z ogromnym trzaskiem do pokoju. Mężczyzna miał przy sobie butlę wody, którą postawił na szafce. Spojrzałem na podłogę. Była cała brudna, bo ten ciul nie wytarł butów! Dopiero co tu posprzątałem, nawet pięć minut nie może być tu czysto!
- Panie, jakbyś nie zauważył, pobrudziłeś mi podłogę! - krzyknąłem.
- Jesteś w szpitalu na ostrym dyżurze i masz teraz takie problemy? - zapytał spokojnie. Syknął, wycierając buty i kląc jak popadnie.
To syknięcie nie było normalne. Kolejny tydzień spędziłem na czytaniu książek i piciu dużej ilości wody. Co jakiś czas przychodziła do mnie Crystal i opowiadała, jaka moja operacja była trudna. Dowiedziałem się, że trwała ponad dziesięć godzin. Moja rana niezwykle szybko się goiła. Po następnym tygodniu, w którym robiłem to samo mogłem już wyjść. Dostałem parę dawek leków przeciwbólowych. Miałem już pójść, gdy nagle podeszła do mnie Crystal.

Crystal?

----566 PDOwca

piątek, 10 sierpnia 2018

Od Karo (do Crystal) "Krwawy pacjent"

  Dzień był zachmurzony. Była już 14:21, a ja już powoli zaczynałem wierzyć, że nikt nie przyjdzie. Ktoś wszedł, nie mówiąc ani słowa, położył pieniądze i małą kartkę z lokacją. Oparłem się o biurko chowając pieniądze do skrzyni na końcu pokoju. Po drodze zaczęło padać. Temperatura gwałtownie się zmniejszyła. Biegłem głównie po błocie, ale zdarzały się odcinki po mokrej ciemnozielonej trawie. Było naprawdę zimno, najwięcej dałbym z 9 stopni. Moje ubrania były już przemoczone, tak samo jak wszystko inne. Na ziemi spostrzegłem duże ślady psa albo wilka. Ślady naprawdę były duże, wielkości kopyta dorosłej klaczy. Nieopodal dalej ujrzałem rozszarpaną samice jelenia. Po tym ujrzałem las sosnowy. Wszedłem między drzewa upadając prawie przez kamień. Po chwili bezszelestnego "spaceru" zobaczyłem kolejne rozszarpane zwierzę. Wiedziałem, że jestem blisko. Idąc dalej ciał było coraz więcej, w dodatku świeżych ciał. Nagle poczułem, że ziemia pode mną była bardziej miękka. Ziemia zapadła się pode mną tak szybko, że nie zdołałem nawet zrozumieć co się dzieje. Nie wiedziałem co się dzieje. To był labirynt. Zostałem zwabiony w pułapkę. Powoli wyciągnąłem miecz z pochwy. Wolnym tępem zacząłem iść przed siebie. Nie trwało to długo ponieważ zobaczyłem pierwsze skrzyżowanie. W tym samym momencie zobaczyłem, że w lewo idą krwawe ślady psa. Każdy normalny człowiek poszedłby z dala od tego potwora, ale ja nie jestem normalny (to, że jestem normalny się tylko wydaje). Zwiększyłem swoje tępo. W końcu usłyszałem ciężkie dyszenie zwierzęcia. Poczułem w sobie coś w stylu instynktu, wiedziałem, że natychmiastowo muszę zejść z drogi tego, co leciało na mnie z tyłu. A był to jakiś szpikulec na grubym łańcuchu, bardzo grubym. Usłyszałem śmiech oraz kroki. Ktoś się do mnie cały czas zbliżał. W końcu zobaczyłem wysokiego na dwa metry mężczyznę. Miał umięśnione (bardzo) umięśnione ciało. Jego brązowe włosy do ramion były przemoknięte. Z drugiej strony też coś nadchodziło. Ten pies miał półtora metra i był cały czarny. 
- Wreszcie... Mogę walczyć! - krzyknąłem.
- Ha! Jestem Aiko Karuki. - gość odpowiedział niemal natychmiast.
  Chwycił swoją broń i cisnął nią we mnie. Zrobiłem szybki unik chwytając miecz. Próbowałem wbić w jego serce lecz chwycił go i odrzucił. Pies rzucił się na mnie lecz ja dałem mu tylko kopa w pysk. To niestety nie wystarczało, napierał cały czas. Wszystko, co zdołałem robić, to tylko unikać albo blokować ich ciosy. Szybko teleportowałem się nad psa. Dynamicznym ruchem wbiłem miecz w kark zwierzęcia. Można powiedzieć, że przybiłem go niemal do ziemi. Powoli wyciągnąłem miecz. Z wielką szybkością ruszyłem na wroga. Napierałem z każdej strony. Nie miał chwili wytchnienia. Jednak ten moment się szybko skończył. Wyczuł moment i zaatakował. Cisnął we mnie szpikulcem. Zdołałem zatrzymać broń lecz i tak wbiła się w mój brzuch. Krew prysnęła na podłogę. Zaćmiło mi się przed oczyma.
- Hinotama! - krzyknąłem i zionąłem ogniem.
  Kula była wielka. Ściany zaczynały pękać. Wskoczyłem w tą chmurę dymu która powstała. Ciąłem jego brzuch, twarz ręce po prostu wszystko. Następnie ruszyłem do ucieczki. Trochę pamiętałem drogę. W sumie nie była z byt trudna. Gdy wyszedłem, padłem na ziemię. Próbowałem dojść do domu. Moje ciało ociekało krwią. Deszcz nadal padał. Znałem te tereny. Blisko klanu. Prawie chodziłem na czworaka. Męczyłem się bardziej z każdą sekundą. Byłem już sam nie wiem gdzie. Może już na terenach ludzi. Nagle padłem. Nie wytrzymałem zmęczenia. Padłem na ziemię. Moja krew zmieszała się z błotem.   Zasnąłem, nie mogłem już wytrzymać. Pamiętam tylko to, że ktoś mnie niósł. To ostatnie co pamiętam.

Crystal?


- - -

+ 338 PD = 2 lvl
Pani Płot