Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Fajny kot czyli jak się NIE zapoznawać" ❀. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Fajny kot czyli jak się NIE zapoznawać" ❀. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 sierpnia 2018

Od Reyny (do Carisy) - "Fajny kot, czyli jak się NIE zapoznawać" cz.5

  - Konie nie gryzą. Chyba. Nie bój się - mówię niezbyt mądrze, wskazując tym samym Carisie, że może dotknąć Blackjacka. W przeciwieństwie do Pani Meow, Blackjack jest wyjątkowo spokojnym pupilem.
   Poklepuję hanowera przyjaźnie po szyi, a ten rży cicho, zezwalając na wszystkie pieszczoty ze strony przywódczyni. Zerkam na Carisę, by chwilę później odchrząknąć, wskazując na Blackjacka.
  - Bierzemy go. Czasami się przydaje - mamroczę, mierzwiąc rumakowi grzywę. Ten, jakby rozumiał moje słowa, odsuwa się, rżąc obrażony. Uśmiecham się na ten widok, ale nie reaguję w żaden sposób - jedynie patrzę ponownie w stronę przywódczyni, by zaraz ruszyć przed siebie powolnym krokiem. Bez chwili zawahania Blackjack rusza za mną, a ten jakże uroczy przemarsz kończy Carisa, która po chwili dorównuje mi kroku. Nie przerywam nudnej ciszy, uważnie przyglądając się otoczeniu, wsłuchując się w rytmiczny stukot kopyt Blackjacka, cichym oddechu White która stąpa obok mnie, melodyjnym śpiewie ptaków...
   ...i trzaskaniu gałęzi, rozlegającym się nieopodal w lesie otaczającym dom Carisy.
  - Cholera jasna - szepczę cicho, momentalnie przystając. 
   Życie wokół nas jakby zamiera - ptaki rozlatują się we wszystkie strony, przywódczyni wstrzymuje oddech, a Blackjack nadstawia uszu w pozycji bojowej. W krótkich odstępach czasu rozlega się jedynie powtarzający się trzask gałęzi, który wskazuje na jedno - nie jesteśmy tutaj sami.
   Powolnym krokiem kieruję się do Blackjacka, starając się nie wydawać żadnych szelestów. Wolną ręką sięgam do ekwipunku przy siodle swojego wierzchowca, chcąc dosięgnąć łuku. Przez chwilę nasłuchuję, starając się usłyszeć, gdzie mogą znajdować się moi potencjalni wrogowie. Stawiam na instynkt - napinam łuk, równocześnie naciągając cięciwę. Po wymierzeniu w cel, gdzie szelesty były najgłośniejsze, płynnie wypuszczam strzałę.
   Głośny pisk. Gwałtownie ruszam przed siebie, chcąc zobaczyć, czego dosięgła moja strzała. Tak jak myślałam, na ziemi leży na wpół martwe ciało wilka, który łapczywie nabiera powietrza w płuca, chcąc wydać z siebie ostatnie tchnienie. Strzała przebiła jego szyję na wylot, a krew powoli zabarwia jego śnieżnobiałe futro.
   Postanawiam oszczędzić mu cierpienia. Pochylam się nad zwierzęciem, dociskając jego wątłe ciało do ziemi, tak, aby unieruchomić jego pysk. Ostrożności nigdy za wiele - to na wszelki wypadek, gdyby jego agonia była tak naprawdę świetną grą aktorską, a on chciałby właśnie rzucić się na mnie z zębiskami.
   Z nieprzyjemnym trzaskiem skręcam mu kark, a jego martwe ciało upada na ziemię.
  - Carisa! - krzyczę, wzdrygając się nerwowo. - Mamy... gości.

Carisa?


----
+229 PD
~Maggie

wtorek, 24 lipca 2018

Od Carisy (do Reyny) "Fajny kot czyli jak się NIE zapoznawać" cz.4

  Pani Meow była tego dnia niesamowicie niegrzecznym kotem. Przecież była tak dobrze wychowana i nigdy wcześniej nie zdarzało się coś takiego. Carisa była wściekła, miała ochotę złapać Panią Meow i położyć ją do karnego legowiska, którego kotka nienawidziła.
  Przerażona przywódczyni pobiegła po apteczkę, którą trzymała w swoim domu tak na wszelki wypadek. Czarna kotka wszystkiemu przyglądała się z zaciekawieniem i nie wyglądała, jakby żałowała tego co zrobiła, a wręcz się cieszyła ze swoich czynów.
  Szukanie apteczki trwało dość długo, bo Carisa miała bardzo dużo różnych ciekawych rzeczy w domu i znalezienie apteczki, która nie była jej zbyt często potrzebna, było trudne. W końcu po kilku minutach przybiegła z apteczką i podała Reynie. Chyba zastępczyni nie spodziewała się tego, a Carisa sama nie wiedziała co robi. Przywódczyni wyglądała na przerażoną, natomiast ofiara Pani Meow spokojna, nad czym Carisa trochę się zastanawiała. Jedynym, co podobało się teraz Carisie był widok Reyny w jej różowej bluzie.
  Czarna kotka wpatrywała się w swoją właścicielkę, która patrzyła na Reynę i nie wiedziała co ma zrobić. Na szczęście starsza dziewczyna zajęła się sobą, więc Carisa nie musiała robić nic szczególnego. Było jej głupio przez Panią Meow, zazwyczaj ona była bardzo grzecznym kotkiem i cały dzień spała. Może po prostu nie polubiła Reyny i nie spodobało jej się to, że jest w jej domu? Pani Meow była według Carisy kocią królową, więc to był jej dom. Nie przywódczyni, a jej małej czarnej kuleczki.
  Po kilku minutach, które bardzo dłużyły się Carisie, Reyna skończyła. Przywódczyni odebrała od niej apteczkę i zaniosła ją na właściwe miejsce. W tym czasie niegrzeczna kotka wpatrywała się w poszkodowaną, jakby chciała zrobić to jeszcze raz. Reyna mruknęła coś pod nosem do kotki, a po chwili, nadal przejęta atakiem Carisa wróciła. Chciała wynagrodzić Reynie to, co się stało, ale nie ma tu różowej lodziarni wypiły już trochę za dużo herbaty. W głowie przywódczyni zrodził się ciekawy pomysł.
- Chodźmy na spacer - powiedziała.
  Reyna nie wyglądała na bardzo zadowoloną, ale nie odmówiła. Po tym ataku Pani Meow pewnie wolałaby jak najszybciej uciec z tego miejsca, a nie chodzić z właścicielką tego okropnego kotka, która może być równie zła jak on, na spacery. Według Carisy jednak to był dobry pomysł i stwierdziła, że to najlepsze rozwiązanie. Po prostu zapomnieć o tym wszystkim i iść na spacer. Taki spacer jest dobry na wszystko.
  Zastępczyni skinęła głową, a Carisa popatrzyła na Panią Meow. Chciała zabrać kotkę na spacer, ale po tym, co zrobiła, to chyba nie był najlepszy pomysł. Czarna kuleczka lubiła spacery, co jak na kota było dość dziwne. Pani Meow była bardzo grzecznym i przyjaznym kotem dla swojej właścicielki, więc przywódczyni była zaskoczona dzisiejszym zachowaniem kotki.
  Tak więc dziewczyny zostawiły Panią Meow, która patrzyła na Carisę tak, jakby mówiła "zabierz mnie ze sobą", w domu. Na wewnątrz stał koń Reyny, który nie wyglądał na zbyt zadowolonego. Musiał przecież tak długo czekać na swoją właścicielkę, która spokojnie piła sobie herbatkę, a później została zaatakowana przez tego krwiożerczego kota.
  Reyna podeszła do swojego konia i go pogłaskała. Przywódczyni patrzyła na to zwierzę i pomyślała, że jest śliczny i też chciałaby go pogłaskać. Oczywiście koty są ładniejsze i takie tam, bo to przecież koty, ale jednak koń też jej się spodobał. 
  Ciemnowłosa powoli do niego podeszła i ostrożnie dotknęła, nie myśląc nawet o tym, czy może to zrobić. Reyna popatrzyła na nią, ale również nic nie zrobiła. Przecież ten koń nie może być tak groźny jak Pani Meow! Przywódczyni na początku się trochę bała, bo nigdy nie głaskała takiego zwierzęcia. Najczęściej widywała koty, których trochę było w homo Klanie Wojowników, a Carisa, która kochała kotki i dla niej były one najpiękniejsze na świecie, często je dokarmiała. 

Reyna? ♥ Nie miałam pomysłu :C


----
+365 PD
~Maggie

sobota, 21 lipca 2018

Od Reyny (do Carisy) - "Fajny kot, czyli jak się NIE zapoznawać" cz.3

Śmieję się nerwowo, przyjmując od niższej dziewczyny różową bluzę. Cała ta sytuacja utwierdza mnie jedynie w przekonaniu, że koty to największe potwory, jakie istnieją na tym przeklętym świecie. Nie powstydziłabym się nawet określenia gorszych od wilków i lisów.
Czuję się nieswojo w pokoju przywódczyni. Cóż, z pewnością nie jest to miejsce takie, jakim go sobie wyobrażałam - tu wszędzie jest różowy w połączeniu z równie różowymi kocimi rzeczami, które przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Słysząc słowo przywódca wyobrażamy sobie poważną, opanowaną i władczą osobę, której myśli w większości skupiają się na dobru własnej drużyny. Niestety, jeśli definicja owego słowa faktycznie tak brzmi, Carisa była jego antonimem. Dziewczyna miała pełno swoich dziwności, których nie wstydziła się pokazywać przed innymi... Choćby ten cholerny różowy, który otaczał mnie zewsząd. Nie mówiąc już o jej hopla na punkcie kocich potworów.
Z zatracenia się we własnych myślach chwilowo wyrywa mnie Pani Meow, która w towarzystwie cichego pomrukiwania łasi się do moich nóg, zostawiając na spodniach kupkę sierści. Wzdycham cicho, trochę głośniej, niż chciałam, na co White zabiera kota spod moich nóg.
- Nie ma za co przepraszać - odzywam się w końcu, wystawiając dłoń, żeby niepewnie pogładzić czarną kocicę po łbie. - Noszenie tych różowych ciuszków będzie dla mnie czystą przyjemnością. - Może to zabrzmiało ciut zbyt chłodno. Ups.
Czekam, aż Carisa odwróci ode mnie wzrok, skupiając się na swojej kotce, po czym szybkim ruchem zdejmuję mokrą koszulkę, odruchowo rzucając ją gdzieś na podłogę. Chwilowo nie przejmuję się tym, że dziewczyna ukradkowo zerka na moją sylwetkę prezentującą się w samej bieliźnie, w myślach powtarzając schemat: założę, przeproszę, zwieję, jutro oddam i już nigdy tu nie wrócę.
Różowa bluza jest na mnie nieco za mała, ale staram się nie zwracać na to uwagi, rzucając Carisie przepraszające spojrzenie i starając się uśmiechnąć tak teatralnie szczerze i miło, jak tylko potrafię.
- Lepiej już pójdę, herbata była wyśmienita, dzięki za bluzę, jutro ją zwrócę - mówię na jednym wdechu, co zdradza moje zdenerwowanie. Czym ja się, do cholery jasnej, w ogóle denerwuję?
Carisa mruczy pod nosem tylko ciche mhm, nie zwracając nawet na mnie większej uwagi - jest zbyt zajęta mizianiem swojego kota, który ani na sekundę nie spuszcza ze mnie swoich jasnozielonych tęczówek.
Bez większego komitetu pożegnalnego wymijam przywódczynię, na do widzenia rzucając jej jeszcze krótkie cześć... Ale najwyraźniej nie jest dane mi opuścić tego przeklętego domu. Słyszę głośny syk, koci wrzask, zduszony okrzyk Carisy, a następnie widzę, jak po moim ramieniu powoli toczy się strużka krwi. Kot spada na cztery łapy u moich stóp, zostawiając swoją właścicielkę z pustymi ramionami, a ja jestem zbyt zszokowana, żeby nawet się poruszyć.
Dlaczego ten sierściuch musi mnie tak bardzo nienawidzić...? 
Wzdrygam się, powoli zaczynając czuć pieczenie, ale nie reaguję w żaden sposób, wiedząc, że to byłoby poniżej mojej godności. Zastępczyni przywódczyni zaprawiona w boju ma narzekać na ból spowodowany podrapaniem przez tą małą czarną kulę? 
Przewracam oczami, zerkając na Carisę, która gromi wzrokiem swoją kocicę wylizującą swoją łapę w najlepsze. Chyba nie będzie mi dane opuścić tego domu w szybkim czasie.
- Masz jakąś apteczkę? - pytam, przerywając ciszę.

Carisa?


----
+ 306 PD
~Maggie

piątek, 20 lipca 2018

Od Carisy (do Reyny) - "Fajny kot czyli jak się NIE zapoznawać" cz.2

  Carisa była zbyt zajęta wpatrywaniem się w swego ukochanego kota, by zwrócić uwagę na Reynę, która nie wiedziała co ma powiedzieć. Czarna kotka najwyraźniej nie była jednak zbyt zadowolona, wolała biegać i zwiedzać Avfallen. Pani Meow często uciekała z domu Carisy, jednak szybko wracała, lub ktoś ją przynosił do właścicielki. Tym razem było inaczej, bo to przywódczyni, zazwyczaj zbyt leniwa, by szukać swojej kotki, pobiegła za nią i zastała ją z Reyną. 
- Reyna, jak dobrze, że nie pozwoliłaś Pani Meow dalej uciekać! - przywódczyni wreszcie zwróciła uwagę na dziewczynę. - Co ja bym zrobiła bez Pani Meow…
  Reyna lekko się uśmiechnęła. Przez chwilę stały w ciszy, a Carisa wyglądała na zamyśloną. Przywódczyni po chwili spojrzała na Reynę i zapytała:
- Co powiesz na herbatkę?
  Na to Reyna uśmiechnęła się i kiwnęła głową. Carisa zawsze lubiła herbatę, nieważne jaką, ważne, że jest. W przeszłości często organizowała spotkania przy herbacie, ale z czasem przestała. Kierując się w stronę domu młodszej dziewczyny wraz ze zwierzętami, Carisa zadawała Reynie różne pytania, jakby prowadziła z nią wywiad. 
  Gdy w końcu były na miejscu, ciemnowłosa zaprosiła starszą koleżankę do środka i zaczęła przygotowywać herbatę. Koń Reyny został przed domem, z czego chyba nie był bardzo zadowolony.
  Dziewczyna mieszkała w małym domku, jednak nie przeszkadzało jej to. W domu było pełno zabawek czarnej kotki. 
  Po kilku minutach, które Carisie strasznie się dłużyły, herbata była gotowa do podania. Ciemnowłosa ostrożnie położyła kubek z jej specjalną herbatą przed Reyną i uśmiechnęła się. Zanim usiadła przy stole, przy którym siedziała starsza dziewczyna, podała ciasteczka, które wydawały się być normalne, ale w rzeczywistości było inaczej. Te niewinnie wyglądające ciastka były specjalnym przepisem Carisy, który zawsze podawała odwiedzającym jej mały domek. 
  Po przygotowaniu wszystkiego, dziewczyna usiadła naprzeciwko Reyny i uśmiechnęła się do niej. 
- Coś jeszcze podać? - zapytała, bo stwierdziła, że tak trzeba. 
  Reyna kiwnęła głową przecząco pijąc herbatę. W rozmowie ciągle przeszkadzała Pani Meow, która wciąż chciała się bawić lub pić herbatę razem z nimi. Przywódczyni postanowiła zrobić więcej herbaty. Nie trwało to zbyt długo, a w tym czasie Reyna bawiła się z Panią Meow. Po kilku minutach herbata była gotowa, a nowa znajoma Carisy siedziała już przy stole. Tym razem nie wszystko się udało, podając herbatę Reynie, Pani Meow wskoczyła na swoją właścicielkę, a ta upuściła kubek z herbatą. Obie dziewczyny były zaskoczone zachowaniem kota, który wręcz rzucił się na Carisę. 
- Pani Meow! - krzyknęła Carisa. - Co ty zrobiłaś?!
  Czarna kotka popatrzyła zaskoczona na nią swoimi wielkimi, zielonymi oczami. Reyna zachowała spokój i dalej siedziała przy stole wpatrując się w Carisę i jej kotkę i czekając na przeprosiny przywódczyni, na które musiała dość długo czekać. 
- Pani Meow, ty niewychowany kocie! To nie ja tak cię wychowałam, zachowuj się! - przywódczyni zamiast zająć się ofiarą ataku czarnej kotki, krzyczała na nią, co wyglądało dość zabawnie. - A teraz ładnie przeproś Reynę.
  To nie było coś, czego Reyna mogła się spodziewać, ale kotka nie chciała przepraszać. Ona nigdy nie była grzecznym kotem. Carisa westchnęła.
- Reyna, przepraszam Cię za tego kota, jest zły - popatrzyła na czarną kotkę. - Chodź ze mną.
  Zdziwiona dziewczyna ruszyła za przywódczynią i chyba się tego nie spodziewała, ale Carisa zaprowadziła ją do... swojego pokoju. Niewielki pokój młodej dziewczyny był w jej ulubionym kolorze - różowym, a w dodatku wszędzie były różne dodatki z kotami. 
  Carisa wyjęła z szafy bluzę, w tym samym kolorze, co jej pokój i podała Reynie. 
- Przepraszam jeszcze raz - mruknęła cicho.

Reyna? :3

----
+ 346 PD
~Maggie

czwartek, 19 lipca 2018

Od Reyny (do Carisy) - "Fajny kot, czyli jak się NIE zapoznawać"

  Słyszeliście kiedyś o podrywie na kasztana? Nie? I tak mam coś lepszego. Lepszego od podrywów na cholerne kasztany, opakowania po jogurtach i księżniczki na zamku. (Nie wnikajcie, co robię po godzinach). (Ja mówię serio, nie warto).
  Owa historia zaczyna się od kota, nie kasztana. Albo raczej kocicy, która wygląda jak futrzasty, czarny kasztan... O ile można porównać kota do kasztana. Ale jeśli tak, to kasztan na czterech łapach był adekwatnym określeniem do tego zwierzaka, które stanęło na mojej drodze.

  Blackjack parska, kiedy przyjaźnie poklepuję go po szyi. Rutynowo, mnie i mojego czterokopytnego pieszczocha czekają zwiady obozowiska Wojowników, po czym cały raport z podróży muszę zanieść Carisie, przywódczyni klanu. Ze szczególnością dbamy o to, aby pozostałe klany nie wdarły się na nasze tereny - choć jako ludzie posiadamy wiele silnych atutów, wobec sił ich pazurów i kłów jesteśmy niemal bezbronni.
  Przeciągam się w siodle, przymykając na chwilę oczy i wzdrygając się niemrawo. W Avfallen całkiem niedawno rozpoczęła się wiosna, a wraz z nią - ciągła zmienność pogody. Na czubek mojego nosa spada pojedyncza kropla, a zaraz po niej kilka kolejnych kropli, zwiastujących nadejście deszczu. Mruczę coś z niezadowoleniem pod nosem, nakierowując Blackjacka tak, aby skryć się pod pobliskim drzewem. (Tak, wiem, że jestem nierozważna. Możemy to przemilczeć?). Gałęzie chronią nas przed ulewą jedynie częściowo, ale to wystarczy, abyśmy mogli przeczekać moment na powrót słońca.
  Blackjack przestępuje, jakby nerwowo, ale nie przywiązuję do tego szczególnej uwagi, która skupia się na terenach Avfallen. Tereny obejmujące klany Cieni i Łowców są nienaruszone ręką mojej rasy, a klan Wojowników ciągle się rozrasta - jestem dumna z tego, że urodziłam się w owym klanie.
  Z rozmyślań wyrywa mnie głośne rżenie.
  A potem tracę grunt pod nogami.

  Z nieprzyjemnym pluskiem wpadam w błoto, a Blackjack szarżuje na bliżej niezidentyfikowany obiekt. Podnoszę się gwałtownie, starając nie zwracać uwagi na błoto pokrywające moje ubrania i ciało. Odgarniam niesforny kosmyk z twarzy, po czym dobywam łuk i celuję w coś, czego wystraszył się mój wierzchowiec. 
  Przerażenie skrzy się w moich oczach, kiedy w głowie mam scenariusz, że dopadł nas lisi, bądź wilczy zwiadowca. W ostatniej chwili jednak powstrzymuję się od strzału, widząc przed sobą niewielkiego, czarnego kota, który jeży sierść, gniewnie sycząc na mojego przestraszonego rumaka.
  Skupiam się na tym, aby uspokoić hanowera. Przejeżdżam opuszkami palców wzdłuż jego grzywy, zbliżając się do niego powoli, aż w końcu obejmuję jego szyję, gładząc uspokajająco po chrapach.
- Ćśś, Blackjack. To tylko kot, nie lis. Nie pozwolę mu zrobić Ci krzywdy - mówię cicho.
  Czy to naprawdę wierzchowiec bojowy?
  Zerkam na naszego kociego towarzysza, po czym kucam przy zwierzaku, czekając, aż się uspokoi. Wyciągam w jego stronę dłoń, a kiedy widzę, że zwierzak przestał stroszyć futro, zbieram się na odwagę i gładzę go delikatnie po głowie, na co kociak reaguje gardłowym mruczeniem.
  Moja dłoń wędruje do szyi kota, w cichej nadziei, że zobaczę podpowiedź od właściciela na jego obroży w wyjątkowo pedalskim kolorze różu. Do obroży przyczepiona jest przypinka, na której wygrawerowany jest drobnym druczkiem napis Pani Meow.
- Serio? Głupiej nazwać się nie dało? Co za kretyn daje tak na imię kotu? - prycham ze zniewagą, biorąc kocicę na ręce.
 Mam zamiar wsiąść z powrotem na Blackjacka, żeby wrócić do klanu i zapytać Wojowników o zgubę, moje plany przerywa jednak krzyk rozlegający się na całe Avfallen:
- PANI MEOW!
  Kojarzę ten głos. Bardzo dobrze zresztą. Odwracam się na pięcie, i kolejny raz w tym dniu nie zdążam zareagować, kiedy niespodziewanie ląduję w błocie.
  Wpada na mnie znajoma mi przywódczyni klanu, do którego przynależę, przewracając nas obie w kałużę błota. Carisa jednak zachowuje się, jakby w ogóle nie zwracała uwagi na moją obecność, chociaż siedzi mi w nogach, przytulając do siebie wystraszonego kota.
- Pani Meow, nie uciekaj już nigdy więcej, tak się martwiłam - mamrocze przywódczyni, przytulając pupila tak mocno, że mam wrażenie, że zaraz go udusi.
  Mój mózg rejestruje jednak tylko fakt, że przywódczyni właśnie siedzi na mnie okrakiem i jest cholernie blisko. Przecieram twarz dłońmi, żeby moja towarzyszka nie zauważyła, że na moją poliki wstąpiły wypieki. 
- Ooo, Reyna! - Choć nie odsuwam dłoni od twarzy, jestem niemal pewna, że dziewczyna właśnie się do mnie uśmiecha. Cholera jasna. - Już po patrolu? - pyta.
  Kiwam głową znacząco, zagryzając wargę w zdenerwowaniu.
  Na dłuższą chwilę zapada cisza. Czuję się podczas niej jeszcze bardziej niezręcznie, więc mam palące wrażenie, że muszę ją przerwać jak najszybciej.
- Uhm... Fajny kot. Taki... futrzasty. I ma fajne imię. Pomysłowe - mamroczę, choć tak cicho, że dziewczyna prawdopodobnie niewiele usłyszała.
  Blackjack gdzieś za mną rży cicho, jakby sam się ze mnie podśmiewał. Bo nie ma to jak dobre rozpoczęcie znajomości.

Carisa? ♥


----
+458 PD
~Maggie