Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Krwawa noc" ❀. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Krwawa noc" ❀. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 lipca 2018

Od Veru (do Yostradusa) "Krwawa Noc" cz.6

  Wadera była na siebie naprawdę zła. Nie powinna jeść przed nim. Przecież to on był ranny. Przecież nie wiedziała, czy karmiono go w niewoli. Przecież…
Przecież to myślenie nie ma sensu. Faktem jest, że zachowała się samolubnie. Powinna pomyśleć o towarzyszu, a nie chamsko pochłaniać ich… Jego pierwszą ofiarę. Ona nawet nie pomogła w łowach. Jak mogła…
Jej myśli ucichły, gdy tylko wyszli na polanę. Niepokój doszczętnie ogarnął jej ciało. Tu wcale nie było bezpiecznie. Byli odsłonięci z każdej możliwej strony. Jednak to nie to ją paraliżowało. Czuła, że nie powinno ich tu być. Miejsce, w którym się znaleźli, promieniowało niemą groźbą. Jednak gdy Yos wypatrzył wielkie gniazdo, jej przerażenie osiągnęło absolutne apogeum. Wielkie jajo pokryte łuskami spowodowało, że przygotowała się do biegu. A potężny ryk z daleka przekonał ją, że miała rację. Tu wcale nie było bezpiecznie.
 Spojrzał towarzyszowi głęboko w oczy. I choć nie trwało to nawet sekundy, to ten moment wystarczył by wymienić się jedyną myślą, która kołatała się w myślach i sercach każdego wilków. Musieli uciekać. Ściągani kolejny raz. Jednak tym razem nie wiedzieli kto czy też co ich ściga i jaki ma w tym cel. Łapy oderwały się od podłoża. Rozpoczął się paniczny i chaotyczny bieg w stronę skraju lasu. Basior biegł szybciej od wadery. Nawet nie zauważył, gdy samica obrała inny kierunek. Nie była to jednak nierozważna decyzja. Każdy jej aspekt był dokładnie przemyślany. Biegła równolegle do linii lasu. Wysokie trawy skutecznie ograniczały jej widoczność. Jednak była pewna. Nie przewidziało jej się. Nie mogło. Nie może ryzykować życia swego i towarzysza dla pomyłki. To musiała być prawda.
  Wypadła na zwęglony teren i zamarła. Tyle martwej zwierzyny w jednym miejscu. Do cholery widziała jedną ranną sarne, a nie spalone stado. Na jej ciało padł wielki cień. Zaczęła myśleć taktycznie w szalenie szybkim tempie. Nie da rady uciec z dorosłym osobnikiem. Martwe młode są niebezpiecznie daleko. Nie może jednak wrócić z niczym… głośny ryk wywołał u niej jeszcze większy stres. Decyzje podjęła błyskawicznie. W jej zębach znalazł się gruba, lecz nadal młoda istota. Kończyny równomiernie uderzały w podłoże. Zrobiło się gorąco. Dosłownie. Czuła jak jej krótki ogon zaczyna się tlić. Nie miała odwagi spojrzeć nad siebie. Nie chciała wiedzieć, co za chory psychol zmienił tak faunę i florę. Znając jej szczęście to to spojrzenie mogło ją kosztować życie. Trudno było zwolnić przeciwnika, którego nie mogła sobie wyobrazić. Próbowała na każdy znany jej sposób, jednak coraz bardziej się męczyła. Każdy kolejny jej krok był coraz bardziej chwiejny. Za dużo energii przeznaczyła na nieudolne próby spowolnienia potwora. Wreszcie dotarła do lasu. Wbiegając między pierwsze drzewa otulił ją zbyt wczesny spokój. Chciała zaprzestać podążania w przód błyskawicznie. Nie korygując prędkości, zaprzestała poruszania kończynami. Wpadła wprost na drzewo. Była poobijana, a jej futro na ogonie ucierpiało. Jedynym aspektem na plus była możliwość odwdzięczenia się Yosowi. Miała dla niego pożywienie. I…
  Pomiędzy drzewami rozległ się śmiech. Znów zniewoliła Śmierć. Znów powiedziała “nie dzisiaj”.

Yos? Tak, wiem, chujnia

----
+289 PD
~Maggie

sobota, 28 lipca 2018

Od Yostradusa (do Veru) "Krwawa Noc" cz.5

  Minęło parę dni, od kiedy wadera pomogła mi uciec z więzienia. Cały czas byliśmy poszukiwani i nie było ani chwili, żeby pomyśleć, chociażby o wyjściu z tej małej i niewygodnej nory. Byliśmy głodni i spragnieni. Od czasu wejścia do lasu praktycznie nic nie zjedliśmy. Jedyną dobrą wiadomością było to, że udało się bezpiecznie usunąć strzałę z mojej łapy. Gdyby nie Veru, pewnie nie miałbym w tym momencie łapy. Wadera zajęła się moją raną, chociaż warunki nie były zbyt sprzyjające. Na nasze nieszczęście nadszedł ten moment, że musieliśmy wyjść z nory, porozglądać się za jakimś pożywieniem. W pobliżu nadal byli ludzie przeszukujący las. Nie było to łatwe zadanie, żeby przeczmychnąć obok nich niezauważenie i w dodatku jeszcze coś upolować.
W te kilka dni zbliżyliśmy się do siebie.
- Hej, obudź się. - Szturchnąłem lekko Veru, która spała wtulona w moje miękkie i puszyste futro. Przynajmniej na coś się przydaje bycie puszystym. Było bardzo wcześnie. Słońce dopiero zaczęło muskać nas swoimi porannymi promieniami, które przedzierały się przez liście drzew.
  Wadera powoli otworzyła swoje oczy, po czym od razu się odsunęła. Nadal robiła zawstydzoną minę, kiedy tylko orientowała się, że wtula się w moje futro. Mnie to nie przeszkadzało, a zawsze, jak zasypiała, chwilę później i tak kończyła, wtulając się w miękką poduszkę. Mądre wilki miały rację, wadery nie zrozumiesz. Veru odwróciła ode mnie wzrok. Pewnie nie chciała, żebym widział jej zawstydzonej.
- Musimy iść coś upolować. - Oznajmiłem do siedzącej do mnie plecami waderze. Wysunąłem głowę z nory, by zobaczyć, czy nikogo nie ma w okolicy.
- Droga czysta, chodź. - Wyszedłem z nory, a Veru za mną, nie mówiąc ani słowa. Spojrzałem na nią zmartwiony.
- Coś Ci jest? - Podszedłem do niej bliżej i spojrzałem jej się w oczy.
- Nie, wszystko okej. - Zaczęła iść przed siebie. Przyłączyłem się do niej i poszliśmy w stronę głębszej części lasu. Po chwili nasłuchiwania, czy nikogo nie ma w pobliżu, z niedaleko leżących krzaków, dobiegał szelest. Przybliżyliśmy się powoli do nich i zobaczyliśmy soczyście wyglądającego królika. Wystarczył jeden sus i już miałem go w pysku. Podszedłem do Veru.
- To dla ciebie. Skosztuj. - Położyłem dosyć dużego i grubego królika pod jej łapy. Jej oczy skupiły się wyłącznie na nim, a ślinka zaczęła cieknąć jej po pysku.
- Naprawdę mogę? - Spojrzała się na mnie z uśmiechem na pyszczku. Sam byłem głodny, ale nie mogłem pozwolić, żebym ja był syty, a ona konała z głodu.
- Jasne, bierz. - Odwzajemniłem uśmiech, a Veru zagłębiła swoje kły w mięsie żywego przed chwilą zajęczaka. Przełykałem ślinę za każdym razem, kiedy wadera brała kęsa. Ten królik wyglądał tak przepysznie, że mi też ślinka ciekła. Odwróciłem się od tego widoku i wytarłem pysk, żeby wadera mogła najeść się do syta.
- Mmm. Dzięki, Yos. - Podeszła do mnie i oblizała się. Widać było, że polepszył jej się nastrój. Zaburczało mi w brzuchu. Lekko się zarumieniłem i chrząknąłem.
- Ekhem. Możemy już iść dalej? - Spojrzałem się na Veru, a ta z uśmiechem odpowiedziała
-Pewnie. - Ruszyliśmy przed siebie.
  Nie było słychać już odgłosów ludzi, zamiast nich było słychać jedynie stuk dzięciołów i odgłosy przeróżnych gatunków ptaków. Było tu tak … spokojnie. Mogło się wydawać, że to, co się działo niedawno to tylko złudzenie. Weszliśmy na polanę. Nigdy nie widziałem tak wielkiej przestrzeni. Trawa oraz rosnące pomiędzy nią kwiaty rozprześcierały się na całym horyzoncie. Można było pomyśleć, że się śni.
- Co to? - W oddali dostrzegłem jakiś stos ułożonych patyków, wyglądało to na jakby gniazdo. Podeszliśmy bliżej. Miałem rację, to było gniazdo.
- Ciekawe, co tu mieszka. - Zwróciłem uwagę na wielkość owego gniazda. Bez problemu zmieściłoby się w nim z 5 wilków. Przestraszyłem się myślą, co może tutaj zamieszkiwać.
- Zobacz. - Wadera wskazała na środek gniazda. - To wygląda jak jajo. - Rzeczywiście. Miało to kształt jaja, ale … było one pokryte czymś w rodzaju łusek. Nagle w oddali było słychać groźny ryk.

Veru? Nie miałem pomysłu, więc wyszło krótkie

----
+390 PD
~Maggie

środa, 25 lipca 2018

Od Veru (do Yostradusa) "Krwawa Noc" cz.4

  Beautiful silence
Wokół dwójki sylwetek roztaczała się absolutna cisza. Nie słyszeli niczego, choć wokół ciągle przebiegali ludzie, a ich oddechy głucho odbijały się od ścian małej nory.
  Beautiful pain
Z łapy basiora wciąż kapała krew. Wadera martwiła się o jego ranę bardziej niż on sam. Nie zdołała go uchronić. Mogło to oznaczać tragiczny koniec ich przygody. Jednak ten ból był potrzebny, świadczył o tym, że żyją.
  We're only human
Nie byli ludźmi fizycznie, jednak czuli tak samo jak oni.
  We're meant to dream
Również tak samo marzyli. Chcieli być bezpieczni… Chcieli być daleko stąd… Chcieli…
  Lost in a life full of mistakes
Popełniali je na każdym kroku. Działają impulsywnie niezależnie od konsekwencji. A te nigdy nie były pozytywne. Jednak to one tworzyły ich życie. Skomplikowane i pełne niewłaściwych wyborów. Ślepo zakochani w błędach.
  We do what feels right
Zabijamy, by ratować życie. Toczymy wojny, by zachować pokój. Tworzymy nowe ścieżki.
  Then fall with no grace
Tracimy najbliższych. Liczymy straty. Gubimy się na starych drogach.
  Chased by the sun
Dzień przynosił dla nich niebezpieczeństwo. Musieli zatracić się w mroku nocy. Ich serca oddały jej się bezgranicznie.
  Escaping flatlines
Puls nie musiał być równomierny. Liczyło się tylko to, że był. Bo ich serca wciąż pracowały. Linie ciągle były w ruchu.
  Dreams are a curse
W ich snach wszystko miało kolory. Mogli żyć jak chcieli… Mogli...
  Wake up you're alive
Ale teraz ich świat był czarny. Musieli wstać i się z tym pogodzić. Przecież nadal żyli.

  Oh slowly fading from the misery
Nie wiedziała co z sobą zrobić. Nie miała zamiaru budzić towarzysza. Wiedziała, że powinni się przemieszczać. Wiedziała, że powinien wypocząć. Wiedziała, że… tak naprawdę nie wiedziała nic. Była przecież bezwartościowa.
  I've accepted who I'm supposed to be
Chciała bronić wszystkich. Nie mogła obronić jednego. Wiedziała kim jest. Zupełnie nie spełniała oczekiwań. Pogodziła się z tym.
  I've accepted who I'm supposed to see
Niejednokrotnie widziała wilki, lisy czy ludzi. Nie zobaczyła jednak prawdziwej twarzy tego, kogo powinna. To zamierzała zmienić.
  Lady in the mirror
To nie mogła być ona, przecież nie lubiła się ze śmiercią. Kiedy stała się jej wysłannikiem?
  Oh everyday I'm getting a bit older
Jej myśli, zachowanie, słowa. Każdy aspekt zmieniał się nie do poznania. Swą łagodność mogła zostawić tylko dla jednej, śpiącej obok istoty.
  And every time I break I get stronger
Każda myśl o śmierci tworzyła rysę na jej sercu. One jednak tylko ją umacniały.
  Everyday it's getting a bit colder
Każdy moment zwłoki sprawiał, że trafili bezpieczeństwo. Nadchodzi zima. Zima ich żywota.
  When I grow closer
Każda, sekunda przybliża ją do spotkania z jej nemezis.
  To the devil on my shoulder
Której imię brzmiało...
  To the devil on my shoulder
Śmierć.

  Beautiful silence
Ptaki ćwierkały, a wiatr targał koronami drzew. To była ich cisza.
  Beautiful pain
Zduszone mruknięcie basiora uspokajało ją. Boli go więc żyje. Bogini jeszcze nie nadeszła.
  Beautiful People
Oni byli doskonali. Wspaniałe dwunożne istoty. To oni tworzyli najpiękniejsze zniszczenia.
  But we're all stained
Nasze czyny pogrążają nas samych. Sprawiają, że białe karty zapełniają się brudnymi kroplami.
  Lost in a life
Czego poszukują? Najpewniej miłości, spokoju czy boga… Najpierw jednak muszą odnaleźć siebie.
  Full of mistakes
Czeka ich życie pełne porażek.
  We do what feels right
Pilnują siebie nawzajem nie myśląc o sobie.
  Then we fall with no grace
Później istota, którą chcieli chronić poświęca zdrowie, by ratować ich.
  Imma sinner
Odbierają życia, nadzieję i miłość.
  Imma tainted sain
Mogli zajść wysoko, kończą na dnie.
  Imma savior
Podtrzymują swoje życia na powierzchni.
  Its all the same
Ich uczucia, myśli, nadzieje splatają się w jedno.
  Chased by the sun
Wciąż zniewoleni powieką dnia.
  Escaping flatlines
Nocą przemierzają niezmierzone tereny.
  Dreams are a curse
Poszukują spokoju.
  Wake up you're alive
Jak w amoku nie zauważają, że mając siebie, już go posiadają.

  We're all broken it's fate
Każdy z nich miał wady, jednak gdy je połączyli, stawali się niezniszczalni.
  It's the way that we're made
Niczym drewniane lalki idealnie pasujące w swoje objęcia.
  All the pieces are there
Ich skazy chowały się w sercach.
  They just aren't in their place
Były wymieszane i zabrudzone.
  So I struggle to stand
Aby iść dalej musieli znaleźć w sobie oparcie.
  But don't ask for a hand
Nie prosili o żadne wsparcie.
  My pride tells me no
Są przesiąknięci samowystarczalnością.
  You're better alone
Nie mają nikogo oprócz siebie.
  I'm uncomfortably numb
Nie interesuje ich nic poza życiem drugiego.
  As I stuff what I've found
Znaleźli spór, niedostatek, niepewność. Znaleźli siebie.
  And I start to shut down
Świat przestał dla nich istnieć.
  Freeze in front of a crowd
Społeczeństwu mogli przynieść straty.
  It's what I don't say
To nie była ich wina. Konsekwencje jednak powędrowały do nich.
  I don't love I don't hate
Obojętni na wszystko, co żyje.
  Closing my mouth and turning my face
Są niemi i ślepi na wszelkie bodźce.
  But it's no way to live to have nothing to give
Jednak nie mogli umrzeć. Musieli dbać o życie drugiego.
  Consuming the doubt
Czy na pewno są bezpieczni?
  Not letting them in
Już o tym nie myślą.
  But I'm not here to win
Nigdy nie będą bezpieczni.
  To survive but I'm already dead
Gdyż na końcu zawsze stoi śmierć.
  So I picked up my head
Więc podnoszą łby, patrzą na prost. Wtuleni w swoje futrzane ciała.

Łososiu? Przepraszam. Wiem to okropne
Jak ktoś chce tłumaczenie tekstu to podeśle.



----
+ 526 PD = lvl 2
~Maggie

wtorek, 24 lipca 2018

Od Yostradusa (do Veru) "Krwawa Noc" cz.3

  Po całej tej przygodzie usnąłem. Niewygoda miejsca, w jakim się aktualnie położyłem, nie pozwoliła mi jednak na długi odpoczynek. Obudziłem się po chwili przy jeszcze śpiącej waderze.
Spojrzałem na nią. Wyglądała tak niewinnie i spokojnie. Jedną z rzeczy, na które zwróciłem uwagę, był jej wyraz twarzy. Na jej małych usteczkach widniał grymas wskazujący na to, że nie było jej zbyt wygodnie w tym miejscu. Nie wiem, dlaczego, ale postanowiłem zrobić użytek z miękkości i puszystości mojego futra, kładąc się obok niej i pozwalając jej wtulić swój mały, ale za to słodki na swój sposób pyszczek. Pomyślałem, że polubi takie coś. Przypomniałem sobie jej lekki, ale za to szczery uśmiech, gdy wtulała się w futro na moich plecach, gdy niosłem ją do obozu.
  Od razu, gdy położyłem się obok, wadera jakby instynktownie wtuliła się w moją śnieżną, puchatą sierść. Niespodziewałem się, że tak bardzo się we mnie wtuli. Z zaskoczenia wydałem z siebie cichy pomruk. Na moje nieszczęście wadera zaczęła wtulać się mocniej w bezkreśnie miękkim futrze, przy czym wydałem z siebie głośniejsze mruknięcie, które najprawdopodobniej zbudziło śpiącą szarą królewnę. Na jej sierści można było zobaczyć parę kolorów szarości, dlatego postanowiłem nazywać ją szarą królewną. Na wpół wzbudzona wadera podniosła swoje głębokie jasnoniebieskie oczy i spojrzała na mnie. Ja szybko odwróciłem wzrok i udawałem, że śpię. Poczułem, że odsuwa się ode mnie. Po chwili zerknąłem, a ona ponownie zasnęła. Powoli wstałem i podszedłem do niej. Spała jak dziecko.
- Mam nadzieję, że nie będzie na mnie zła za to, że użyczyłem jej mojej „poduszki”. - Powiedziałem cicho do siebie i usiadłem nieopodal jej.
  Dwie godziny później wadera, której imienia jeszcze nie poznałem, wzbudziła się.
Nie mówiąc nic, zawiesiłem mój wzrok na niej całej. Ona także zaczęła wpatrywać się we mnie. Nadal byłem zauroczony jej wzrokiem. Nie mogłem się na nią napatrzeć. Moment ten jednak przerwało pojawienie się Silvera przy wejściu. Wstałem, żeby powitać Alfę. Poraniona wadera także próbowała, lecz stan jej zdrowia nadal na to nie pozwalał. Jej łapy były zbyt poranione, żeby mogła chodzić. Spirit postanowił wysłuchać raportu już teraz. Chciałem powiedzieć, że na razie wadera powinna mieć spokój i odpoczywać, ale ten podszedł do niej i kazał zdać raport.
  Zaczęła mówić. W jej głosie można było wyczuć zażenowanie. Gdy skończyła, spuściła głowę w stronę ziemi. Silver szybko po tym wyszedł, jedynie podając nieznajomej moje imię.
  Znów zostaliśmy sami, tylko we dwoje. Nasze oczy znów się złączyły. Postanowiłem przerwać tę niezręczną ciszę, więc podszedłem do wadery. Z bliska jej oczy lśniły jeszcze piękniej. Niestety wraz ze zmniejszającą się między nami odległością rósł w jej oczach strach, ale było coś w nich jeszcze innego, jakby... nie mogła ode mnie oderwać wzroku. Nie wiedziałem wtedy, z jakiego powodu i czego się bała. Dosiadłem się obok niej.
- Hej. - Uśmiechnąłem się szeroko, nadal wpatrując się w jej niebiańskie oczy. - Czy mógłbym poznać twe imię? - Nie wyglądała na taką, z którą można było gadać godzinami.
- Jestem … Veru. - Jej oddech zaczął być nierównomierny. - Dziękuję za ratunek, gdyby nie ty, najpewniej nigdy już bym tu nie wróciła. - Podniosła głowę. Jej oczy hipnotyzowały mnie coraz bardziej. Nie zwróciłem uwagi, że nasze twarze znalazły się naprawdę blisko. Veru widocznie tego też nie zauważyła.
- Nie ma sprawy. Nie mogłem Cię zostawić tam samej. - Nasze pyszczki były coraz bliżej i pewnie by się złączyły, gdyby nie powrócił Silver.
- Wybacz, że przeszkadzam, ale muszę zabrać twojego księcia z bajki. - Spojrzał na nas z lekkim uśmiechem, lecz jego wyraz twarzy szybko spoważniał.
- Yos, chodź za mną. - Wyszliśmy z budynku, a przed wyjściem z niego czekało paru ludzi.
- Co to ma znaczyć, Silver? - Spojrzałem na alfę cały zdenerwowany.
- Posłuchaj mnie. Ja też kiedyś byłem zakochany i wiem, jak to jest chcieć obronić ukochaną Ci osobę, ale zrozum, że każde czyny mają swoje konsekwencje. To jest jedna z nich. - Jednym ruchem głowy przywołał do siebie dwóch strażników, którzy założyli na mnie kajdany, dzięki którym nie mogłem używać mocy.
- Wybacz mi, ale nie miałem innego wyjścia. Kolejna wojna wisi na włosku. Oni przyszli tutaj, żeby wymierzyć sprawiedliwość za morderstwo dwóch ich ludzi. - Spojrzał na mnie współczującym wzrokiem. Wiedziałem, że ten czas nadejdzie. Byłem pewien, że to, co stało się w lesie, nie obejdzie się bez echa. Jedyne, czego żałowałem to tego, że poznałem jedynie jej imię. Chciałem poznać ją bardziej i pobyć z nią dłużej. Podróż do obozu była długa i męcząca. W końcu udało nam się dotrzeć do celu. Gdy weszliśmy w głąb obozu, wszystkie ślepia kierowały się w moją stronę. Na szczęście, a może i nieszczęście droga nie była długa i dosyć szybko stanęliśmy nad murami wielkiego więzienia. Szara betonowa ściana rozciągała się na niezliczoną odległość.
  Staliśmy przed wielkimi bramami, które po chwili otworzyły się i weszliśmy do środka.
Całe miejsce otaczała szarość. Ten kolor przypominał mi Veru. Strażnicy wprowadzili mnie do celi. Ku mojemu zdziwieniu w kącie pomieszczenia stała buda z obok położoną miską. Odwróciłem się i zobaczyłem na twarzach strażników chamskie uśmiechy i chichoty.
- Traktują mnie jak jakiegoś kundla! Gdyby nie te łańcuchy! - Uderzyłem z impetem o ziemię kajdanami. Jedyne, co mi po tym przyszło to ból w łapie. Musiałem to wytrzymać. Miałem cały czas nadzieję, że jednak ktoś mnie stąd wyciągnie.
~~Tydzień Później~~
  Zaczynałem tracić nadzieję na jakąkolwiek szansę wyjścia z tego okropnego miejsca. Jedzenie, które dawali, było przeterminowane, a woda robiła się zielona. Nie miałem już pomału sił. Tak bardzo optymistyczny wilk, jak ja myślał o skończeniu ze sobą. Gdy rozmyślałem o tym, co się ze mną stanie usłyszałem cichy krzyk, dochodzący spod mojej celi. Podszedłem do krat, żeby dowiedzieć się, co się stało. Nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Przed celą stała ona, Veru.
Odetchnąłem z ulgą, widząc ją całą i zdrową, jednak i byłem także trochę zasmucony. Spojrzałem na jej zakrwawione łapy. Wiedziałem, że od tej chwili nie będzie odwrotu.
- Wiesz, w co się pakujesz? - Zwróciłem wzrok w jej nieskazitelnie czyste oczy.
- Teraz moja pora, na spłacenie długu. - Wyjęła z kieszeni leżącego w kałuży krwi strażnika klucz i zręcznie otworzyła zamek. Szybko wybiegłem z celi i powędrowałem za Veru.
- Główną bramą nie wyjdziemy, za dużo straży. - Zatrzymała się i zaczęła się zastanawiać nad drogą ucieczki. Podszedłem do niej i głową wskazałem na drzwi prowadzące na tyły więziennego budynku. Szybkim krokiem znaleźliśmy się za drzwiami. Jedyną przeszkodą był ogromny mur. Na szczęście znaleźliśmy schody prowadzące na samą górę. Owe schody pilnowało dwóch nie zdawających sobie sprawy z tego, że tu jesteśmy strażników. Spojrzeliśmy na siebie, po czym w sekundę leżeli już martwi. Uśmiechnąłem się do Veru, a ona odwzajemniła uśmiech.
Zdołaliśmy wejść na mur.
- Trzymaj się mnie. - Wskazałem łapą na moje plecy, a wadera szybko na nie wskoczyła. Nie mając innego wyjścia, skoczyłem z wysokości paru metrów wprost w głąb lasu, który otaczał więzienie.
  Alarm dobiegający z budynku zaczął mobilizować wszystkich ludzi w okolicy. Ruszyliśmy ile sił w nogach, jednak nie zdołaliśmy całkowicie uciec. Jeden z łuczników zdołał trafić mnie w łapę, zanim zniknęliśmy pośród drzew. Rana na szczęście nie była głęboka. Jedyne, co mogłem teraz zrobić, to spojrzeć Veru w oczy i uśmiechnąć się do niej szerokim uśmiechem.
Zaczęło się ściemniać, a my ciągle od czasu do czasu słyszeliśmy odgłosy ludzi przeszukujących las. Zauważyliśmy wejście do małej nory, gdzie ledwo się mieściliśmy.
- Nie boli cię? - Zapytała, wzrok wtapiając w strzałę w mojej lewej tylnej łapie.
- Oczywiście, że boli, ale takie coś nie może mnie zatrzymać. - Kolejny raz spojrzałem jej w oczy i uśmiechnąłem się. Wadera, najprawdopodobniej nie czując się najlepiej w takiej sytuacji, zamknęła oczy, a ja spróbowałem użyczyć jej mojego futra, żeby było wygodniej.

Carmel, pisałem to 4 godziny w nocy, pod koniec już lałem wodę. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.


----
+764 PD = lvl 2
~Maggie

poniedziałek, 23 lipca 2018

Od Veru (do Yostradusa) "Krwawa Noc" cz.2

  Organizm wadery nie pracował prawidłowo. Wszelkie impulsy docierały do jej mózgu z pewnym opóźnieniem. Wiedziała, że dopiero się obudziła. Wiedziała, że powinna czuć ból. Wiedziała, że zawiodła. Jednak nic nie widziała, nie czuła swych ran. Wszystko wydawało jej się odległe, a jednocześnie ściśle z nią związane. W miejscu tym ciemność, głuchość, a nawet strach były puste. Dryfowała w najprawdziwszej pustce. Ciało ogarnęły drgawki spowodowane dogłębnym przerażeniem. Czy tak właśnie wyglądała śmierć? Czy to dziś wreszcie staną twarzą w twarz?
Pierwszy impuls dociera.
Wadera czuje otaczającą ją miękkość. Śmierć nie może być tak przyjemna i miękka w dotyku. Zebrała resztki energii i podniosła powieki. Przed sobą widziała tylko biały kolor. Momentalnie drogą dedukcji doszła do wniosku, że czymkolwiek to jest, to właśnie to otula ją delikatnością. Niewiele myśląc, wtuliła w nią swój pysk, wcześniej zamykając oczy.
Drugi impuls zapukał do drzwi.
  Usłyszała stłumione przez otaczającą ją biel mruknięcie. Nie chciała opuszczać swej miękkiej poduszki, gdyż zdążyła się w nią wtulić bardziej. Jednak ponowne mruknięcie sprawiło, że podniosła swój łeb i na tyle ile pozwalało jej uszkodzone ciało odsunęła się. Zamarła. Właśnie jej miękka poduszka okazała się rosłym basiorem. Zakłopotana odsunęła się jeszcze trochę. Zasypiała zażenowana, lecz szczęśliwa, z przekonaniem, że wilk obok spał. Jednak przekonania bywają błędne... Gdy ponownie się obudziła, nie otaczała ją już miękkość. Śnieżnobiały przedstawiciel jej gatunku siedział niedaleko i bacznie ją obserwował. Jego bursztynowe oczy zniewoliły całą jej uwagę. Mózg zawiesił się w ich oliwkowych refleksach. Basior był potężny. Sumując to z wcześniejszą pomyłką, czuła się potrójnie osaczona. Nieznany, rosły wilk, który robił jej za poduszkę, właśnie wlepiał w nią swój narząd wzroku. Instynktownie skuliła się, tak jakby myślała, że uczyni to ją niewidzialną. Ale on nadal ją widział.
  Ten niezręczny dla niej moment przerwało pojawienie się Silvera. Wiedziała, że będzie oczekiwał raportu, lecz nie spodziewała się, że po niego przybędzie. Próbowała wstać, by oddać należyty mu szacunek, lecz poranione łapy sprawiły, że od razu upadła. Krótkim rozkazem nakazał jej pozostać na miejscu. Ból przyćmił jej umysł, a gdy wrócił do pełnej sprawności w okolicy pozostał tylko patrzący na nią z wyczekiwaniem Spirit. Nabrała powietrza w płuca i zaczęła snuć opowieść o swej misji.
-Gdy tylko otrzymałam rozkaz, wyruszyłam w drogę. Obrałam trasę okrężną, z dala od wydeptanych, głównych szlaków. W obozie, o którym wiedzieliśmy, nie było wielu ludzi. Ciągle jednak mówili o jakiejś zasadzce i o tym, że dowiedzą się co, cytując “kundle”, knują. Z informacji, które posiadałam, wyznaczyłam miejsce domniemanej zasadzki. Wyruszyłam więc zweryfikować dane. Na jednej z głównych ścieżek rozbili obóz- w tym miejscu przełknęła zebraną w pysku ślinę. Wstyd było jej przyznać, że nie dała sobie rady z dwójką słabych ludzi. - dla dwóch osób. Planowali porwać jednego z naszych i wydusić z niego wiedzę. Gdyby nie ten biały basior… Przepraszam. Zawiodłam. Postąpiłam jak największy amator.
  Przywódca skinieniem głowy nakazał przerwać potok słów. Odchodząc, rzucił tylko przez ramię;
-Ma na imię Yostradus, gdybyś zdecydowała się mu podziękować. 

Yos?

----
+290 PD
~Maggie

Od Yostradusa (do Veru) "Krwawa Noc"

 Tej nocy stałem na warcie przy głównym obozie Alfy. Myślałem, że to będzie kolejna spokojna noc, lecz byłem w błędzie. Nie sądziłem, że może spotkać mnie coś takiego. Gdy rozmyślałem, jakie plany ma Spirit na przyszłość naszego klanu, z zamyślenia wyrwał mnie odgłos strażnika skierowany w moją stronę.
- Yostradus, Alfa cię wzywa. - Powiedział do mnie, po czym odwrócił się i dodał – za mną. - Nie mając innego wyboru, poszedłem za dosyć dużych rozmiarów i groźnie wyglądającym wojownikiem. Gdy szedłem w głąb obozu, zacząłem się zastanawiać, czego Alfa mógłby chcieć ode mnie. Stanęliśmy przed wejściem do pokoju Alfy. Było słychać głośne i wyniosłe:
- Wejść. - W tym momencie przełknąłem ślinę. Weszliśmy do środka. Pokój nie był duży, był to raczej skromny, mały pokoik.
- A więc wezwałem Cię tutaj, gdyż mam dla ciebie robotę. Słyszałem, że bardzo dobrze orientujesz się w tutejszych lasach. - Spojrzał na mnie. Wyraz jego twarzy nie wskazywał na to, żeby to była przyjemna misja. - Wysłaliśmy jedną wojowniczkę na zwiady na drugi koniec lasu, gdzie doszły nas słuchy, że klan należący do ludzi rozbił obóz. - Wziął oddech i kontynuował. - I tutaj pojawia się problem. Powinna już dawno wrócić do naszego obozu, jednak nadal jej nie ma. Masz sprawdzić, co się z nią stało i jeśli to możliwe sprowadzić ją z powrotem. - Można było wyczuć w jego głosie, że martwił się o waderę nie tylko ze względu na informacje, jakie mogła posiadać, lecz także jako o członkinię klanu.
- Tak jest! - Wydałem z siebie donośny głos i zacząłem iść w stronę wyjścia.
- Uważaj na siebie. - Dodał jeszcze Silver, a ja zniknąłem za drzwiami.
Była pełnia, księżyc oświetlał mi drogę, świecąc nade mną na bezchmurnym niebie. Było cicho i spokojnie. Od czasu do czasu można było usłyszeć huczenie sów.
- Ludzie... - Na samą myśl o nich robiło mi się gorąco. Nie potrafiłem wybaczyć im tego, co zrobili.
Gdy byłem jeszcze małym szczeniakiem, ludzie najechali na nasz obóz. Gdy weszli do naszego domu, moi rodzice chcieli mnie obronić. Udało im się to zrobić, ale cena, którą za to zapłacili, była najwyższa z możliwych. Ludzie z zimną krwią zamordowali ich na moich oczach. Nie wiem, co się później z tymi ludźmi stało, ale ostatnie, co pamiętam to chłód, uczucie chłodu na całym moim ciele. Później straciłem przytomność i obudziłem się u nieznajomej mi rodziny. Wychowywali mnie przez krótki okres. Postanowiłem zostać wojownikiem, by chronić innych, oraz żeby nikt nie musiał przeżywać tego, co ja kiedyś.
  W czasie mojego rozmyślania coś poruszyło się w krzakach. Podszedłem, żeby to sprawdzić.
Oczom moim ukazała się poszukiwana przeze mnie wadera. Spojrzałem jej w oczy. Miała ona przepiękne, jasnoniebieskie oraz głębokie spojrzenie. Czułem, jakby przeszywała całe moje ciało. Jej biała, wręcz prawie śnieżna grzywa oczarowała mnie, a na jej grzbiecie widniał jakby płaszcz upleciony z szarości. Nie mogłem jednak podziwiać jej pięknej osobowości, gdyż zauważyłem, że jest mocno poraniona w łapy. Natychmiast schyliłem się do niej i próbowałem ją podnieść. Spojrzała na mnie jeszcze raz i powiedziała:
- To pułapka... - Przerwał jej kaszel spowodowany krwią w jej pysku. - zostaw mnie i uciekaj. - W jej oczach mogłem zobaczyć strach. Nie mogłem zostawić wadery samej w takim stanie. Poza tym nie wiedziałem jeszcze, co się jej stało.
- Nic nie mów, jesteś w okropnym stanie. Powiedziałem do niej, wciąż patrząc w jej głębokie oczy.
Wtedy usłyszałem obok dwie osoby. Wyłoniła się z cienia drzew dwójka … ludzi. Spojrzałem na ich śmiejące się twarze.
- Zobacz, kolejny wilczur przyszedł. Będziemy mieli podwójną stawkę, jak przyniesiemy szefowi dwa, prawda? - Widać było dokładnie szyderczy uśmiech na twarzy jednego z tych … potworów.
Zaczęło się we mnie gotować. Czułem, jak krew wrze w moich żyłach. Powietrze wokół nas zaczęło robić się coraz chłodniejsze, a moje oczy przyjęły barwę krwistych rubinów. Nie mogłem zapanować nad moimi mocami ze względu na emocje. Liście na pobliskich drzewach zaczęły kruszyć się z zimna. Przez krótką chwilę zamiast huczenia sów i odgłosów piszczenia w trawie słychać było tylko potworne krzyki ludzi. Po chwili nastała cisza. Usłyszeć można było teraz tylko odgłosy kropli krwi spadające z ich ciał nabytich na lodowe kolce na ziemię. Gdy uspokoiłem się, moje oczy wraz z temperaturą wokół nas wróciły do normy. Spojrzałem znów na waderę. Chciałem ją pocieszyć uśmiechem. W jej oczach nadal widać było strach. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, jej powieki się zamknęły, a ona sama zasnęła. Było widać, że dużo przeszła.
Wziąłem ją na plecy i zacząłem powolnym krokiem wracać do obozu. Jeszcze raz odwróciłem się, by spojrzeć na dwóch zwisających ludzi. Nie chciałem, żeby tak się skończyło. Nie chciałem być jak tamci mordercy. Jednak to wszystko zrobiłem dla dobra naszego klanu … - Spoglądnąłem na słodko śpiącą waderę na moich plecach. - … i jej. - Z jej lekkiego uśmiechu na twarzy mogłem wywnioskować, że moje futro jest jednak przydatne.
Gdy wróciłem wraz z jeszcze nieznajomą mi szarą pięknością, od razu zaniosłem ją do medyków. Oni zanieśli ją do łóżka i podali leki. Ja usiadłem obok niej i … zasnąłem. Zmęczyły mnie emocje i zbyt duże zużycie mocy. Nie zdążyłem nawet znaleźć sobie wygodnego miejsca do spania. Po prostu zasnąłem obok niej.


Nawet fajnie wyszło ;3 Pod koniec zabrakło mi jednak pomysłów, wybacz



----
+516 PD
~Maggie