Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 stycznia 2019

Od Karo (do Morrigan) "...wtedy słyszę czyiś śpiew" cz.5

  Nie wiem co we mnie wstąpiło. Od czternastego roku życia byłem aseksualny po tym jak jedna dziewczyna mnie wystawiła. Wtedy właśnie zacząłem zabijać. Dziewczyna nie odwzajemniała mojego uczucia. Szybko dostałem ciosa w twarz, co było jawnym sygnałem, że nie mam tego kontynuować. Odsunąłem się od dziewczyny, chwyciłem za paczkę fajek i wyskoczyłem przez okno. Nie zauważyłem, że byłem we własnym domu, ale ok. Przywołałem Gołąba, a ten szybko przyleciał na me ramię. 
  - Witaj, przyjacielu - powiedziałem do Gołąba.
  Ten zaskwierczał, a ja wyciągnąłem papierosa. Zapaliłem go swoją super długą zapałką. Nagle przede mną pojawił się ten sam Łysy. W ręce miał swoją laskę.
  - Żarty sobie ze mnie robisz?! - krzyknął.
  - O co ci chodzi? - zapytałem.
  - Nie udawaj! Wiem, że zabrałeś te informacje! - krzyknął znów i zamachnął się swoją laską. Znowu walka... 
  - Sorry, ja już z tym skończyłem! - powiedziałem parując cios. Nagle Łysy kopnął mnie w klatę, a ja runąłem ziemię. Coś wbiło mi się w rękę, na którą się spojrzałem i ujrzałem krew. Wtedy poczułem coś dziwnego, napływ mocy. Spojrzałem na ręce, a te promieniowały czymś fioletowym, w dodatku miały szpony.
  - Co to jest?! - krzyknął (znów).
  Nagle w gościa runął Gołąb. Podbiegłem do Łysego i zapodałem mu ciosa w brzuch. Padł na kolana, wyciągnąłem laskę z jego ręki. W rękojeści był ukryty sztylet, który wpadł w moje ręce. Przebiłem jego serce srebrnym szpikulcem, a ten upadł. Wykrwawił się, a ja w kałuży krwi zobaczyłem swoje odbicie, które nie wyglądało jak ja... Cały "skafander" momentalnie zniknął. Wróciłem do chaty, przez to samo okno, przez które wyszedłem. W moim domu nadal była dziewczyna, która spała, bo jednak nieźle się nawaliliśmy.

Morrigan?
---
134 PD
~Mimma

sobota, 29 grudnia 2018

Od Karo (do Morrigan) "...wtedy słyszę czyiś śpiew" cz.3

  No tak... Nikt mnie nie zostawi. Dostałem solidnego ciosa w ryj, a później usłyszałem masę przeprosin, super. Potem się obudziłem i na pewno nie byłem u siebie. Czułem się conajmniej dziwnie. Wstałem i koło małego łóżka zobaczyłem kubek z zieloną herbatą (kolejna Carisa). Herbata była świeżo zaparzona, chwyciłem kubek i wziąłem łyka. Smak mięty rozpłynął mi się w ustach. Dźwignąłem się na nogi i udałem się w stronę jedynych drzwi w pomieszczeniu. Otworzyłem je i ujrzałem dziewczynę, nieco niższą ode mnie. Niebieskooka spojrzała na mnie nieśmiało i odwróciła wzrok. Zaciągnąłem zapach kadzidła i usiadłem na krześle naprzeciw dziewczyny.
  - Eeee... Hej? - powiedziałem. - Karo Yakuza - dodałem, wyciągając rękę w celu przywitania.
  - Morrigan Morgan - powiedziała uśmiechając się lekko. - Jak się czujesz?
  - Dobrze, chyba - odpowiedziałem. - Mam u ciebie dług, może cię gdzieś zabiorę?
  - C-co, nie, nie trzeba - zaprzeczyła. 
  Ja nie mogłem tego tak zostawić. Umówiłem się z dziewczyną na dwudziestą. Poszedłem po nią z super kwiatkami, a ta czekała przed swoim domem. Dziewczyna niepewnie poszła za mną. Przez całą drogę milczeliśmy, aż zaszliśmy do restauracji. Duża sala z wieloma stołami. Usiadliśmy na przeciwko siebie. Kelner przyniósł butelkę wina. Nalałem nam lampkę alkoholu i zamówiliśmy coś do jedzenia. Zaczęliśmy rozmowę, która trwała conajmniej czterdzieści pięć minut, zanim przyszło jedzenie. Dziewczyna wzięła sushi, a ja Ramen. Później domówiliśmy deser.

Morrigan?
---
107 PD
~Mimma

piątek, 28 grudnia 2018

Od Karo (do Morrigan) "...wtedy słyszę czyiś śpiew"

  Dzień wyjątkowo ładny. Pomijając to, że wiatr napierdalał jak huragan to było fajnie. 
  - Masz te informacje?! - zapytał taki łysy.
  - Może, ale najpierw hajs - odpowiedziałem.
  Odkąd zostałem szpiegiem to takie rzeczy robiłem. Włożyłem papierosa to ust i odpaliłem go moimi super zapałkami. Położyłem na biurku łysego notes z tajnymi rzeczami. Łysy aka Simon Farbiarz (lub farciarz, jak kto woli, ja go nazywam łysy) był wysoki na 250 cm, a w barach miał jakieś 150 cm. Miał głowę wielkości dyni. Rzucił mi worek z pieniędzmi i zakaslał.
  - Polecam się na przyszłość! - powiedziałem wychodząc.
  Z szelmowskim uśmieszkiem i workiem hajsu udałem się do baru. Poprosiłem o kufel pitnego miodu z rumem. To był bar "Pod Wkurzonym Rzabiarzem", do którego lubiłem chodzić w piątki. Spojrzałem się na mężczyznę za blatem, a on na mnie. Jakiś chory był chyba. Po wypiciu napoju, postanowiłem wyjść z lokalu i udać się na spacer. I tak se szedłem, lecz wtedy słyszę czyiś śpiew. Postanowiłem pójść za głosem i ujrzałem dziewczynę. Spojrzałem na nia, a mój mózg odmówił mi posłuszeństwa. Poczułem się sennie, moje powieki zaczęły się sklejać. Czemu kiedy spotykam ładną dziewczynę padam na ryj? Fuck my life. Serio, ja tego nie robię specjalnie. Przez głowę przeleciała mi jedna myśl. Czy w końcu jakaś dziewczyna mnie zostawi na pastwę losu.

Morrigan?
---
106 PD
~Mimma

sobota, 22 grudnia 2018

Od Karo "Wszystko jedno"

  Nagle cios! Pierwszy, drugi, koniec! Spojrzałem na mojego "manekina", którym było drzewo. Od dawna chciałem nauczyć się walczyć halabardą, a teraz, gdy skończyłem zabijać ludzi za pieniądze, miałem dużo czasu. Zacząłem dużo ćwiczyć, i nie tylko walkę, ale też ciche poruszanie się, w czym pomagał mi mój nowy przyjaciel, czyli koń. Nazwałem go Rhaegar, a pomagał mi on tak, że miał świetny słuch, jeśli mnie usłyszał to odwracał się od razu. Uczyłem się tego, bo chciałem zostać szpiegiem, coś bardziej legalnego, jeśli można to tak nazwać. 
  Padłem na ziemię z uśmiechem na twarzy, a do mnie podbiegł koń. Podniosłem się i poszedłem do swojego domu ubrać się. Zarzuciłem na siebie płaszcz i wyskoczyłem z domu przez okno, prosto na Rhaegara. Szturchnąłem go piętą i koń ruszył. Jechałem jakieś piętnaście minut, gdy usłyszałem jakieś szelesty w krzakach (to pewnie Finn). Wydałem z siebie ciche "kurka wodna" i zszedłem z konia. 
  - Ktoś tu jest?! - zapytałem.
  - Nie! - usłyszałem z krzaków.
  Nagle z krzaków wyskoczył czarny wilk, który niewiadomo jak obwiązał mnie liną i zaczął prowadzić. W sumie to nie wiem gdzie, bo po drodze się zgubił i zostawił obowiązanego na pastwę losu... Moje życie jest do dupy. I tak czekałem parę godzin... Wreszcie ktoś zaczął podchodzić, jakaś ludzka już sylwetka, albo sylwetka zjaranego wilka, który chodzi na dwóch łapach. Ehhh... Wszystko jedno.

Ktoś?
---
110 PD
~Mimma

niedziela, 16 grudnia 2018

Od Karo (do Venus) "Patrząc w gwiazdy" cz.3

  - Venus Crow - dziewczyna wystawiła rękę w celu przywitania się. Podałem rękę i wyszedłem z budynku. Dziewczyna zdziwiona ruszyła za mną.
  - Gdzie idziesz?! - zapytała się.
  - Odniosłem cię do lekarza i to wszystko - odparłem, nie odwracając się. Venus cały czas podążała za mną. Właśnie wtedy przyszedł mi do głowy najgłupszy pomysł na świecie. Miała u mnie dług, więc musiała go spłacić. Dziewoja ta była trochę urocza, jej przemoczone włosy podrygiwały co krok. Na ustach jej widniał głupawy uśmiech, który trochę odrażał. Wszedłem do jednego z barów i zamówiłem pitny miód. To mój ostatni przystanek do tego by mój tajny plan zadziałał. Polegał on na... wyjebaniu się tak, żeby dziewczyna mogła mnie uratować, a potem się odczepić i pójść w cholerę. Dotknąłem butem baru i odepchnąłem się, a mój taboret zadygotał i zaczął lecieć w tył. Towarzyszył mi przy tym mój gangsterski uśmiech i nagle padłem rozbijając sobie głowę. Tak... jebnąłem za mocno. Tego nie przewidziałem i nie miałem planu B. W sumie to nawet planu A nie miałem. Jedyne co pamiętałem to gryzącą się w wargi Venus i dwóch gości nawalających mnie po ryju, sprawdzając, czy żyję. Skutki tego wydarzenia były inne niż myślałem, bo do całej sprawy dołączył się jeszcze miejscowy menel, nawalony w trzy dupy jakimś słabym browarem. Gość był agresywny i zaczął mnie kopać. Nagle przywalił tak w okolice przepony. Straciłem oddech, dziewczyna wyciągnęła jakiś scyzoryk ze swojej kieszeni i rozcięła moją koszulkę. Zaczęła się akcja - reanimacja.

Venus? Sorry, że tak długo :(
---
120 PD
~dumna Mimma

niedziela, 2 grudnia 2018

Od Karo "Ludzie zawodzą, ranią, ludzie kłamią"

  Życie... Gdy się rodzimy jesteśmy skazani na śmierć. Zacząłem zabijać ludzi z nienawiści, która do niczego nie prowadziła. A ja? Nawet nie niosłem z tego przyjemności. Moje życie też się skończy. W sumie chętnie sam bym to skończył...
~*~
  Wziąłem do ręki papierosa, podpaliłem po czym, wypuściłem dym z ust. Patrzyłem przez okno jakiegoś budynku. Za mną walały się trupy... Litry lepkiej krwi kleiły się do moich butów. Szybko wsunąłem miecz do pochwy. Wyszedłem z budynku. Nagle jakiś starzec coś krzyknął. 
- Tam jest! - krzyknął ktoś inny. Chwyciłem gościa za bark. 
- Co się dzieje?! - zapytałem spokojnie.
- Koń tego starca... Przysparza nam problemów od miesięcy! Jest porywisty, nie da się go powstrzymać. Teraz jednak uciekł! - krzyknął wyrywając się człowiek.- Jeśli natknie się na jakiegoś człowieka to go stratuje! Nie damy rady, a poza tym jest szybki jak diabli!
- Zajmę się tym... - powiedziałem. 
- Nie dasz rady! Stratuje cię! - oznajmił tamten gość. Nie zważałem na niego uwagi. Pobiegłem za tym rumakiem w pogoń. Wyplułem fajkę i zgniotłem ją nogą. Był to wysoki koń, o pięknym bułanym umaszczeniu. Jego grzywa i ogon były bardzo ciemne, lecz nie czarne. Oczy ciemnobrązowe, jak u większości koni. Miał zniszczone kopyta bez podków. Strażnicy zaczęli zamykać bramę, ale koń był szybszy. Wbiegł w strażników i uciekł w las. Chwyciłem się jednej gałęzi i wdrapałem się na drzewo. Zacząłem doceniać to, że w dzieciństwie skakałem po drzewach. Wykonywałem duże ruchy, tak aby, jak najszybciej dostać się do konia. Wkrótce byliśmy na tym samym poziomie. Nie miałem nic do stracenia, więc skoczyłem na konia. Rumak zaczął się wierzgać. Chwyciłem się za jego grzywę. To trwało z piętnaście minut. Koń się uspokoił, trochę zwolnił. Mogłem odsapnąć, na chwilę... Z mojego specjalnego uniwersalnego sznureczka zrobiłem kantar. Koń nawet nie uciekał. Wiedział, że go odprowadzę, lecz moje plany były inne. Zabrałem go. Jego warunki u tego szaleńca były straszne. Usłyszałem stukot kopyt za mną. Parę ludzi podjechali na swoich koniach. 
- Zgubiłeś się? - zapytał jeden z nich.
- A ty chcesz się zgubić? - odparłem.
  Odjechali. Wreszcie ktoś zrozumiał moje teksty. Jaki mają przekaz. Parę godzin później słońce zaszło. Konia przywiązałem do dużego korzenia, który był dosyć gruby. Koń zapadł w sen, ja tak samo. Zbudziłem się otoczony przez jakiś ludzi. Szukali tego konia. Nagle uratowali mnie tamci ludzie, których spotkałem wczesniej. Wypędzili tamtych. Nie mieli zamiaru ich zabijać. Poczułem przy nich coś dziwnego. Zabrali mnie do jakiegoś baru. Tak mijały dni. Poznaliśmy się bardziej. Nic jednak nie trwa wiecznie... Pewnego ranka obudziliśmy nie tam, gdzie powinniśmy. Nie wiem, jak to głupio za brzmi, ale zostaliśmy porwani. Z tego wszystkiego przeżyłem tylko ja... Gdy zobaczyłem ich ciała coś się we mnie zebrało... złość. Szybko ściągnąłem z siebie uwiązy i strzeliłem kulą ognia w tamtych dziwnych ludzi. Pobiegłem w stronę martwych ciał. Wtedy wystrzelili we mnie grad strzał. Okryłem trupy plecami. Chciałem ich pochować normalnie. Wyciągnęli miecze i ruszyli na mnie. Użyłem mojej teleportacji. 
- Gdzie on jest?! - pytali się co chwilę.
- Hinotama! - krzyknąłem, a z moich ust wypłynął ogień.
  Zacząłem walkę, co chwilę ciąłem i dźgałem tych ludzi. Zakończyłem to. Wyszedłem z budynku i spojrzałem na konie. W moich oczach zebrały się łzy.
- Idźcie! Ich już nie ma... - szepnąłem. - Przepraszam... To ostatnia śmierć z moich rąk...
  Wsiadłem na konia, którego opanowałem parę dni wcześniej. W tym samym momencie, gdy tamte konie wybiegły.

---
272 PD
~Mima

czwartek, 22 listopada 2018

Od Karo (do Venus) "Patrząc w gwiazdy"

Godzina dwudziesta druga. Kolejna krwawa noc. Kopnąłem jakiś kamień, który przetoczył się na drugą stronę ulicy. Było ciemno (co za zaskoczenie), a już wtedy otwierały się pierwsze bary. Zasiadłem więc w takowym i poprosiłem wodę. W sumie to i tak jej nie dostałem. Barman miał chyba jakiś zły dzień. Wyszedłem więc i zasiadłem na jakiejś ławce. Zaczęło kropić, a później już lać. Miałem minę w stylu "kurwa mać". Nagle jakaś osoba, których było mało, wywaliła się tuż przed moimi nogami. Chyba nie żyła. Szturchnąłem ją, próbując przywrócić ową kobietę (?) do życia. W sumie to nie odpowiadała. Podniosłem ją i położyłem na mokrej ławce. Okazało się, że w kałuży leżał kamień. Tak, ten co go kopnąłem. Przecięła się w łeb. Super. Poszedłem do lekarza z dziewczyną. W sumie to nawet fajny dzień. W końcu dziewczyna po drodze się obudziła. Tylko, że ona sama chyba nie wiedziała, że się obudziła. Nie uwierzyłem, że o tej godzinie, a była dwudziesta trzecia, ktoś będzie siedział w przychodni. Chyba trzyosobowa kolejka przede mną. Wtedy dziewczyna naprawdę się obudziła. I o tym wiedziała!
- Ależ mnie łeb boli... A tak w ogóle kim jesteś i gdzie jesteśmy? - zapytała się.
- Eeeeeeeeeeeee... Gdzieś na północy wioski, a dokładnie u jakiegoś medyka, bo sobie łeb rozcięłaś - odpowiedziałem.

Venus?

----
104 PD
Owca

czwartek, 15 listopada 2018

Od Karo (do Carisy) "Klan Rzab" cz. 5

Dziewczyna stała cały czas w drzwiach i chyba nie miała zamiaru wychodzić. Spojrzałem się w jej stronę i zrobiłem minę typu "o co kurwa chodzi?". Podszedłem bliżej w celu pokazania, gdzie jest wyjście.
- Eee... Potrzebujesz coś jeszcze? - zapytałem, przewracając oczami.
Dziewczyna nie odpowiedziała, spojrzała na mnie i zamrugała parę razy. Na dworze było już ciemno, co nie było wielkim odkryciem o takiej porze roku. Dziewczyna znów zamrugała i wycofała się z drzwi. Wtedy zrozumiałem, że po prostu boi się ciemności...
- Dobra, już rozumiem. - Zaśmiałem się.  - Boisz się po prostu ciemności? Odprowadzę cię, bo spokoju w domu nie będę miał.
- Nie musisz - odpowiedziała.
- Uwierz, muszę... - oznajmiłem.
Wyszedłem ja, a potem czarnowłosa, która nadal nie miała zamiaru wychodzić. W końcu i tak wyszła, bo nie miała innego wyjścia. Po drodze zastanawiałem się, dlaczego dziewczyna myślała, że przejąłem się jakąś żabą. To była tylko mała żaba, takich są setki. Droga trwała całe pół godziny... w jedną stronę. Gdy wracałem, widziałem jakichś dziwnych typów nad truchłem Rzaba. Popatrzyłem na tych ludzi, a oni wzięli to ciało i uciekli. Super dzień... Naprawdę... Ci ludzie weszli na jakiś płot, ogarnęli teren i poszli sobie. Postanowiłem pójść za nimi, co nie było głupim pomysłem. Okazało się, że urządzają... Walki zwierząt! Okazało się też, że Rzab był żywy!

Carisa?

----
105 PD
Owca

poniedziałek, 12 listopada 2018

Od Karo (do Carisy) "Klan Rzab" cz.3

  Owa żaba ([*]) była bardzo ciekawa. Miała zieloną skórę i ładne oczy. Niestety uciekła szybko, zostawiając mnie i przywódczynię klanu samych. Carisa White. Nigdy nie słyszałem tego nazwiska, a ona jeszcze uważa się za przywódczynię klanu.
- Może chciałbyś coś wypić? - zapytała się dziewczyna.
- Hmm... Herbatę? - oznajmiłem.
  Udaliśmy się do niej. Miała małe mieszkanko. Było w nim... dużo różu. W kącie coś leżało. Przypominało dużą wiewiórkę. "Zabójcze" - pomyślałem. Poszliśmy do kuchni. Usiadłem na małym krześle. Fajnie było. Dziewczyna zrobiła mi herbatę. Wziąłem pierwszego łyka. Herbata była... Świetna. Normalnie mistrz herbat z tej przywódczyni. Nagle coś z kąta zaatakowało mnie. Okazało się, że to zabójczy kot. Ugryzł mnie w ramie, a ja wydałem z siebie zduszony okrzyk. Dziewczyna zaczęła szarpać tą bestie, która nie puszczała. Chyba zaczęła już lecieć ze mnie krew. Chwyciłem kota za skórę na karku i trzymałem z dala od ciała. Kot warczał na mnie i miał bardzo nie miłą minę. Dziewczyna szybko zamknęła kota w innym pokoju i opatrzyła mi ranę. Naprawdę ten kot był zabójczy. Już nigdy nie zapomnę tego ataku. Wtedy coś walnęło w okno. Był to Rzab, czyli ta żaba. Wzdrygnąłem się i poszedłem zobaczyć. Wyszliśmy z dziewczyną i wzięliśmy żabę. Była ranna niczym ja. Miała jakiś spłaszczony ryj.


Carisa?
---
106 PD
~Mimma

piątek, 9 listopada 2018

Od Karo (do Sfory) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz.6

  Nie zdążyłem skumać się, gdzie jestem. Obudziłem się, i zauważyłem koło siebie to dziecko. Byłem bez koszulki a na mojej skórze, można było zobaczyć parę nakłuć. Zabrała mi trochę krwi, lecz nie czułem się źle. Jak na człowieka, który został parę razy odepchnięty przez jakąś dziwną falę. Siedziałem na podłodze. Miałem związane ręce, a na mojej szyi widniała obroża. W pomieszczeniu oprócz nas nie było nikogo. Był to mały pokój z dużym stołem. Na stole stały różne fiolki. Bawi się w alchemię? Nagle ktoś wszedł. Dwóch mężczyzn i ta kobieta. Rozmawiali coś o jakiś królikach doświadczalnych. Zajebiście. Goście wszedli do celi. 
- Bierzemy - powiedział oschło jeden z nich.
Nagle trafiliśmy do jakiegoś wozu. Byliśmy przykuci do podłogi. Przyczepa dla zwierząt. Dzieciak patrzył się nieustannie w podłogę. Drapał deski pod nim. Obmyślałem plan ucieczki. Mamy tylko jedną szansę. Próbowałem uspokoić myśli. To nie było proste. W końcu wpadłem na dobry pomysł. 
- Szczać mi się chce! - krzyknąłem.
  Jeden z ludzi, których teraz było z pięciu. Odkluczył i poprowadził nad wiadro. Zacząłem się śmiać. Taki odruch miałem pierwszy raz w życiu. 
- Co rżysz?! - zapytał krzycząc człowiek.
  Nagle dostał lepe na ryj. Mężczyźni wstali. Rozluźniłem ramiona. Spojrzałem na nich, a potem na dzieciaka. Potrzedli do mnie. Jeden miał przy sobie jakiś miecz. Taki duży. Chyba z 120 cm. Na niego ruszyłem od razu. Gość zamachnął się raz, drugi raz. Kontra i szybki podbródkowy załatwił gościa. Nadal trzymał miecz, ale skończył po kopię w nos. Teraz w ręce miałem miecz. Moja ulubiona broń. Zacząłem rzeźnie. Krew, krew i flaki.

Sfora?
---
127 PD
~Mimma

wtorek, 6 listopada 2018

Od Karo (do Carisy) "Klan Rzab"

  Siedziałem w barze. Albo w knajpie. To się chyba niczym nie różni? Co było w tym fascynujące? Absolutnie nic. Siedziałem tak i piłem wyjątkowo łychę, koło mnie jakiś grubas walił drugą kolejne wódy. Wstałem i wyruszyłem w miasto. Była jakaś dwunasta popołudniu. Kroczyłem powoli, patrząc na przechodniów i domy. Nagle wleciał we mnie jakiś dzieciak z kubłem wody. Zajebiście. Po paru przekleństwach ruszyłem dalej. Jakiś skrzypek, coś skrzypiał, choć nieźle skrzypi. Nagle jakiś tłum zleciał się pod jakimś domem starców czy coś w tym stylu. Jakaś dziewczyna se stała na jakimś podeście i krzyczała coś o jakimś szpitalu. Wszyscy wiwatowali. Było super i w ogóle. W tym momencie zielony koleś skoczył na dziewczynę. Miał wytatuowane na plecach "wróbelek". Aha. Jak to ja wkroczyłem do akcji. Szybka kula ognia oparzyła "wróbelka" na tyle mocno, że można go było usłyszeć z 1234567890 kilometrów (ominąłem piątkę). Jakiś gej. Dostał jeszcze kopa na klatę, i padł na ziemię.
- Kim ty tak w ogóle jesteś? - zapytałem dziewczynę.
- Przywódczynią klanu Wojownikiem, Carisa White - odpowiedziała po chwili namysłu.
- Ok - powiedziałem.
  Dziewczyna nie za wysoka. Szczerze to była malutka, jak dziesięciolatka. Żartowałem. Niektóre są już wyższe. Cały dzień przesiedziałem w bibliotece, czytając książkę z złoczyńcami. Cały czas szukałem tego zielonego wariata. Szukałem pod "w" i nic. W końcu znalazłem, Jacob "Wróbel" Rose. Szczerze znalazłem też tam siebie. Tylko, że bez zdjęcia. Wpisane tylko Karo Yakuza. Liczba ofiar: około 170. Zerwałem ta kartkę. Rzuciłem parę monet na biurko tej lafiryndy i wyszedłem. Poszedłem do siedziby przywódcy. Pokazałem jej to a ona powiedziała tylko: "to my wydajemy takie książki?". Nie kurwa, sam napisałem.

Carisa?
---
132 PD
~Mimma

niedziela, 21 października 2018

Od Karo (do Zoli) "Letni temperament" cz.6

  Dziewczyna tupnęła nogą i wyszła z lokalu z czystym wkurwem na twarzy. Już sam nie wiedziałem co robić. Siedziałem chwilę rozmyślając co zrobiłem w życiu źle, a potem wyszedłem z lokalu ruszając w sumie nawet nie wiem gdzie. Spacerowałem chwilę wśród szarych, wąskich uliczek. W wszystkich domach było już ciemno, co nie było dziwnym widokiem. Otwarte były tylko bary, knajpy i jakieś burdele. Ktoś tam w ogóle chodzi? Wszedłem to jednej z karczm i zamówiłem pokój na jedną noc. Sprzedawca wydawał się miły. Gość miał czarne włosy, niebieskie oczy. W sumie to mógłby zostać moim ziomem. 
- Ładny jesteś - powiedział chłopak.
  Aha. To wszystko się wyjaśniło. Poszedłem do pokoju, udając, że nie usłyszałem komplementu. Pokój schludny. Biała pościel zakrywała łóżko z drewnianą ramą. Zasiadłem na fotelu w rogu pokoju, wyciągając książkę. Chwilę czytałem książkę. Nagle usłyszałem głośne tupanie i częste kroki. Ktoś biegł. Spojrzałem przez okno. Biegła ta dziewczyna, a za nią szedł jakiś gość. Wcześniej nawet nie zauważyłem jak zaczął padać deszcz. Dziewczyna runęła na ziemię. Przy lądowaniu można było usłyszeć "KURWA MAĆ!". Zszedłem na dół z wzrokiem chłopaka na plecach. Mężczyzna chwycił ją za kołnierz, a ona znów przeklęła. Szybkim ruchem wyrzuciłem igłę z ręki, która wbiła się w ramię gościa. 
- No hej - powiedziałem cicho.
  Nie dostałem odpowiedzi, tylko jedną głośne chrząknięcię. 
- Ale wiesz... - uśmiechnąłem się lekko - tutaj informuje się o takich rzeczach władze...
  Dziewczyna wybałuszyła oczy. 
- Zrób z nią co chcesz - oznajmiłem.
  Mężczyzna powoli wyciągał nóż. W tym czasie zdążyłem, wjechać mu z buta w ryj. Niestety złapał mnie szybko za nogę i nie chciał puścić. Jego połamane paznokcie wbijały się powoli w moją łydkę, co nie było przyjemnym uczuciem. Właśnie wtedy zauważyłem, że był to jednak jeden z tamtych gości. Gdzie był drugi nie wiedziałem. I tak nie była mi potrzebna ta informacja. Szybko odciąłem mu jedną rękę mieczem. Mężczyzna jęknął po czym zamachnął się druga ręką. 
- Spierdalaj w podskokach! - krzyknąłem do dziewczyny.
  Jak powiedziałem, tak zrobiła. Zniknęła za rogiem i już nigdy jej nie zobaczyłem. Takie życie. Lecz nadal miałem gościa bez ręki na głowie. Wleciał na mnie z bara i przyparł do muru. Odepchnąłem go na tyle mocno aby upadł. Wyciągnąłem miecz, który wbił się w brzuch mężczyzny zaraz po tym jak ruszył na mnie. Usiadłem, opierając się o ścianę jakiegoś budynku. Dziewczyny już nie spotkałem.

Wątek zakończony. 
---
190 PD
~Mimma

sobota, 15 września 2018

Od Karo (do Zoli) "Letni Temperament" cz.4

  Co tu się odjaniepawla? Jakaś na oko piętnastolatka kupiła mi drinka. A w dodatku chce poznać moje imię. Dzika z niej sztuka. Spojrzałem na jej szklankę potem na nią. Jej rysy twarzy wyglądały młodo, na twarzy był widoczny makijaż. Chwyciłem za kielich, po czym powąchałem płyn. Nie wygląda ona na bezpieczną dziewczynę albo dziewczynkę. W sumie nie wiem zostańmy przez tym, że na razie to jest tajemnicza nieznajoma, która kupuje drinki. Kupiła sobie wodę. Próbuje się nie upić. W sumie to ja też spróbuję. Nie jest to whisky więc szkoda. Nieznajoma od razu przeszła do konkretów. Zapytała o moje imię. 
- A kto pyta? - zapytałem i od razu zobaczyłem to piękne wkurzenie w jej oczach. 
- Zola Niemój, a ty? - odpowiedziała takim tonem, że się przestraszyłem trochę.
- Karo Yakuza... - powiedziałem donośnym tonem. - Może nie powinienem ci tego mówić ale jestem zawodowym mordercą, mam 19 lat i mieszkam samotnie na środku lasu
 ‌ Jej mina mówiła "co", a ja próbowałem powstrzymać śmiech. Moje życie ostatnio przybierały kolorów więc próbowałem tego nie spieprzyć. Już chciałem spytać ową Zole o wiek lecz moje pytanie zagłuszyły krzyki. Wiedziałem, że nie dadzą za wygraną.
‌- Słuchaj oni nie odpuszczą - oznajmiłem. - Zabije ich potem wrócimy do rozmowy...

Zola?
---
104 PD
~Mimma

niedziela, 9 września 2018

Od Karo (do Zoli) "Letni temperament" cz.2


  Powolnym ruchem chowałem brudny od krwi miecz. Otarłem twarz, po czym ruszyłem, w dół kamienicy omijając martwe ciała. Stanąłem w drzwiach i zapaliłem papierosa. Mój nowy nałóg po ostatnich wydarzeniach. Poszedłem co, jakiś czas wydmuchując dym z ust. Spacerowałem ulicami miasta wokół nic niepodejrzewających ludzi. Wreszcie wszedłem do pierwszej lepszej knajpy. Powoli popchnąłem drzwi i wszedłem do lokalu. Usiadłem przy barze i zamówiłem sobie moją ulubioną whiskey. Była godzina wyjątkowo wczesna jak na takie balety dlatego ludzi nie było też dużo. Gdy whisky się skończyło, dwóch gości dosiadło się do mnie oraz do dziewczyny, która cały czas rozmawiała z barmanem. Dziewczyna rozpoczęła rozmowę z mężczyznami, która nie była za miła. Czułem na sobie wzrok gości. Nagle dziewczyna została popchnięta i wylądowała na podłodze. To już była lekka przesada chodź dziewczyna zapyskowała pierwsza. Patrzenie na to, jak dwóch tęgich gości obija ryj dziewczynie nie jest miłe. Ruszyłem do walki jednemu zapodając kopa w ryj a drugiemu podkładając miecz pod gardło.
- Niestety nie mogę pozwolić na to, aby ta niewiasta dostała wpierdol - powiedziałem kurtuazyjnie.
Chwyciłem dziewczynę za rękę, po czym wyszedłem z knajpy z ogromnym hukiem.
- Co ty robisz?! - zapytała głośno dziewczyna.
- Ratuje ci tę ładniutką twarzyczkę więc możesz mi dziękować - powiedziałem.
- Nie mam za co ci dziękować - oznajmiła dziewczyna.
- Okey... To zostawię cię tu na pastwę losu aby cię jednak obili - powiedziałem.
- Ehhh... Dobra pójdę z tobą, ale tylko dlatego, że chcę - westchnęła cicho.
- Ja jebie... - szepnąłem.
  Ruszyliśmy przed siebie dostając się do innego lokalu, w którym byliśmy bezpieczni przynajmniej na chwilę.

Zola?
---
133 PD
~Mimma

poniedziałek, 3 września 2018

Od Karo (do Crystal) "Krwawy pacjent" cz.3

  Dalej gadałem z Crystal z grochówką na nogach.
- To o osiemnastej koło restauracji - powiedziałem.
- Oki to pa - odpowiedziała.
  Wyszedłem powoli ze szpitala, po czym skierowałem się do kawiarni na kawę. Gorąca kawa rozgrzewała moje usta. Kawiarenka ładna. Przeważał tu kolor biały z niebieskimi elementami. Gdy wypiłem kawę, po czym ruszyłem znaleźć coś do ubrania. Nie miałem nic ładnego. Spacerowałem między różnymi sklepami szukając tego jedynego. Wreszcie znalazłem "Pod Złotą Rzabą". Garnitury pierwsza klasa. Ceny trochę duże, ale warte swej ceny. Poprchedzałem się między półkami szukając odpowiedni garnitur. Wreszcie, któryś wybrałem. Czarna marynarka, biała koszula wraz z krawatem a do tego czarne spodnie. Wyszedłem ze sklepu, który obsługiwał jakiś cygan niewdzięczny. Miałem jeszcze sporo czasu. Spojrzałem do swojego woreczka z pieniędzmi. Środków mniej. Wokół mnie robiło się głośniej. Myślałem co jeszcze można kupić. Nic nie przyszło mi do głowy więc spacerowałem po ulicach miasta myśląc co mogę jeszcze zrobić dzisiejszego dnia. Spacerując tak czas mi szybko minął i miałem tylko pięć minut na dojście. Spóźniłem się tylko trzy minuty po drodze kupując wodę, bo się zmęczyłem. Przywitałem Crystal, po czym ruszyliśmy do restauracji. Usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy czytać menu. Byłem tu kiedyś, ale wtedy nie było takich cen sześćdziesiąt za kaczkę to przesada. Dania były przeróżne. Od pieczonej gęsi z puure po pieczeń z wieprzowiny. Zastanawiałem się, czy nie uciec, lecz dałem radę. Wybrałem jakiś stek na gorącym kamieniu. A Crystal wybierała pół godziny jak nie lepiej. Wreszcie złożyliśmy zamówienie. Tak jak mówiłem zamówiłem ten stek a Crystal krewetki. Nigdy nie jadłem krewetek. Do tego wzięliśmy jakieś wytrawne wino. Potem musieliśmy czekać prawie trzy walone godziny na jedzenie, którego i tak nie dojem. Ten czas spłynął na marudzeniu o długości przygotowania i na gadaniu z Crystal o wszystkim i o niczym. Wypiliśmy połowę wina, zanim jedzenie przyszło. W końcu jednak wreszcie dostaliśmy jedzenie. Miało przynajmniej jedną zaletę. Było tak dobre, że żałowałem jak się skończyło. Siedzieliśmy tam chyba z pięć dobrych godzin, aby wypić tę butelkę wina. Crystal miała wyjątkowo mocną głowę. Wyszliśmy z restauracji.
- Coś chyba było w tym jedzeniu - powiedziała cicho.
- To chodźmy do ciebie albo do mnie -zaproponowałem.
- Nie obchodzi mnie gdzie pójdziemy obyśmy w ogóle zaszli tam - oznajmiła dziewczyna.
  Wyszło na to, że poszliśmy do mnie. Dziewczyna usiadła na łóżko, po czym dosiadłem się z butelką whisky i dwoma szklankami.
Crystal?
---
196 PD
~Mimma

Od Karo do Sfory "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz.4

  Powoli szedłem przed siebie. Nie zważałem na tego dzieciaka. Spacerowałem ulicami miasta próbując zapomnieć dzieciaka, który w pewnym stopniu mnie zaintrygował. Chodziłem do czasu, gdy słońce zaczęło wschodzić. Udałem się do najbliższej karczmy i wynająłem jednoosobowy pokój. Była jakaś piąta, a ja poszedłem spać. Obudził mnie trzask jakby ktoś wypierdalał szyby z okien. Nie były to głupie dzieciaki albo nachlani burżuje, którzy robili sobie żarty tylko gołąb. Jak te gołębie mnie namierzają to ja nie wiem, ale nie o tym. Wziąłem gołąbka z parapetu i odczytałem list, który niósł. W skrócie mam zabić babkę z jakiegoś tam bogatego rodu. Hajsu sporo więc dlaczego nie miałbym tego zrobić. Była siódma nad ranem, a ja wyszedłem z karczmy z wpół martwym gołębiem w ręce. Słodki był dlatego postanowiłem go sobie zatrzymać. Nazwałem go Gołąb, ponieważ nie miałem pomysłu. Po drodze wstąpiłem do sklepiku po torbę na Gołębia, ponieważ się nie ruszał. Wszystkie potrzebne informacje były zapisane w liście. O godzinie dziewiątej kobieta wychodzi na jakieś tam spotkanie. Właśnie wtedy mogę zrobić zamach. Plan ucieczki także miałem. Nie daleko miejsca zabójstwa jest handlarz. Handluje końmi, a więc szybko mogę uciec na koniu a w dodatku będę miał drugie zwierzę i Gołąb nie będzie samotny. Przeczekałem te dwie godziny w kawiarni z kawą. W sumie to nie jedną kawą. Przy siódmej było już trochę słabo więc zapiłem to wodą i ruszyłem wykonywać mój marny zawód. Włożyłem płaszcz zakupiony na bazarku za ostatnie oszczędności i ruszyłem. Po drodze zmierzyłem wzrokiem kasztanowego konia czystej krwi arabskiej. Dwie ulice dalej wreszcie zauważyłem mój cel. Przed nogami przebiegła mi rzaba, która była mała i w sumie nic nie wnosi do mojego życia, ale była! Nagle usłyszałem dźwięk, który nic nie przypomina. A więc usłyszałem dźwięk chłopca, który łapie się za pręty wystające z budynku. Kobieta wraz z czterema gośćmi odwróciła się w moją stronę. Dwóch poleciało na mnie a reszta na dzieciaka, który zaczął uciekać. Wyciągnąłem miecz i szybkim ruchem przybliżyłem się do jednego z gości. Gość ten nazwijmy go Zenek, a tego drugiego Józek, a więc Zenek odepchnął mnie i to mocno. Wyciągnął szablę i powoli się przybliżał. Cały czas czekałem jakby mnie sparaliżowało. Zenek wreszcie był na tyle blisko, że mógł mnie rozwalić jednym ruchem ręki. Spróbował to zrobić, lecz nie dał rady, gdyż ja zrobiłem unik, po czym chwyciłem mu rękę i ją wygiąłem tak jak nie powinno być. Po tym wbiłem mu jedną z grubszych igieł w kark. Mężczyzna zgiął się wpół, po czym zakończył swój żywot. Oblizałem wargi, po czym ruszyłem na drugiego. Z uśmiechem rzucił się na mnie. Napierał, lecz nie dałem za wygraną. Dostał szybko w ryj, po czym się poskładał. Tak szybko to nikogo nigdy nie pokonałem. Tak na wszelki szybko podciąłem mu gardło. Słabi ci ochroniarze kiedyś to byli. Nie rozwalisz ich za cholerę. A dzisiaj niby mają po dwa metry, ale bić się nie umieją. Zostało jeszcze dwóch. I wiem, że tamci polazli za dzieciakiem, ale ja nie chodzę na skróty. Wreszcie ich znalazłem. Rozglądli się szukając tego chłopca. Śmiesznie to wyglądało jak taki dzieciak ich wykiwał. Chwyciłem za miecz. Zagwizdałem, aby mnie wreszcie mnie zauważyli. Odwrócili się a ja zacząłem ich zabijać. Walka była dłuższa. W skrócie na początku jednego przeciąłem na pół. Z drugim było więcej problemów. Miecz w sercu załatwił sprawę. Chłopak nagle wyszedł poobijany ze swojej kryjówki. Zrobiło mi się go trochę żal. Nie, Karo on cię okradł.
- Karo Yakuza - przedstawiłem się. - A teraz pozwól, że tylko kogoś zabije.

Owca wiem... Lanie wody, ale chyba moje najdłuższe opko na blogu XDD
---
289 PD = 3 poziom
~Mimma 

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Od Karo "Młodociany rozpruwacz czyli historia Karo Yakuzy" cz.2

  Nie miałem czasu na ociąganie. Po prostu wstałem i ruszyłem do walki.
- Skończę cię. - powiedziałem w duchu.
Droga była długa ale jednak było warto. Na tyle zdjęcia było napisane, że przez cały czas mam iść na południe i będę wiedział czy jestem czy nie. Droga skończyła się w jakiejś dolinie. Nie wiedziałem gdzie jestem.
- Jesteś już - powiedział mężczyzna - Nazywam się Tamako Jagamiro.
- Ja jestem Karo Yakuza. - powiedziałem
- Kirano! - krzyknął i z ziemi wyrosły wielkie ręce. Napierały na mnie ale zawsze unikałem. Gdy na chwilę stanąłem ziemia pode mną się ruszyła i upadłem. Jedna z rąk chciała mnie przygnieść. Wyciągnąłem miecz i przeciąłem tą rękę. Skoczyłem. W tym samym momencie cisnąłem w niego igły. Zacząłem zadawać serię ciosów. Wszystkie chybiły. Odskoczyłem i zionąłem ogniem w jego stronę. Stworzył ścianę z tej samej substancji co ręce niby ziemia ale jednak coś innego. Wyskoczyłem do ataku z jego prawej strony. Wiedział, że tam będę.
- Totsuzen! - krzyknąłem i pojawiłem się po drugiej stronie. Rzuciłem w niego jedną dosyć grubą igłą. Z ściany tej doliny wyrosła ręka ponownie. Chwyciła mnie i zaczęła oplatać tym surowcem. To miało mnie udusić. Z wszystkich stron tej skorupy zaczęły wylatywać igły. W końcu do rozwaliło tą skorupę.
- Nie dajesz mi wyboru. - oznajmił mężczyzna. - Kirano: Kemono!
  Z ziemi wyszedł ogromny wąż. Był on cały czas połączony z ziemią. Napierał na mnie z wielką siłą. W końcu musiałem zaatakować. Wskoczyłem do jego paszczy i rozciąłem mu górę głowy. Przez tą dziurę w głowie wyszedłem.
- Twoje ataki na nic się nie zdadzą! - krzyknął
- Chcesz się przekonać!? - odpowiedziałem również krzykiem.
  Gdy wąż na mnie leciał stworzyłem największą kulę ognia jaką dotychczas udało mi się zrobić. Walczyło to ze sobą. Nagle moja kula przebiła się przez węża. Ruszyłem zranić oponenta. Gdy doskoczyłem do miejsca gdzie powinien być nie było go. Uciekł...
  Siedziałem przy barze popijając co jakiś czas wodę z cytryną. Ktoś nagle wszedł do baru i usiadł koło mnie. Chłopak był wyższy ode mnie.
- Ty jesteś Karo Yakuza tak? - zapytał się mnie. 

---
209 PD
~Mimma

sobota, 25 sierpnia 2018

Od Karo do Sfory "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz.2

  Nastała cicha noc. Latarnicy powoli rozchodzili się do domów. Po chwili spaceru ulicami miasta zauważyłem dzieciaka w jednej z ciemnych uliczek, gdzie nie powinno go być. Dotarłem na miejsce — stare kasyno kipiące pleśnią, kurzem i wszelakim brudem. Powolnym ruchem nacisnąłem klamkę i popchnąłem drzwi. Podszedłem do baru, wyciągając banknot. Położyłem skrawek papieru i poprosiłem whiskey. Zasiadłem ze szklanką, spoglądając na ludzi grających w pokera i inne gry karciane. Posiedziałem tak jeszcze z pół godziny.
  Wreszcie podszedł do mnie ten człowiek. Największy pasjonat pokera w Avfallen. Zaśmiał się cicho, po czym wyciągnął dłoń na przywitanie. Niechętnie podałem mu rękę, następnie wstałem i ruszyłem za nim, zostawiając szklankę z trunkiem. Zabrał mnie na tyły lokalu.
- Zabiłem go - wyszeptałem. - A teraz dawaj czterysta monet.
- Dam ci dwieście i będzie dobrze - powiedział gość.
  Wyciągnąłem miecz tak, aby ostrze dotknęło jego krtani.
- Dasz mi trzysta pięćdziesiąt i wszyscy będziemy szczęśliwi - wycedziłem.
- D-dobra - zająknął się i podał woreczek z pieniędzmi. Wyszedłem z ciemnej uliczki, wchodząc w główną ulicę. Poszedłem do przodu, nie wiedząc, gdzie się udać. Zauważyłem dzieciaka przede mną. Zlustrowałem go wzrokiem, po czym przeniosłem spojrzenie na księżyc. Dziecko nagle potknęło się i wpadło na mnie. Chłopiec wydusił z siebie tylko ciche jęknięcie, następnie uciekł w jedną z ciemnych uliczek. Pospacerowałem chwilę i ruszyłem w jedną z ów ciemnych ulic. Szedłem przez chwilę, aż w końcu znalazłem się w składzie śmieci. Widziałem sforę psów, to jednak nie wszystko - między workami i koszami zauważyłem blask oczu. To był ten dzieciak. Wszedł w szparę między budynkami. Ruszyłem za nim. Psy rzuciły się do przodu, ale najbardziej zapadł mi w pamięci wilczarz. Wskoczyłem na jeden kosz, po czym wspiąłem się na dach dosyć niskiego budynku. Dzieciak zdążył przecisnąć się między kamienicami. Zszedłem z budynku i pognałem za nim. Teleportowałem się nagle przed dzieciakiem i podłożyłem mu nogę. Chłopiec przewrócił się na brzuch i zatrzymał na krawężniku. Próbował się podnieść, ale na marne. Przytrzymałem go stopą przy ziemi.
- Oddawaj kasę, bo jak nie to dostaniesz w łeb tak, że się nie pozbierasz - warknąłem.
Nastała chwila ciszy. Dzieciak się nie odzywał. Poddenerwowany, pozbawiłem chłopca kurtki, po czym potrząsałem nią, aby pieniądze wypadły. Tak jak myślałem, kasa spadła na bruk, a ja szybko ją podniosłem. Zrobiłem kilka kroków. Dzieciak ledwo wstał. Rzuciłem mu parę monet. Spojrzał na mnie wytrzeszczonymi oczami.
- Muszą być ci potrzebne, skoro próbowałeś okraść zawodowego zabójcę - powiedziałem i odwróciłem się, zamierzając odejść i zająć się z powrotem swoimi sprawami.

Sfora?
---
248 PD
~Mimma

niedziela, 19 sierpnia 2018

[E] Od Karo do Crystal "Krwawy pacjent"

Położono gdzieś moje wpółmartwe ciało. Czułem tylko zmęczenie i chłód. Co jakiś czas przeszywał mnie niewyobrażalnie straszny ból. Byłem zbyt słaby. Z moich ust sączyła się ślina, której nie byłem w stanie powstrzymać. Z oczu lały się co jakiś czas słone łzy. Wreszcie mogłem otworzyć oczy. Byłem w chuj zmęczony. Błękitne sklepienie przeszył dziwny kształt krowy w kapeluszu. A może to Silver? Nie ważne. Słyszałem różne rozmowy medyków.
- Ala ma kota - powiedziała jedna z pielęgniarek do swojej przyjaciółki.
Ktoś do mnie podszedł. Podniósł mnie i położył tacę z jedzeniem na moich kolanach. Na talerzu leżał kawałek pieczeni, ziemniaki z sosem i kapusta kiszona. Nie widziałem jeszcze dobrze. Wziąłem kęs mięsa. Gdy zacząłem jeść, zęby bolały mnie bardziej, niż po tym, jak dostałem w ryj od agresywnego karła. Połknąłem mięso i od razu sięgnąłem po wiadro, które stało obok łóżka. Zapiłem ten nieprzyjemny smak wodą. To chyba jedyne, co mogłem pić. Odłożyłem jedzenie na bok.
- Dobrze się trzymasz - powiedziała jakaś dziewczyna. - Jestem Crystal.
- Uwierz wolałbym już umrzeć - odpowiedziałem jej. - I Karo Yakuza.
- Wrócę do ciebie jeszcze, ale na razie nie mogę gadać, pa - pożegnała się i poszła.
Objąłem wzrokiem całe pomieszczenie. Podłoga była cała w mojej krwi. Spojrzałem na mop stojący w kącie pokoju. Podniosłem się i stanąłem na ziemi. Jeśli można to nazwać staniem. Opierałem się o szafkę. Spojrzałem znów przez okno. Wydawało mi się, że wśród drzew dostrzegłem jednorożca. To przez te leki przeciwbólowe. W końcu dałem radę ustać na nogach. Podszedłem do mopa i zacząłem myć podłogę. Nie lubię gdy jest brudno. Nagle poczułem jakby ktoś ciął mój brzuch. Wstawanie nie było najlepszym pomysłem. Na szczęście w przeszłości używałem dużo leków i wiedziałem, jak wygląda strzykawka z lekiem przeciwbólowym. Doczołgałem się do szafki i wstrzyknąłem sobie całą dawkę. Podniosłem się ledwo i położyłem. Momentalnie zasnąłem. W trakcie mojego snu nagle ktoś wszedł z ogromnym trzaskiem do pokoju. Mężczyzna miał przy sobie butlę wody, którą postawił na szafce. Spojrzałem na podłogę. Była cała brudna, bo ten ciul nie wytarł butów! Dopiero co tu posprzątałem, nawet pięć minut nie może być tu czysto!
- Panie, jakbyś nie zauważył, pobrudziłeś mi podłogę! - krzyknąłem.
- Jesteś w szpitalu na ostrym dyżurze i masz teraz takie problemy? - zapytał spokojnie. Syknął, wycierając buty i kląc jak popadnie.
To syknięcie nie było normalne. Kolejny tydzień spędziłem na czytaniu książek i piciu dużej ilości wody. Co jakiś czas przychodziła do mnie Crystal i opowiadała, jaka moja operacja była trudna. Dowiedziałem się, że trwała ponad dziesięć godzin. Moja rana niezwykle szybko się goiła. Po następnym tygodniu, w którym robiłem to samo mogłem już wyjść. Dostałem parę dawek leków przeciwbólowych. Miałem już pójść, gdy nagle podeszła do mnie Crystal.

Crystal?

----566 PDOwca

sobota, 18 sierpnia 2018

Od Karo do Sami "Nigdy nie wiesz kogo mordujesz"

  Kolejny zwyczajny dzień, który będzie taki sam jak reszta. Czyli wczesna pobudka, szybkie śniadanie i śmierć nieznanej mi osoby, ale taka praca. Poszedłem do najbliższej wioski, kupiłem coś do picia i usiadłem w pociągu. Czekałem jeszcze z pół godziny. Wreszcie pociąg ruszył. Ktoś się dosiadł. Siedział cicho lecz wreszcie ściągnął swój płaszcz. Wysoki siwy i umięśniony mężczyzna. Posiadał brodę jakby nie widział lustra z miesiąc czasu. Nie zwróciłem uwagi na ubiór. Powoli wyciągnąłem butelkę z wodą i wziąłem łyka. 
- Chcesz grać w karty? - zapytał mężczyzna.
- W pokera. - odpowiedziałem.
- Przyjaciółko, chciałabyś zagrać w pokera? - mężczyzna zapytał przechodzącą nastolatkę.
  O dziwo dziewczyna się zgodziła. Postawiłem na stół 50 monet. Człowiek pogrzebał w kieszeniach i wyciągnął woreczek z podobną ilością pieniędzy. Potasowałem karty i rozdałem. Zostałem rozdającym, mój nowy przyjaciel był dużą ciemną, a dziewczyna małą ciemną.
- Poker królewski! - krzyknąłem.
- C-co?! - także krzyknął. - Jestem Juro.
- Karo Yakuza. - odpowiedziałem.
  Dziewczyna poszła znudzona. Resztę drogi spędziłem na rozmowie z moim nowym przyjacielem. Dowiedziałem się tyle że ma trzydzieści dziewięć lat, gdy zapytałem co potrafi, atmosfera zgęstniała. Zaczął widocznie kłamać. Postanowiłem przycisnąć. Człowiek niechętnie wyjawił, że jest niemagiczny. W końcu zajechałem w wymarzone miejsce.
- Jakbyś kiedyś potrzebował pomocy to przyjdź w miejsce na kartce. - powiedział i dał mi kartkę.
  Na kartce były koordynaty miejsca. Ja ruszyłem do pewnego domu. Kolejne zlecenie na kobietę, której nie znałem. Wiedziałem tylko tyle, że ma dwadzieścia lat. Gdy byłem pod jej domem cicho nacisnąłem klamkę. Drzwi były zamknięte. Powoli obszedłem dom. W końcu zauważyłem uchylone okno. Nadzieja wróciła. Otworzyłem okno moim mieczem. Gdy znowu moje stopy dotknęły ziemi usłyszałem głośne chrząknięcie. Odwróciłem się a tam stała brązowowłosa dziewczyna z czarnymi oczyma. Miała krótką sukienkę pod białym płaszczem.
- Miałem cię zabić, ale chyba jeszcze pożyjesz. - powiedziałem myśląc dlaczego. Skoro wcześniej wpadłem tu przez okno a nie przez drzwi jak cywilizowany człowiek a nie jak jakiś kundel od łowców.
- To jest jakaś propozycja? - zapytała dziewczyna.
- Może. - odpowiedziałem uśmiechając się lekko.

Sami?

---
203 PD 
~Mimma