Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk." ❀. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk." ❀. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 stycznia 2019

Od Sfory (do Karo) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz. 6

Skulił się mocniej pod ścianą, gdy wstrząsnęła nim fala obrzydzenia. Podciągnął kolana pod brodę, a dłońmi zasłonił oczy, aby nie widzieć krwi rozlewającej się strumieniem po drewnianym podłożu. Stale słyszał jednak obrzydliwe charczenie mordowanych mężczyzn poprzeplatane z krzykami rozpaczy, gdy ból rozdzierał ich ciała na kawałki. Niedaleko upadło truchło, chwilę potem rozbrzmiał przyprawiający o mdłości chrzęst łamanych kości. Ktoś wrzasnął przeraźliwie, aż Sforze zadzwoniło w uszach. Błagał, aby to był jedynie zły sen.
Powóz zatrzymał się z silnym szarpnięciem, mocniej wgniatając Sforę w deski. Z zewnątrz docierały krzyki woźniczych, którzy wydawali sobie szybkie polecenia. Kazali chwytać za kusze, bełty, uważać na jeńców i nie dać się zabić. Coś szczęknęło, coś stuknęło, coś zabrzęczało. Kłódka opadła.
Zacisnął mocniej powieki, próbując powstrzymać się od płaczu. Oparł czoło o zimną ścianę i walczył z potwornymi dreszczami. Nie był już dzieckiem. To wstyd płakać – nawet po cichu; ukrywając się w kącie przed oczami ludzi. Płakali jedynie słabi, a słabych zawsze zjadali silniejsi, więc jeśli chciał przeżyć, musiał ukryć głęboko w sobie wszystkie słabości i zachowywać się jak prawdziwy mężczyzna. Otworzył jedno oko, lecz na widok czyjejś gałki ocznej tuż u stóp, pisnął jak dziewczynka. Mocniej przycisnął plecy do ściany. Wręcz modlił się, aby drewno pochłonęło go w całości i nie pozwoliło oddychać. Skomlał żałośnie. Wydarte z gardła dźwięki ginęły w pobojowisku agonii.
Usłyszał głośne skrzypnięcie zawiasów podczas otwierania drewnianych skrzydeł do powozu. Potem zabrzmiał brzęk metalu i chrzęst naciąganych cięciw w kuszach. Parę strzał śmignęło z głośnym świstem i groty wbiły się w ścianę, obok której Sfora zwijał się w kłębek. Zawył przestraszony, nerwowo drapał połamanymi paznokciami w drewno pod nim. Zaciskał mocno oczy, aby nie widzieć, kiedy i jego przeszyje śmierć, a ból rozpromieni się w całym ciele.
Kulił się jeszcze długo po tym, jak w powozie zapanowała cisza i słychać było tylko gwizd wiatru szalejącego pomiędzy szczelinami drewnianego wozu. W nozdrza wciąż kuł go paskudny swąd ludzkich wnętrzności oraz wymiocin, lecz nie swoich. Tym razem udało mu się utrzymać żołądek na wodzy.
— Nie maż się. — Usłyszał niski głos Karo stojącego na drugim końcu wozu.
Wzdrygnął się przestraszony, ale szybko skarcił się w myślach za tę słabość i zacisnął wychudłe dłonie w pięści. Uchylił powieki, próbując unikać patrzenia na martwe ciała porozrzucane po całym powozie. Wystarczyła mu sama świadomość, że otaczają go posiekane na plasterki trupy. Prawie natychmiast złapał przenikliwe spojrzenie Karo. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, a umysł objął paraliżujący strach, lecz usilnie starał się przybrać równie poważną minę, co on. Zapewne Sfora nie wyglądał nawet w połowie tak groźnie, chociaż żywił dziecinną nadzieję, że przynajmniej można go potraktować poważnie.
— Tak lepiej — powiedział wreszcie Karo po długiej chwili milczenia. Sfora odniósł wrażenie, że ciśnienie w powozie raptownie opadło i wszystko stało się trochę lżejsze do zniesienia, nawet panująca dookoła śmierć.
Podparł się o jedną ze ścian i z trudem stanął na chwiejnych nogach. Kręciło mu się w głowie od szoku, jednak zmusił mięśnie do ruchu. Zaczął zastanawiać się, w jaki sposób ominie porozrzucane dookoła kończyny, jednak mężczyzna nagłym gestem ręki kazał mu się zatrzymać i sam podszedł bliżej.
— Najpierw trzeba zdjąć te łańcuchy, młody — rzekł, podrzucając w dłoni klucz zabrany głównemu celnikowi, a w jego głosie zabrzmiała wyraźna kpina, która oburzyła Sforę do tego stopnia, że zawarczał gardłowo z irytacji. — Mogę cię tu zostawić, jeśli sobie życzysz — mruknął gniewnie.
Dla własnego dobra Sfora zdecydował się zamilknąć, lecz wzrok odwrócił jak obrażona trzpiotka i fuknął cicho pod nosem. Po chwili usłyszał tylko głośne westchnięcie, a wraz z nim nadszedł cudowny szczęk puszczanych kajdan. Ogromna ulga wstąpiła mu na skronie, gdy metal opadł z brzękiem na podłogę, a zaczerwieniona skóra wreszcie przestała piec.
— Teraz możemy uciekać — powiedział Karo, ruszając po zwłokach w stronę wyjścia z wozu.
Sfora zawahał się i przełknął narosłą w gardle gulę. Pot wstąpił mu na kark, gdy niepewnym krokiem podążył przed siebie, uważając, aby nie nadepnąć na części ciała. Dłonią zasłaniał usta, a wzrok skupił na rozplątanych sznurówkach w za dużych butach. Żołądek w najlepsze tańcował kankana i Sfora nie sądził, aby wytrzymał dłużej w tym pogorzelisku.
Ledwo przytomny dotarł do wyjścia i zeskoczył na chwiejnych nogach w piach. Może ze szczęścia, może z nadmiaru wrażeń zakołowało mu się w głowie, zarył kolanami w ziemię, straciwszy równowagę. Mimo to od razu poczuł się lepiej. Świeże powietrze wpadło z impetem w szczypiące od smrodu oczy. Oddech złapał pełną piersią. Pierwszy raz w życiu dziękował za jesienny chłód i wiatr pachnący żywicą, przez które jeszcze parę dni temu szczękał zębami i kulił się po kątach.
Znajdowali się w środku gęstego lasu iglastego. Sfora go nie znał, ale podejrzewał, że nie mogli odjechać za daleko od miasta. Czas, jaki upłynął, odkąd zostawili za sobą głośny zamęt i wielki hałas przeludnionych uliczek, wynosił nie więcej niż półtora godziny. Powrót na pieszo zajmie dłużej, ale Sfora nie miał zamiaru narzekać, pragnął jak najszybciej wrócić do swoich psów, choć wciąż czuł się osłabiony przez uprzednie wydarzenia.
Z trudem podniósł się z piachu i uczynił krok w przód pełen determinacji. Szczęście wypełniło przekrwione oczy i językiem smakował słone powietrze.
Nagle ktoś rozwiał nadzieję Sfory. Złapał za kołnierz kurtki, po czym poderwał z ziemi.
— Lady Madeline dobrze zrobiła, że posłała mnie razem z tymi idiotami. W obecnych czasach większość najemników nie potrafi nawet zasznurować sobie buta. — Tuż obok ucha usłyszał chrapliwy, nosowy głos nieco przypominający rechot ropuchy. Sfora zaskomlał, próbując wyszarpnąć się z uścisku wysokiego, patykowatego mężczyzny. — Nie wspominając o upilnowaniu byle dzieciaka i byle przestępcy — dodał po chwili z wyraźną pogardą w spojrzeniu. Patrzył na umorusaną twarz Sfory, który nieudolnie kłapał szczękami jak wściekły pies. Wyglądał bardziej komicznie niż groźnie. — Obrzydlistwo — skwitował krótko, po czym rzucił chłopca prosto w kałużę błota z boku drogi. Pełnym lekceważenia gestem poprawił równo ścięte kosmyki blond włosów i elegancki, skórzany kaftan, po czym sięgnął do kieszeni po dwa wielkie sztylety. Spojrzał wyzywająco na Karo. — Ty również nie wyglądasz na kogoś wartego uwagi, ale skoro lady Madeline życzy sobie waszej obecności w laboratorium, jestem skłonny zadbać o bezpieczny transport towaru.
Mężczyzna odepchnął się butem od ziemi, wystrzeliwując do przodu jak hart na polowaniu. Szerokie plecy napięły na skórę ubrania i żyły wstąpiły na chudą szyję. Dźwięczny syk ostrzy zabrzmiał, gdy broń starła się z bronią. Karo sprawnie zablokował szarżę i odepchnął mężczyznę do tyłu, po czym zaatakował cięciem prowadzonym od biodra wzdłuż piersi. Drasnął jedynie kombinezon. Mężczyzna odskoczył do tyłu, nim Karo zdążył pchnąć całe ostrze. Zgrabnie przewinął się pod nim i sztyletem ciął bok.
Sfora przełknął ślinę, podnosząc się z błota.
Mężczyzna odsunął się na bok, ukradkiem dłonią sięgnął do kieszeni po małe noże do rzucania. Zamachnął się nimi, celując prosto w Karo, lecz on uniknął ataku, a ostrza wbiły się w ziemię za nim. Ruszył na mężczyznę, a Sforze przerażenie stanęło w piersi, gdy dostrzegł, jak noże do rzucania unoszą się nad ziemię i zaczynają wirować niczym śmiertelny deszcz ze stali.
Krew w żyłach chłopca szumiała mocno, zagłuszając wszystko dookoła. Serce tłukło o żebra w niewyobrażalnie szybkim rytmie, natomiast oddech zdawał się nie nadążać w jego szaleńczym tańcu. Czuł, że drży, pot zaś wstępuje na rozgorączkowane skronie i wpada w rzęsy sklejone od błota oraz płaczu.
Dopiero co uciekł z wozu przeklętego rzeką krwi. Dopiero co udało mu się zrzucić metalowe kajdany i nabrać świeżego powietrza w płuca. Nie wróci tam. Nie wróci! Nie da sobą pomiatać jak głupim szczenięciem! Nie da się znowu zakuć w żelazo i służyć jak niewolnik! Nie da się! Nikt go nie pogoni miotłą! Nie pozwoli sobą wycierać żwiru ani murów! Nie utraci więcej krwi na rzecz uciechy ludzi nieskorych do litości!
Nie pomyślał o Karo, gdy rzucał się w szaleńczą ucieczkę w głąb lasu, uprzednio chwytając w kruchą dłoń kuszę i kilka bełtów porozrzucanych dookoła niej. Nie było mu szkoda człowieka, który dwa razy ocalił mu życie i nie czuł wyrzutów sumienia, gdy zostawiał go samego. Chociaż Sfora miał na karku lat tyle, co kot napłakał, mógł już mówić z doświadczeniem starego człowieka, jaka nieopłacalna wartość skrywała się pod altruizmem.

Koniec wątku, zgodnie z życzeniem. ;)

----
659 PD + 5 P
Owca

piątek, 9 listopada 2018

Od Karo (do Sfory) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz.6

  Nie zdążyłem skumać się, gdzie jestem. Obudziłem się, i zauważyłem koło siebie to dziecko. Byłem bez koszulki a na mojej skórze, można było zobaczyć parę nakłuć. Zabrała mi trochę krwi, lecz nie czułem się źle. Jak na człowieka, który został parę razy odepchnięty przez jakąś dziwną falę. Siedziałem na podłodze. Miałem związane ręce, a na mojej szyi widniała obroża. W pomieszczeniu oprócz nas nie było nikogo. Był to mały pokój z dużym stołem. Na stole stały różne fiolki. Bawi się w alchemię? Nagle ktoś wszedł. Dwóch mężczyzn i ta kobieta. Rozmawiali coś o jakiś królikach doświadczalnych. Zajebiście. Goście wszedli do celi. 
- Bierzemy - powiedział oschło jeden z nich.
Nagle trafiliśmy do jakiegoś wozu. Byliśmy przykuci do podłogi. Przyczepa dla zwierząt. Dzieciak patrzył się nieustannie w podłogę. Drapał deski pod nim. Obmyślałem plan ucieczki. Mamy tylko jedną szansę. Próbowałem uspokoić myśli. To nie było proste. W końcu wpadłem na dobry pomysł. 
- Szczać mi się chce! - krzyknąłem.
  Jeden z ludzi, których teraz było z pięciu. Odkluczył i poprowadził nad wiadro. Zacząłem się śmiać. Taki odruch miałem pierwszy raz w życiu. 
- Co rżysz?! - zapytał krzycząc człowiek.
  Nagle dostał lepe na ryj. Mężczyźni wstali. Rozluźniłem ramiona. Spojrzałem na nich, a potem na dzieciaka. Potrzedli do mnie. Jeden miał przy sobie jakiś miecz. Taki duży. Chyba z 120 cm. Na niego ruszyłem od razu. Gość zamachnął się raz, drugi raz. Kontra i szybki podbródkowy załatwił gościa. Nadal trzymał miecz, ale skończył po kopię w nos. Teraz w ręce miałem miecz. Moja ulubiona broń. Zacząłem rzeźnie. Krew, krew i flaki.

Sfora?
---
127 PD
~Mimma

niedziela, 7 października 2018

Od Sfory (do Karo) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz. 5

Sfora nie zdążył dobiec nawet do zakrętu. Zaskomlał przeraźliwie, gdy jeden z prywatnych ochroniarzy kobiety chwycił go za kark i uniósł ponad ziemię. Kołnierz kurtki boleśnie wbił mu się w krtań, wypychając z gardła krótkie jęknięcie zmieszane z charkotem przypominającym warczenie. Mimo uczucia duszenia się dalej szarpał ciałem, przebierając nogami w powietrzu i wbijając połamane paznokcie w dłonie mężczyzny. Całość mogła wyglądać przezabawnie z perspektywy postronnego obserwatora. Mała, chuderlawa żmija walczyła z uchwytem wielkiego dryblasa, który jedynie parskał co jakiś czas, aby dać do zrozumienia, ile tak naprawdę robi sobie z jej głupich podrygiwań.
Z dziarskim uśmiechem na twarzy odwrócił się w stronę towarzysza i skinął głową na znak, że mogą wrócić do pracodawczyni razem z uciekinierem, lecz nim któryś z nich zdążył zareagować, wielki wilczarz irlandzki paroma susami pokonał dzielącą ich odległość. Z głośnym warknięciem zacisnął szczęki na udzie mężczyzny trzymającego Sforę. Przebił się przez skórzane spodnie i zaczął szarpać łbem, rozrywając mięso na strzępy, aż materiał pokryła ciemnoczerwona plama z krwi. Strażnik najpierw zaklął okrutnie, a potem, gdy właściwy ból rozszedł się po jego ciele, z gardła wyrwał mu się pełen cierpienia, ochrypły krzyk. Tak przeraźliwy, że zatrząsł okiennicami w najbliższych budynkach i zadzwonił w uszach Sforze. Mimowolnie rozluźnił palce zaciśnięte na kołnierzu kurtki chłopca, a on bez wahania wykorzystał okazję, aby się wyrwać. Opadł na stopy, jednak przez chwilę nie potrafił odzyskać równowagi i zarył kolanami w piach. Nie tracąc więcej czasu, poderwał się do biegu. Jeszcze przelotnie rzucił spojrzenie psu, który zrozumiał tę niemą wiadomość i po chwili razem gnali przez kręte uliczki, ile sił w nogach. Na nieszczęście pies oddzielił się od niego, czmychając na czyjąś posesję przez dziurę w płocie, zaś chłopca zatrzymał ślepy zaułek pomiędzy dwoma kamienicami.
Nerwowo rozglądał się dookoła w poszukiwaniu jakiejkolwiek kryjówki i cały czas nasłuchiwał odgłosów zbliżających się kroków. W ostatniej chwili dostrzegł kątem oka niewielką wnękę, w której zmieściłby się trochę większy pies. Mało wygodne, mało skuteczne, ale nie widząc innych alternatyw, rzucił się w jej stronę. Z trudem udało mu się do niej wczołgać. Ciało skulił do granic możliwości, a głowę wetknął pomiędzy kolana i wciąż jego ramię delikatnie wystawało na zewnątrz. Doskonale czuł, jak jego tętno przyspiesza, gdy chrzęszczenie deptanego żwiru zabrzmiało tuż obok, a potem zostało zastąpione przez przyciszoną rozmowę pełną wulgaryzmów rzucanych pod adresem dzieciaka.
Przełknął ślinę odrobinę za głośno, niż planował i w tamtym momencie wydawało mu się, że to najgłośniejszy dźwięk na świecie. Zacisnął mocno powieki, wyobrażając sobie, jak mężczyźni łączą szybko fakty i zauważają, gdzie się ukrywa, a potem wyciągają go za kapotę na uliczkę. Zginie marnie – z roztrzaskaną czaszką albo wykręconym kręgosłupem na amen.
W rzeczywistości żaden z nich nie zwrócił na to uwagi. Sfora mocniej wcisnął głowę między nogi, układając w myślach niesamowicie żarliwe, jak na kogoś jego pokroju, modlitwy do bogów, których ludzie nazywali wszechmogącymi i litościwymi. Skoro byli tacy wspaniali, może i jemu okażą trochę dobroci, a przynajmniej tym jednym razem. Zacisnął szczęki. Drobna kropla potu spłynęła mu po karku i zniknęła za kołnierzem wytarganej koszuli. Czas płynął, a mężczyźni dalej stali w miejscu, kontynuując rozmowę.
„Błagam.”
Po chwili spędzonej na liczeniu oddechów rozległo się kolejne tupanie ciężkich buciorów o ziemię, a potem wdzięczny syk wysuwanego z pochwy ostrza i krótkie drwiny dwójki strażników. Potem były już tylko brzęki metalu uderzanego o metal, stłumione krzyki i sapnięcia pełne wysiłku pomiędzy cierpkimi przekleństwami.
Wzdrygnął się i prawie wrzasnął z przerażenia, gdy koło dziury, w której się ukrył, padła odcięta ręka bez środkowego palca. W ostatniej chwili zagryzł szczęki na swoim ramieniu, aby się nie wydać, ale z konwulsjami targającymi jego ciałem nie potrafił nic zrobić. Poczuł, jak żółć zaczęła podchodzić mu do gardła i piec okropnie w przełyku. Musiał się stąd wydostać, natychmiast.
Odczekał jeszcze parę minut, po tym jak odgłosy ucichły i z trudem, wyczołgał się z wnęki, ze szczególną uwagą omijając rękę jednego z mężczyzn. Szybko pożałował decyzji na widok poszatkowanych ciał oraz rozlanych litrów krwi na bruku. Zgiął się wpół, drżąc jeszcze silniej i zwymiotował samą żółcią pod jedną ze ścian.
Był przyzwyczajony do widoku śmierci. Rok w rok stawał się świadkiem zgonów dziesiątek osób z powodu chorób, zimowego mrozu lub letniego upału. Rok w rok jego oczy musiały znosić obrzydliwe panoramy rozkładających się ciał, wywalonych bez szacunku na ulice, bez żadnego pożegnania, bez ubrań i bez szansy na ratunek. Zobaczyć jednak prawdziwą rzeź, jak brat morduje brata, to inna sprawa. Wstrząsnęło nim dogłębnie.
Zakrztusił się wymiocinami i zacisnął mocno powieki. Nie chciał znów na to patrzeć, zbyt okropne, zbyt brutalne, zbyt zwierzęce. Był tylko dzieckiem, pieprzonym gówniarzem, który nikomu nie wyrządził większej krzywdy od ugryzienia.
— Karo Yakuza. — Rozbrzmiał niski głos tuż za jego plecami. — A teraz pozwól, że tylko kogoś zabiję.
Chłopiec uniósł głowę znad wymiocin, uważając, aby nie zahaczyć wzrokiem o zwłoki martwych ochroniarzy. Spojrzał na swojego rzekomego wybawcę. Jego ubrania, twarz i broń były całe we krwi, a Sfora poczuł, jak znów jego żołądek zaczyna robić fikołki, ale z całej siły powstrzymał się od odwrócenia wzroku. Ciekawość zawsze brała górę nad zdrowym rozsądkiem. Mimo że powinien trzymać się od ludzi jego pokroju z daleka, o czym dowodzi nawet ta sytuacja, on podniósł się na chwiejnych nogach i podreptał niezgrabnie za niejakim Karo.
Mężczyzna nie trudził się ze schowaniem miecza. Nikogo w tych uliczkach nie było, poza szczurami i robactwem, więc nikt go nie zatrzymywał. Sfora jednak wolał zachować pewien dystans między nimi. Przeskakiwał z dziury do dziury, nie spuszczając go z oczu, aż dotarli do ulicy, gdzie wciąż czekała elegancka kobieta. Nie wyglądała na zbyt zdziwioną, gdy zamiast swoich przydupasów, dostrzegła wysmarowanego krwią mężczyznę. Patrzyła przez chwilę na niego, a potem Sforze wydawało się, że dostrzegła go w cieniu wnęki w ścianie i posłała mu chłodny, pełen jadu uśmiech.
— Już nie ma porządnych ochroniarzy — westchnęła, dramatycznie przeczesując włosy dłonią. — Co teraz? Powinnam paść na kolana i błagać o litość? — parsknęła krótko i założyła ręce na piersi, obserwując Karo spod przymrużonych powiek. W jej oczach czaiło się coś niebezpiecznego, nawet Sfora to wyczuł, lecz zabójca wydawał się niewzruszony zachowaniem kobiety i strząsnął krew z miecza, czyniąc krok w jej stronę.
— Kto ci za mnie zapłacił? — odezwała się surowo. Ani drgnęła, stała niewzruszona, co wywołało w chłopcu ogromny podziw dla jej odwagi albo zuchwalstwa.
— Nie mam w zwyczaju zdradzać pracodawców. — Mężczyzna wzruszył niedbale ramionami, poły ciemnego płaszcza zafalowały lekko wzburzone przez prosty gest. Oparł się bokiem o najbliższy murek, wyciągając jedną nogę w bok.
— Nie mam w zwyczaju się targować, ale zapłacę podwójnie — powiedziała łagodnie, zakładając ręce na piersiach. Sprawiała wrażenie znudzonej, jakby nie pierwszy raz ktoś posyłał na nią płatnego zabójcę.
— Nie mam w zwyczaju chodzić na takie układy. Praca to praca. — Zamłynkował mieczem nad głową, żeby zastraszyć kobietę. Dama westchnęła cicho i podparła się pod boki, nie spuszczając wzroku z Karo.
— Nie pozostawiasz mi wyboru, ty i ten dzieciak za bardzo mi przeszkadzacie. — Rozłożyła ręce, wzruszywszy ramionami i posłała przelotne spojrzenie ukrytemu w cieniu Sforze. Wzdrygnął się, ale nie ruszył z miejsca. Wciąż pozostawał biernym obserwatorem.
— Wybacz, kochanie, ale to ja stawiam warunki. Nie masz żadnego wyboru — odparł oschle Karo i jednym susem pokonał odległość między nim a damą. Wydawało się, że zwlekała z tym, jednak na ułamek sekundy przed tragedią wyciągnęła jedną z rąk do przodu, poruszyła krótko ustami, a na zawołanie z jej palców wykwitł ogromny, jasny znak złożony z dziesiątek skomplikowanych symboli, których Sfora nie potrafił rozpoznać. Odbił mężczyznę z wyrazistym hukiem wybuchającego czaru. Karo wylądował parę metrów z tyłu, zaparłszy się mocno podeszwami butów o ziemię i pozostawił po sobie głębokie bruzdy w piachu. Zaszarżował jeszcze raz, wybijając miecz z biodra. Na jego twarzy malowała się silna determinacja zmieszana z wściekłością. Sfora wychylił się poza cień, aby lepiej widzieć walkę, aż z podekscytowania otworzył szeroko oczy, w myślach układając następne sceny pojedynku.
Dama złożyła ręce razem i splotła palce w dziwny, prawie niemożliwy sposób. Nagle ich koniuszki zalśniły bladoniebieskim światłem, tworząc kolejny znak tuż przed nią. Tak samo, jak poprzedni z głośnym hukiem odtrącił zabójcę do tyłu, a w tym czasie kobieta sięgnęła za gorset i wyciągnęła kilka długich szpil z lśniącymi kamieniami u główek. Zerwała dół sukni, umożliwiając sobie sprawniejsze ruchy, po czym rzuciła się do biegu, wbijając w ziemię dookoła Karo swoje szpile. Przy tym jedną ręką tworzyła znaki, które odpierały ataki zabójcy.
Gdy wszystkie szpile zostały ułożone w idealny okrąg dookoła małego placu, posłała w stronę mężczyzny zaklęcie wiążące. Wokół jego kończyn owinęły się łańcuchy splecione ze światła i czystej energii, które uniemożliwiły mu poruszanie się. Kobieta odbiegła do tyłu, opadła na ziemię i przyłożyła dłonie do bruku, szepcząc pod nosem słowa nieznanego Sforze języka. Pod jej palcami kwitły coraz to bardziej szczegółowe zawijasy i układały się w jeden wielki symbol. Sfora rozpoznał w nim runę, którą widział kiedyś w księdze miejscowego szamana, ale nigdy nie dowiedział się, co oznaczała, bo został wywalony z jego domu na zbity pysk.
Znak zawisł w powietrzu nad główkami wbitych w ziemię szpil, a potem zbiegł się do miejsca, gdzie szamotał się skrępowany Karo. Zaklęcie powoli przepłynęło na skórę zabójcy i stało się to tak szybko, że Sfora miał wrażenie, jakby ktoś wyciął moment, w którym Karo padał na ziemię. Najpierw był przytomny, a potem już nie, a zdyszana i zmęczona kobieta z krzywym uśmiechem patrzyła teraz na Sforę.
Pora uciekać.
Poderwał się do biegu, lecz po paru krokach poczuł krótkie ukłucie na karku i w ciągu zaledwie paru sekund odrętwiały mu wszystkie kończyny. Legł bez pamięci na bruku, wznosząc tumany ulicznego kurzu.
~*~

Obudził się w ciemnym, zimnym miejscu ze skrępowanymi dziwnym zaklęciem nadgarstkami. W miejscu, gdzie energia ukształtowana na wzór kajdan stykała się ze skórą, czuł łaskoczące mrowienie, ale gdy postanowił się poruszyć mocniej, jego ciało przeszył okropny ból niesiony wraz z prądem. Zaskomlał żałośnie, opierając się o coś ciepłego plecami. Minęła zaledwie chwila, zanim się zorientował, że to nie coś, ale ktoś, a dokładniej zabójca, który nierozważnie podskoczył do eleganckiej kobiety z wysokiego rodu. Właśnie przez niego siedzieli w tym paskudnym, śmierdzącym stęchlizną lochu. Chociaż właściwie Sfora sam zdecydował, że za nim polezie. Mógł przecież wykazać więcej rozsądku i odwrócić się na pięcie z przytupem, żeby powędrować do piekarni po bułki dla swojej rodziny. Teraz płać i płacz, mały bachorze.
Sfora pierwszy raz w życiu widział takie moce. Potężne, choć skomplikowane i trudne do opanowania przez liczne zaklęcia oraz runy, jakich arystokratka musiała używać podczas walki z Karo. Westchnął cicho. On nie miałby z nią szans. Nie odkrył jeszcze ani jednej mocy, a co dopiero rozmawiać o czymś tak wspaniałym. O ile w ogóle miał we krwi jakiś potencjał magiczny.
Podciągnął nogi pod brodę i czekał, aż jego towarzysz odzyska przytomność. Jemu, nie dość, że założono takie samo zaklęcie na nadgarstkach, to wzmocniono je o dodatkowe na szyi, które układało się w formę obroży.

Karo?

----
886 PD + 5 P
Owca

poniedziałek, 3 września 2018

Od Karo do Sfory "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz.4

  Powoli szedłem przed siebie. Nie zważałem na tego dzieciaka. Spacerowałem ulicami miasta próbując zapomnieć dzieciaka, który w pewnym stopniu mnie zaintrygował. Chodziłem do czasu, gdy słońce zaczęło wschodzić. Udałem się do najbliższej karczmy i wynająłem jednoosobowy pokój. Była jakaś piąta, a ja poszedłem spać. Obudził mnie trzask jakby ktoś wypierdalał szyby z okien. Nie były to głupie dzieciaki albo nachlani burżuje, którzy robili sobie żarty tylko gołąb. Jak te gołębie mnie namierzają to ja nie wiem, ale nie o tym. Wziąłem gołąbka z parapetu i odczytałem list, który niósł. W skrócie mam zabić babkę z jakiegoś tam bogatego rodu. Hajsu sporo więc dlaczego nie miałbym tego zrobić. Była siódma nad ranem, a ja wyszedłem z karczmy z wpół martwym gołębiem w ręce. Słodki był dlatego postanowiłem go sobie zatrzymać. Nazwałem go Gołąb, ponieważ nie miałem pomysłu. Po drodze wstąpiłem do sklepiku po torbę na Gołębia, ponieważ się nie ruszał. Wszystkie potrzebne informacje były zapisane w liście. O godzinie dziewiątej kobieta wychodzi na jakieś tam spotkanie. Właśnie wtedy mogę zrobić zamach. Plan ucieczki także miałem. Nie daleko miejsca zabójstwa jest handlarz. Handluje końmi, a więc szybko mogę uciec na koniu a w dodatku będę miał drugie zwierzę i Gołąb nie będzie samotny. Przeczekałem te dwie godziny w kawiarni z kawą. W sumie to nie jedną kawą. Przy siódmej było już trochę słabo więc zapiłem to wodą i ruszyłem wykonywać mój marny zawód. Włożyłem płaszcz zakupiony na bazarku za ostatnie oszczędności i ruszyłem. Po drodze zmierzyłem wzrokiem kasztanowego konia czystej krwi arabskiej. Dwie ulice dalej wreszcie zauważyłem mój cel. Przed nogami przebiegła mi rzaba, która była mała i w sumie nic nie wnosi do mojego życia, ale była! Nagle usłyszałem dźwięk, który nic nie przypomina. A więc usłyszałem dźwięk chłopca, który łapie się za pręty wystające z budynku. Kobieta wraz z czterema gośćmi odwróciła się w moją stronę. Dwóch poleciało na mnie a reszta na dzieciaka, który zaczął uciekać. Wyciągnąłem miecz i szybkim ruchem przybliżyłem się do jednego z gości. Gość ten nazwijmy go Zenek, a tego drugiego Józek, a więc Zenek odepchnął mnie i to mocno. Wyciągnął szablę i powoli się przybliżał. Cały czas czekałem jakby mnie sparaliżowało. Zenek wreszcie był na tyle blisko, że mógł mnie rozwalić jednym ruchem ręki. Spróbował to zrobić, lecz nie dał rady, gdyż ja zrobiłem unik, po czym chwyciłem mu rękę i ją wygiąłem tak jak nie powinno być. Po tym wbiłem mu jedną z grubszych igieł w kark. Mężczyzna zgiął się wpół, po czym zakończył swój żywot. Oblizałem wargi, po czym ruszyłem na drugiego. Z uśmiechem rzucił się na mnie. Napierał, lecz nie dałem za wygraną. Dostał szybko w ryj, po czym się poskładał. Tak szybko to nikogo nigdy nie pokonałem. Tak na wszelki szybko podciąłem mu gardło. Słabi ci ochroniarze kiedyś to byli. Nie rozwalisz ich za cholerę. A dzisiaj niby mają po dwa metry, ale bić się nie umieją. Zostało jeszcze dwóch. I wiem, że tamci polazli za dzieciakiem, ale ja nie chodzę na skróty. Wreszcie ich znalazłem. Rozglądli się szukając tego chłopca. Śmiesznie to wyglądało jak taki dzieciak ich wykiwał. Chwyciłem za miecz. Zagwizdałem, aby mnie wreszcie mnie zauważyli. Odwrócili się a ja zacząłem ich zabijać. Walka była dłuższa. W skrócie na początku jednego przeciąłem na pół. Z drugim było więcej problemów. Miecz w sercu załatwił sprawę. Chłopak nagle wyszedł poobijany ze swojej kryjówki. Zrobiło mi się go trochę żal. Nie, Karo on cię okradł.
- Karo Yakuza - przedstawiłem się. - A teraz pozwól, że tylko kogoś zabije.

Owca wiem... Lanie wody, ale chyba moje najdłuższe opko na blogu XDD
---
289 PD = 3 poziom
~Mimma 

wtorek, 28 sierpnia 2018

Od Sfory (do Karo) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz 3.

Zaskoczony i zbity z tropu wpatrywał się szeroko otwartymi oczami raz na kilka złotych moment, które wdzięcznie błyszczały z słabym świetle ulicznej latarni, a raz na tajemniczego mężczyznę w płaszczu, który rzucił mu je pod nogi. Trwał w kompletnym bezruchu przez kilka minut, zastanawiając się, czy to nie podstęp. Avfallen, a w szczególności Klan Wojowników, było zimnym i bezdusznym miejscem, gdzie nic nie robiło się za darmo, a ten podejrzany człowiek działał niezgodnie ze wszystkim, czego Sfora nauczył się dotychczas na ulicy.
Odczekał jeszcze parę sekund po zniknięciu dziwnego mężczyzny w większej ulicy za rogiem, po czym znów zerknął niepewnie na pieniądze i ostrożnie schylił się, aby je pozbierać. Wystarczyło do wykarmienia całej psiej rodziny i zostałoby jeszcze trochę dla Sfory, a może nawet ta sumka pozwoliłaby im wyżywić się przez kilka najbliższych dni. Przycisnął złoto do piersi, a potem wrzucił je do kieszonki po wewnętrznej stronie sponiewieranej, podartej koszuli. Sięgnął ręką po leżącą niedaleko kurtkę, którą mężczyzna zdarł z niego w poszukiwaniu swojej własności i niedbale narzucił ją na ramiona.
Zwrócił głowę w stronę czających się w mroku psów, na ich czele stał wilczarz irlandzki z bochnem przypalonego chleba w paszczy. Merdał wesoło ogonem i strzygł uszami na wszystkie strony, a kiedy Sfora posłał mu radosny uśmiech, wyskoczył z wnęki. Za nim popędziło kilka innych czworonogów. Wszystkie naraz doskoczyły do Sfory, a chłopiec głaskał je i klepał po grzbietach.
Razem zwrócili się w drugą stronę ciemnej uliczki, żeby dołączyć do reszty psów, które czekały na powrót pobratymców. Sfora pierwszy raz od wielu tygodni czuł się szczęśliwy, że niósł ze sobą dobre wieści w postaci pieniędzy, którymi wykarmi przyjaciół. Nie mógł się powstrzymać nawet przed nie ukrywaniem promiennego, dziecięcego uśmiechu. Od dawien dawna jego ciało i dusza nie były takie lekkie oraz czyste. Nawet nie pamiętał jakie to uczucie być radosnym, a teraz miał wreszcie okazję sobie przypomnieć. Przelotnie pomyślał o sobie, jak o niezwykle smutnym człowieku, skoro mógł policzyć chwile podobne to tych na palcach jednej ręki.
Razem z psami prześlizgnął się przez szparę w drewnianym ogrodzeniu i czmychnął na tyły starej, opuszczonej już od kilku ładnych lat kamienicy, która sypała się w proch oraz pył. Odszukał w murku dziury częściowo zabitej dechami, a potem wcisnął się w nią i przeczołgał do zniszczonego mieszkania na parterze.
Kiedyś ściany tutaj były obłożone ładną, kwiaciastą tapetą, a podłoga panelami z ciemnego drewna, które pachniały sosną. Natomiast eleganckie, mahoniowe meble, obite miękkimi poduchami z gęsiego pierza, nadawały temu miejscu przytulności. W kącie stał nawet błyszczący fortepian. Obecnie jednak to wszystko wyglądało, jakby ktoś tu wpuścił wielką bestię, a ta z wściekłości zniszczyła całe mieszkanie. Pomiędzy obtartymi płatami tapety oraz dziurami w podłodze lęgła się pleśń, obrzydliwe roje robactwa albo wielkie szczury. A cudowne blaty, kanapy oraz sofy tak bardzo wyczerpał czas, że nie było z nich żadnego pożytku, więc leżały połamane i zepsute po kątach.
Z radością został przywitany przez pozostałą część psiej sfory. Starsze oraz młodsze czworonogi energicznie skakały dookoła niego. Szczekały wesoło, w przerwach lizały drobne, pokaleczone dłonie chłopca i wspinały się po jego podartych łachmanach. Ale kiedy w środku mieszkania pojawił się wilczarz irlandzki z bochenkiem chleba między zębami, zapomniały o Sforze i wygłodniałe rzuciły się w stronę jedzenia. Z ciepłym uśmiechem wymalowanym na twarzy pozwolił im zjeść wszystko, a w duchu postanowił, że rano wybierze się kupić o wiele więcej jedzenia, którym nasycą się wszyscy.
Jakiś czas później wielki wilczarz irlandzki klapnął na podłodze pod ścianą. Sfora ułożywszy się obok, wtulił twarz w jego ciepłą sierść i zasnął.

~*~

Następnego dnia zerwał się skoro świt z myślą, że musi czym prędzej udać się do centrum miasta. Jeszcze słońce dobrze nie wzeszło ponad horyzont, domy wciąż były pogrążone w półmroku i jedynie najwyższe czubki wież lśniły złotym ciepłem w promieniach kolejnego dnia. O budzącym się życiu sugerował tylko dym ulatujący z kominów oraz latarnicy leniwie przeczesujący uliczki z politykami do gaszenia świec w latarniach. Zapowiadał się niezwykły gorąc, powietrze było tak nagrzane, że już o tej porze dnia ciężko szło złapać oddech, a na niebie nie widniała ani jedna deszczowa chmura, zwiastująca ukojenie.
Sfora razem z wilczarzem irlandzkim opuścili swoją kryjówkę już kilkanaście minut temu i kierowali się w stronę dzielnicy, w której przeważały piekarnie oraz sklepy z warzywami. Nadal czuł rozpierającą go radość, lecz zdążył trochę ochłonąć od wczorajszego wieczora i nie szczerzył się na prawo i lewo jak nierozsądny głupiec, który wygrał kozę na loterii.
Zgodnie ze swoim zwyczajem uważnie obserwował otoczenie dookoła, mocno napinając mięśnie w gotowości do ucieczki. Wybierał do przejścia te najmniej zaludnione uliczki i dziś wyjątkowo uważał na podejrzane osoby. Niósł przy sobie prawdziwy skarb, nie mógł pozwolić, aby ktoś mu go odebrał. Wcześniej ukrył złote monety po wewnętrznej stronie koszuli tak, że cały czas czuł ich nacisk na pierś, a mimo to korciło go, aby co rusz sprawdzać dłonią, czy wciąż tam są. Z trudem powstrzymywał się przed tym, pamiętając, że nawet przeciętny złodziej wie jak po gestach rozpoznać skrytkę z dobytkiem.
Skręcił w boczną uliczkę po lewej stronie i na jej drugim końcu kątem oka dostrzegł znajomą sylwetkę. Natychmiast się odwrócił, ale wtedy już nikogo tam nie było, zdołał zauważyć tylko rąbek ciemnego płaszcza znikającego za murkiem. Zamrugał szybko zdezorientowany, po czym spojrzał na psa, który uniósł w zaciekawieniu uszy i przekrzywił na bok łebek. Sfora w odpowiedzi wzruszył ramionami, ale zamiast ruszyć w dalszą drogę po zakupy, popędził w stronę, gdzie przed chwilą widział dziwnego człowieka. Pies poszedł w jego ślady i po chwili obydwoje truchtali przyczajeni w cieniu rzucanym przez budynki.
Gdy mężczyzna przystanął koło jednej z kamienic i dzieliło ich od niego zaledwie kilkadziesiąt metrów, gestem ręki nakazał wilczarzowi irlandzkiemu pozostać w miejscu. Sam skradał się dalej. Nie od razu rozpoznał w nim tego samego zabójcę, darującego mu poprzedniego dnia życie. Nie do końca też wiedział, czy powinien się cieszyć, że znów go spotyka, czy wręcz przeciwnie. Z przymrużonymi oczami obserwował jak człowiek zgrabnie przemykał między kątami. Wyraźnie kogoś śledził.
Sfora pokonał jeszcze większą odległość, stopniowo zbliżając się do mężczyzny. Skrywał się we wnękach, starając, aby cień służył mu jako ochrona. Znajdował się zaledwie kilka metrów od mężczyzny, tak niedaleko. Czmychnął w szczelinę między budynkami, wskoczył na parapet i wdrapał się trochę wyżej, a potem przesuwał powoli po oknach, obserwując go z góry.
Mężczyzna czaił się na wysoką, elegancką kobietę ubraną w skromną, beżową suknię, co sięgała do ziemi. Towarzyszyła jej czwórka dobrze zbudowanych i barczystych mężczyzn w eleganckich mundurach, które na piersiach oznaczono herbami sokoła. W wielkich, wyszytych złotą nicią szponach dusił królika. Sfora nie kojarzył tego rodu szlacheckiego, ale skoro ta kobieta tak bardzo dbała o swoje bezpieczeństwo, musiała być wysoko postawiona.
Chłopiec wychylił się trochę bardziej i nie zauważył, kiedy noga zsunęła mu się z parapetu. Jęknął z zaskoczenia oraz przestrachu, jedną ręką łapiąc się metalowego pręta wystającego ze ściany poniżej. Kobieta wraz z obstawą zwróciła w jego stronę spojrzenie, a potem zerknęła na przyczajonego w cieniu mężczyznę. Gestem ręki nakazała dwóm strażnikom go złapać, a jednemu poleciła pojmać Sforę. Chłopiec przedostał się na niższy parapet, a potem zeskoczył tuż obok zabójcy. Spojrzał na niego przelotnie, zanim rzucił się biegiem w stronę psa.

Karo?
----
707 PD
Owca

sobota, 25 sierpnia 2018

Od Karo do Sfory "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz.2

  Nastała cicha noc. Latarnicy powoli rozchodzili się do domów. Po chwili spaceru ulicami miasta zauważyłem dzieciaka w jednej z ciemnych uliczek, gdzie nie powinno go być. Dotarłem na miejsce — stare kasyno kipiące pleśnią, kurzem i wszelakim brudem. Powolnym ruchem nacisnąłem klamkę i popchnąłem drzwi. Podszedłem do baru, wyciągając banknot. Położyłem skrawek papieru i poprosiłem whiskey. Zasiadłem ze szklanką, spoglądając na ludzi grających w pokera i inne gry karciane. Posiedziałem tak jeszcze z pół godziny.
  Wreszcie podszedł do mnie ten człowiek. Największy pasjonat pokera w Avfallen. Zaśmiał się cicho, po czym wyciągnął dłoń na przywitanie. Niechętnie podałem mu rękę, następnie wstałem i ruszyłem za nim, zostawiając szklankę z trunkiem. Zabrał mnie na tyły lokalu.
- Zabiłem go - wyszeptałem. - A teraz dawaj czterysta monet.
- Dam ci dwieście i będzie dobrze - powiedział gość.
  Wyciągnąłem miecz tak, aby ostrze dotknęło jego krtani.
- Dasz mi trzysta pięćdziesiąt i wszyscy będziemy szczęśliwi - wycedziłem.
- D-dobra - zająknął się i podał woreczek z pieniędzmi. Wyszedłem z ciemnej uliczki, wchodząc w główną ulicę. Poszedłem do przodu, nie wiedząc, gdzie się udać. Zauważyłem dzieciaka przede mną. Zlustrowałem go wzrokiem, po czym przeniosłem spojrzenie na księżyc. Dziecko nagle potknęło się i wpadło na mnie. Chłopiec wydusił z siebie tylko ciche jęknięcie, następnie uciekł w jedną z ciemnych uliczek. Pospacerowałem chwilę i ruszyłem w jedną z ów ciemnych ulic. Szedłem przez chwilę, aż w końcu znalazłem się w składzie śmieci. Widziałem sforę psów, to jednak nie wszystko - między workami i koszami zauważyłem blask oczu. To był ten dzieciak. Wszedł w szparę między budynkami. Ruszyłem za nim. Psy rzuciły się do przodu, ale najbardziej zapadł mi w pamięci wilczarz. Wskoczyłem na jeden kosz, po czym wspiąłem się na dach dosyć niskiego budynku. Dzieciak zdążył przecisnąć się między kamienicami. Zszedłem z budynku i pognałem za nim. Teleportowałem się nagle przed dzieciakiem i podłożyłem mu nogę. Chłopiec przewrócił się na brzuch i zatrzymał na krawężniku. Próbował się podnieść, ale na marne. Przytrzymałem go stopą przy ziemi.
- Oddawaj kasę, bo jak nie to dostaniesz w łeb tak, że się nie pozbierasz - warknąłem.
Nastała chwila ciszy. Dzieciak się nie odzywał. Poddenerwowany, pozbawiłem chłopca kurtki, po czym potrząsałem nią, aby pieniądze wypadły. Tak jak myślałem, kasa spadła na bruk, a ja szybko ją podniosłem. Zrobiłem kilka kroków. Dzieciak ledwo wstał. Rzuciłem mu parę monet. Spojrzał na mnie wytrzeszczonymi oczami.
- Muszą być ci potrzebne, skoro próbowałeś okraść zawodowego zabójcę - powiedziałem i odwróciłem się, zamierzając odejść i zająć się z powrotem swoimi sprawami.

Sfora?
---
248 PD
~Mimma

wtorek, 21 sierpnia 2018

Od Sfory (do Karo) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk."

Wyciągnął się leniwie na rozgrzanym od słońca dachu starej kamienicy i ziewnął przeciągle. Wokół niego zebrało się kilka oswojonych gołębi, które choć zawsze odganiał ostrzegawczym warczeniem i tak natychmiast zlatywały się z powrotem. Czasem, gdy czuł się bardziej niż zdesperowany głodem, łapał jednego z nich, oskubywał z piór i piekł nad prymitywnym ogniskiem z gazet, a potem dzielił się z pozostałymi psami. Biorąc pod uwagę ilość obrzydlistw i chorób, jakie te latające szczury pochłaniały każdego dnia, to wciąż cud, że chłopiec jego pokroju, zmizerniały oraz słaby, wciąż żył.
Przekręcił się na drugi bok, podciągnął kolana pod brodę i objął je chudymi rękami. Zacisnął mocniej szczęki, zgrzytając zębami, żeby zagłuszyć silny ból w żołądku oraz nieznośne burczenie. Mimo że rano udało mu się ukraść spory kawałek sera, zgodnie ze zwyczajem, podzielił się nim z rodziną i dla niego nie zostało prawie nic. Ledwo kilka okruszków, które nasyciły go na nie dłużej jak parę minut. W południe zaś nie trafił na żadną dobrą okazję do napełnienia żołądka. Przez falę upałów mało kto wyściubiał nos ze swojego domu, co się z tym wiązało, mało kogo mógł obrabować.
Na całe szczęście zbliżała się noc. Słońce już prawie zniknęło za najwyższymi wieżami na zachodzie. Jego ostatnie promienie wpadły w soczysty błękit nieba i stworzyły słodką mieszankę różu zahaczającego o złoto. Niewielkie, kłębiaste chmurki leniwie sunęły skąpane w harmonii kolorów, a daleko na wschodzie pojawiały się pierwsze gwiazdki. Można by nazwać ten widok ładnym, gdyby nie gęsty dym wylatujący z kominów kamienic i spalarni, który zawisł tuż nad dachami, roznosząc obrzydliwy smród palonych śmieci.
Sfora nie znał pojęcia piękności. Przywykł do takich scenerii, dlatego nie potrafił narzekać na zanieczyszczone powietrze, czy napawać się wymalowanymi przez słońce kolorami. Nie rozumiał też ludzi, którzy powtarzali, że wygląd jest ważny, ale cóż on mógł o tym powiedzieć, wszak był tylko zwykłą sierotą i to wiecznie zbyt zajętą walką o przetrwanie, aby cieszyć się chwilą.
Pierwsi z domów wybyli latarnicy. Pokonywali niewielkie odległości między latarenkami, potem wspinali się po taszczonych przez nich drabinach, żeby oświetlić ulice bladym światłem świec. Sfora wychylił głowę zza rynny, żeby spojrzeć na jednego z latarników. To był wysoki i chudy mężczyzna w czarnym fraku z metalowymi guzikami przy kołnierzyku. Na czoło miał wciśnięty ciemny, zamszowy cylinder.
Gdy latarnik ominął starą kamienicę, Sfora ostrożnie zszedł po parapetach na ziemię i szybko czmychnął w zaułek pomiędzy dwiema kamienicami naprzeciwko. Tam w cieniu odpoczywał duży, utytłany w błocie i kurzu wilczarz irlandzki, który kiedyś miał ładną, kremową sierść, ale dzisiaj wyglądał, jakby ktoś wrzucił go w stos węgla.
Widząc zbliżającego się chłopca, natychmiast uniósł łeb i wywalił na wierzch jęzor. Sfora uśmiechnął się ciepło, przesuwając dłonią po jego grzbiecie, a potem wyprostował się i ruchem głowy wskazał ulicę. Na ten gest pies poderwał się na łapy i przylgnął cielskiem do drobnej sylwetki dziecka. Gdyby nie los ulicznego włóczęgi byłby pięknym, potężnym zwierzęciem w sile wieku. Mierzył prawie dziewięćdziesiąt centymetrów wysokości, więc niewiele dzieliło go od Sfory, który zaś urósł do marnego metra czterdzieści.
Razem wyszli po drugiej stronie zaułku i skierowali się w stronę jednej z najbardziej plugawych dzielnic w okolicy. O tej porze wszystkie kasyna, burdele i oberże zaczynały tętnić życiem. Życiem śmierdzącym od alkoholu, krwi oraz podniecenia, prawdopodobnie ten klimat zepsucia oraz fałszywej wolności kusił tak wiele nierozsądnych głupców. Zwłaszcza bogatych arystokratów, którzy za dnia popijali w swych lożach wytrawne wino, zachwycając się elegancją wszystkiego dookoła, a po zmroku szukali obrzydlistwa w postaci hazardu i kobiet do towarzystwa. Obrabowanie kogoś takiego, zwłaszcza spitego do resztek nieprzyzwoitości, było bułką z masłem, nawet dla zwykłej sieroty.
Psu ruchem dłoni polecił powęszyć dookoła gospód i tawern, a sam zagłębił się bardziej w tę kolejną zaprawioną ryzykiem noc. Starając się pozostać niezauważalnym, przemknął przez tyły jednego z bardziej eleganckich domów rozkoszy, a potem przyczaił się z boku umiejscowionej obok gospody. Upatrzył już pijanego jegomościa, którego mała sakiewka pobrzękiwała dźwięcznie tuż u pasa. Zerwanie jej nie stanowiłoby większych problemów i uśmiechnął się na tę myśl zadowolony, że wreszcie napełni czymś żołądek.
Sięgnął dłonią do buta, z którego wyciągnął zniszczony, ale wciąż zdatny do prostej roboty nożyk motylkowy. Zgarbił się nieco i wysunął jedną nogę do przodu, przygotowując do szybkiej akcji. Zacisnął mocniej palce na rękojeści, wstrzymał oddech, zbierając w sobie odwagę i… Momentalnie zastygł w miejscu, gdy przed gospodę wyszło dwóch wysokich mężczyzn ubranych trochę zbyt elegancko jak na tak mało prestiżowy lokal.
Mówili o ostatnim zamachu na życie wysoko postawionego polityka, odpowiedzialnego za finanse Klanu Wojowników. Starali się, aby ich dyskusja utrzymywała się w plotkarskim tonie, choć sugestywne słowa, jakich używali, mogły świadczyć, że mieli z tym coś wspólnego. Sfora domyślił się więc, że właśnie dochodziło do transakcji pomiędzy zleceniodawcą oraz zabójcą.
Cofnął się do tyłu, wtapiając w cień rzucany przez budynek i uważnie obserwował całe zajście. Mężczyźni jeszcze przez chwilę rozmawiali, prawdopodobnie targując się o wysokość zapłaty, ale w końcu jeden przekazał drugiemu dużą sakwę, a chłopiec mógł przysiąc, że serce zabiło mu mocniej na widok tak dużej ilości pieniędzy. Gdyby tylko udało mu się ją ukraść, mógłby wykarmić do syta siebie oraz całą sforę, ale z drugiej strony ten człowiek zamordował na zlecenie polityka, który na pewno dysponował wykwalifikowaną ochroną. Nie mógł zatem być pierwszym lepszym motłochem.
Wbił zęby w dolną wargę. Nie miał wiele czasu na podjęcie decyzji. Mężczyzna, uprzednio upychając złoto do kieszeni płaszcza, skierował się w stronę wielkiego tłoku rozśpiewanych ludzi. Jeszcze chwila i Sfora straci go z oczu, a wtedy szansa na zdobycie takiej sumy przepadnie. Przebił skórę ust, po chwili poczuł metaliczny smak na języku.
Wyszedł ze swojej kryjówki i ruszył w tym samym kierunku, nie spuszczając ze wzroku kieszeni mężczyzny. Ukradkiem schylił się po leżący na bruku kamień wielkości dłoni. Słyszał, że dobry złodziej potrafił ocenić ciężar przedmiotu po naciągniętym materiale płaszcza. Dobry złodziej potrafił też dopasować atrapę, która zgadzałaby się kształtem i masą.
Wtopił się w tłum, robiąc szeroki łuk wokół mężczyzny tak, że ostatecznie wyglądało, jakby wyszedł mu z naprzeciwka. Zanim zdążył go zauważyć, chłopiec skulił się w sobie, pochylił nisko głowę i udał, że drży, wodząc niespokojnym wzrokiem dookoła, jakby zgubił odpowiednią drogę. Od nieznajomego człowieka dzieliły go dwa metry, metr, kilka centymetrów. Sfora brawurowo odegrał potknięcie, a potem wpadł na mężczyznę w płaszczu.
Odruchowo uniósł głowę, otwierając szeroko oczy i poruszył drżącymi ustami, sprawiając wrażenie, że chciałby przeprosić, ale za bardzo się bał wykrztusić chociaż jedno słowo. Jak przerażona panienka chłopiec odskoczył od człowieka i jeszcze bardziej kurcząc się w sobie, niezgrabnie popędził dalej, czmychając między tłum. Ukradkiem wsunął zdobytą sakiewkę pod pazuchę i gdy upewnił się, że mężczyzna poszedł dalej, ruszył biegiem w stronę zacienionej uliczki.
Dobry złodziej potrafił zniknąć z oczu ofiary, zanim ta zorientuje się, że została okradziona. Zatem czy Sfora był wystarczająco dobrym złodziejem, żeby mężczyzna go nie odnalazł?
Wypadł z plugawej dzielnicy i pomknął czym prędzej w mrok.

Karo?
Jak mi zepsujesz syna, to cię wykastruję.

----
787 PD + 5 P
Owca