Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephan. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 stycznia 2019

Od Stephana (do Luciena) "Pod Wyuzdaną Służebnicą" cz.2

  Cyprian Clarives siedział za sfatygowanym biurkiem z twarzą zwróconą do ściany. Zdobiący ją obraz autorstwa Stephana pokryty był warstwą kurzu, spod której nachalnie wyzierała kompozycja złożona z dynamicznych, diagonalnych linii i barwnych plam o organicznej, niemal enigmatycznej formie.
  – Co robisz? – rzucił nagle w powietrze.
  Stephan świadomie zignorował ostrzeżenie słyszalne w głosie ślepca.
  – Sprzątam – odpowiedział, z czułością przecierając pokryte werniksem płótno i prostą, drewnianą ramę. - Mógłbyś czasem sam coś wokół siebie zrobić.
  Cyprian jak zawsze zareagował na to złośliwym śmiechem.
  – Przecież wiem, że i tak wytrzesz ten swój cholerny bohomaz, a przy okazji całą resztę.
  Tym razem zwrócił uwagę na ton głosu ślepca, ale zareagował raczej gniewem niż troską. Od mężczyzny czuć było spirytusem. Cyprian nie robił już nic poza piciem.
  – Ciągle tylko chlejesz.
  – A ty ciągle dajesz dupy. I jeszcze komuś za to płacisz. – Powstrzymał się przed splunięciem na starą, drewnianą podłogę, która skrzypiała wściekle przy każdym kroku. – Gorzej prosperującej dziwki świat nie widział. Wstyd mi za ciebie.
  Stephan zgrzytnął zębami, ale kontynuował czynność. Cyprian od zawsze gardził luksusami. W końcu był skrytobójcą, a nie jakąś „anagogiczną kurwą” jak zwykł nazywać swego przyszywanego syna. Pieniądze, których w czasach swej świetności zarabiał wcale nie mało, wydawał większości na broń. Stephan zaś, po niezliczonych niewygodach, jakie musiał znosić w czasach wczesnej młodości... Życie degenerata było ciężkie. Myśl, że nareszcie posiada różne rzeczy, nawet jeśli nie sprawiały mu już większej radości, przynosiła ulgę, jakby była balsamem na niewidoczne rany. Czasami, gdy przebiegał dłońmi po miękkich tkaninach albo przerzucał pierścienie w poszukiwaniu tych, które mógłby założyć, ogarniał go dojmujący smutek. Przypominał sobie, jak ojciec przeklinał tych, którzy robili zabawki dla swoich synów.
  – Cham – wymamrotał pod nosem jak syn, który boi się gniewu rodzica.
  – Straciłem wzrok, a nie słuch.
  Fakt, poza piciem Cyprian podsłuchiwał jeszcze wszystkie możliwe rozmowy, a często nawet płacił swoim dawnym informatorom, oczywiście za pieniądze, które dawał mu Stephan. Stracił wzrok, ale nie dawne przyzwyczajenia.
  – Niedługo będę musiał wyjechać na jakiś czas – rzucił wreszcie. Z trudem przeszło mu to przez gardło.
  – A ja? – zapytał po chwili milczenia Cyprian. – Co będzie ze mną?
  Stephanowi zjeżyły się włosy na głowie. Pijacy zawsze wypowiadali słowo „ja” w taki dziwny sposób. Spojrzał na ślepca, powtarzając sobie, że ten człowiek jest jego przyjacielem... jego jedynym przyjacielem.
  I ojcem bądź co bądź.
  – A co ma być? – zapytał. – Zostawię ci pieniądze, poproszę tego chłopca, Fyna, by do ciebie zaglądał. Lubi cię. Moje pieniądze też lubi. Drogę do „Wyuzdanej Służebnicy” znasz na pamięć. Mogę też poprosić Telyn, by cię odwiedzała.
  – Nie chcę dziwek.
  Stephan rozsunął ciężkie, stare kotary w brunatnym kolorze, otworzył okna, z których odłaziła biała farba, by wpuścić do zatęchłego pomieszczenia nieco świeżego, chłodnego powietrza.
  Oboje usiedli na niskich zydlach, przy zniszczonym niskim stole. Zza okna, z dołu, dobiegały odgłosy ulicy. Cyprian otulił się wełnianym kocem, Stephan zaś wolał drżeć w chłodnym, zimowym powiewie. Podsunął przyszywanemu ojcu kawałek chleba i pieczony kaczy udziec, które kupił na pobliskim targu. Do ciężkiego, cynowego kubka nalał wody.
  W milczeniu obserwował, jak ślepiec spożywa posiłek. W takich sytuacjach albo dzielił z nim smutek, albo dyskretnie wycofywał się ze starego mieszkania i pozwalał mu cierpieć w samotności. Po śmierci Lyanny Clarives Stephan czuł się w tym miejscu jak natręt. Już nawet nie próbował rozśmieszać ojca – nie potrafił już cieszyć się prawdziwie. Zaś po utracie wzroku smutek Cypriana spadł w przepaść żalu i pijaństwa.
  Starzec pociągnął łyk z kubka, po czym uderzył nim o blat.
  – Pieprzyć wodę. Piwa.
  – Powstrzymałbyś się chociaż przy mnie przeklęty moczymordo.
  – Ty przy mnie nie przestajesz zachowywać się jak stara lafirynda. Piwa.
  Z głośnym westchnieniem Stephan usiadł na drewnianym parapecie, który zajęczał cicho.
  – Widzisz, nawet wzdychasz jak stara lafirynda. I wyłaź z tego okna. Za moich czasów w witrynach siadały kurwy w poszukiwaniu klientów. Dajże mi tego piwa.
  – Nie kupiłem.
  Gdzieś na pobliskim rynku przeraźliwie głośno wydarł się sprzedawca ryb.
  Cyprian już więcej nie upomniał się o napitek. Zamiast tego jakby nigdy nic zaczął rozmowę o najróżniejszych sprawach: ostatnich plotkach dotyczących ponownego mariażu najbogatszego w okolicy lorda Redtho, o zastępcy Vamara, którego zżerało syphilis i bandzie kandydatów na jego stołek, o woźnicach klnących tak, że nawet żołnierz by się zarumienił. I jędrnych, miękkich w dotyku, pachnących piersiach Telyn.
  Potem po prostu siedzieli razem. Będą dziś siedzieć tak długo, aż znów poczują się ze sobą nudno i bezpiecznie.
  Gdy zapadł zmrok, Stephan zebrał swoje rzeczy i ruszył w kierunku drzwi.
  – Wychodzę.
  – Kiedy wrócisz? – spytał Cyprian, wbijając puste, nieruchome oczy w ścianę pokrytą wyblakłą, odklejającą się gdzieniegdzie tapetą.
  – Jak... Nie wiem. Jak wykonam zlecenie.
  Stephan przekręcił klamkę w drzwiach. Przez chwilę stał w progu, wbijając wzrok w oblicze ojca; wydawał się znękany. Zawsze uważał go za człowieka zdecydowanego, silnego, teraz jednak wydał mu się stary i niepewny. Cyprian Clarives wycierpiał wiele, ale najdotkliwsze rany odniósł na duszy. Poczuł nagły przypływ litości.
  – Nie martw się.
  – Idź. I zapłać dług w „Wyuzdanej Służebnicy”.
  Niczym już nie różnił się od ulicznego żebraka. Jednym słowem potrafił budzić gniew, drugim otwierać duszę.

***

  Wyszedł pochylony na sypiący gęsto śnieg, zacisnął zęby, żeby nie szczękały z zimna, bądź z nerwów. Sam nie wiedział. Zimowy zmrok otulił całe miasto granatową aurą, rozświetlany jedynie okazyjnie ciepłem starych latarni. Pomarańczowe łuny rozpraszały dywany śniegu i mokre, błotniste chodniki. Cisza absolutnej nieruchomości. Nawet w „Wyuzdanej Służebnicy”, z której zawsze dochodziły krzyki i dźwięki bijatyk, teraz panował błogi, niepokojący spokój.
  Jak wiele gospód na obrzeżach Pirytu, wielkiej dzielnicy zubożałej kasty społecznej, „Wyuzdana Służebnica” była zbiorowiskiem wszelkiego rodzaju robactwa. Podłoga wyłożona starymi, wyślizganymi od tysięcy buciorów dechami skrzypiała przenikliwie przy każdym kroku, a sufit znajdował się tak nisko, że wysocy mężczyźni musieli pochylać głowy, przechodząc pod mosiężnymi, topornymi żyrandolami, w których paliły się leniwie i smrodliwie łojowe świece. Gospoda była prawie zawsze zatłoczona, pełna podejrzanych, czasem niebezpiecznych typów, lecz dziś świeciła względnymi pustkami, emanowała sennym spokojem. Z mieszanką ulgi i obrzydzenia wsunął do ciepłego, cuchnącego wydalinami ludzkiego ciała i kwaśnym piwem wnętrza, bez zwłoki kierując się do kobiety z pasją czyszczącej stare, wyszczerbione kufle. Stanał przy ladzie, wyrzucając z siebie niewyraźne powitanie.
  – Pan to za Cypriana, ta?
  Stephan skinął tylko głową, rozglądając się nerwowo. Nie chciał, by grupa ludzi kojarząca go z Cyprianem wciąż się rozrastała. Po co w ogóle pytała, skoro przychodził tu co najmniej raz w miesiącu od kilku lat.
  Z niesmakiem zapłacił należny, z resztą całkiem wysoki jak na taką spelunę dług. Właścicielka patrzyła na niego natarczywie, lekko przechylając głowę.
  Odwrócił wzrok, omiatając spojrzeniem zebrane wewnątrz towarzystwo. Banda brudnych, zarzyganych obwiesiów, jakiś wielki drab z poobijaną facjatą tępawego osiłka i rozczochrany blondyn rozkładający karty przy jednym z opustoszałych stołów.
  Ze świstem wciągnął powietrze; coś zatrzepotało w jego piersi.
  Skąd?!
  Mężczyzna grał talią unikatowych kart wykonanych litografią samego Vincenta Axhelma. Wszędzie rozpozna ten dynamizm rysunku, agresywną, na pierwszy rzut oka przypadkową kreskę, ale po głębszej analizie z chaosu wyłaniała się przemyślana pod każdym względem, absolutnie perfekcyjna kompozycja.
  Do kurwy nędzy! Nie gra się dziełem sztuki przy piwie za pięć miedziaków.
  Skrytobójca z wysiłkiem uspokoił oddech, odwrócił się momentalnie do właścicielki i uśmiechnął, najserdeczniej jak potrafił. Doskonale zdawał sobie sprawę, że każde, choćby nawet przeciętne wino jest za drogie, by serwować je bywalcom „Służebnicy” i że prawdopodobnie mają jedynie wstrętnego, rozwodnionego bełta, mimo to postanowił spróbować.
  – Zawsze się raduję – odezwał się z zadziwiającym zdecydowaniem – gdy mogę ponownie oglądać pani czarujący uśmiech.
  Skończony idioto.
  Kobieta posłała mu tylko zmęczone, pogardliwe spojrzenie.
  – Co podać?
  Stephan odchrząknął, wyprostował się.
  – Najlepsze wino, jakie pani ma.
  – To samo co zawsze.
  Westchnął cicho; o ladę brzęknęło złoto. Kobieta spojrzała chciwie na pięć złotych monet z wybitymi na awersie wężami owiniętymi wokół mieczy. Odwróciła się na pięcie i zniknęła za drzwiami. Usłyszał ożywioną dyskusję, która po chwili przerodziła się w kłótnię. Przez moment nasłuchiwał ich stłumionych głosów ginących za barierą drzwi. Kobieta wróciła równie gwałtownie, co zniknęła, trzymając w dłoni butelkę wina. Wciąż wściekła postawiła ją na ladzie, ponownie chwytając za szmatę.
  Schłodzone fernorskie czerwone. Może być.
  – Idealne. Jest pani wspaniała.
  – Coś jeszcze? – zapytała, wyciągając spod lady cynowy kubek.
  – Dwa poproszę.
  Podała jeszcze jeden i wróciła do czyszczenia kufli kawałkiem wysłużonej ściery.
  – Dziękuję – wymamrotał. Kobieta machnęła ręką z niesmakiem.
  Uśmiechnął się do niej, ujął w dłoń wino i cynowe naczynia, po czym skierował się do stołu, przy którym siedział wątpliwy właściciel unikatowej talii. Tasował karty, układał w tylko sobie znane kombinacje. Jego dłonie żyły własnym życiem – poruszały się szybko i zwinnie, bez śladu senności i apatii reszty ciała właściciela. Cokolwiek je napędzało, drzemało w środku i działało z niewymuszoną elegancją wielu lat praktyki.
  – Można się dołączyć? – zapytał.
  Nie czekając na przyzwolenie, usiadł naprzeciwko mężczyzny, nalewając wina. Przez chwilę obserwował go z nieukrywaną fascynacją. Blondyn najwyraźniej z trudem wyrwał się ze swoistego transu, w jakim znajdowali się często ludzie namiętni bądź słabi na umyśle. Po chwili podniósł wzrok i powiódł nim po intruzie. Już znacznie trzeźwiej zebrał karty i odłożył je na bok.
  – Napijesz się ze mną? – zapytał Stephan, z trudem skupiając wzrok na twarzy siedzącego naprzeciwko mężczyzny. Karty niemal syczały gorąco i kusząco.
  Ten spojrzał kątem oka na właścicielkę, po czym z ociąganiem odpowiedział:
  – Nie mam pieniędzy, więc nie, nie napiję się.
  Stephan uśmiechnął się mimo woli, przesuwając po stole kubek z winem.
  – Przychodzisz do karczmy bez pieniędzy?
  – Pracuję tu.
  Skrytobójca spojrzał z powątpiewaniem na jego zmęczoną życiem postawę, na talię kart spoczywających spokojnie na wilgotnym, drewnianym blacie.
  – Pracujesz...
  – Goście byli łaskawi zająć się dziś sobą sami. – Skinął głową w kierunku zaległych pod stołami pijaków, którym towarzyszyły równie pijane, dość obrzydliwe odgłosy, po czym bez większego skrępowania wychylił zawartość podsuniętego mu naczynia.
  Skinął głową, gdy czerwona ciecz ponownie zalśniła w kubku.
  – To co, rozdasz?
  – Co ktoś taki jak ty robi w miejscu takim jak to? – burknął, tasując wprawnie wysłużone karty.
  Stephan przyłożył kubek do warg, dając sobie chwilę na namysł.
  – Tu, w Pirycie, są najlepsze folusznie w mieście. Byłem zamówić kilka płócien. Są znacznie tańsze niż...
  – Jesteś krawcem?
  – Nie, jestem malarzem. Stephan de Vort. – Wyciągnął dłoń, niby przypadkiem obracając ją tak, że światło świec odbiło się kilkoma refleksami w złotych pierścieniach zdobiących jego smukłe palce.
  Przez chwilę, nieco zbyt długo i nieszczególnie grzecznie, blondyn przyglądał się biżuterii i odzieniu Stephana, po czym uścisnął dłoń.
  – Lucien.
  Stephan ujął podane mu karty, ze skrywanym zachwytem podziwiając odbite na nich, dopracowane w każdym detalu grafiki.
  Lucien mrukliwie poinformował, że będą grać w iursę.
  Pracownik śmierdzącej karczmy grający w iursę?
  Podstępny charakter tej gry zawierał się w braku sztywnych zasad. Nie stanowiły niezmiennej podstawy, lecz były kolejnym ruchem wewnątrz gry, kolejną kartą, której należało użyć. A przez to iursa stawała się wiernym odbiciem życia, grą zdumiewająco skomplikowaną i niemal poetyczną w swej subtelności. Inne można było uznać za zmienne układy rąk i kart, ale iursa zawsze dawała początek historiom, a każda z nich miała strukturę świata – namiętny taniec charakterów, wspomnień, umysłów. Niektórzy, mawiano, pochylali się nad kartami jako krętacze, a podnosili głowy jako filozofowie.
  Stephan do nich nie należał i nie raz śmiał się z podobnych historii.
  Zastanawiał się nad ruchem, pocierając prawą brew. Kątem oka spojrzał na Luciena. Mężczyzna z zainteresowaniem podziwiał złote, zdobione geometrycznymi wzorami spinki zdobiące mankiety jego białej koszuli. Uśmiechnął się pod nosem, od niechcenia wykładając jedną z kart.
  Lucien rozbrzmiał złośliwym chichotem.
  – Zrozumiałbym ten ruch – odezwał się, zdecydowanie wyrzucając jedną ze swoich kart – gdybyś był pijany.
  Małe dzieło sztuki wylądowało prosto w mokrej plamie na stole. Stephan z trudem powstrzymał się przed wydaniem z siebie pełnego boleści jęku. Skrzywił się po prostu niezadowolony, ale najwyraźniej towarzysz zupełnie inaczej odczytał jego reakcję.
  – Zrobiłeś się strasznie ponury, gdy tylko zaczęliśmy grać – skwitował rudzielec.
  – Bo to wredna gra.
  – Mówisz tak, bo za bardzo się starasz.
  – Nie, bo przegrywam.
  – Iursy nie można zmusić do posłuszeństwa. Im bardziej chcesz ją nagiąć pod siebie, tym bardziej się opiera.
  Stephan parsknął rozeźlony.
  Cóż za życiowa mądrość.
  Spojrzałna stół i zdał sobie sprawę, że reguły znowu uległy zmianie – tym razem katastrofalnie. Całkowicie na jego niekorzyść. Zaczął szukać możliwości ruchu, ale nie znalazł żadnej.
  Przeciwnik uśmiechnął się tryumfalnie i oparł głowę na dłoniach.
  – Dobry jesteś – wymruczał w końcu Stephan, dolewając wina do obu kubków. Niby bez większego zainteresowania spojrzał na rozrzucone po stole karty. Napił się. – Ładna talia.
  Lucien z powątpiewaniem spojrzał na stare, zdewastowane karty, na zdobiące je poszarpane, zeszmaciałe krawędzie i plamy o nieznanej genezie.
  – Lubię je.
  – Nie chcesz może ich sprzedać? – podjął tonem znudzonego dziecka, pociągając łyk wina. Nie słysząc odpowiedzi, dodał: - Albo wymienić?
  Szare oczy mężczyzny skierowały się na ułamek sekundy na obwieszone złotem palce i mankiety Stephana.
  – Ładne, co? – Zdjął ze smukłego palca prostą, złotą obrączkę, podrzucił ją na otwartej dłoni, jakby ważył jej ciężar.
  Lucien zmarszczył czoło, uniósł podejrzliwie brew.
  – Oferujesz mi złoto, za stare, wyświechtane karty?
  Stephan uśmiechnął się pobłażliwie.
  – Podobają mi się. A lubię mieć w posiadaniu rzeczy, które mi się podobają. A takich? – Spojrzał na obrączkę spoczywającą w dłoni. – Takich mam zatrzęsienie.
  Siedzący naprzeciwko mężczyzna myślał chwilę, po czym ruchem głowy wskazał na mankiet Stephana.
  – W takim razie dokonamy wymiany, ale za te spinki.
  Ty zachłanny prostaku!
  – Wydaje ci się – zdołał wykrztusić w całkowicie szczerym szoku Stephan – że oddam ci je za stertę brudnych, zeszmaciałych kart? Że cenię je bardziej od tych małych dzieł sztuki jubilerskiej?
  Za tymi słowami kryła się desperacja, nie przekonanie. Skrytobójca sam nie wierzył w to, że za żadne skarby nie odda mu tych spinek. Mimo to musiał grać, by wytargować jak najlepszą cenę i nie wzbudzić podejrzeń. Ten typ tylko sprawia wrażenie ospałego i niezbyt bystrego.
  – Też lubię mieć rzeczy, które mi się podobają. A one podobają mi się bardzo. O wiele bardziej niż to. – Położył na blacie wąski pierścień wykonany z postarzałego złota przyozdobionego niewielkim, wyszlifowanym turmalinem w oku.
  Kolejna wątpliwa własność. Dość prymitywnie wykonana, ale urokliwa.
  – Mogę?
  Blondyn łypał nieufnie na wyciągniętą dłoń mężczyzny, ale ostatecznie podał mu pierścień. Krótkie oględziny wystarczyły, by potwierdzić wartość ozdoby.
  Stephan westchnął ciężko, spojrzał na karty, spojrzał na turmalinowe oko. Podrapał się w gładko wygolony policzek.
  – Niech będzie. Mam dziś dobry dzień – mruknął, niechętnie odpinając spinki od mankietów. Z nieukrywanym żalem podał je nowemu właścicielowi.
  Lucien uśmiechnął się z satysfakcją, zaciskając palce na nowym, drogocennym nabytku. Nic już nie mówił. Przyglądał się tylko, jak Stephan de Vort wkłada czarny płaszcz i chowa nabytki w kieszeni. W sposobie, w jaki się ubierał i poruszał, dało się zauważyć nagłą nieczułość, a w oczach – ledwie dostrzegalną obojętność.
  – Dziękuję i życzę miłego wieczoru – rzucił, nie próbując już ukryć goryczy i oddalił się, nie skinąwszy nawet głową.
  Wypadł z gospody, oddychając ciężko. Drżące dłonie schował w kieszeniach płaszcza. Chłodne, świeże powietrze. Szare światło opustoszałych ulic. Zrujnowane, stare kamienice ciągnęły się wśród gęstwy skromniejszych budowli. Błotniste, wysypane żwirem drogi niknęły w oddali wśród prószącego śniegu, a ogromne wille w środkowej części miasta, odosobnione i małe w oddali jak paznokieć, wyłaniały się świetliście z białego obłoku śniegu niczym martwe wieże z pustynnych diun.
  Stephanowi ścisnęło się gardło. Odpędził łzy satysfakcji. W miejscu, gdzie karty przylegały do jego ciała, czuł ciepło. O ile wykonywanie zleceń z powodzeniem nigdy nie skłaniało go do dumy, o tyle takie drobne zwycięstwa zawsze budziły w nim błogostan, skłaniały do ekstazy.
  I odwiedzania burdelu.

Lucek?
---
1237 PD + 10 P
~Mimma

niedziela, 30 grudnia 2018

Od Stephana (do Aniego) "Niecodzienne spotkanie" cz.4

  Stephan długo milczał. Jego wątpliwości musiały być dostrzegalne gołym okiem. Mimo zapewnień chłopaka uderzyły go wizje, które prześladowały go niemal całe życie – strumień okropności. Listy gończe. Szubienica. Błysk słońca w wytrzeszczonych oczach. Zwierzęce wrzaski zebranego na egzekucji tłumu. Przez chwilę zapomniał, że młodzieniec wciąż tu siedzi. Został tylko dławiący, rozdzierający strach, że przyszłość będzie podobna do obrazów, które widział w swojej głowie.
  – Wszystko w porządku? – Ponownie usłyszał ten głos, wyraźny i ciepły jak jesienne popołudnie.
  Ocknął się wreszcie z dziwnego odrętwienia i spojrzał w jasne, przerażająco spokojne oczy medyka. Zdawać by się mogło, że jego skóra jaśnieje w cieniach mrocznego lasu, a w źrenicach błyszczy budzące zaufanie ciepło.
  Stephan uśmiechnął się tylko blado w odpowiedzi.
  Mimo usilnych starań nie chciało mu się wierzyć w szczere intencje nieznajomego.
  – Ani Asakura. – Zdawać by się mogło, że na jego smukłej twarzyczce odmalował się szyderczy uśmiech. Kpiąca cisza.
  Czy mam urojenia?
  Skrytobójca wyciągnął dłoń niepewnie, bez przekonania, dając sobie chwilę na namysł.
  – Garland Choires.
  Wymiana uścisków. Stephan zlodowaciał na moment. Przeraziła go świadomość, że spod szczelin łagodnej, budzącej zaufanie maski wyziera ukryta przebiegłość.
  Zdecydowanie mam urojenia.
  Stephan w najmniejszym stopniu nie mógł być pewien zastałej sytuacji. Pościg wciąż mógł trwać. Do tej pory przypominało to wszystko dziwaczną farsę, poszło zdecydowanie za łatwo. O ile łatwym była cała noc na końskim grzbiecie, pokonywanie stromych zboczy, galopowanie po kamienistych stokach, brodzenie przez wartkie strumienie – był w stanie to znieść, ale świadomości, że prawdopodobnie to jeszcze nie koniec i tylko kwestią czasu jest podjęcie tropu przez gończe psy, już znieść nie potrafił.
  Czy ten drań gra na zwłokę? 
  Skrytobójca podniósł się ociężale z ziemi. Rozerwana przez strzałę noga odezwała się wściekłym bólem. Zmrużył na moment powieki, by uspokoić wirujące chaotycznie myśli.
  – Dziękuję ci za pomoc – wymamrotał tępo. - Mimo to muszę wracać do... Gdzie właściwie jesteśmy? Mam wrażenie, że całkowicie straciłem orientację.
  Chłopak wskazał ruchem głowy gościniec niewyraźnie kreślący się za linią kilku drzew i krzewów. Droga miała zwodniczy urok, idealnie równa, prowadząca prosto na rozdroża przy dopływie rzeki Devry, a mimo to dręczyło go wrażenie, że każdy, kto na nią wjedzie, obserwowany będzie przez niewidzialnych świadków.
  – Jeśli ruszymy tym szlakiem, powinniśmy być jutro o zmroku w mieście Hervos. Najbliżej nam do niego. Zresztą tam właśnie zmierzam z towarami. Możesz się zabrać ze mną, razem podróż szybciej mija, prawda? I jest, oczywiście, znacznie przyjemniejsza.
  A potem wydasz mnie straży. Jasne.
  – Najpierw to ja muszę znaleźć mojego konia. – Rozejrzał się nerwowo, sięgnął po jakąś w miarę prostą gałąź i ruszył wolnym, ale zdecydowanym krokiem przed siebie, opierając się ciężko na grubym badylu.
  – Przeszukałem okolicę, gdy spałeś. Musiał uciec bardzo daleko...
  Stephan zgrzytnął zębami, zmełł w ustach przekleństwo.
  On mnie wyda. 
  Westchnął ciężko. Ta krowa porwała ze sobą torby z jego truciznami, nożami i strzałkami. Świetnie. Jak dobrze, że chociaż pieniądze i puginały zawsze trzymał przy sobie. 
  – Podwiozę cię do miasta. Z tą nogą sam daleko nie zajdziesz.
  – Niech będzie.
  Ani bez słowa zwinął obozowisko, spakował juki i podszedł do wozu. Zaprzągł dwa podstarzałe siwki, po czym zasiadł na koźle, wskazując Stephanowi miejsce obok, oczywiście, uśmiechając się przy tym irytująco promiennie.
  Cholera, powinienem go zabić. Wyda mnie. Wie, jak wyglądam, zaraz będą mnie szukać z listami gończymi po wszystkich miastach.
  Moją twarz będą podziwiać tysiące.
  Cholera! Ale nie w ten sposób.
  Po tym przypomniał sobie siłę chłopaka, gdy ten podawał mu jakieś cholerstwo na spanie. Z czego wynikała ta dziwaczna różnica sił? Z upływu krwi Stephana? To też, ale żeby aż w tak wielkim stopniu?
  Upewnił się, że jego broń wciąż wisi u pasa.
  Wisiała.
  – Gotowy? – Ani wyciągnął dłoń, by pomóc wejść mężczyźnie. Tak jak Stephan się spodziewał, zrobił to z niesamowitą jak na te posturę krzepą.
  Chwilę potem wóz ruszył szerokim gościńcem w kierunku Hervos.

Ani? Wybacz, że tyle to trwało i tak krótko </3
---
314 PD
~Mimma

sobota, 17 listopada 2018

Od Stephana (do Aniego) "Niecodzienne spotkanie" cz. 2

Jak to możliwe?
Oddychając głęboko, Stephan de Vort wstrzymał konia i odwrócił się, by spojrzeć na starą cytadelę. Jej mury górowały nad zasłoną świerków i modrzewi, nad nimi zaś górowały zryte rozpadlinami fałdujące masywy pasma Dheor. 
Popędził konia i podjął dalszą ucieczkę. Późnym popołudniem minął przerażająco zimną i rwącą rzekę. Dopiero wtedy miał pewność, że zgubił pościg. I dopiero wtedy poczuł potworne zmęczenie i przenikliwy, rwący ból. Spojrzał z lękiem na rozległą ranę na ramieniu.
Kurwa.
Potem skierował wzrok na złamaną strzałę tkwiącą w zakrwawionym udzie.
Kurwa!
Krzywiąc się z cierpienia, zeskoczył z konia. Wydał z siebie pełen boleści jęk, gdy wraz z momentem zetknięcia się rannej nogi z ziemią przez jego ciało niczym uderzenie pioruna rozszedł się palący ból. Z trudem utrzymał pozycję pionową, oparł ciężar ciała na prawej nodze, przytrzymał się łęku.
Koń zwiesił głowę, chrapał ciężko, zmęczony długą drogą. Stephan sam się dziwił, że nie zajechał wierzchowca tą szaloną ucieczką. Gdy pędził go cwałem, słyszał świszczący oddech, huk jego serca. Potem zwierzę protestowało, zwalniało, zbaczało ze ścieżki, by pod koniec zacząć się potykać. Skrytobójca poklepał go po spoconej, lepkiej szyi; rozejrzał się, spojrzał w niebo pokryte kłębiastymi chmurami, które stopniowo zaczęło przybierać cieplejsze barwy. Słońce chyliło się ku zachodowi.
Przywiązał smukłego gniadosza do drzewa, na którego pniu rozrosły się mnogo opieńki. Usiadł na wilgotnej ziemi i nerwowo, trzęsącymi rękoma zaczął rozrywać koszulę. Obwiązał prowizorycznie rany, by choć trochę zatamować leniwie płynącą krew. Pozwolił sobie na zbawienną chwilę odpoczynku, by odzyskać spokój, narzucić rozumowi dyscyplinę. Las był cichy, ptaki śpiewały słodko. I tylko jego charczący oddech i huk serca zakłócały błogość.
Podniósł się wreszcie, podszedł do roziskrzonego w słońcu strumienia i ukląkł na jego brzegu. Woda, którą uniósł do ust, była bardziej orzeźwiająca i słodsza od innych. A może po prostu takie tylko miał wrażenie, bo spękane, wysuszone usta od kilku godzin nie smakowały płynów. Obmył twarz, schłodził rozognione rany, po czym ponownie dosiadł wierzchowca.
Zjechał granitowym zboczem prosto w dziką gęstwinę.
Kluczył w mrocznym borze między potężnymi, wiekowymi dębami, wśród ciszy mówiącej o długiej nieobecności człowieka. Koń parskał, gdy ciernie kaleczyły jego nogi. Siły uciekały z każdym oddechem, ogromne drzewa trzeszczały targane silnym wiatrem. Bujał się niemrawo w siodle, otoczenie pochwyciło go, zniewoliło, poruszało nim i koniem w rytm własnego tchnienia.
Gniady nagle zarżał wściekle, gdy tuż przed nim przebiegła młoda łasica. Zadrobił w miejscu, stuknął kopytami w mokrą ziemię, gwałtownie stanął dęba. Stephan szarpał się z nim chwilę, po czym zupełnie pozbawiony sił spadł na ziemię.
Jęknął, gdy jego ciało zderzyło się z twardym podłożem. Głowa niefortunnie przyjęła znaczną część impetu. Poczuł tylko, jak lekko zakrzepłe rany ponownie się otwierają i tryskają krwią.
Stephan zesztywniał z przerażenia, gdy usłyszał ludzkie kroki, a zaraz potem głos.
– Wszystko w porządku?
Odetchnął z ulgą, zdając sobie sprawę, że na pewno nie był to nikt z pościgu. Ktoś pomógł mu wstać, jak przez mgłę zobaczył młodego chłopaka o długich ciemnych włosach i łagodnej, niemal niewieściej twarzy.
Koń. Gdzie koń?
Rozejrzał się zdezorientowany, świat wciąż wirował mu przed oczyma. Ciało niczym z ołowiu, równie nieruchawe, co jego myśli.
Chłopak powiedział coś jeszcze.
Co?
Gdzie mój cholerny koń?!
Czarnowłosy wciąż go podtrzymywał.
– Przeklęty koń! Tyle czasu razem, a on po prostu uciekł! – wybełkotał, z trudem wypowiadając słowa.
Cóż za nonsens.
– Proszę się nie ruszać, rany chyba się pogorszyły.
Stephan skupił się na moment na twarzy nieznajomego.
Jaki ładny...
Zaraz potem został posadzony na ziemi; oparł głowę o wilgotną, chropowatą powierzchnię drzewa. Plątanina czarnych gałęzi na tle burzowego, sinego nieba. Zagubił się w ich kształcie, w ścieżce, jaką kreśliły w powietrzu – cienkie, mocne linie, które kradły z nieba tyle pustki.
Jakie piękne.
Ktoś się nad nim pochylił, zasłonił mu widok. Miał ochotę pluć. Chłopak przytknął mu do ust drewniany kubek.
Gdzie mi z tym?!
Spróbował podnieść rękę, ale była jak z waty. Skrzywił się, odwrócił głowę, doświadczył strasznego uczucia przewagi fizycznej nieznajomego. Naparł dłonią na jego pierś, a on się uśmiechnął jak ojciec droczący z synem.
Jak to możliwe?
Taki młody, taki delikatny, taki silny.
Wstrętna gorycz wody, którą mu podano, sprawiła, że wargi mimowolnie wykrzywiły się w grymasie. Coś przyćmiło zmysły jeszcze bardziej. Niebo przed jego oczyma zawirowało, a na jego miejscu pojawiła się wielka, czarna plama.
Świat zatrzymał się na przerażająco długi moment.

***

Świt. Stephan obudził się z drżeniem. Słyszał szum liści.
Przez nieokreślony czas leżał nieruchomo, miażdżony ciężarem tępego bólu. Ciężkie kończyny zdawały się przykuć go do ziemi. W ustach wciąż czuł gorzki smak środku nasennego. Poczuł okropne mdłości. Musiał się mocno uderzyć w głowę.
Gdzie jestem?!
Świadomość zupełnie obcej sytuacji i obecności nieznajomego spadła na niego z przytłaczającym ciężarem.
Rozejrzał się nerwowo wokół siebie. Jego rzeczy leżały obok prowizorycznego posłania, rany miał precyzyjnie opatrzone.
Medyk? Co do cholery robi w środku dziczy?
Zdołał się podnieść na kolana, podpierając ciężkimi jak ołów ramionami. Ból rozsadzał czaszkę. W sztywne palce chwycił jeden ze swoich puginałów.
Gdy stanął na nogi, omal się nie przewrócił. Musiał odczekać kilka sekund, by przywołać swoje ciało do porządku. Spojrzał przed siebie; wzrok wciąż miał mętny. Długowłosy chłopak siedział przy ogniu; grzał białe, delikatne dłonie.
Stephan podszedł do niego, nieszczególnie dyskretnie. Sztylet wciąż trzymał w ręce, ale nie czuł szczególnej potrzeby wymierzania go w plecy obcego.
– Pańskie rzeczy położyłem obok posłania, więc nie ma się czym martwić. Może chciałby pan porozmawiać? – Jego głos był cichy, kojący, wibrował spokojem.
– Porozmawiać? – Stephan oparł się o pobliskie drzewo, z powątpiewaniem spoglądając na długowłosą postać. – Masz na myśli niezobowiązującą pogawędkę o pogodzie, czy przesłuchanie?
Nie słysząc odpowiedzi, westchnął ciężko i spuścił z tonu. Poczuł wstyd.
– Dziękuję za pomoc – wymamrotał wreszcie. Dopiero wtedy nieznajomy obrócił się do niego twarzą. Uśmiechnął się łagodnie, po czym wskazał miejsce obok siebie, przy ogniu.
Dezorientacja. Stephan nie pamiętał, kiedy ostatnio zaznał takiej bezinteresownej życzliwości. Czy faktycznie była to bezinteresowność? Czego może chcieć? Kim jest? Czy to podstęp?
Mimo to wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem usiadł przy ogniu, potarł skostniałe dłonie. Obserwował swoje palce, zginał je i prostował, jakby nie potrafił poradzić sobie z nerwami.
W końcu zadał pytanie.
– Czego chcesz w zamian? I co muszę zrobić, by liczyć na twoją dyskrecję?

Ani?

----
512 PD
Owca

piątek, 16 listopada 2018

Od Stephana (do Szczura)
"Jeden wart drugiego
choć obaj pazerni
jak jeden tak drugi
śliskiej pracy wierni" cz. 3

Stephan czerpał osobliwą przyjemność z zastałej sytuacji. Wcale nie dlatego, że uwielbiał, gdy ktoś czegoś od niego potrzebował. Po prostu niesamowicie bawiła go świadomość, że wyciągnięciu dłoni z pierścieniem towarzyszy nerwowe drganie powieki zamaskowanego mężczyzny.
– Nie za szybko na oświadczyny, kolego?
– Liczyłem, że polecisz na błyskotkę i nie będę musiał się starać.
– Jak ty mnie doskonale rozumiesz.
Ujął pierścień między kciuk a palec wskazujący, obejrzał go z nieskrywanym zachwytem, po czym wcisnął do sakwy u pasa.
Jego twarz przybrała nagle niezwykle cierpiętniczy wyraz. Jakby świadomość beznadziei spadła mu prosto na głowę.
– Niezwykle niewygodna sytuacja – oznajmił gwałtownie i chwilę odczekał dla zwiększenia dramatyzmu. – Nie-zwy-kle. Mamy na karku dwóch rozjuszonych braci, starego Bagscolla, który pewnie zaczyna powoli dochodzić do siebie, wzmożoną czujność strażników, wciąż ujadające psy, magiczną barierę i prawdopodobnie dokumenty schowane głęboko w dupie samego Eijeha. A wszystko szło tak gładko, póki...
Złodziej uciszył go gestem, po czym zeskoczył z murku. Przez chwilę wpatrywał się uparcie w czubki swoich butów, co rusz zerkając na Stephana z ukosa, nerwowo. Na ułamek sekundy ogarnął go dziwny bezwład, jakby jego myślom brakowało impetu, by stać się mową.
Cisza. Tylko coś cicho zgrzytało, jakby gdzieś niedaleko znudzone dziecko bawiło się łyżką w śmierdzącym piasku leżącym po bokach jednej z ciemnych alejek.
– Te przygłupy myślą, że uciekamy z podkulonymi ogonami – mruknął wreszcie.
– Każdy mądry by tak zrobił. Prośmy bogów, by głupcy nie musieli umierać za swoje głupstwa.
Zamaskowany rzucił mu chytre spojrzenie, odzyskując dawną ikrę.
– Mówisz o bogach, biorąc pieniądze za ludzkie życia? – Zaśmiał się, ale nie czekał na odpowiedź. Odchylił lekko głowę; maska odbiła metalicznie kilka refleksów. – Wejdziemy kanałami. Zatkaj nosek, księżniczko.
***
Nie minęło wiele czasu, a Stephan zaczął żałować, że nie odmówił złodziejowi współpracy.
Gęste, smrodliwe powietrze kanałów szczypało w oczy. Śliskie, mokre kamienie zdawały się przemieszać wraz z nimi; momentami czuł, że traci równowagę. Zmęczenie, duchota i potworny odór przyprawiały go o mdłości, a za każdym razem, gdy nadepnął na coś miękkiego i piszczącego, z jego gardła wydobywało się siarczyste przekleństwo.
Z trudem potrafił się skupić na wyznaczonej trasie, ale był pewien, że są już blisko. Każdy bodziec szargał jego nerwy. Powtarzał sobie, że musi być metodyczny i zdyscyplinowany. Zawsze w takich momentach powątpiewał w swoje umiejętności i słuszność wykonywanej pracy – zwłaszcza kiedy byle złodziej krzyżował jego plany i jeszcze śmiał kpić z niego w żywe oczy – ale przez szesnaście lat, które spędził pod pieczą Vamara, nigdy nie zawiódł.
I tym razem nie zawiodę.
Unurzał buty w wodzie i błocie, która teraz mlaskała irytująco między skostniałymi z zimna palcami stóp. Zdechły kot leżący koło jego nogi poruszył się nieznacznie. Ujrzał tłustego szczura wypełzającego z rozerwanego brzucha. Uderzył go wstrętny smród padliny.
Wzdrygnął się obrzydzony, ciałem targnął spazm. Gwałtownie zdarł z twarzy chustę i zwymiotował do gęstej, brunatnej wody płynącej leniwie w kanale. Przezornie uniósł ramiona, by choć trochę ukryć głowę przed wścibskim spojrzeniem złodzieja. Mimo to czuł na sobie jego czujny wzrok. Otarł usta grzbietem dłoni, po czym ponownie zasłonił twarz.
Wymruczał pod nosem przekleństwo, wycierając zimny pot z czoła.
– Teraz to i mi chce się rzygać – skwitował złodziej, skręcając w lewą, wąską odnogę labiryntu podmiejskich kanałów. Obserwował skrytobójcę z lekkim zdziwieniem. Jak to możliwe, by idący obok mężczyzna, zdegustowany i trzęsący się z obrzydzenia, był tą samą osobą, która w domu Jorslona Bagscolla zamordowała z zimną krwią co najmniej pięciu strażników? Tamten człowiek był zdyscyplinowany, niepowstrzymany, skupiony. Spoglądał z dziką przebiegłością, zachowywał spokój mimo pogarszającej się sytuacji.
Teraz płatny morderca szedł obok; mały, chudy, przygarbiony ze zmęczenia i niepewności.
Jak mógł tak nagle przekształcić się w żałosny strzęp tamtego człowieka?
Dotarli wreszcie do kraty, która stanowiła główny odpływ dla kilku rynien posiadłości Jorlona Bagscolla. Oboje odchylili na moment głowy, by nacieszyć się chłodnym powiewem świeżego powietrza. Woda lała się strugami do kanału, mocząc ich ubrania jeszcze bardziej.
Do ich uszu dotarły powarkiwania psów i ciche, nerwowe rozmowy strażników, tłumione szumem deszczu.
Stephan wytężył słuch; powietrze wibrowało od dźwięków. Niedaleko snuł się strażnik z ogarem. Stopy obute w ciężkie buciory z mlaskiem odrywały się od grząskiego trawnika. Pies węszył, co chwila otrzepując mokrą, cuchnącą sierść.
– Niedługo odejdą – wyszeptał do złodzieja, wciąż nasłuchując. Jego własny głos zabolał w nadwrażliwe uszy. – Podsadzisz mnie.
Spodziewał się protestu ze strony rabusia, ale ten tylko kiwnął lekko głową.
Gdy uznał, że teren jest czysty, skinął na wspólnika, po czym wypchnął się od jego dłoni i ostrożnie naparł na metalową, ciężką kratę. Skrzywił się, gdy ta ani drgnęła.
– Szlag by to trafił... Jest przykręcona.
– Teleportuj się.
– Nie mogę teleportować się do miejsca, którego nie widzę.
– Gówno – mruknął złodziej, omiatając otoczenie wściekłym spojrzeniem.
Stephan miał przez chwilę wrażenie, że wszystkie cienie gęsto kładące się w labiryncie kanałów miotały się rozpaczliwie i na moment zbladły. Spojrzał na złodzieja i cofnął się o krok, widząc, że jego ciało stopniowo zaczyna pochłaniać gęsta ciemność, by sekundę po tym całkowicie stracić go z oczu.
De Vort zmarszczył czoło, przez cały czas milcząc; nie próbował ukrywać pogardy.
A więc tak udało się mu mnie zaskoczyć.
Uniósł głowę i tuż przy kracie, na zewnątrz, dostrzegł materializujący się zarys sylwetki zamaskowanego mężczyzny, który rozejrzał się nerwowo, odchylił połę płaszcza i wyciągnął śrubokręt. Mimo iż w pobliżu stali strażnicy, pozbywał się kolejnych śrub spokojnie i metodycznie. Odsunął wreszcie kratę, która zaszurała cicho i metalicznie. Złodziej omiótł wzrokiem ogród, po czym pochylił się i wyciągnął rękę do wspólnika.
Gdy oboje znaleźli się na powierzchni, zasunęli kratę i przylgnęli do szarej w ciemnościach ściany. Stephan szybko zaczął oceniać sytuację. Drzwi tarasowe były zamknięte, podobnie jak wszystkie okna w pobliżu.
– Jakieś pomysły? – wyszeptał, nerwowo spoglądając na wartowników. Jeden szczał prosto na piękny krzew ognika szkarłatnego.
Prymityw.
Złodziej myślał chwilę, rozglądając się, po czym skinął głową, dając do zrozumienia, by podążał za nim.
Ostrożnie stawiając kroki, ruszyli po wilgotnej trawie. Gęsto lejący się deszcz był zbawienny; tłumił większość odgłosów. Nawet strażnicy musieli się przekrzykiwać.
Zatrzymali się gwałtownie, widząc łysego dryblasa stojącego przy schodach prowadzących do piwnicy. Stephan zbliżył się powoli, sięgnął po jeden ze swoich puginałów, po czym szybkim, mocnym ruchem uderzył go głowicą w skroń. Złapał obezwładnione ciało i szybko zaciągnął schodami w dół. Złodziej przeskoczył balustradę i miękko wylądował tuż przed wejściem. Przyjrzał się ciężkiej kłódce wiszącej przy zamku. Sięgnął po wytrychy i wprawnie, metodycznie, z godną podziwu rutyną pozbył się blokady.
Wewnątrz panowała głucha cisza i mrok.
Wsunęli do środka, ciągnąc za sobą ciało nieprzytomnego strażnika. Zamknęli ciężkie drzwi.
Grobowe ciemności wcale nie przeszkodziły rabusiowi w obmacywaniu wszystkich skrzynek i półek w poszukiwaniu cennych łupów.
– Przestań. Nie wydaje mi się, byś znalazł tu coś więcej poza słoikami i stertą starych gratów – syknął Stephan, stawiając złodzieja do pionu.
Ten wzruszył tylko ramionami.
– Zboczenie zawodowe – odparł o ton za głośno, za co skrytobójca spiorunował go wzrokiem.
Przeszli przez piwnicę, co rusz wymijając bele materiałów, stare, bogato zdobione krzesła, skrzynki z poukładanymi słojami, zasłony rzucone w nieładzie, a nawet starego konia na biegunach.
Stephan znieruchomiał na moment, gdy pod jedną ze ścian dostrzegł fragment obrazu.
– Niemożliwe – wyszeptał z zapartym tchem.
Odsunął ostrożnie skrzynkę, która zastawiała obraz w prostej, złotej ramie. Nawet ciemność nie utrudniła mu rozpoznania autora. Przez moment wpatrywał się z nabożną czcią w płótno zamalowane złoto granatowymi plamami formującymi się w pole kukurydzy na burzliwym, ciemnym tle. Oszałamiająco piękny ślad malarski zdawał się płynąć, dryfować po poruszanym przypływami silnego, wichrowego powietrza polu.
– Ten głupiec trzyma van Rava w piwnicy... – z trudem wydusił z siebie słowa, a oczy zaszkliły mu się, nie wiedział, czy od kurzu, czy żalu.
– Doskonale. Skoro nie potrafi docenić sztuki, to musi ją przejąć ktoś, kto zna jej wartość. Jak myślisz, ile będzie wart? – zapytał złodziej, wyciągając z jednej z kieszonek skalpel.
– Co ty robisz? – Stephan warknął gniewnie, marszcząc czoło.
– No jak to co? Chyba nie wezmę go z całą ramą?
– Uszkodzisz płótno!
Rabuś spojrzał na niego z góry z kpiną w oczach.
– Odsuń się. Ma to twoje dzieło sztuki tu leżeć i nabierać wilgocią, bo grubas nie wie co dobre? Chyba lepiej go sprzedać komuś, kto lepiej się nim zajmie, hm? Tylko ktoś, kto nic nie wie o pięknie, pozwoliłby van Ravowi gnić w piwnicy... – Kąciki jego oczu zmarszczyły się, prawdopodobnie pod wpływem szerokiego uśmiechu. Wyminął niższego mężczyznę i zabrał się za robotę.
Cóż za policzek.
Stephan zgrzytnął zębami.
Obserwował, jak złodziej wycina płótno z ramy, a każde cięcie skalpela zdawało się ciąć również jego skórę.
– Jest wart jakieś sto pięćdziesiąt sztuk złota. Nie oddawaj go za bezcen...
– Nie martw się, skarbie – westchnął jak znużona kochanka, z czułością zwijając płótno. – Już ja dobrze wiem, jak się tym zająć.
Stephan słyszał, prawdopodobnie tylko w swojej głowie, dźwięk pękającej i kruszącej się farby.
– Jesteś potworem – fuknął wściekle i nie chcąc tracić więcej czasu, ruszył po schodach wyłożonych starymi, zadeptanymi chodnikami, które mimo to zbawiennie tłumiły kroki. Z niezadowoleniem dostrzegł, że drzwi nie mają dziurki. Przyłożył ucho do drewnianej płaszczyzny i wsłuchał się.
Przywitała go pełna zdumienia cisza.
Dopiero gdzieś dalej dosłyszał czyjś kaszel, kroki i strzępy rozmowy na piętrze.
Uchylił drzwi i wysunął na korytarz. Pod schodami prowadzącymi na pierwsze piętro panował półmrok, światło dochodziło dopiero z jasno oświetlonego holu. Na piętrze trwała ożywiona rozmowa. Stephan rozpoznał głosy braci dyskutujących z Jorlonem Bagscollem.
– Są na górze – szepnął do wspólnika.
Zamaskowany skinął lekko głową, a potem ruszył przodem, powoli zmierzając w kierunku schodów. Na skronie Stephana wstąpiły krople potu, gdy na kilka sekund znaleźli się w mocnym, białym świetle. Miał wrażenie, że słychać krew z rykiem płynącą w jego żyłach. Jeden ze strażników poruszył się niespokojnie, ale podrapał tylko tył swojej głowy i ponownie oparł o jedną z marmurowych, bogato zdobionych kolumn.
Gdy wreszcie stanęli na wielkich, odgrodzonych balustradą stopniach poczuli ulgę. Piętro było oświetlone, ale zdecydowanie nie tak intensywnie jak hol. Stephan wychylił się zza ściany i omiótł wzrokiem korytarz. Schował się równie szybko, widząc dwóch strażników stojących na końcu korytarza, pod jednymi z drzwi.
– To gabinet Jorlona – wyszeptał złodziej.
– Domyślam się. Nie możemy ryzykować walki. Dasz radę znowu się... przemienić i ich podsłuchać?
– Nie. Nie na tak długo. I wszędzie pełno światła.
Stephan skrzywił się i zmełł w ustach przekleństwo.
– Szlag by to. Ukryj się gdzieś, miej ich na oku – rzucił tylko, a potem zniknął z oczu złodzieja.

***

Ulewa nadeszła niespodziewanie, gdy wchodzili do kanałów, przysłaniając wszystko całunem mroku i trwała dotąd. Woda lała się z nieba strumieniami, wsiąkając w trawę, spadając z szumem na gołą ziemię i odbijając się od ciemnych dachów. Nagłe podmuchy wiatru zmieniały krople deszczu w mgiełkę. Mokre sztandary zdobiące mury willi trzepotały jak ryby na hakach. Drzewa jęczały przenikliwie.
Gdy dotarł pod okno gabinetu Bagscolla, przemókł już do suchej nitki. Otarł grzbietem dłoni wodę lejącą mu się do oczu i spojrzał w górę. Nie mógł wspinać się po śliskich, mokrych kamieniach. I tak cały czas ryzykował życie.
Skoncentrował się na naczółku zdobiącym okno gabinetu Bagscolla i w tej samej chwili właśnie tam się znalazł. Jak zwykle teleportacji towarzyszyło nieprzyjemne uczucie rwania każdej części ciała. Otrząsnął się i upewnił, że nikt nie dostrzegł niczego podejrzanego.
Przysunął się jak najbliżej okna, skupiając się na rozmowie wewnątrz gabinetu.
– ... zabił pięciu strażników.
– Nalej mi jeszcze wina, Ryzek.
Dźwięk alkoholu wlewanego do kryształu.
– Co w takim razie skrytobójca robił w moim domu? – Ciche siorbnięcie. – To cud, że wciąż żyję.
– Prawdopodobnie dostał zlecenie nie na ciebie, a na twoje dokumenty, bo to o nie szarpał się z tym drugim. Współpracować zaczęli dopiero, gdy wznieśliśmy barierę. – Niski głos Eijeha roznosił się tępym echem po całym gabinecie.
– To źle, gdy już nawet gangi zaczynają się o nie bić – mruknął stary Bagscoll. – Na szczęście Latsar przyjeżdża jutro po południu, zabierze to cholerstwo poza granice tego przeklętego miasta.
Stephan drgnął.
A więc to dla niejakiego Latsara przygotowany jest pokój gościnny i bynajmniej nie przyjeżdża tu wyłącznie na herbatę. Zapewne szybko się również zmyje. Po pierwsze dlatego, że nikt normalny nie wytrzymałby w takim domu dłużej, po drugie, znając obecną sytuację i duże zainteresowanie przestępczego światka, długo nie będzie chciał zabawić.
Z trudem powstrzymał szczękanie zębów i ponownie skoncentrował się na podsłuchiwaniu.
– ... te śmierdzące szczury ukradły sygnety mojego ojca. – Szlachcic splunął wściekle, po czym z trudem podniósł się z fotela i zrobił kilka kroków. Drewniana podłoga zaskrzypiała cicho. – Masz, schowaj je. Eijeh za mną, trzeba oszacować straty i wysłać najszczersze kondolencje i rekompensaty do wdów po moich strażnikach.
Do uszu Stephana dotarły ciężkie kroki Jorlona i Eijeha, a zaraz potem dźwięk zamykających się drzwi.
Ryzek został sam.
Siorbnął wina, po czym poniósł się cichy szczęk przekręcanego zamka szyfrowego. Serce Stephana zabiło szybciej.
Głupcze.
Mimo iż rozum podpowiadał mu, że to istne szaleństwo, chwycił puginał, osunął się z naczółka, bezszelestnie stanął na parapecie i przeteleportował się tuż za Ryzeka otwierającego właśnie sejf.
Młody Bagscoll nie zdążył nawet mrugnąć.
Ostrze wbiło się w potylicę, rozorało mózg, zatrzymało się w miękkich czeluściach ust.
Stephan odetchnął, gdy nie usłyszał zaalarmowanych strażników. Ułożył ciężkie, bezwładne ciało na bordowym dywanie. Podszedł do okna, powiódł palcami po tłoczonej skórze teczki. Zawładnął nim niezwykły chłód, monolityczne samolubstwo, właściwe tylko szaleńcom.
Przez ułamek sekundy był zachwycony.
Zachwyt zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. Nigdy by nie uwierzył, że uda mu się umknąć wyrachowanej przebiegłości złodzieja.
Ciche chrząknięcie za jego plecami.
– Mam nadzieję, że o mnie nie zapomniałeś – wyszeptał brązowooki mężczyzna, przyglądając się z niepokojem zwłokom. Jego zachowanie i ruchy zdradzały dziwną niepewność, kłócącą się ze zwykłą u niego arogancją. Wszystkie jego kieszenie przeładowane były nowymi łupami.
- Miałeś stać na czatach.
- Stałem. Przez chwilę.
Stephan posłał mu tylko wściekłe spojrzenie i przyłożył smukły palec do ust.
Otworzył, najcieszej jak potrafił okno, po czym zszedł po śliskich kamieniach na trawę w ogrodzie. Poczekał, aż złodziej do niego dołączy, po czym ostrożnie skierowali się w kierunku kanałów.

***

Wyraźny szum deszczu, chłodny wiatr.
Wreszcie powietrze, pomyślał Stephan. Wreszcie świeże powietrze.
Odetchnął głęboko – po raz pierwszy od kilku godzin bez lęku. Czuł, jak krople wody obmywają jego ciało z gęstego, lepkiego smrodu kanałów – przynajmniej w jakimś stopniu. Przyłapał się na odruchowym obmacywaniu pasa, za którego wsunął skórzaną teczkę. Miał wrażenie, że za każdym razem, gdy to robił, złodziej uśmiechał się z kpiną./div>
Stanęli w cieniu starej, zrujnowanej kamienicy, daleko poza obrębem zamożnej części miasta. Niemal wszystkie okna pałały pustką i ciemnością, na palcach jednej ręki można było zliczyć te, w których wciąż paliły się blade, ciepłe płomienie świec.
Jedna, stara latarnia kołysała się na wietrze niczym martwe, suche drzewo. Stephan przebijał wzrokiem mrok uliczek i cienie postawianych w alejkach skrzyń, w nieświadomym odruchu doszukując się zagrożenia. Z niewiadomych powodów czuł się obserwowany.
Tłusty kot przebiegł mu obok nogi niczym wielki, gęsty cień. Odsunął się i odwrócił do chudego złodzieja, rzucając mu niechętne spojrzenie. Odrobinę za długie. Mężczyzna oddychał płytko, ale nad wyraz spokojnie.
– Odbiorę zapłatę za zlecenie i spotkamy się w...
– W Ostatnim Groszu. Jutro po zmroku.
Stephan wykrzywił pogardliwie usta.
– Niech będzie. – Pomyślał mimo woli o ostrzu schowanym w prawym rękawie.
– Liczę na ponowne spotkanie. – Złodziej skinął prześmiewczo głową. Gdyby odjąć od tego gestu nadmiar kpiny, można by go uznać, za całkiem uprzejmy.
Stephan obrócił się na pięcie i ruszył szybkim krokiem w tylko sobie znanym kierunku.
– Jakbyś zbłądził, pytaj o Szczura! – usłyszał niski, schrypnięty głos.
Nie widział twarzy mężczyzny, ale był pewien, że ten właśnie wykrzywia ją we wrednym uśmiechu.
Jeszcze ci zetrę ten uśmieszek z mordy.
To Stephan mógł mu obiecać.

***

– Wiedziałeś, że ktoś jeszcze dostał to zlecenie.
– Wiedziałem.
– Niech cię szlag, Vamar! – Rozwścieczony Stephan cisnął teczkę z dokumentami na biurko pośrednika.
Mosiężna figurka czapli uderzyła głośno o posadzkę.
Pośrednik, nieszczególnie wzruszony, z namaszczeniem podniósł ozdobę, postawił ją z powrotem na swoim miejscu, obrócił nieco, tak, by jej dziób skierowany był prosto na niego, po czym oblizał wargi. Przysunął do siebie safianową teczkę i powoli, ale skrupulatnie zaczął przeglądać dokumenty.
– Wiedziałem, że dasz sobie radę lepiej, niż którykolwiek z moich złodziei. Choć, nie powiem, sądziłem, że zrobisz to ciszej. Eijeha słychać było aż tutaj. – Pociągnął łyk aksamitnego wina. Nawet w ciepłym świetle świec, barwiącym mu twarz rumieńcem, wydawał się zmęczony, jakby od dawna trawiła go choroba. Odruchowo podrapał się w ucho, dotknięte – jak wiedział Stephan – chroniczną łuszczycą. Potem niespodziewanie odwrócił się i spojrzał w cień gabinetu – na skrytobójcę. – Wielka szkoda, że nie zabiłeś tego Szczura. Wielka szkoda.
– Szpiegowałeś mnie?
– Oczywiście. Te zlecenia są w takim samym stopniu moje, jak i twoje, najdroższy.
Stephan usłyszał łomot swego serca. Złość i zmęczenie rozsadzały mu głowę.
– Nie twój interes, kogo zabijam, a kogo nie. Zlecenie zostało wykonane.
– Martwię się o każde pieniądze przechodzące przez dłonie moich wspólników. Również o twoje.
– Szpiegów też trzeba opłacać.
– Drobiazgi! – Machnął lekceważąco ręką.
Drobiazgi?! Stephan z wysiłkiem zachował spokój. Vamar od dawna zaślepiony był władzą i dostatkiem, ale ostatnimi czasy jego impertynencje przekraczały wszelkie granice.
– Wiesz, że nie lubię zabijać ponad to, co konieczne. Wolałem... dobić z nim targu.
– Targu?
– Owszem.
– Nadzwyczajna transakcja! A jej szczegóły?
– Lękam się, że to tylko i wyłącznie moja sprawa.
Pośrednik westchnął głęboko, jakby zamierzał skarcić swojego wspólnika, ale najwyraźniej się powstrzymał.
– Dobrze więc – odezwał się sucho. – Wasza zapłata. – W jego głosie wyczuł nieskrywaną przez nic ironię. Uśmiechnął się lekko; bruzdy na jego twarzy jeszcze bardziej się pogłębiły. Wyjął z szuflady ciężki mieszek złota i rzucił go na kraniec biurka. Nie pofatygował się nawet, by przeliczać jego zawartość przed Stephanem.
Skrytobójca sięgnął po pieniądze, nie zaszczycając Vamara nawet przelotnym spojrzeniem. Odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.
– Uważaj na niego Stephanie. To nie może się skończyć dobrze – powiedział jego pośrednik. Jak zwykle jadowicie prawdomówny.

Szczurze?

----
1717 PD + 10 P
Owca

sobota, 27 października 2018

Od Stephana (do Szczura)
"Jeden wart drugiego
choć obaj pazerni
jak jeden tak drugi
śliskiej pracy wierni"

Pretensjonalny?
Zgrzytnął zębami.
Infantylny?
Na samo wspomnienie pomarszczonej jak suszona śliwka twarzy właściciela galerii miał ochotę pluć wbrew zasadom dobrego wychowania. Podniósł kołnierz czarnego płaszcza, opuścił głowę, by choć trochę ukryć twarz przed tnącym jak noże, lodowatym wiatrem. Szedł pośpiesznie, chcąc jak najprędzej oddalić się od starych murów hermetycznej jak słoik kiszonek desy.
Jeszcze nigdy nie czuł się tak wściekły. Nigdy nie czuł się tak rozczarowany otaczającym go światem. Gdy malował swoje najnowsze dzieło, towarzyszył mu stan wręcz chutliwej ekstazy. Stephan miał wrażenie, że od schnącego werniksu bije erotyczne ciepło, promieniujące z wielkiej płaszczyzny wypełnionego barwnymi, wijącymi się formami blejtramu. Serce wtedy wzbierało mu dumą, a w oczach błyszczały łzy dzikiej satysfakcji. Jego boska wizja na wieki zaklęta w plątaninę barw i kształtów.
Powinny podziwiać mnie tysiące oczu!
Zakręciło mu się w głowie.
Powinienem być nieśmiertelny...
Zaczął padać deszcz. Może to i dobrze? W pełen patosu sposób ukrył gorzkie łzy płynące po policzkach niedocenionego artysty. Czernidło, którym podkreślał oczy, rozmyło się delikatnie. Blejtram wysunął mu się z ręki, upadł w wilgotne, rozdeptane błoto ciemnej, cuchnącej uliczki. Stephan przez chwilę obserwował krople deszczu uderzające o zalakierowaną powierzchnię jego obrazu, po czym powiódł wzrokiem po okopconej ścianie starej kamienicy, niczym po grupie zebranych słuchaczy.
– Wy wszyscy myślicie, że stoi przed wami człowiek, który zaryzykował swą artystyczną karierę w szalonej sprawie. Ale jesteście tylko słabymi i omylnymi marionetkami. Pacykarzami, którzy swe życie oddają ułudzie wzroku. To, co widzicie to dym zaledwie. Dym z ognia, który płonie w nas. Ja maluję ogień! Ja jestem ogniem! Ja...
– Zaaamknij się!
Zamrugał kilkukrotnie i odwrócił się; brudny dziad, który go uciszył, owinął się szczelniej śmierdzącym kocem i wtulił w kąt muru. Stephan wpatrywał się w niego, jakby rozpoznał w zniszczonej twarzy znajomego z dawnych lat.
Chłód ciągnący od przemoczonych ubrań wreszcie sprowadził go na ziemię. Poprawił płaszcz na ramionach, przeczesał palcami mokre włosy, które i tak po chwili znowu przylepiły mu się do czoła.
Podniósł obraz z wysiłkiem.
Dlaczego nagle stał się taki ciężki?
Strzepnął błoto z drewnianej ramy. Serce łomotało mu w uszach. Chciał krzyczeć. Chciał być już w swoich czterech ścianach.
Przez ułamek sekundy poczuł się niezwykle osamotniony w tym przerażająco zaślepionym świecie. Czuł zarówno monolit nienawiści, jak i boską obojętność. Świat zdawał się płakać, nie wiedząc za czym.
Tylko Stephan znał przyczynę swoich łez.

***

– Cuchniesz jak ściek ścieków, przyjacielu.
– To zlecenie nie było łatwe...
– Nie obawiaj się. Następne będzie gorsze.
Vamar wstał z ciężkiego, obitego skórą krzesła. Poruszał się niesamowicie cicho i zgrabnie jak na starego dziada ze sztuczną nogą. Chudymi, pajęczymi palcami otworzył sejf, który pierwotnie ukryty był za obrazem autorstwa Larmsa. Bohomaz przedstawiał zamyślonego kupca liczącego złote monety. Od dawna już stał w kącie, oparty o ścianę. Najprawdopodobniej Vamar uznał, że nie jest wart ciągłego zawieszania go, maską dla sejfu też nie był najwyraźniej szczególnie skuteczną.
Pośrednik usiadł ciężko za biurkiem, rozsypał pieniądze i zaczął liczyć. Na głos. Nieszczególnie pośpiesznie.
– ... dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć i trzysta – wychrypiał.
Wreszcie skończył.
Vamar miał nieprzyjemny, zdarty, nieco skrzeczący głos z dziwnym akcentem. Stephana potwornie to drażniło, jednak nie mógł nic na to poradzić. Darzył to suche truchło ogromnym szacunkiem. A przynajmniej tak myślał.
Skrytobójca wyciągnął dłoń po swoją zapłatę, po czym schował zarobek do skórzanej sakwy u pasa. Skinął niezbyt wdzięcznie głową.
– Jak poszło? – zapytał pośrednik, wskazując z pewnym niesmakiem jedno ze swoich krzeseł. Stephan dostrzegł ulgę w wyłupiastych, rybich oczach, gdy odmówił. Do tej pory czuł na sobie smród lepkiej i cuchnącej plwociny podmiejskich kanałów.
– Jak widać – mruknął opryskliwie. Zauważywszy, że starca nie zadowoliła jego odpowiedź, kontynuował: – Kraty, drut i dla przelania czary goryczy magiczna bariera. Wszędzie. Jeśli lubisz pikantne szczegóły, to dodam, że musiałem przeciskać się kanałami, a do środka dostałem się przez wychodek dla służby. Gragrez spał, ochrona, przynajmniej jej część, również.
Pośrednik skinął niewzruszony głową. Najwyraźniej mało co mogło go już w życiu zdziwić. Przez chwilę milczał, bawił się zakręconym kałamarzem. Czarny, gęsty tusz przelewał się aksamitnie po „wypalcowanym” szkle.
– Odwiedził mnie wczoraj anonimowy klient. Prosił, bym dał to zlecenie tobie. Starałem się zmienić jego zdanie, ale był uparty. A oferuje dużo. – Zrobił długą, efektowną pauzę, westchnął ciężko, chrapliwie. – Mówię mu, że to robota dla złodzieja, ale nie słucha. No to się zgodziłem. Nie masz mi tego za złe, hm?
Vamar Mevess z lubością pociągnął łyk schłodzonego czerwonego wina.
– O co konkretnie chodzi?
– O dokumenty. Niezwykle ważne dla klienta, a będące własnością Jorlona Bagscolla. – Vamar Mevess na chwilę przyssał się do kielicha. Twarz Stephana zbielała na bardzo krótki moment. Vamar Mevess, oczywiście, to zauważył. – Czy wszystko w porządku?
– Tak. Ile?
Suchy, żylasty człowieczek siedzący za biurkiem uśmiechnął się w obrzydliwy, żabi sposób. W tym momencie faktycznie przypominał ropuchę. Małą, śliską i ohydną. Oczy błyszczały pustką, zdawały się nie mrugać.
– Po odjęciu mojego procenta zostaje ci równe sześćset sztuk złota.
Vamar na szczęście nie musiał nalegać.

***

– Powiedziałem mu, co myślę o nim i o ich konserwatywnym podejściu do sztuki. „Grandilokwentne. Nieumiejętne. Nieestetyczne. Infantylne. Fatalne”. Wyobrażasz to sobie, Khelemie? Tak mi powiedział. A na koniec dodał, że nigdy nie rozumiał zachwytu estetyką brzydoty, która już dawno temu wyszła z mody, ale mimo wszystko miała jakąś wartość artystyczną. A to, co tworzę ja, takowej nie ma nawet w najmniejszym stopniu. Tfu! Ślepe dranie – wyrzucił z goryczą, spoglądając ponownie na młodego chłopaka leżącego na jego łóżku.
Smukłe, acz muskularne ciało oświetlała tylko pojedyncza świeca stojąca na niskiej szafce nocnej, tuż przy łóżku. Ciepłe refleksy na przystojnej, młodej twarzy, mroki schowanych w cieniu zakamarków ciała, biała kontra na prawym barku, bijąca prosto z okna tylko w nieznacznym stopniu przysłoniętego ciężką, przykurzoną zasłoną w kolorze wina.
Przez chwilę przyglądał się kochankowi w zadumie.
Khelem stał się całym światem. Wolny, spokojny rytm jego oddechu. Tętno jak dżdżownica pełznąca pomiędzy ścięgnami jego napiętej szyi. Chór znaków, żywy tekst drżenia jego ciała. Stephan zachwycił się energią bijącą z jego zdrowego, zadbanego ciała, dzikością drzemiącą w plątaninie wyeksponowanych mięśni, mieszanką rozbawienia i fascynacji igrającą w kącikach ust i szklistości złocistych oczu.
Wreszcie poczuł spokój; zupełnie jakby ta chwila wzajemnej obserwacji przyniosła mu upragnioną ulgę. Intymne ciepło i cisza. Tylko nocny deszcz uderzający o dach brzmiał niczym nieustający oddech. Postawił ostatnie kreski na chropowatym papierze, przysunął do twarzy rysunek i z uznaniem do samego siebie skinął lekko głową. Dwie krople z jego mokrych włosów skapały na papier. Rozmazały brązową sepię.
– Uważaj! – jęknął Khelem. Odrzucił koc, nagi i jasny w mroku nocy. Zbliżył się, przesunął palcami tuż nad dwoma uwypukleniami na papierze. – Jest zniszczony?
– Nie – odparł cicho Stephan, wpatrując się melancholijnie w liczne blejtramy ustawione pod ścianami i stosy papieru poprzyciskane ciężkimi przedmiotami. – Zobaczysz, kiedyś nad moimi pracami ludzie będą płakać.
Khelem uśmiechnął się łagodnie, chwycił jego rękę, przez moment wodził smukłymi palcami po drobnej, acz silnej dłoni Stephana. Obserwował uważnie linie, żyły, odciski i blizny, po czym uklęknął i wtulił policzek w udo starszego mężczyzny.
Stephan zadrżał, gdy jego skórę musnął ciepły oddech.
– Chodź, Stephanie.

***

Pierwsze poruszenie powiek, gdy padną na nie blade łuny porannego światła. Smak pierwszego tchnienia. Senne odrętwienie wspartego o poduszkę policzka. I ciepło drugiego ciała.
Stephan przez krótką chwilę obserwował mglistą łunę za oknem. Z niewiadomych powodów przypomniały mu się jego pierwsze łzy przelane w towarzystwie tego złotookiego chłopaka. Było to nocy, w której trakcie po raz pierwszy został z nim na dłużej. Stephan leżał wtedy w szarym mroku pokoju, przyglądając się, jak różane palce świtu przedzierają się między strzępiastymi chmurami. Czuł na karku spokojny, ciepły oddech. I był szczęśliwy. Szczęśliwy w jakiś osobliwy sposób, w jaki można było być szczęśliwym w tym miejscu i czasie. Płakał wtedy z radości. Karmił się ułudą normalności, poczuciem obecności drugiej osoby. Po raz pierwszy w życiu nie był sam. Po raz pierwszy w życiu obudził się w czyichś objęciach.
Teraz gdy Khelem do niego przychodził, przeszywał go smutek, czasem tak dotkliwy, że wyrywał mu z piersi jęk. Dlaczego? Bo nie potrafił zapomnieć, że to wszystko nie jest prawdziwe, że chłopak przychodzi do niego wiedziony zapachem pieniędzy, a nie tęsknotą. Cierpiał na samą myśl, że co rano Khelem wstaje, zabiera swoją zapłatę, wychodzi bez słowa i wraca do dzielnicy prostytutek, na jedną z ciemnych uliczek, sąsiadującą z największym burdelem w mieście zwanym „Czerwone Drzwi”, by starać się o nowych klientów, lub by obsługiwać tych, którzy już go znają i cenią.
Khelem się obudził.
Przeciągnął się w poduszkach, potarł dłonią twarz i spojrzał w stronę okna. Jego dłoń powędrowała do ramienia Stephana, musnął skórę opuszkami palców i uśmiechnął się delikatnie, gdy ten odwrócił się do niego przodem. Niższy mężczyzna wtulił się w pierś kochanka, jakby chciał go jeszcze przez chwilę zatrzymać przy sobie.
W chwilach, gdy Stephan myślał nieco trzeźwiej i chłodniej, zdawał sobie sprawę z faktu, jak wiele pieniędzy oddał w ręce złotookiego Khelema. Mimo to nie żałował. Chłopak miał naturalny talent do kochania. Kształtował pożądanie swojego klienta niczym glinę, za każdym razem zaskakiwał namiętnością i techniką. Wszystkie zmysły poruszały się w rytmie jego oddechów. Jego obecność warta była każdego miedziaka.
I nie mówił za wiele, a jeśli już, to niezbyt mądrze. Za to słuchał uważanie, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Stephan bardzo to sobie cenił, niemal na równi z jego „zawodowymi” umiejętnościami. Uwielbiał mówić, głównie o sobie i swojej twórczości, a ciężko mu było o słuchacza równie dobrego co Khelem.
– Muszę iść. – Usłyszał wreszcie. Odsunął się natychmiastowo, usiadł.
– Wiem – odparł tylko, narzucając na nagie ciało długi, szary szlafrok.
Na boso przeszedł do pokoju obok.
Gdy wrócił, Khelem był już ubrany. Odebrał swoją zapłatę, zacisnął złote monety w dłoni, jakby bał się, że ktokolwiek spróbuje mu je zaraz wyrwać, skinął lekko głową i wyszedł, zamykając za sobą ciężkie, nieco skrzypiące drzwi.
Stephan przechylił lekko głowę, obserwując chropowatą powierzchnię drewna. Za oknem jakieś kobiety ubolewały nad wygórowanymi cenami różnego rodzaju produktów.
Ich trwoga nadała temu przedstawieniu polor autentyczności.

***

Dwa gołębie, wystraszone nagłym pojawieniem się człowieka, gwałtownie zatrzepotały skrzydłami i zerwały się do panicznego lotu. Przyglądał się im tak długo, aż zmieniły się w dwa małe punkciki gdzieś nad ciemnym horyzontem.
Miasto z tej wysokości zdawało się ciche i piękne. Latarnie paliły się gęstym, pomarańczowym światłem, rzucały długie łuny na wilgotne, brukowane chodniki i ściany okolicznych kamienic.
Z dachu jednej z nich, odnowionej i bogato zdobionej, obserwował interesującą go posiadłość. Jorlon Bagscoll zdecydowanie nie znał słowa umiar. Jego willa aż tonęła w obrzydliwych ornamentach, ogród przepełniony był rzeźbami tak kiczowatymi, że wzbudziły w Stephanie odruch wymiotny, a wielka fontanna z rybą, spomiędzy której grubych warg wypływała woda, przepełniła czarę goryczy.
Potarł twarz dłonią, by przywrócić swoje nerwy do porządku, po czym naciągnął na nos i usta ciemną chustę. Jeszcze raz dokładnie przyjrzał się kilku miejscom, które mogły okazać się najłatwiejsze do sforsowania ogrodzenia, po czym niemal bezszelestnie ruszył po dachach w kierunku zacienionej uliczki, sąsiadującej z fragmentem rezydencji Bagscolla. Za murem znajdował się obszar ogrodu obfity w ozdobne drzewa i krzewy. Gdy znalazł się możliwie jak najbliżej wybranego miejsca, szybko ocenił odległość, która dzieliła go od muru.
Za daleko.
Wytężył zmysły. Kroki patrolujących strażników w oddali, cicha, nerwowa rozmowa w którymś z mieszkań, charkanie bezdomnego, nerwowe oddechy spółkującej pary. Całe szczęście nie słyszał cichego, charakterystycznego posykiwania magicznej aury, która czasami chroniła posiadłości arystokracji.
Musiał zaryzykować zejście na ulicę, nie da rady teleportować się na odległość co najmniej trzydziestu metrów.
Bezszelestnie osunął się po rynnie, stając na mokrym bruku. Rozejrzał się nerwowo, po czym pospiesznie pokonał odległość dzielącą go od ogrodzenia. Teleportował się na szczyt murku i skoczył między roślinność po drugiej stronie. Wilgotny trawnik zagłuszył dźwięk lądowania. Przykucnął za przyciętym na okrągło krzakiem ognika szkarłatnego, pokrytego gronami czerwono-pomarańczowych jagód. Wartownicy stali jak stali przy bramie, od czasu do czasu przechadzając się wzdłuż ścieżki prowadzącej do głównego wejścia do willi. Dwóch leniwie okrążało posiadłość.
Zgodnie z wytyczonym wcześniej planem skierował się pod wschodnią ścianę willi, przyparł do muru i upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, rozpoczął wspinaczkę prosto do uchylonego okna na drugim piętrze. Liczne zdobienia w postaci wyszukanych kartuszy, wykuszy i naczółków niezwykle ułatwiały mu zadanie. Podciągnął się i przykucnął na wielkim, kipiącym zdobieniami kartuszu przedstawiającym herb z bażantem. Przyparł do ściany i zajrzał przez okno. Zasłony falowały lekko poruszane napływającymi z zewnątrz chłodnymi powiewami powietrza. Pomieszczenie skąpane było w ciemnościach, ale nie wyczuwał niczyjej obecności w pobliżu.
Szybko i bezszelestnie niczym cień wsunął do środka.
Wyprostował się i odetchnął cicho. Poczekał, aż wzrok przyzwyczai się do otaczającej wszystko ciemności, po czym omiótł wzrokiem pomieszczenie. Idealnie posłane, dość skromne, jak na fatalny gust Bagscolla, łóżko, pachnąca świeżością, wykrochmalona pościel, czyste ręczniki równo poskładane na niskim stołku. Zdał sobie sprawę, że stoi w przygotowanym dla kogoś pokoju gościnnym, prawdopodobnie Jorlon spodziewa się na dniach gości. Przeszedł bezszelestnie przez pomieszczenie, prosto do drzwi, wyjrzał na korytarz przez dziurkę od klucza. W ciemnościach nie dostrzegł ani nie usłyszał niczego, co mogłoby stanowić jakiekolwiek zagrożenie.
Przez jego ciało przeszedł dziwny dreszcz niepokoju.
Cholera, uspokój się.
W trakcie wykonywania zleceń czasami ogarniał go nieuzasadniony lęk, ale ostatnio działo się to częściej.
Zbyt często.
Otworzył drzwi. Z wdzięcznością odetchnął, gdy te nie wydały z siebie nawet najmniejszego skrzypnięcia. Omiótł wzrokiem korytarz. Rzucił pobieżne spojrzenie sklepieniu willi, marmurom i złoconym poręczom.
Kto i po co ozdabia piętro marmurem?
Minął jeszcze jeden pokój gościnny, po czym obszedł balustradę schodów i wszedł do otwartego salonu. Poczuł się wręcz przytłoczony ohydą wszechobecnego kiczu i przepychu. Próg bawialni ozdobiony złotymi, liściastymi motywami połyskiwał blado w ciemnościach, beżowy szezlong na zdobionych nogach niemal zanikał pod ogromem haftowanych w skomplikowane wzory poduszek, a rumiana, pulchna twarzyczka nagiej kobiety z wielkiego obrazu oprawionego, oczywiście, w pozłacaną ramę zdawała się uważnie obserwować każdy ruch niechcianego gościa.
Nieśpiesznie zaczął otwierać szuflady komód i szafek. Jedna zaskrzypiała cicho. Przełknął ślinę.
Cholera, nie nadaję się na złodzieja.
Znieruchomiał na moment, gdy usłyszał wściekłe szczekanie psa na zewnątrz budynku, a zaraz potem stłumione przez mury domu krzyki ochroniarzy.
Musi się śpieszyć.
Wysunął nieco za szybko z salonu i zamarł w bezruchu, gdy na jego końcu zobaczył łunę światła i cień zbliżającego się człowieka. Słyszał charakterystyczne stukanie miecza w pochwie. W ułamku sekundy znalazł się z powrotem w bawialni, przywarł do ściany tuż przy progu. Zaczął nasłuchiwać. Kroki zbliżały się zdecydowanie za szybko. Zdążył tylko sięgnąć po jeden ze swoich puginałów i przykucnąć. Gdy strażnik znalazł się w przejściu, Stephan szybkim pchnięciem z biodra wpakował mu ostrze tuż pod brodę. Chwycił go pod ramię i położył możliwie jak najciszej na podłodze.
Stłumił westchnienie i przyjrzał się rozlewającej po podłodze krwi, czarnej w mroku. Zdecydowanie nienawidził zabijać w trakcie zleceń osób trzecich.
Zgasił świecę w lampie strażnika i ponownie wszedł do przedsionka, na którego końcu niewyraźnie w mroku malowały się drzwi. Modlił się, by była to sypialnia, bądź gabinet Bagscolla. Zajrzał przez dziurkę od klucza; jego prośby się spełniły. W łóżku ktoś spał, prawdopodobnie Jorlon Bagscoll we własnej osobie. Nie zaskoczył go brak obecności szanownej małżonki; zgodnie z informacjami od Vamara, Veralia Bagscoll zmarła pod koniec zeszłego miesiąca, ku głębokiej rozpaczy męża oraz dwójki dorosłych już synów.
Nie zastanawiając się dłużej, wyjął z sakwy u pasa niewielką fiolkę i wylał kilka kropel jej zawartości na chustkę. Wszedł do środka, zamknął drzwi. Nerwowo spojrzał na otyłego mężczyznę, który poruszył się niespokojnie w łóżku. Dopadł do niego kilkoma szybkimi krokami, przygniótł barkiem jego klatkę piersiową, a chustkę przyłożył do ust. Przez ułamek sekundy przerażony pan domu szarpał się i rzucał wściekle oczyma, by zaraz potem znieruchomieć i odpłynąć. Stephan odstąpił od niego, podszedł do drzwi. Nasłuchiwał przez chwilę, ale nie słysząc zaalarmowanych chwilową szamotaniną strażników, zaczął przeszukiwać pomieszczenie.
Pokładał w tej sypialni ogromne nadzieje. W innym wypadku będzie skazany na schodzenie na niższe poziomy budynku.
Cholerny Vamar. Idź, znajdź jakieś dokumenty, dla jakiegoś klienta, w jakimś pokoju, w jakiejś zapchlonej skrytce. I niby gdzie ja mam tego szukać?
Zdjął dwa obrazy wiszące w sypialni, wyciągał książki z regałów, obmacywał ściany, zajrzał pod dywan, pod łóżko, nawet pod materac. Podszedł do stolika nocnego, dotknął spodu, by sprawdzić, czy nic nie jest do niego przyklejone. Otworzył szufladę, przerzucił kilka przedmiotów: zegarek, materiałowe chusteczki, jakieś ampułki z proszkami. Zamknął ją poirytowany. Potarł twarz dłońmi, wpatrując się ślepo w mebel. Po zaledwie kilku sekundach zdał sobie z czegoś sprawę - szuflada była dziwnie płytka w porównaniu do wielkości zdobionego frontu. Serce zabiło mu mocniej. Opróżnił ją, ostrzem puginału podważając spód. Na jego ustach odmalowało się zadowolenie, gdy ujrzał drugie dno, a w nim trochę złota, dwa piękne sygnety i safinowana teczka na dokumenty.
Z pewną irytacją stwierdził, że nie może mieć pewności, czy faktycznie chodzi o te papiery. Podszedł do okna; mimowolnie przyspieszył mu oddech. Litery, początkowo rozmazane, stopniowo zaczęły składać się w spójną, logiczną całość. Rachunki, jakieś nazwiska, kilka listów. Nie miał czasu przeglądać wszystkiego, ale wierzył w to, że właśnie za te informacje anonimowy klient jest w stanie zapłacić aż sześćset sztuk złota.
– Mam was – mruknął do siebie z dzikim samozadowoleniem.
Tysiące myśli o tym, co zrobi z tymi pieniędzmi, rozsadzały mu głowę.
– Doprawdy cudownie, kolego.
Niski, nieco zachrypnięty głos wwiercił się w uszy, a ostrze przyłożone do szyi boleśnie osadziło go z powrotem na ziemi.
Jak?! Niemożliwe!
Przecież nie słyszał żadnych kroków.
– Niezmiernie się cieszę, że je dla mnie znalazłeś.

Szczurku?


----
1688 PD + 15 P
Owca