Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Pod Wyuzdaną Służebnicą". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Pod Wyuzdaną Służebnicą". Pokaż wszystkie posty

środa, 23 stycznia 2019

Od Luciena (do Stephana) "Pod Wyuzdaną Służebnicą" cz.3

  Księżycowy blask, wpadając przez niewielkie okno na poddaszu, odbijał się w geometrycznych wzorach złotych spinek. Lucien obracał swą zdobycz w palcach i choć powieki ciążyły mu ze znużenia, nie mógł oderwać od nich wzorku. Muskał opuszkami gładką powierzchnię, czuł na skórze fakturę zdobień. Żadna z jego dotychczasowych zdobyczy nie zaabsorbowała go w podobny sposób, może dlatego, że te błyskotki zdobył w dość nietypowy, jak na niego, sposób. Rzucił im ostatnie tęskne spojrzenie, a potem z lekkim ociąganiem schował je w szczelinie między deskami. Położył się znów na wznak, a następnie skrzywił, kiedy belki skrzypiącego niemiłosiernie stelażu zaczęły gnieść go w kręgosłup mimo płóciennego worka wypchanego słomą. Przekręcił się na jeden bok, potem na drugi, a kiedy po dłuższej chwili wiercenia znalazł wreszcie w miarę znośną pozycję, zamknął oczy i zapadł w sen niemal natychmiast.
  Następnego dnia zwlekł się na dół o w miarę przyzwoitej porze. Lysa, zapewne od świtu już na nogach, krzątała się po głównej sali speluny, przelewając do dzbana niedopite resztki. Przywitał się z nią skinieniem głowy, ale kobietę musiały pochłaniać własne myśli, bowiem nawet nie zwróciła na niego uwagi. Ziewnął, przeciągnął się, pozwolił, by coś chrupnęło mu w kościach.
  Wbrew pozorom słaby ruch mógł nieść ze sobą pewne wymierne korzyści, takie jak chociażby ograniczona dewastacja przybytku. Mężczyzna przytachał wiadro z mętną wodą, chwycił po drodze za kawał ściery i wziął się do pracy. W przeciwieństwie do Lysy nie posiadał żadnych pedantycznych zapędów, a zmywanie cuchnących plam ze starych desek specjalnie go nie odprężało. Umysł wciąż miał jednak nieco ospały, w dodatku zmącony wczorajszą niecodzienną wizytą. Jak my było? Samuel? Stuart?
  Stephan. Stephan de Vort.
  Lucien zanurzył szmatę w letniej wodzie, a potem odcisnął poszarzały materiał z jej nadmiaru.
  Skrzywił się. Dziwny człowiek, ten Stephan. Jakiś taki wypiękniony, z babską manierą, a jednak panoszący się, jakby był u siebie. Wygadany, obrotny... I bogaty, dodał w myślach, znów mając przed oczyma złote spinki. Przerwał sprzątanie i przycupnął na piętach, odłożywszy ścierę na bok i puściwszy luźno ręce.
  Gdzie tkwił haczyk?
  - Jeśli przylazłeś tu się modlić, zamiast pracować, to wara to świątyni - usłyszał za plecami poirytowany głos Lysy.
  Bez słowa wrócił do pracy. Przez dłuższy czas w ciszy zajmowali się swoimi sprawami, nie wchodząc jedno drugiemu w paradę, każde pochłonięte własnymi myślami. Aurę pełnego spokoju skupienia przerwał dopiero zgrzyt zawiasów, a następnie szybkie kroki przekraczające próg speluny. Lucien podniósł się na nogi w celu opróżnienia wiadra, właścicielka zaś, by zbesztać przybysza.
  - Nowy, czy co? Nie wie, że rano nie pracujemy?
  Niepoinstruowany gość całkowicie ją jednak zignorował.
  - Ty - syknął i zanim Lucien zdążył jakkolwiek zareagować, doskoczył do niego kilkoma susami i złapawszy pracownika karczmy za fraki, przyparł go do ściany. W całkowitej dezorientacji i zaskoczeniu mężczyzna rozluźnił uchwyt. Wiadro uderzyło głucho o ziemię, a woda z pluskiem rozlała się pod dwoma parami butów. W przypływie adrenaliny zaspany umysł natychmiast się ożywił, dłonie mimowolnie chwyciły za obce nadgarstki, ale napastnik był silniejszy. Lysa krzyknęła i chwyciła za miotłę, ale była na tyle samozachowawcza, by na tym poprzestać w swoich działaniach.
  - W czym mogę pomóc? - Lucien zachował spokój, nie bez trudu.
  Mężczyzna parsknął.
  - Powinienem obić ci tę złodziejską gębę, aż wyplujesz wszystkie zęby...
  - Gdzie mi! Toż to pracownik! A kto mi będzie się karczmą zajmował?
  Kochana Lysa. Jak zawsze praktyczna do bólu.
  - ...ale bez zębów za wiele nie powiesz - dokończył zbir i szarpnął Luciena raz jeszcze, na wypadek, gdyby jego groźba nie zrobiła wystarczającego wrażenia.
  - Mogę gadać, jak chcesz, jestem dobry w gadaniu - zapewnił Lucien, unosząc dłonie w uspokajającym geście. - Gadam w dzień i w noc, to moja specjalność.
  Napastnik zmarszczył brwi. Zlustrował Luciena spojrzeniem zwierzęcych oczu, dzikich, choć mało rozumnych, a potem rozluźnił nieznacznie uścisk, lecz w jego w postawie czuć było raczej ciszę przed burzą aniżeli nadzieję pojednania.
  Karczmienny zamiatacz podłóg kątem oka dostrzegł, jak Lysa przesuwa się w stronę schodów prowadzących na piętro, gdzie Halvar, ich rzekoma ochrona, spał w najlepsze.
  - Któreś z was, obszczymury, położył swoje brudne łapska na czymś, co należy do mnie - warknął, owiewając swym cuchnącym oddechem twarz mężczyzny. - Złoty pierścień z drogim kamieniem, mówi ci to coś?
  Lucien przełknął ślinę i natychmiast pokręcił głową.
  - Żaden pierścień, panie. Żaden kamień. Ja tu tylko sprzątam.
  Liczył, że odpowiedź zbira będzie bardziej pokojowa niż miażdżący ucisk palców na jego krtani. Chyba nie był aż tak bystry, jak mu się wydawało.
  - Chyba mógł rzucić mi się w oczy jakiś pierścień - wyrzucił na jednym tchu, próbując wyswobodzić się z uścisku. Był jednak niższy, wątlejszy i zdecydowanie słabszy, więc jego wysiłki nie zyskały nawet uwagi napastnika, nie mówiąc już o choćby cieniu skuteczności.
  - No widzisz - mężczyzna uśmiechnął się paskudnie i rozluźnił uścisk. Pracownik speluny nabrał gwałtownie powietrza. Półuśmiech, który wkradł się na jego napiętą twarz, nie miał niczego wspólnego z radością. - To teraz grzecznie po niego pójdziesz i przyniesiesz mi go w zębach, a potem…
  - Do kurwy nędzy, czy w tej pierdolonej melinie nie można nawet zmrużyć oka!?
  Lucien znowu odetchnął głęboko, tym razem zgoła innego powodu. Nieczęsto cieszył się na widok Halvara. To była właśnie ta chwila.
  Bezimienny zbir, którego kanciasta gęba zaczęła właśnie majaczyć gdzieś na dnie pamięci Luciena, puścił go w końcu i obrócił się w stronę nadchodzącego rodzeństwa - zawodowego obijacza gęb w nocnej koszuli i pospiesznie naciągniętych portkach oraz Lysy, wciąż dzierżącej słomianą miotłę. Jasnowłosy mężczyzna nie omieszkał wykorzystać tego obrotu spraw, zaczynając ostrożnie i powoli sunąć wzdłuż ściany, byle dalej od centrum wydarzeń.
  - To sprawa między mną a tym tu - warknął i splunął prosto na wyszorowane przez Luciena dechy.
  - Nie w mojej pierdolonej karczmie - Halvar, zupełnie nie przejmując się swą aparycją, sunął na zbira niczym taran. Dorównywał mu wzrostem i posturą, lecz gdy piastun porządku „Wyuzdanej Służebnicy” wpadał w gniew, niewielu mogło się z nim równać. Nieprzyjazny gość musiał o tym wiedzieć, gdyż zupełnie jak Lucien, zaczął się wycofywać. Jednak w przeciwieństwie do swojej ofiary, próbował zachować resztki godności i wizerunku.
  - Jeszcze tu wrócę, ty pierdolony złodzieju! - zawołał, wymachując rękoma, lecz ustępując w stronę wyjścia. - Wrócę, cholerna szumowino, a jeżeli nie dostanę mojego pierścienia z powrotem, powyrywam ci ręce i wsadzę ci w dupę tak głęboko, że wyjdą gębą!
  Rozsierdzony zbir z pewnością miał na podorędziu wiele gróźb, którymi mógłby podzielić się z Lucienem i rodzeństwem, ale Halvar wystawił głowę za drzwi, wypluł z siebie zgrabną jak na jego standardy wiązankę, a potem zatrzasnął je z hukiem.
  - Twoja karczma, dobre sobie - mruknęła Lysa, wspierając się na drzewcu. - Tygodnia by nie pociągnęła, gdyby była twoja. Przynajmniej ojciec to wiedział.
***
  Luciena ogarniał strach. Choć z pozoru mogłoby się wydawać, że działało to na niego stymulująco, w istocie kłębek nerwów, w jaki zamieniał się mężczyzna po utracie kontroli, jedynie zaciemniał mu pole widzenia.
  Potrzebował kilku dłuższych chwil, by odreagować. Tak to już jest z tymi, którzy przez większość czasu egzystują jako oazy spokoju. W końcu wybuchają.
***
  Stephan de Vort wspomniał, że jest malarzem. Gdzie można znaleźć malarza?
  Nieczęsto Lucien wychodził poza granice Pirytu, ale okoliczności, w jakich się znalazł, mógł zaliczyć do nadzwyczajnych. Czuł się bardzo nieswojo, stojąc przed gmachem galerii sztuki, otoczony wyperfumowanymi paniczykami w kretyńskich perukach i wypomadowanych wąsach, ale to było jedyne, co przyszło mu do głowy. Na szczycie kamiennych stopni prowadzących do świątyni próżności i farby olejnej stało dwóch strażników. Mężczyzna zacisnął pięści. Od tego, czy uda mu się wślizgnąć, zależał stan jego rąk i kilku innych części ciała, do których zdążył się bardzo przywiązać. Odetchnął głęboko i ruszył pewnym krokiem w stronę przestronnych drzwi.
  - Zaraz, a ty to kto? - odezwał się jeden z wartowników.
  - Ja od przesyłki - odparł bez zająknięcia.
  Wąsaty mężczyzna w średnim wieku spojrzał pytająco na swojego towarzysza. Ten wzruszył tylko ramionami.
  - Przesyłki? Jakiej przesyłki?
  Jakiej przesyłki? Jakiej przesyłki?
  - Dla Stephana de Vorta.
  Wąsaty strażnik parsknął, drugi zaś zdawał się nie wiedzieć, o kogo chodzi. Lucien zaśmiał się nerwowo. Czyżby coś pomylił? Czy Stephan de Vort nie był malarzem? Tylko po co miałby kłamać? Mężczyzna poczuł narastającą w nim złość. Złość ukierunkowaną nie tyle na rechoczącego strażnika, nie tyle na tamtego fircyka, przez którego Lucien znalazł się w owej beznadziejnej sytuacji, co na samego siebie. Jak mógł dać się tak porobić? Jak mógł być tak nieostrożny?
  - Stephan de Vort!?
  Lucien obrócił się na pięcie, jakby to jego wołał piskliwy głos. Przed jego oczyma stanął przysadzisty mężczyzna odziany w koszulę z bufiastymi rękawami i wzorzyste pantalony. Na głowie miał przyozdobiony piórkiem kapelusz z szerokim rondem w kolorze, który Lucien nazwałby czymś na kształt przejrzałych malin, na które ktoś chlusnął solidną porcją atramentu. Może gdyby nie poranny incydent, karczmienny zamiatacz podłóg śmiałby się teraz wraz z wąsatym strażnikiem, lecz w tych okolicznościach nie było mu ani trochę do śmiechu.
  - Znasz go?
  - Czy go znam!? Gdyby niebiosa oszczędziły mi tej wątpliwej przyjemności, byłbym najszczęśliwszą istotą na świecie! Żałosna wręcz, desperacka próba wyjścia poza kanon… I po co to!? Trzeba się trzymać klasyki, sztuka nie może być chaotyczna, agresywna! Jak można nazywać się artystą, jak można mieć czelność bluzgać na dobry, nie, nie dobry, wspaniały pejzaż, kurnymi chatami! Kurnymi chatami! I to samemu bazgrząc jakieś esy floresy! To już nie żart, to już nie wstyd... To czysta hańba! A jego gęba… Gęba równie prymitywna, co te bazgroły! „Kupa mięcha”, ha! „Bogacenie się na hołocie”! A co on może wiedzieć? Sfrustrowana szuja kisząca się na poddaszu jakiejś obskurnej meliny. Zresztą, swojego ciągnie do swoich. Może to i lepiej, nie będzie szpecił nam widoku swoją facjatą i swoją parodią malarstwa!
  - Poddaszu meliny? Więc nie znajdę go tutaj?
  - Wielkie nieba, bynajmniej. Ku mojej uldze zwykle szwenda się w pobliżu klasy średniej. Mam nawet tę nieprzyjemność wiedzieć, gdzie dokładnie. Po cóż marnujesz na niego czas?
  - Muszę dostarczyć przesyłkę.
  - Bogowie, byle nie płótna! Równie dobrze mógłbyś je wyrzucić w błoto, a potem…
  - Nie, nie płótna - Lucien próbował jakoś uspokoić rozhisteryzowanego szlachcica, niestety z dość marnym skutkiem. - Czy mógłbyś mi powiedzieć, gdzie dokładnie go znajdę?
  - Mógłbyś? - fuknął fircyk w absurdalnych pantalonach. - A od kiedy my jesteśmy na „ty”?
  Mężczyzna był już zbyt zrezygnowany, by walczyć o choćby strzęp godności.
  - Wybacz, panie.
  - Ma pracownię w Kardanie, przy latarnianej. Skoro już tam idziesz, to przekaż mu ode mnie, że tylko istota o prawdziwie wrażliwej duszy, głęboko związanej z naturą, jest w stanie dostrzec piękno sielankowego pejzażu, ale by to zrozumieć, trzeba najpierw wyczołgać się z rynsztoka!
  Lucien nigdy nie rozumiał zbyt wiele z wywodów artystów, ale im dłużej miał z nimi do czynienia, tym większą niechęcią ich darzył.
  Było już grubo po południu, kiedy mężczyzna dotarł do właściwego rejonu miasta. Nigdy jakoś szczególnie nie włóczył się po dzielnicach, toteż nie wiedział zbytnio, gdzie znajdzie ulicę latarnianą. Część swojego sukcesu zawdzięczając drogowskazom, część mniej lub bardziej rozgarniętym przechodniom, dotarł w końcu do zamkniętej w kleszczach kamienic brukowanej drogi. W bocznej odnodze głównej ulicy nie zastał zbyt wielu ludzi. Podszedł do najbliższego z nich, palącego fajkę dziadka w nieco przetartym płaszczu.
  - Szukam Stephana de Vorta, mam dla niego przesyłkę.
  Podstarzały człowiek spojrzał z powątpiewaniem na jego puste dłonie.
  - To naprawdę mała przesyłka - dodał Lucien, na co starzec wzruszył ramionami.
  - Te drzwi - wskazał kciukiem na wejście tuż obok - i na samą górę. Ale wydaje mi się, że wyszedł.
  Mężczyzna poczuł w żołądku coś na kształt ulgi pomieszanej z ekscytacją. Powstrzymał wpełzający na twarz uśmiech.
  - Nie szkodzi, spróbuję zapukać.
  Skinął głową na pożegnanie i wszedł na śmierdzącą kocimi szczynami klatkę schodową. Wspiął się po skrzypiących stopniach, po drodze mijając kobietę prowadzącą kilkuletniego chłopca w przydużym kapeluszu i pierzchającą przed uzbrojoną w pazury łapą mysz. Gdy dotarł na sam szczyt, z trudem udało mu się zachować spokój. Wziął głęboki oddech, upewnił się, że w pobliżu nie ma żadnych potencjalnych świadków, po czym nachylił się, by obejrzeć zamek. Był to jeden z trudniejszych, ale miał już parę razy do czynienia z podobnymi. Gdy był młodszy, często włamywał się do cudzych mieszkań, grzebał w zabezpieczonych szufladach, myszkował wśród pozatrzaskiwanych skrzyń. Potem mu się znudziło. Nigdy nie odszedł od przywłaszczania sobie cudzych dóbr. Nie potrafił odejść od tego dreszczyku emocji, ale zrezygnował z bardziej spektakularnych przekrętów. Może to trochę na wyrost, ale można powiedzieć, ze się ustatkował. Albo zestarzał.
  Mimo upływu czasu wytrych sam układał mu się w dłoni. Tego się chyba nie zapomina, pomyślał. Wsunął ostrożnie delikatne narzędzie w otwór w drzwiach i zabrał się do pracy. Trwało to dłużej, niżby tego chciał, ale nie potrafił stwierdzić, czy to przez wyjście z wprawy, czy może z powodu szalejącej adrenaliny, czas płynął dla niego inaczej. Kiedy ostatnia zastawka ustąpiła, a cichy szczęk zasygnalizował, że mieszkanie stoi dla niego otworem, Lucien na chwilę zamknął oczy i pozwolił sobie zaśmiać się bezgłośnie. Przez chwilę uwierzył, że to wszystko dobrze się skończy. Wejdzie, zabierze pierścień i nie da sprać sobie gęby. To był dobry plan.
  Wślizgnął się najciszej jak umiał i zamknął za sobą drzwi. Znalazł się w wysokim, przestronnym pomieszczeniu, w całości zawalonym puszkami z farbą, pędzlami, paletami, płótnami i obrazami, zarówno tymi skończonymi, jak i ledwie napoczętymi. Ów rozgardiasz ostudził znacznie jego entuzjazm, musiał się jednak śpieszyć. Szczęście było dziś dla niego wyjątkowo przewrotne, Stephan w każdej chwili mógł wrócić. Lucien zaczął buszować po pomieszczeniu, co ze względu na złożone konstrukcje rupieci stanowiło nie lada wyzwanie. Przetrząsnął szuflady ustawionego pod ścianą topornego biurka, oddzielający łóżko od pracowni regał z książkami, pociągnął za klamkę przeciwległych drzwi, które okazały się zamknięte, a samo rzucenie okiem na zamek wystarczyło, by oszczędzić sobie marnowania cennego czasu na bezskuteczną walkę ze skomplikowanym mechanizmem. Kiedy zbliżył ponownie zbliżył się do biurka, w oczy rzuciło mu się coś, czego nie dostrzegł wcześniej.
  Jego karty.
  Leżały w na tyle równym, na ile pozwalały wyświechtane krawędzie, stosiku. A obok nich znajdowały się trzy inne, niezwykle podobne, lecz zbyt zadbane, by mogły należeć do talii. Lucien wziął jedną z nich do ręki i obejrzał dokładnie. Kartonik przedstawiał wzór, z którego mężczyzna niewiele potrafił odczytać. Sięgnął po następną kartę, lecz zanim jego palce dotknęły gładkiej powierzchni, sparaliżowało go ciche skrzypienie otwieranych drzwi.
  Na krótką chwilę czas zwolnił dla niego gwałtownie. Był tak blisko…

Stephan?
---
1144 PD + 10 P
~Mimma

środa, 2 stycznia 2019

Od Stephana (do Luciena) "Pod Wyuzdaną Służebnicą" cz.2

  Cyprian Clarives siedział za sfatygowanym biurkiem z twarzą zwróconą do ściany. Zdobiący ją obraz autorstwa Stephana pokryty był warstwą kurzu, spod której nachalnie wyzierała kompozycja złożona z dynamicznych, diagonalnych linii i barwnych plam o organicznej, niemal enigmatycznej formie.
  – Co robisz? – rzucił nagle w powietrze.
  Stephan świadomie zignorował ostrzeżenie słyszalne w głosie ślepca.
  – Sprzątam – odpowiedział, z czułością przecierając pokryte werniksem płótno i prostą, drewnianą ramę. - Mógłbyś czasem sam coś wokół siebie zrobić.
  Cyprian jak zawsze zareagował na to złośliwym śmiechem.
  – Przecież wiem, że i tak wytrzesz ten swój cholerny bohomaz, a przy okazji całą resztę.
  Tym razem zwrócił uwagę na ton głosu ślepca, ale zareagował raczej gniewem niż troską. Od mężczyzny czuć było spirytusem. Cyprian nie robił już nic poza piciem.
  – Ciągle tylko chlejesz.
  – A ty ciągle dajesz dupy. I jeszcze komuś za to płacisz. – Powstrzymał się przed splunięciem na starą, drewnianą podłogę, która skrzypiała wściekle przy każdym kroku. – Gorzej prosperującej dziwki świat nie widział. Wstyd mi za ciebie.
  Stephan zgrzytnął zębami, ale kontynuował czynność. Cyprian od zawsze gardził luksusami. W końcu był skrytobójcą, a nie jakąś „anagogiczną kurwą” jak zwykł nazywać swego przyszywanego syna. Pieniądze, których w czasach swej świetności zarabiał wcale nie mało, wydawał większości na broń. Stephan zaś, po niezliczonych niewygodach, jakie musiał znosić w czasach wczesnej młodości... Życie degenerata było ciężkie. Myśl, że nareszcie posiada różne rzeczy, nawet jeśli nie sprawiały mu już większej radości, przynosiła ulgę, jakby była balsamem na niewidoczne rany. Czasami, gdy przebiegał dłońmi po miękkich tkaninach albo przerzucał pierścienie w poszukiwaniu tych, które mógłby założyć, ogarniał go dojmujący smutek. Przypominał sobie, jak ojciec przeklinał tych, którzy robili zabawki dla swoich synów.
  – Cham – wymamrotał pod nosem jak syn, który boi się gniewu rodzica.
  – Straciłem wzrok, a nie słuch.
  Fakt, poza piciem Cyprian podsłuchiwał jeszcze wszystkie możliwe rozmowy, a często nawet płacił swoim dawnym informatorom, oczywiście za pieniądze, które dawał mu Stephan. Stracił wzrok, ale nie dawne przyzwyczajenia.
  – Niedługo będę musiał wyjechać na jakiś czas – rzucił wreszcie. Z trudem przeszło mu to przez gardło.
  – A ja? – zapytał po chwili milczenia Cyprian. – Co będzie ze mną?
  Stephanowi zjeżyły się włosy na głowie. Pijacy zawsze wypowiadali słowo „ja” w taki dziwny sposób. Spojrzał na ślepca, powtarzając sobie, że ten człowiek jest jego przyjacielem... jego jedynym przyjacielem.
  I ojcem bądź co bądź.
  – A co ma być? – zapytał. – Zostawię ci pieniądze, poproszę tego chłopca, Fyna, by do ciebie zaglądał. Lubi cię. Moje pieniądze też lubi. Drogę do „Wyuzdanej Służebnicy” znasz na pamięć. Mogę też poprosić Telyn, by cię odwiedzała.
  – Nie chcę dziwek.
  Stephan rozsunął ciężkie, stare kotary w brunatnym kolorze, otworzył okna, z których odłaziła biała farba, by wpuścić do zatęchłego pomieszczenia nieco świeżego, chłodnego powietrza.
  Oboje usiedli na niskich zydlach, przy zniszczonym niskim stole. Zza okna, z dołu, dobiegały odgłosy ulicy. Cyprian otulił się wełnianym kocem, Stephan zaś wolał drżeć w chłodnym, zimowym powiewie. Podsunął przyszywanemu ojcu kawałek chleba i pieczony kaczy udziec, które kupił na pobliskim targu. Do ciężkiego, cynowego kubka nalał wody.
  W milczeniu obserwował, jak ślepiec spożywa posiłek. W takich sytuacjach albo dzielił z nim smutek, albo dyskretnie wycofywał się ze starego mieszkania i pozwalał mu cierpieć w samotności. Po śmierci Lyanny Clarives Stephan czuł się w tym miejscu jak natręt. Już nawet nie próbował rozśmieszać ojca – nie potrafił już cieszyć się prawdziwie. Zaś po utracie wzroku smutek Cypriana spadł w przepaść żalu i pijaństwa.
  Starzec pociągnął łyk z kubka, po czym uderzył nim o blat.
  – Pieprzyć wodę. Piwa.
  – Powstrzymałbyś się chociaż przy mnie przeklęty moczymordo.
  – Ty przy mnie nie przestajesz zachowywać się jak stara lafirynda. Piwa.
  Z głośnym westchnieniem Stephan usiadł na drewnianym parapecie, który zajęczał cicho.
  – Widzisz, nawet wzdychasz jak stara lafirynda. I wyłaź z tego okna. Za moich czasów w witrynach siadały kurwy w poszukiwaniu klientów. Dajże mi tego piwa.
  – Nie kupiłem.
  Gdzieś na pobliskim rynku przeraźliwie głośno wydarł się sprzedawca ryb.
  Cyprian już więcej nie upomniał się o napitek. Zamiast tego jakby nigdy nic zaczął rozmowę o najróżniejszych sprawach: ostatnich plotkach dotyczących ponownego mariażu najbogatszego w okolicy lorda Redtho, o zastępcy Vamara, którego zżerało syphilis i bandzie kandydatów na jego stołek, o woźnicach klnących tak, że nawet żołnierz by się zarumienił. I jędrnych, miękkich w dotyku, pachnących piersiach Telyn.
  Potem po prostu siedzieli razem. Będą dziś siedzieć tak długo, aż znów poczują się ze sobą nudno i bezpiecznie.
  Gdy zapadł zmrok, Stephan zebrał swoje rzeczy i ruszył w kierunku drzwi.
  – Wychodzę.
  – Kiedy wrócisz? – spytał Cyprian, wbijając puste, nieruchome oczy w ścianę pokrytą wyblakłą, odklejającą się gdzieniegdzie tapetą.
  – Jak... Nie wiem. Jak wykonam zlecenie.
  Stephan przekręcił klamkę w drzwiach. Przez chwilę stał w progu, wbijając wzrok w oblicze ojca; wydawał się znękany. Zawsze uważał go za człowieka zdecydowanego, silnego, teraz jednak wydał mu się stary i niepewny. Cyprian Clarives wycierpiał wiele, ale najdotkliwsze rany odniósł na duszy. Poczuł nagły przypływ litości.
  – Nie martw się.
  – Idź. I zapłać dług w „Wyuzdanej Służebnicy”.
  Niczym już nie różnił się od ulicznego żebraka. Jednym słowem potrafił budzić gniew, drugim otwierać duszę.

***

  Wyszedł pochylony na sypiący gęsto śnieg, zacisnął zęby, żeby nie szczękały z zimna, bądź z nerwów. Sam nie wiedział. Zimowy zmrok otulił całe miasto granatową aurą, rozświetlany jedynie okazyjnie ciepłem starych latarni. Pomarańczowe łuny rozpraszały dywany śniegu i mokre, błotniste chodniki. Cisza absolutnej nieruchomości. Nawet w „Wyuzdanej Służebnicy”, z której zawsze dochodziły krzyki i dźwięki bijatyk, teraz panował błogi, niepokojący spokój.
  Jak wiele gospód na obrzeżach Pirytu, wielkiej dzielnicy zubożałej kasty społecznej, „Wyuzdana Służebnica” była zbiorowiskiem wszelkiego rodzaju robactwa. Podłoga wyłożona starymi, wyślizganymi od tysięcy buciorów dechami skrzypiała przenikliwie przy każdym kroku, a sufit znajdował się tak nisko, że wysocy mężczyźni musieli pochylać głowy, przechodząc pod mosiężnymi, topornymi żyrandolami, w których paliły się leniwie i smrodliwie łojowe świece. Gospoda była prawie zawsze zatłoczona, pełna podejrzanych, czasem niebezpiecznych typów, lecz dziś świeciła względnymi pustkami, emanowała sennym spokojem. Z mieszanką ulgi i obrzydzenia wsunął do ciepłego, cuchnącego wydalinami ludzkiego ciała i kwaśnym piwem wnętrza, bez zwłoki kierując się do kobiety z pasją czyszczącej stare, wyszczerbione kufle. Stanał przy ladzie, wyrzucając z siebie niewyraźne powitanie.
  – Pan to za Cypriana, ta?
  Stephan skinął tylko głową, rozglądając się nerwowo. Nie chciał, by grupa ludzi kojarząca go z Cyprianem wciąż się rozrastała. Po co w ogóle pytała, skoro przychodził tu co najmniej raz w miesiącu od kilku lat.
  Z niesmakiem zapłacił należny, z resztą całkiem wysoki jak na taką spelunę dług. Właścicielka patrzyła na niego natarczywie, lekko przechylając głowę.
  Odwrócił wzrok, omiatając spojrzeniem zebrane wewnątrz towarzystwo. Banda brudnych, zarzyganych obwiesiów, jakiś wielki drab z poobijaną facjatą tępawego osiłka i rozczochrany blondyn rozkładający karty przy jednym z opustoszałych stołów.
  Ze świstem wciągnął powietrze; coś zatrzepotało w jego piersi.
  Skąd?!
  Mężczyzna grał talią unikatowych kart wykonanych litografią samego Vincenta Axhelma. Wszędzie rozpozna ten dynamizm rysunku, agresywną, na pierwszy rzut oka przypadkową kreskę, ale po głębszej analizie z chaosu wyłaniała się przemyślana pod każdym względem, absolutnie perfekcyjna kompozycja.
  Do kurwy nędzy! Nie gra się dziełem sztuki przy piwie za pięć miedziaków.
  Skrytobójca z wysiłkiem uspokoił oddech, odwrócił się momentalnie do właścicielki i uśmiechnął, najserdeczniej jak potrafił. Doskonale zdawał sobie sprawę, że każde, choćby nawet przeciętne wino jest za drogie, by serwować je bywalcom „Służebnicy” i że prawdopodobnie mają jedynie wstrętnego, rozwodnionego bełta, mimo to postanowił spróbować.
  – Zawsze się raduję – odezwał się z zadziwiającym zdecydowaniem – gdy mogę ponownie oglądać pani czarujący uśmiech.
  Skończony idioto.
  Kobieta posłała mu tylko zmęczone, pogardliwe spojrzenie.
  – Co podać?
  Stephan odchrząknął, wyprostował się.
  – Najlepsze wino, jakie pani ma.
  – To samo co zawsze.
  Westchnął cicho; o ladę brzęknęło złoto. Kobieta spojrzała chciwie na pięć złotych monet z wybitymi na awersie wężami owiniętymi wokół mieczy. Odwróciła się na pięcie i zniknęła za drzwiami. Usłyszał ożywioną dyskusję, która po chwili przerodziła się w kłótnię. Przez moment nasłuchiwał ich stłumionych głosów ginących za barierą drzwi. Kobieta wróciła równie gwałtownie, co zniknęła, trzymając w dłoni butelkę wina. Wciąż wściekła postawiła ją na ladzie, ponownie chwytając za szmatę.
  Schłodzone fernorskie czerwone. Może być.
  – Idealne. Jest pani wspaniała.
  – Coś jeszcze? – zapytała, wyciągając spod lady cynowy kubek.
  – Dwa poproszę.
  Podała jeszcze jeden i wróciła do czyszczenia kufli kawałkiem wysłużonej ściery.
  – Dziękuję – wymamrotał. Kobieta machnęła ręką z niesmakiem.
  Uśmiechnął się do niej, ujął w dłoń wino i cynowe naczynia, po czym skierował się do stołu, przy którym siedział wątpliwy właściciel unikatowej talii. Tasował karty, układał w tylko sobie znane kombinacje. Jego dłonie żyły własnym życiem – poruszały się szybko i zwinnie, bez śladu senności i apatii reszty ciała właściciela. Cokolwiek je napędzało, drzemało w środku i działało z niewymuszoną elegancją wielu lat praktyki.
  – Można się dołączyć? – zapytał.
  Nie czekając na przyzwolenie, usiadł naprzeciwko mężczyzny, nalewając wina. Przez chwilę obserwował go z nieukrywaną fascynacją. Blondyn najwyraźniej z trudem wyrwał się ze swoistego transu, w jakim znajdowali się często ludzie namiętni bądź słabi na umyśle. Po chwili podniósł wzrok i powiódł nim po intruzie. Już znacznie trzeźwiej zebrał karty i odłożył je na bok.
  – Napijesz się ze mną? – zapytał Stephan, z trudem skupiając wzrok na twarzy siedzącego naprzeciwko mężczyzny. Karty niemal syczały gorąco i kusząco.
  Ten spojrzał kątem oka na właścicielkę, po czym z ociąganiem odpowiedział:
  – Nie mam pieniędzy, więc nie, nie napiję się.
  Stephan uśmiechnął się mimo woli, przesuwając po stole kubek z winem.
  – Przychodzisz do karczmy bez pieniędzy?
  – Pracuję tu.
  Skrytobójca spojrzał z powątpiewaniem na jego zmęczoną życiem postawę, na talię kart spoczywających spokojnie na wilgotnym, drewnianym blacie.
  – Pracujesz...
  – Goście byli łaskawi zająć się dziś sobą sami. – Skinął głową w kierunku zaległych pod stołami pijaków, którym towarzyszyły równie pijane, dość obrzydliwe odgłosy, po czym bez większego skrępowania wychylił zawartość podsuniętego mu naczynia.
  Skinął głową, gdy czerwona ciecz ponownie zalśniła w kubku.
  – To co, rozdasz?
  – Co ktoś taki jak ty robi w miejscu takim jak to? – burknął, tasując wprawnie wysłużone karty.
  Stephan przyłożył kubek do warg, dając sobie chwilę na namysł.
  – Tu, w Pirycie, są najlepsze folusznie w mieście. Byłem zamówić kilka płócien. Są znacznie tańsze niż...
  – Jesteś krawcem?
  – Nie, jestem malarzem. Stephan de Vort. – Wyciągnął dłoń, niby przypadkiem obracając ją tak, że światło świec odbiło się kilkoma refleksami w złotych pierścieniach zdobiących jego smukłe palce.
  Przez chwilę, nieco zbyt długo i nieszczególnie grzecznie, blondyn przyglądał się biżuterii i odzieniu Stephana, po czym uścisnął dłoń.
  – Lucien.
  Stephan ujął podane mu karty, ze skrywanym zachwytem podziwiając odbite na nich, dopracowane w każdym detalu grafiki.
  Lucien mrukliwie poinformował, że będą grać w iursę.
  Pracownik śmierdzącej karczmy grający w iursę?
  Podstępny charakter tej gry zawierał się w braku sztywnych zasad. Nie stanowiły niezmiennej podstawy, lecz były kolejnym ruchem wewnątrz gry, kolejną kartą, której należało użyć. A przez to iursa stawała się wiernym odbiciem życia, grą zdumiewająco skomplikowaną i niemal poetyczną w swej subtelności. Inne można było uznać za zmienne układy rąk i kart, ale iursa zawsze dawała początek historiom, a każda z nich miała strukturę świata – namiętny taniec charakterów, wspomnień, umysłów. Niektórzy, mawiano, pochylali się nad kartami jako krętacze, a podnosili głowy jako filozofowie.
  Stephan do nich nie należał i nie raz śmiał się z podobnych historii.
  Zastanawiał się nad ruchem, pocierając prawą brew. Kątem oka spojrzał na Luciena. Mężczyzna z zainteresowaniem podziwiał złote, zdobione geometrycznymi wzorami spinki zdobiące mankiety jego białej koszuli. Uśmiechnął się pod nosem, od niechcenia wykładając jedną z kart.
  Lucien rozbrzmiał złośliwym chichotem.
  – Zrozumiałbym ten ruch – odezwał się, zdecydowanie wyrzucając jedną ze swoich kart – gdybyś był pijany.
  Małe dzieło sztuki wylądowało prosto w mokrej plamie na stole. Stephan z trudem powstrzymał się przed wydaniem z siebie pełnego boleści jęku. Skrzywił się po prostu niezadowolony, ale najwyraźniej towarzysz zupełnie inaczej odczytał jego reakcję.
  – Zrobiłeś się strasznie ponury, gdy tylko zaczęliśmy grać – skwitował rudzielec.
  – Bo to wredna gra.
  – Mówisz tak, bo za bardzo się starasz.
  – Nie, bo przegrywam.
  – Iursy nie można zmusić do posłuszeństwa. Im bardziej chcesz ją nagiąć pod siebie, tym bardziej się opiera.
  Stephan parsknął rozeźlony.
  Cóż za życiowa mądrość.
  Spojrzałna stół i zdał sobie sprawę, że reguły znowu uległy zmianie – tym razem katastrofalnie. Całkowicie na jego niekorzyść. Zaczął szukać możliwości ruchu, ale nie znalazł żadnej.
  Przeciwnik uśmiechnął się tryumfalnie i oparł głowę na dłoniach.
  – Dobry jesteś – wymruczał w końcu Stephan, dolewając wina do obu kubków. Niby bez większego zainteresowania spojrzał na rozrzucone po stole karty. Napił się. – Ładna talia.
  Lucien z powątpiewaniem spojrzał na stare, zdewastowane karty, na zdobiące je poszarpane, zeszmaciałe krawędzie i plamy o nieznanej genezie.
  – Lubię je.
  – Nie chcesz może ich sprzedać? – podjął tonem znudzonego dziecka, pociągając łyk wina. Nie słysząc odpowiedzi, dodał: - Albo wymienić?
  Szare oczy mężczyzny skierowały się na ułamek sekundy na obwieszone złotem palce i mankiety Stephana.
  – Ładne, co? – Zdjął ze smukłego palca prostą, złotą obrączkę, podrzucił ją na otwartej dłoni, jakby ważył jej ciężar.
  Lucien zmarszczył czoło, uniósł podejrzliwie brew.
  – Oferujesz mi złoto, za stare, wyświechtane karty?
  Stephan uśmiechnął się pobłażliwie.
  – Podobają mi się. A lubię mieć w posiadaniu rzeczy, które mi się podobają. A takich? – Spojrzał na obrączkę spoczywającą w dłoni. – Takich mam zatrzęsienie.
  Siedzący naprzeciwko mężczyzna myślał chwilę, po czym ruchem głowy wskazał na mankiet Stephana.
  – W takim razie dokonamy wymiany, ale za te spinki.
  Ty zachłanny prostaku!
  – Wydaje ci się – zdołał wykrztusić w całkowicie szczerym szoku Stephan – że oddam ci je za stertę brudnych, zeszmaciałych kart? Że cenię je bardziej od tych małych dzieł sztuki jubilerskiej?
  Za tymi słowami kryła się desperacja, nie przekonanie. Skrytobójca sam nie wierzył w to, że za żadne skarby nie odda mu tych spinek. Mimo to musiał grać, by wytargować jak najlepszą cenę i nie wzbudzić podejrzeń. Ten typ tylko sprawia wrażenie ospałego i niezbyt bystrego.
  – Też lubię mieć rzeczy, które mi się podobają. A one podobają mi się bardzo. O wiele bardziej niż to. – Położył na blacie wąski pierścień wykonany z postarzałego złota przyozdobionego niewielkim, wyszlifowanym turmalinem w oku.
  Kolejna wątpliwa własność. Dość prymitywnie wykonana, ale urokliwa.
  – Mogę?
  Blondyn łypał nieufnie na wyciągniętą dłoń mężczyzny, ale ostatecznie podał mu pierścień. Krótkie oględziny wystarczyły, by potwierdzić wartość ozdoby.
  Stephan westchnął ciężko, spojrzał na karty, spojrzał na turmalinowe oko. Podrapał się w gładko wygolony policzek.
  – Niech będzie. Mam dziś dobry dzień – mruknął, niechętnie odpinając spinki od mankietów. Z nieukrywanym żalem podał je nowemu właścicielowi.
  Lucien uśmiechnął się z satysfakcją, zaciskając palce na nowym, drogocennym nabytku. Nic już nie mówił. Przyglądał się tylko, jak Stephan de Vort wkłada czarny płaszcz i chowa nabytki w kieszeni. W sposobie, w jaki się ubierał i poruszał, dało się zauważyć nagłą nieczułość, a w oczach – ledwie dostrzegalną obojętność.
  – Dziękuję i życzę miłego wieczoru – rzucił, nie próbując już ukryć goryczy i oddalił się, nie skinąwszy nawet głową.
  Wypadł z gospody, oddychając ciężko. Drżące dłonie schował w kieszeniach płaszcza. Chłodne, świeże powietrze. Szare światło opustoszałych ulic. Zrujnowane, stare kamienice ciągnęły się wśród gęstwy skromniejszych budowli. Błotniste, wysypane żwirem drogi niknęły w oddali wśród prószącego śniegu, a ogromne wille w środkowej części miasta, odosobnione i małe w oddali jak paznokieć, wyłaniały się świetliście z białego obłoku śniegu niczym martwe wieże z pustynnych diun.
  Stephanowi ścisnęło się gardło. Odpędził łzy satysfakcji. W miejscu, gdzie karty przylegały do jego ciała, czuł ciepło. O ile wykonywanie zleceń z powodzeniem nigdy nie skłaniało go do dumy, o tyle takie drobne zwycięstwa zawsze budziły w nim błogostan, skłaniały do ekstazy.
  I odwiedzania burdelu.

Lucek?
---
1237 PD + 10 P
~Mimma

niedziela, 23 grudnia 2018

Od Luciena "Pod Wyuzdaną Służebnicą"

  Karczma Pod Wyuzdaną Służebnicą nigdy nie pękała w szwach, ale tego wieczora słabo oświetlone wnętrze prezentowało się wyjątkowo mizernie. Z braku czegoś, co przykułoby uwagę potencjalnego gościa - jakiegoś pojedynku na kufle czy pięści, burzliwej dyskusji, płomiennej awantury - wszystko zdawało się być jakoś bardziej obskurne niż zwykle - grubo ciosane ławy jakoś bardziej toporne, niechlujnie przetarte powierzchnie jakoś bardziej zaniedbane, ciężkie, składające się z nut zapachowych głównie w postaci starego potu, moczu i rozwodnionego owocowego sikacza, a dla mniej przywiązanych do własnego żywota powolnego zabójcy destylowanego w piwnicy dwa budynki dalej, powietrze jakoś bardziej zatęchłe. Nawet stali bywalcy, co prawda płacący w drugim, może trzecim terminie, lecz pod ciężarem swej pijackiej przyzwoitości podyktowanej pięścią karczmiennego obijacza gęb spłacający długi z zaskakującą regularnością, zalegli bezwładnie pod stołami w kałużach własnych wymiocin i nie zapowiadało się, by w najbliższej przyszłości zamierzali stamtąd wypełznąć.
  W takich okolicznościach Lucien, bez zajęcia i bez wyrzutów sumienia, zasiadł wygodnie pod jedną z drewnianych beli podtrzymujących strop i począł rozkładać karty. Co prawda w pobliżu nie znajdował się żaden kompan do gry. Lysa całym sercem i siłą mięśni oddała się szorowaniu wymiętoszoną, poszarzałą szmatą wyszczerbionego kufla, zatracając się w tym nerwowym, agresywnym wręcz pocieraniu bez reszty. O przeciwległą ścianę oparł się mężczyzna i, otoczywszy się aurą nieprzystępności, dłubał sobie właśnie w uchu. Halvar, brat właścicielki. Wcześniej wspomniany strażnik wszelako pojętego porządku, choć wyraźnie większą wagę przykładał do ładu możliwego do osiągnięcia za pomocą solidnego kopa niż miotły. Spośród nielicznych gości, z wyłączeniem tych, dla których zabawa w upadlanie już dawno się skończyła, wszyscy jak jeden mąż ponaciągali, co tylko mieli na głowy i urządziwszy sobie jakieś nieoficjalne zawody w hodowaniu najbardziej spektakularnego garba, zajęli się swoimi sprawami. Co by jednak nie mówić, towarzystwo było znośne. Niezbyt zajmujące, nie wzbudzające sympatii, nie generujące nawet najtańszej rozrywki, ale znośne. Nikt nie wpadł na pomysł, by dosiąść się do Luciena, poczęstować mętnym napitkiem, opowiedzieć historię swojego życia... Mężczyzna nie mógł być bardziej usatysfakcjonowany.
  Nie zareagował, kiedy frontowe drzwi skrzypnęły. I tak najpierw podejdzie do lady, o ile nie obróci się na pięcie i co sił w nogach nie ucieknie przed tą atmosferą nędzy i rozpaczy. Całkowicie pochłonięty bawieniem się pomalowanymi kartonikami Lucien stracił na dłuższą chwilę poczucie czasu i przestrzeni. Z jego małego transu wyrwał go dopiero obcy głos:
  - Można się dołączyć?
  W tej chwili Lucien zdecydowanie mógłby być bardziej usatysfakcjonowany.

Ktoś?
---
233 PD
~Mimma