Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Wybuchowe spotkanie" ❀. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Wybuchowe spotkanie" ❀. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 października 2018

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie" cz. 11

— Czy to nie ty mówiłaś, że twój ojciec jest niedaleko? Po drugiej stronie rzeki, jak dobrze pamiętam? — Spojrzał ostentacyjnie w kierunku rzeki, a mi aż ścierpła skóra na plecach. Faktycznie kłamstwo krótkie nogi miało, ale z drugiej strony w jak daleką trasę potrafiło człowieka wyprowadzić, to przecież już inna, warta zachwalenia kwestia. W niektóre trasy należało wybrać się w odpowiednim obuwiu, a to obitym podłością, a to nadzieją, że reszta świata jest głupsza i domyślnie durniejsza od ciebie.
Wszystko zawsze wychodziło na plus.
— To jest... no... — Zaczęłam się jąkać, spuszczając w końcu głowę, żeby się dalej nie pogrążać w prezentowaniu sprzecznych wersji. Czułam się jak kryminalista na komendzie, nie do końca pewny czegokolwiek, ale o wiele bardziej ogarnięty w kwestiach rabunkowych, niż ktokolwiek powinien.
Podszedł facet ponownie do stolika, ale wyciągnął tym razem z niego kartki, pióro i atrament. Po kilku minutach trzymałam już w dłoniach kopertę, wypełnioną stertą papierzysk. Byłam pewna, że to skarga i ewentualne wezwanie do zapłaty, które sprawi, że zapłaczę rzewnymi łzami, uciekając z tego wygwizdowa przed klnącym Bastianem.
Nie no, dobra, Bastian nie klął i krzyczał bardzo rzadko, prawie wcale, więc nie miałam aż tak źle.
— Okej, skończyłem. — Skinęłam głową z uznaniem, biorąc kopertę z krótkim, przestraszonym "dziękuję i przepraszam" i zwiałam w trzy pędy. Wróciłam do domu kilkanaście dni później, wciąż z nieotworzoną kopertą, nieco już zadbaną bardziej raną, którą przez drogę powrotną starałam się leczyć po macoszemu, ile mnie bastianowy umysł wyuczył do tego czasu. W domu nie zostałam całkowicie okrzyczana, a jedynie luźno poklepana po plecach i obrzucona oburzonym spojrzeniem, w chwili, gdy wręczałam kopertę Riverowi.
A kolejne dwa tygodnie później wróciłam już w poszukiwaniu doktorka, mając nadzieję, że przebywa w pobliżu tamtejszej wioski, bo na miejsce w lesie już nawet nie liczyłam. Dostałam uprzejmy opierdziel, z dużą porcją milczenia, odnośnie mojego wcześniejszego zachowania i faktu, że nie kontaktowałam się przez spory czas w czasie mojej wędrówki. Normalnie chociaż starałam się wysłać jeden list na tydzień. A tak to Bastian wysłał mnie w podróż pociągiem, do wsi tamtej kolej nie dochodziła, ale zajechałam najdalej, jak mogłam i stamtąd pieszo ruszyłam, w plecaku trzymając smaczne przekąski i zioła na przeprosiny od Bastiana. Jako wynagrodzenie za przerwany z mojej winy eksperyment.

Wątek zakończony
---- 
220 PD
Owca

czwartek, 4 października 2018

Od Aizena (do Zoli) "Wybuchowe spotkanie" cz. 10

— Uhm — zaczęła niepewnie. — Nie do końca możliwe, Bastian jest daleko. No tak, ciutkę. — Spojrzałem na nią poważnym wzrokiem i widać, że chyba się w końcu poddała, wymruczała pod nosem kilka przekleństw, ale zaczęła mówić. — Znaczy, on jest na miejscu. Tylko że u siebie. A ja tak troszku wybyłam. Wie pan, sidełka i te sprawy pozakładać. Ryby połowić. No, że mi troszku zeszło, szwendając się tutaj. Ale z dwa tygodnie tylko może, wioska moja nie jest aż tak daleko stąd. — Nie wiem jak mam to skomentować…
— Czy to nie ty mówiłaś, że twój ojciec jest niedaleko? Po drugiej stronie rzeki jak dobrze pamiętam? — Spojrzałem w kierunku rzeki, ona jest dość niedaleko, więc raz-dwa moglibyśmy tam dojść, wprawdzie już wcześniej wyczułem, że kłamie, ale miałem cichą nadzieję…
— To jest… no… — zaczęła się jąkać i ostatecznie nic nie powiedziała, tylko spuściła głowę. Nie mogłem powstrzymać mojego westchnienia. I ponownego rozmasowania czoła przy okazji… Okej… Mam inny pomysł…
Nic więcej nie mówiąc, podszedłem do stolika, wziąłem z niego kilka kartek, pióro i atrament. Napiszę chociaż do jej ojca wyjaśnienia, opiszę dokładnie, co się stało i by się nie martwił raną, ponieważ nie jest aż tak poważna. Opiszę też, jak należy postępować z raną, najlepiej by było, gdybym sam mógł pokazać dokładnie cały proces, ale jej ojciec to pewnie też myśliwy, więc będzie miał przynajmniej podstawowe pojęcie co do zajmowania się ranami. Zapisałem dokładnie cały proces zajmowania się raną, czego do tego użyć, oraz co może się wydarzyć w trakcie, komplikacje, zakażenia i tego typu rzeczy. Dopisałem też, że musi jej bardziej pilnować w okresie młodzieńczego buntu.
— Okej, skończyłem. — Wstałem od biurka i zobaczyłem, że mój mały gość nie ruszył się z miejsca, miło, że pomyślała o reszcie moich rzeczy. Podałem jej kopertę, w której były wszelkie informacje.

Zola?
----
176 PD
Owca

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie" cz. 9

Mężczyzna nie odpowiedział, tylko ruszył od razu w stronę jakichś tam szafek czy innych dziwnych rzeczy, gdy sama stałam jak skamieniała. No, co mogłam poradzić, chłop barczysty jak dąb, z okularkami czy nawet bez wyglądał, jakby ktoś go przemycił z ukrytego w ponurym lasku wariatkowa. Złudzeń nie miałam, zmiażdżyłby mnie jednym, szybkim ruchem dłoni, fakt, trenowałam i moje mięśnie całkiem nieźle wykształciły się dzięki zakładaniu pułapek oraz polowaniu, ale nie miałam wątpliwości, że w starciu ze znacznie większym, starszym mężczyzną nie mam najmniejszych szans. Miłym zaskoczeniem okazał się fakt, że jednak facet nie zamierzał mnie zjeść, pogrzebać i usmażyć za to, co nawyprawiałam w jego pracowni na świeżym powietrzu. Patrzcie państwo, faktycznie z niego doktorek się znalazł.
— To powinno wystarczyć, rana nie była tak poważna, na jaką się wydawała. A co do pieniędzy to nie mamy o czym rozmawiać, nawet gdybym chciał wymusić na tobie te pieniądze, nie byłabyś w stanie ich zapłacić, a “zapłaty w naturze” nie chcę tym bardziej. — Nie czerwienimy się, Zola, nie czerwienimy się, jesteśmy silniejsze od naszego poczucia bezbożnego wstydu. — I nie musisz pomagać ze sprzątaniem, nie chcę, byś się zraniła jeszcze bardziej, jeśli to możliwe, przyprowadź do mnie swojego ojca, chciałbym mu powiedzieć o twojej ranie.
— Uhm — zaczęłam niepewnie. — Nie do końca możliwe, Bastian jest daleko. No tak, ciutkę. — Pod bacznym spojrzeniem mężczyzny wzdrygnęłam się, mrucząc pod nosem przekleństwa, zanim w końcu się przyznałam. — Znaczy, on jest na miejscu. Tylko że u siebie. A ja tak troszku wybyłam. Wie pan, sidełka i te sprawy pozakładać. Ryby połowić. No, że mi troszku zeszło, szwendając się tutaj. Ale z dwa tygodnie tylko może, wioska moja nie jest aż tak daleko stąd. — Tylko trzy albo cztery dni drogi, więc nie było aż tak źle.

Aizen?
----
172 PD
Owca

wtorek, 25 września 2018

Od Aizena (do Zoli) "Wybuchowe spotkanie" cz.8

— Uhm? Ja, znaczy, ja za to mogę zapłacić! — Zapewniła mnie, a przynajmniej chyba to starała się zrobić, ponieważ jej głos nie należał do zbytnio przekonujących, po za tym ilość pieniędzy która tutaj przepadła na pewno jest ponad jej budżet, co ja mówię, za taką kwotę można kupić porządny dom w większym mieście… 
— Ja tu wynagrodzić mogę! Posprzątać chociaż panu pomogę, czy coś, że to tak poszalało. — Dalej mnie zapewniała, ale patrząc na jej postawę można było zauważyć że boi się teraz wykonać choćby najmniejszy krok by znowu czegoś nie zniszczyć, no większość cennego towaru i tak już poszła z dymem, choć nie powiem, są tu jeszcze ciekawe rzeczy. Muszę się też zająć jej ręką, nawet jeśli sama jest sobie winna, zraniła się przez moje materiały, mogę jej przynajmniej opatrzyć ranę. — Uhm, to ważne rzeczy tutaj były? — Spytała dla pewności, ale jej głos w porównaniu z wcześniej pokazywał nutkę strachu. 
  Nie odpowiedziałem tylko ruszyłem w stronę medykamentów, zabrałem bandaże, odpowiednią maść i płyn. Następnie podszedłem do niej i zacząłem opatrywać jej ranę. Na początku chciała się wyrwać, ale dość szybko zrozumiała że a) Nie uda jej się b) Opatruję jej dłoń. Rana mogła wyglądać groźnie, ale mogło się skończyć o wiele gorzej, kawałek tkaniny zmoczyłem w tym płynie co wcześniej wziąłem, pomaga na oparzenia, po obmyciu rany nałożyłam maść, a następnie nałożyłem ją jeszcze na część bandaża którym obwiązałem ranę. 
- To powinno wystarczyć, rana nie była tak poważna na jaką się wydawała. A co do pieniędzy to nie mamy o czym rozmawiać, nawet gdybym chciał wymusić na tobie te pieniądze nie byłabyś w stanie ich zapłacić, a “zapłaty w naturze” nie chcę tym bardziej. - odwróciłem się i zacząłem planować dalsze działania, zaczynając od sprzątania - I nie musisz pomagać z sprzątanie, nie chcę byś się zraniła jeszcze bardziej, jeśli to możliwe, przyprowadź do mnie swojego ojca, chciałbym mu powiedzieć o twojej ranie.

Zola?
---
186 PD
~Mimma

niedziela, 23 września 2018

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie" cz. 7

— Możesz spokojnie odejść w swoją stronę, tam skąd przyszłaś nie ma żadnych pułapek, czy czegoś w tym stylu, więc możesz iść. — Skinęłam głową ze zrozumieniem, mogłam już kicać w podskokach i uciekać z ewentualnego miejsca zbrodni. — A właściwie proszę idź już, nie chcę by nastały tu jeszcze większe szkody. — O nie, tak się bawić nie będziemy. Nastroszyłam się jak kot, którego właśnie kopnięto w próbie odgonienia, co było przecież jawną prowokacją do zostania. I zesrania się na dywan, więc niech lepiej facet się cieszy, że jestem cywilizowanym ludziem, a nie jak tamte leśne bestie lisy, wilki czy co tam się jeszcze chowa za granicami naszych normalnych, ludzkich ziem. 
— Co masz na myśli co? To był wypadek! — powiedziałam, robiąc krok w tył. Ewakuacja nie należała do całkowicie złych pomysłów, zwłaszcza, gdy czekała mnie wycieczka po istnym polu minowym, jak wyszło to do tej pory. — To nie tak, że mam zamiar to zniszczyć, okej?! — burknęłam, żywo gestykulując, potrącając przy okazji kolejną fiolkę. 
  I potem rozpoczęła się apokalipsa. Nieskończona reakcja łańcuchowa doprowadziła do rozbicia szkła i zniszczenia kolejnych próbek, substancji czy co tam facet ostatecznie sobie hodował, na co mogliśmy jedynie patrzeć. 
— To… — zaczęłam, chcąc się w jakiś sposób wytłumaczyć, przeprosić, bo pewnie puściłam z dymem już całkiem sporo monet, a doskonale wiedziałam po naszym chomikowaniu z Bastianem, że pieniądze były na wagę złota. Dosłownie. Zanim jednak znalazłam właściwe słowa, pisnęłam, odskakując. Kurwa, moja dłoń pulsowała od ciepła, a część skóry zaczynała już puchnąć. Cudownie. 
  Wyglądało na to, że profesorkowi podobnie jak mi słów zabrakło, więc mogłam tylko wydać z siebie niezidentyfikowany dźwięk, 
— Uhm? Ja, znaczy, ja za to mogę zapłacić! — zapewniłam go, w myślach przeliczając moje własne oszczędności. Bastiana o pomoc prosić nie chciałam, w końcu egoistycznie-nastoletnio-szalenie pragnęłam uchodzić za osobę raczej już dorosłą, a proszenie o pomoc starego chyba-ojca nie należało do odpowiedzialnych zadań. 
  Zresztą, mogłam to załatwić sama. Na pewno. 
— Ja tu wynagrodzić mogę! Posprzątać chociaż panu pomogę, czy coś, że to tak poszalało. — Uśmiechnęłam się cierpko, stojąc w miejscu i się nie ruszając nawet na krok, nie będąc pewną, czy zaraz znowu czegoś nie rozwalę. Ręka bolała i piekła coraz mocniej, ale powinnam ruszyć do najbliższego strumienia albo obtoczyć ją w wodzie z manierki. — Uhm, to ważne rzeczy tutaj były? — spytałam dla pewności, nieco piskliwym, lekko przestraszonym głosem.

Aizen?
---
229 PD
~Mimma

piątek, 21 września 2018

Od Aizena (do Zoli) "Wybuchowe spotkanie" cz.6

— Ja pana nie chcę straszyć czy cokolwiek, ale to chyba inaczej miało wyglądać. No i czy tutaj więcej takich niespodzianek jest, bo wycofałabym się delikatnie, ale zaczynam mieć wątpliwości, czy po drodze nóg nie stracę. Takie cośki, to się tutaj często zdarzają? Ryzyko zawodowe? Jakaś robota na zlecenie? Jaki bogacz-idiota, zleca badanie czegoś tak niebezpiecznego? - Zalała mnie falą pytań, a ja dalej sobie ubolewałem nad mą stratą. 
  Okej, trzeba ochłonąć, o jeszcze nie było nic wielkiego, dam radę to jakoś przeboleć… eh… na pewno dam? 
- Możesz spokojnie odejść w swoją stronę, tam skąd przyszłaś nie ma żadnych pułapek, czy czegoś w tym stylu, więc możesz iść - nie, to nie wystarczy - A właściwie proszę idź już, nie chcę by nastały tu jeszcze większe szkody. - Proszę nie niszcz już niczego cennego dobrze? 
Popełniłem dość poważny błąd, moje słowa ją tylko zdenerwowały, to się źle skończy, to się bardzo źle skończy, czuję to w kościach. 
- Co masz na myśli co? To był wypadek! - powiedział odsuwając się dalej, nie wiem czy świadomie czy nie, ale bliżej biurka, na którym są inne specyfiki, Boże jeśli istniejesz, nie dopuść do tego co czuję że ma się stać! - To nie tak że mam zamiar to zniszczyć okej?! - zaprotestowała gestykulując z ożywieniem, jednak… potrącił jedną fiolkę… 
  Fiolka przewróciła się też na następną, obie się wylały i zmieszały z prochem na biurku, doszło do zapalenia i małej eksplozji, która wystrzeliła coś ( pewnie kawałek szkła ) niczym bełt z kuszy, kierunek tego obiektu to… szafka na której stoją inne fiolki. Za co…? Śmiercionośny pocisk na szczęście nie w centrum tylko w bok flakoniku, cennego, była w nim nowe lekarstwo, dość skuteczne jak na obecne standardy. Rzuciłem się przed siebie by złapać spadający obiekt i… Udało się! Bezpieczny! 
- To… - Dziewczyna pewnie chciała coś powiedzieć, ale przypadkiem położyła dłoń tam gdzie był wcześniej ogień i eksplozja, niespodzianka, gorące. 
  Szybko zabrała rękę z owego miejsca, przy okazji wysyłając w powietrze kawałek skały, nad którą prowadziłem inne badania i tak, już wiecie w co woy kawałek uderzył prawda? W flakonik. Następnie był dźwięk tłukącego się szkła i czułem jak cenny lek rozlewa się w moich dłoniach i spływa na ziemię. 
  Podniosłem się na równe nogi, poprawiłem okulary i otwierałem usta raz za razem nie wiedząc co powinienem powiedzieć.

Zola?
---
224 PD
~Mimma

środa, 19 września 2018

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie" cz.5

— Aa… — Tak, to byłam w stanie sama z siebie również wydusić. Wypiszczeć. Wykrzyczeć. Dobra, zachowałam się może jak typowa, książkowa damulka w opałach, ale każdemu się zdarza, zwłaszcza, gdy jego nogi omal nie stają się celem mini-bomby. Nadal nie do końca rozumiałam, co się tutaj wyprawiało, co za eksperymenty prowadził stojący przede mną mężczyzna, ale, chuja tam, wrobić siebie w żadne działania dywersyjno-śmiertelne nie dam. 
  Mężczyzna w końcu podniósł się na nogi, opierając się dłonią o stół i zaczynając masować sobie czoło. Czułam się podobnie, chyba nadchodziła największa migrena mojego życia. Co się tutaj wyprawiało, zdecydowanie przekraczało ludzkie pojęcie. 
— Zakładam, że to nie miało buchnąć w ten sposób? — spytałam nieco głupio, podchodząc do mężczyzny. Jego zakład wariatkowy, także jemu będzie prościej połapać się w topografii terenu. Nie mówiąc już o fakcie, że pewnie znał na pamięć wszystkie własne pułapki, niebezpieczne miejscówki i tym podobne cholery, skoro sam sobie je pozakładał. Nie żebym oceniała czyjeś skłonności samobójcze, ale jeżeli ktoś dla własnej frajdy ryzykował usmażeniem skóry lub trwałym kalectwem, to trzeba być masochistą. Albo zdrowo jebniętym. Jeszcze nie doszłam do tego, która wersja bardziej pasowała doktorkowi w fartuchu, kitlu czy co tam to w końcu było. 
— Ja pana nie chcę straszyć czy cokolwiek, ale to chyba inaczej miało wyglądać. No i czy tutaj więcej takich niespodzianek jest, bo wycofałabym się delikatnie, ale zaczynam mieć wątpliwości, czy po drodze nóg nie stracę. Takie cośki, to się tutaj często zdarzają? Ryzyko zawodowe? Jakaś robota na zlecenie? Jaki bogacz-idiota, zleca badanie czegoś tak niebezpiecznego?

Aizen?
---
153 PD
~Mimma

sobota, 15 września 2018

Od Aizena (do Zoli) "Wybuchowe spotkanie" cz.4

— Ależ oczywiście, zakłada pułapki po drugiej stronie rzeki — Skłamała, takie było moje pierwsze wrażenie, ale nie miałem czasu się nad tym dłużej zastanowić — Panie, polować każdy może, wolny kraj, a to nie bajka o pierdolonym Czerwonym Kapturku, żebym musiała chodzić po doskonale znanych lasach z obstawą. Chyba że odkryłeś w sobie — Kiedy mówiła “Panie” wyglądała jakby coś jej się nie zgadzało, jak naukowiec kiedy zobaczy błąd w prostym obliczeniu, takie odniosłem wrażenie — jakieś wilkołacze zapędy, to proszę się spowiadać, wodę święconą trzymam przy pasie razem z kołkiem na krwiopijców i packą na muchy — mówiła energicznie i równie żywo gestykulowała rękami — I nie jestem młoda! — mruknęła, cicho,ale bez problemu to usłyszałem. 
— Ja bym się chętniej dowiedziała, co się tutaj wyprawia, bo mi gówno nadal nic nie mówi. Jakie materiały wybuchowe? — spytała , podchodząc bliżej do moich rzeczy rozłożonych na trawie. — I wybuchowe, bo wybucha, ale jak to robi? — spytała jeszcze chwilę oglądając moje próbki i narzędzia, następnie skrzywiła się. — Może ja jednak przejdę się po tę wodę święconą, znajdę jakiegoś bajarza do święcenia, bo z tych dziwactw to mi jedynie diabeł na myśl przychodzi. — Mówiąc to machnęła ręką i strąciła jedną z próbek, nowo co stworzonej dawki prochu, ta spadała i mieszając się z inną podobną próbką spowodowała mały wybuch. Ona sama pisnęła i odskoczyła do tyłu lądując na tyłku. 
- Aa… - tylko tyle byłem w stanie z siebie wydusić. To nie może być prawda… taka myśl i jej podobne krążyły po mojej głowie. Nie chciałem tego zaakceptować, po prostu nie! Obie próbki były stworzone przypadkiem i nie mają jeszcze ustalonej receptury! Planowałem wydzielić część tych próbek by je zbadać i odtworzyć, ale też obie weszły już w reakcję i wypełniły swoje zadanie, jednak… no nie… 
  Patrzyłem się z pewnie nazbyt otwartymi oczami, tylko przez chwilę na szczęście, następnie podszedłem do mojego gościa i pomogłem jej wstać, szybko obejrzałem jej ciało od góry do dołu czy nic jej nie jest, ale nie wyglądała na ranną, żadne odłamki też nie powinny polecieć w jej stronę, więc wszystko z nią okej. Potwierdziłem sobie samemu skinieniem głowy, a następnie odwróciłem się do miejsca małej eksplozji by zobaczyć to z bliska i niestety potwierdzić swoje przypuszczenia. Wszystko zostało wykorzystane, obie próbki zostały stracone, mam przynajmniej trochę zawężoną drogę do ich ponownego odtworzenia, ale nie ma gwarancji że tym razem otrzymam taki efekt. Podniosłem się na nogi i oparłem się jedną dłonią o stół, a drugą zacząłem masować sobie czoło…

Zola?
---
251 PD
~Mimma

czwartek, 13 września 2018

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie" cz.3

— Spłoszyłem ci zwierzynę co? — Debil pierdolony, wielki doktorek się znalazł. Nie, wcale, przecież nic się nie stało, tylko cały okoliczny zwierzyniec pouciekał zewsząd, akurat w czasie, gdy właściwie polowanie graniczyło z cudem.
— A żebyś chciał wiedzieć do cholery! — krzyknęłam głośno, coraz bardziej zdenerwowana. — Nawet nie wiesz jak długo czekałam na dogodną okazję, a ty wszystko zrujnowałeś! I co to w ogóle miało być?! — Nadal nie wiedziałam, czym był spowodowany wybuch. Owszem, wokoło leżało mnóstwo sprzętu, większego, mniejszego, głównie dziwacznego, ale praktycznie niczego nie byłam w stanie rozpoznać.
— Materiały wybuchowe z trzeciej serii A-3, zmodyfikowana dawka pod siłę. — Zamrugałam miarowo, nie będąc pewna o co nam obojgu się rozchodzi. Jaka seria, jaka modyfikacja, co za banialuki mi tu, szanowny panie, wciskasz. 
— Materiały wybuchowe trzeciej serii A, co? — spytałam sama siebie, powtarzając po nim jak papuga, zanim pokręciłam z niedowierzaniem głową. — Nie ważne! Przez ciebie uciekła moja zdobycz! — jęknęłam, krzyknęłam, warknęłam chyba wszystko na raz. Czaiłam się dosyć długo w okolicznych lasach, byłam zdecydowanie daleko od domu, przy okazji chcąc zaczerpnąć nieco informacji w poszukiwaniu kolejnych zleceń. A tu dziadyga sobie spory kawał ziemi rozwala, przy okazji niszcząc mi moje wszystkie plany. 
— No cóż, przepraszam, nie sądziłem że ktoś będzie polował, kiedy pytałem w wiosce, teren miał być wolny od wszelkich kłusowników. — Ach, chyba powinnam najpierw wybrać się do wioski, a dopiero później ruszyć na ustawianie obozu w pobliżu. W praktyce lasy były w końcu niczyje, lider jakoś sobie do nich praw nie rościł, ale równie niebezpieczne badania powinny być szerzej rozgłaszane! Albo mogłam to sobie wmawiać. 
— Co tak młoda dziewczyna jak ty, robi tu sama i do tego poluje? Gdzie twój ojciec, bo to pewnie z nim przyszłaś na polowanie, prawda? — Przewróciłam oczami, nabzdyczyłam się, zaraz wyprostowałam, opuściłam ramiona i uniosłam nieco głowę, żeby spojrzeć prosto w twarz starszemu mężczyźnie.
— Ależ oczywiście, zakłada pułapki po drugiej stronie rzeki — skłamałam prędko, może nawet za prędko, ale kto by się tym przejmował, gdy dalej łgałam jak z nut. — Panie, polować każdy może, wolny kraj, a to nie bajka o pierdolonym Czerwonym Kapturku, żebym musiała chodzić po doskonale znanych lasach z obstawą. Chyba że odkryłeś w sobie — zdecydowanie "panie" brzmiało zbyt szacownie w moich myślach, więc przeszłam prawie od razu na "ty" — jakieś wilkołacze zapędy, to proszę się spowiadać, wodę święconą trzymam przy pasie razem z kołkiem na krwiopijców i packą na muchy — kontynuowałam, drwiąc i gestykulując rano dłońmi. — I nie jestem młoda! — burknęłam na sam koniec, bardziej do samej siebie, nieco bardziej obrażona. Pff, żeby mi tu tak w środku lasu wiek wypominać. 
— Ja bym się chętniej dowiedziała, co się tutaj wyprawia, bo mi gówno nadal nic nie mówi. Jakie materiały wybuchowe? — spytałam, podchodząc bliżej do kilku rzeczy, rozłożonych na trawie. — I wybuchowe, bo wybucha, ale jak to robi? — dodałam, nieufnie przyglądając się nieznanym przedmiotom, zanim skrzywiłam się. — Może ja jednak przejdę się po tę wodę święconą, znajdę jakiegoś bajarza do święcenia, bo z tych dziwactw to mi jedynie diabeł na myśl przychodzi. — Strąciłąm przez przypadek łokciem jakąś rzecz z pobliskiego stołu, która zaraz spowodowała mały wybuch. Pisnęłam, odskakując szybko, lądując tyłkiem na ziemi. No i chuj to, co to za cholerstwa?

Aizen?
---
329 PD
~Mimma

wtorek, 11 września 2018

Od Aizena (do Zoli) "Wybuchowe spotkanie" cz.2

— Pojebało cię?! — usłyszałem zza pleców — Jakby trzęsienie ziemi było komukolwiek potrzebne, co to do cholery jasnej było?
Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem jak jakaś dziewczyna, by nie powiedzieć dziewczyna idzie w moją stronę, patrząc tak na nią, dałbym jej może tak z 15 lat, nie więcej.
  Obecnie znajduję się dość daleko od jakiegokolwiek większego miasta, w prawdzie jest w okolicy wioska, ale nie sądze by coś takiego miało by wzbudzić w nich niepokój. No cóż, patrząc na jej broń i obiór chyba nie muszę się wysilać by się dowiedzieć co się stało. 
- Spłoszyłem ci zwierzynę co? - spytałem, jest to pewne niemal w stu procentach, ale kto wie? 
- A żebyś chciał wiedzieć do cholery! - wykrzyknęła jeszcze bardziej zdenerwowana - Nawet nie wiesz jak długo czekałam na dogodną okazję a ty wszystko zrujnowałeś! I co to wogóle miało być?! - Im więcej mówi tym głośniejsza się staje… To będzie upierdliwe… 
- Materiały wybuchowe z trzeciej serii A-3, zmodyfikowana dawka pod siłę. - odpowiedziałem szczerze na jej pytanie, przybyłem do tego miejsca by skupić się na eksperymentach z pewnymi odmianami prochu, ta mieszanka której właśnie użyłem była zmodyfikowana, a konkretniej była połączeniem kilku innych gatunków i dodatkowych składników, chciałem uzyskać efekt zwiększenia siły ognia, co się udało, aż za dobrze muszę przyznać… Ona jednak: 1) Nie zrozumiała tego 2) Myśli że wymyśliłem to na poczekaniu by ją zbyć… Nic nie poradzę wiesz? 
- Materiały wybuchowe trzeciej serii A, co? Nie ważne! Przez ciebie uciekła moja zdobycz! - Dała sobie spokój z rozpatrywaniem bezużytecznej wiedzy i skupiła się na mojej winie. 
- No cóż, przepraszam, nie sądziłem że ktoś będzie polował, kiedy pytałem w wiosce, teren miał być wolny od wszelkich kłusowników. - Może i wioska jest daleko, ale łowcy mogli by się zapuścić tak daleko, miało nikogo nie być… no cóż - Co tak młoda dziewczyna jak ty, robi tu sama i do tego poluje? Gdzie twój ojciec, bo to pewnie z nim przyszłaś na polowanie prawda? - Patrząc na nią wydaje się raczej zaprawiona w boju, ale dalej jest trochę za młoda, powinien jej towarzyszyć jakiś dorosły.

Zola?
---
211 PD
~Mimma

poniedziałek, 10 września 2018

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie"

  Są takie momenty, kiedy człowiek siedzi sobie przycupnięty na jakimś niekonkretnym zadupiu, gdzie nazwa "Pipidowo Dolne" idealnie uosabia stan zasranej mieściny między krzakiem bzu a stertą rosnących pokrzyw. Nie żebym narzekała i tak dalej, w końcu znajdowałam się w idealnym miejscu do spróbowania czegokolwiek w kwestii polowań. Wredne sierściuchy nadal siedziały pochowane głęboko w norach, niby mogłam pułapki, ale dałabym przysiąc, że w tym roku same narwańce mi się trafiały, nieustannie niszcząc całkiem dobre klatki, zapadki czy inne mechanizmy. A na naprawę całej serii cholerstw rok w rok zdecydowanie by mnie stać nie było, nawet z bastianową pomocą, więc tylko zrezygnowana tuptałam sobie wokoło krzaków, starając się robić jak najmniej hałasu. 
  Znajdowałam się w miejscu idealnym. Błogosławionej dziczy, która była dostatecznie blisko jakiejś osady, gdzie mogłabym w razie czego przenocować, nakupić zapasową żywność, jakby wyprawa trwała dłużej niż zamierzałam, no i było gdzie szukać pomocy. Gdyby mnie w końcu dorwała jakaś wredna wersja, a od upierdliwe kuny sprzed dwóch lat nadal miałam porządną, co prawda już nieco zaleczoną, szramę na lewej nodze. Nigdy nie dorwałam tej potencjalnej, futrzanej czapki, ale dopilnuję, żeby spróbować dorwać ją kiedyś jeszcze raz. 
  Rozłożyłam się w końcu pod jakimś drzewkiem, krzakiem czy co tam rosło, ważne, że nie trujące, sprawdzając po raz kolejny giętkość cięciwy łuku. Nadal miałam drobne problemy z celowaniem, tym bardziej, że lecące strzały często wiatr znosił na bok. Nawet niewielkie podmuchy potrafiły porządnie zmienić trajektorię (moje nowe ulubione słowo, zaczerpnięte z jednej, stare bastianowej książki) lotu. 
  I wtedy niebo się mi zwaliło na głowę.
— Co do kurwy? — spytałam sama siebie, wpatrując się w łunę dymu, ognia i w sumie nie wiedziałam czego jeszcze, które unosiły się znad linii drzew, po drugiej stronie rzeki. Wybuch był wystarczająco głośny, żeby pobudzić nawet umarłych, a ja nie zdążyłam założyć nawet strzały, co by spróbować trafić uciekające ptactwo.
  No, ja pierdolę, tyle czasu koczowania tutaj, żeby jak debil stracić całą zwierzynę z oka. Poddenerwowane zwierzęta czuły niebezpieczeństwo, czające się w oddali, a co za tym idzie, jeszcze trudniej było je dorwać. Zdenerwowana ruszyłam przed siebie, skacząc po kamieniach przez rzekę, żeby podążyć za dziwnym, nieznanym dotąd zapachem, przynajmniej nie w takiej formie. 
  I w końcu doszłam na miejsce kaźni, gdzie jakiś debil najwidoczniej uprawiał wojnę z naturą. 
— Pojebało cię?! — krzyknęłam do odwróconego plecami badacza już z daleka. — Jakby trzęsienie ziemi było komukolwiek potrzebne, co to do cholery jasnej było?

Aizen?
---
239 PD = 3 poziom
~Mimma