Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zolana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zolana. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 października 2018

Od Zoli (do Aizena) "Spotykamy się ponownie, panie doktorku" cz. 5

— Dobrze, wszystko za chwilę, stój tam i nie ruszaj się, jasne? — Energicznie pokiwałam głową, mając pewność, że nie ruszę się nawet o milimetr, mając wrażenie, że zaraz cała jaskinia zapadnie się pod ziemię. Nadal w uszach dudniły mi dźwięki wybuchu i odłamujących się ze ścianek skał, a nogi trzęsły się same z siebie, nad czym nie miałam żadnej kontroli. Przestraszona, zirytowana i lekko zdezorientowana, bo jak to możliwe, że już nawaliłam, mogłam jedynie posłusznie wypełniać polecenia starszego doktorka. Który przy okazji zabrał się za sprzątania i opakowywanie wszystkiego, pewnie bylebym tylko nie dała rady niczego więcej nie psuć.
Cóż, nie mogłam mu zarzucić, że nie podjął potrzebnych środków ostrożności, tym bardziej że stare powiedzenie wyraźnie mówiło, że do trzech razy sztuka.
— Dobrze, wszystko zabezpieczone, a więc jeszcze raz, czemu zawdzięczam tę wizytę? — zapytał w końcu, gdy ja rozglądałam się wokoło, próbując zrozumieć, co on tu wyprawiał na dole. Materiały wybuchowe i tak dalej nie przedstawiały się jako bezpieczne w miejscu, które łatwo mogło ulec zawaleniu się. Zdecydowanie nie lubiłam ciasnoty, mroku i cholery, miałam wrażenie, że powietrze ledwo tutaj dociera.
— Przyszłam podziękować za opatrunek i pomóc jako zadośćuczynienie za wszystko, co zrobiłam, ale… — Naprawdę zaczynało chcieć mi się ryczeć. No bo "ale co"? Ostatecznie robić niewiele umiałam, ściskałam w dłoniach ten nędzny koszyczek od Bastiana ze świadomością, że jakby facet był mniej miły, to mógłby mnie pozwać i od razu do Carisy prowadzić. Już nie wspominając o ogromie szkód, jaki wyrządziłam jemu i jego eksperymentom, bo wyglądało na to, że kroiła się jakaś grubsza sprawa, porządniejsza wyprawa naukowa, bo nikt normalny nie bunkrował się w podziemiach.
— No i chuj. No to, w końcu dziękuję i trzymaj pan — wymamrotałam pod nosem, podając mu koszyk. — Może tutaj pomóc posprzątać? Pozmieniać coś tam i tak dalej? Przysięgam, że postaram się niczego więcej nie rozjebać w pobliżu, a przynajmniej, że się postaram.

Aizen?

----
154 PD
Owca

poniedziałek, 15 października 2018

Od Zoli (do Aizena) "Spotykamy się ponownie, panie doktorku" cz. 3

Dobra, ponownie wywołałam naprawdę dziką reakcję łańcuchową, wprawiając całą jaskinię w drżenie z powodu kolejnego wybuchu. Jedno wielkie, głośne bum rozległo się w powietrzu, raniąc przy okazji moje uszy, nawet jeżeli nie stałam aż tak strasznie blisko źródła dźwięku. Miałam wrażenie, że zaraz całe to miejsce zapadnie się pod ziemię (powiedzmy), grzebiąc nasze szczątki na wieki wieków. Doskonale wiedziałam, jak łatwo wywołać lawinę w miejscu, gdzie głos niesie się samoistnie, a tutaj ściany nie wyglądały na ani trochę stabilne czy bezpieczne. W rogach wystawały szczególnie ostre odłamki, pionowe i ukośne drewniane bele podtrzymujące sufit i ścianki dodatkowo mnie przerażały, nawet jeżeli nie chciałam się do tego przyznać.
Tym razem chociaż mogłam założyć, że wybuch nie był w całości moją winą. Ja tylko się przywitałam, grzecznie i z szacunkiem, czyli dokładnie tak, jak powinno się to robić. Co ja mogłam poradzić na to, że facet odskoczył, sprawiając, że wszystko poszło w ruch. A to coś spadło, a to coś się z czymś zmieszało, niektóre szafki zostały pozbawione szybek w wyniku uderzenia, a z półek pospadały kosze.
Stałam jak głupia wciąż na swoim miejscu, bojąc się poruszyć nawet o milimetr. Przełknęłam głośno ślinę, wpatrując się to w powstały bałagan, to w szalonego doktorka, który pewnie też zachwycony nową sytuacją nie był.
— Uhm, bo ja przeprosić przyszłam — wymamrotałam w końcu cicho, speszona powtórką z rozrywki, gdy doprowadzam do zniszczenia kolejnego, zapewne ważnego i przełomowego, eksperymentu. — I się spytać, czy może pomóc w czymś nie trzeba, czy cokolwiek, za to, co napsułam poprzednio, ale jak teraz przemyślałam, to mi, kurwa, rachunek jedynie rośnie. — Wypowiedź dokończyłam głośnym jękiem, To nie tak miało wyglądać, miałam wparować w pełnej glorii, na bezdechu podziękować za opatrzenie mojej dłoni (i sensowne wskazówki, jak to określił Bastian przy czytaniu listu od naukowca, nawet jeżeli ostatecznie nie powiedział mi, co tam było napisane). Tyle rzeczy z niczego, ot, a tu jedynie dodatkowego kłopotu narobiłam.

Aizen?

----
157 PD
Owca

środa, 10 października 2018

Od Zoli (do Aizena) "Spotykamy się ponownie, panie doktorku"

Nie mogłam znaleźć doktorka. Szlajałam się po wielu miejscach, zwiedzałam coraz dziwniejsze ścieżki, próbowałam nawet odtworzyć moją wcześniejszą wędrówkę do lasu, starając się wypatrzyć miejsce naszego poprzedniego spotkania. Nic z tego jednak, zapadł się jak kamień w wodę, a nieufni miejscowi nie należeli do zbyt przekonanych do mnie osób. Na pierwszy rzut oka mogłam dostrzec, że nowo przybyłych traktowali z porządną dawką ostrożności, niby nonszalanckiej, że ja to pewnie jeszcze takiej wsi prawdziwej na oczy nie widziała, a gówno prawda, bo moja mieścina też nie była jakimś wielkim pępkiem świata. Nie to, co miasto, w którym mieszkała nasza przywódczyni, ale takim to z natury dobrze. Nic nie robią, a się dorabiają na absolutnych błahostkach, ewentualnie całkowicie na nic nierobieniu, gdy reszta z nas haruje jak woły, byle zdobyć kilka monet więcej.
W czasie całej wędrówki przeładowany dobrodziejstwami bastianowy koszyk ciążył mi w dłoni. Zawsze byłam niecierpliwa i nieco wybredna, więc po trudach podróży powoli zaczynała mnie dopadać skrajna irytacja. Chociaż może abstrakcyjne wkurwienie lepiej opisywałoby mój obecny stan duchowy, gdy szczękałam zębami z powodu nocnego chłodu, targując się o nocleg w jedynej miejskiej karczmie. Gospodą nazbyt dużo powiedziane, bo dostałam jedynie kąt do spania nieopodal górnego paleniska, bo pokojów nawet oddzielnych nie mieli. Znaczy, mieli, ale w takich cenach, że nikt normalny nie byłby w stanie opłacić nawet godziny bez oddania swojej nerki albo dziewictwa w ramach zapłaty.
W końcu ktoś łaskawie zarzucił mi coś o jakichś jaskiniach, jakichś badaniach nad dynamitem czy innym (tutaj obowiązkowe splunięcie przez ramię, czy się imo czart nie czai), niezbyt zachęcona rozpoczęłam powolny marsz wszem-i-wobec, próbując odnaleźć mojego szalonego doktorka od dziwacznych eksperymentów. Niby poznajdowałam kilka jaskiń, ale większość z nich uniemożliwiała sensowne oddychanie, a to pozalewane wodą, a to zbyt mało miejsca, a to niestabilne ściany, z których co jakiś czas samoistnie odpadały kolejne kawałki.
Wielokrotnie bardziej zmordowana niż wcześniej, w końcu natrafiłam chyba na właściwe miejsce. Przynajmniej to jedno wyglądało, jakby w ciągu ostatniego dnia przechodził przez nią człowiek, aż w końcu dotarłam do mojego celu.
— Witam, panie doktorku, ja przyszłam podziękować! — zaczęłam hucznie, na raz ściszając głos, który niósł się echem po jaskini.

Aizen?
----
177 PD
Owca

piątek, 5 października 2018

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie" cz. 11

— Czy to nie ty mówiłaś, że twój ojciec jest niedaleko? Po drugiej stronie rzeki, jak dobrze pamiętam? — Spojrzał ostentacyjnie w kierunku rzeki, a mi aż ścierpła skóra na plecach. Faktycznie kłamstwo krótkie nogi miało, ale z drugiej strony w jak daleką trasę potrafiło człowieka wyprowadzić, to przecież już inna, warta zachwalenia kwestia. W niektóre trasy należało wybrać się w odpowiednim obuwiu, a to obitym podłością, a to nadzieją, że reszta świata jest głupsza i domyślnie durniejsza od ciebie.
Wszystko zawsze wychodziło na plus.
— To jest... no... — Zaczęłam się jąkać, spuszczając w końcu głowę, żeby się dalej nie pogrążać w prezentowaniu sprzecznych wersji. Czułam się jak kryminalista na komendzie, nie do końca pewny czegokolwiek, ale o wiele bardziej ogarnięty w kwestiach rabunkowych, niż ktokolwiek powinien.
Podszedł facet ponownie do stolika, ale wyciągnął tym razem z niego kartki, pióro i atrament. Po kilku minutach trzymałam już w dłoniach kopertę, wypełnioną stertą papierzysk. Byłam pewna, że to skarga i ewentualne wezwanie do zapłaty, które sprawi, że zapłaczę rzewnymi łzami, uciekając z tego wygwizdowa przed klnącym Bastianem.
Nie no, dobra, Bastian nie klął i krzyczał bardzo rzadko, prawie wcale, więc nie miałam aż tak źle.
— Okej, skończyłem. — Skinęłam głową z uznaniem, biorąc kopertę z krótkim, przestraszonym "dziękuję i przepraszam" i zwiałam w trzy pędy. Wróciłam do domu kilkanaście dni później, wciąż z nieotworzoną kopertą, nieco już zadbaną bardziej raną, którą przez drogę powrotną starałam się leczyć po macoszemu, ile mnie bastianowy umysł wyuczył do tego czasu. W domu nie zostałam całkowicie okrzyczana, a jedynie luźno poklepana po plecach i obrzucona oburzonym spojrzeniem, w chwili, gdy wręczałam kopertę Riverowi.
A kolejne dwa tygodnie później wróciłam już w poszukiwaniu doktorka, mając nadzieję, że przebywa w pobliżu tamtejszej wioski, bo na miejsce w lesie już nawet nie liczyłam. Dostałam uprzejmy opierdziel, z dużą porcją milczenia, odnośnie mojego wcześniejszego zachowania i faktu, że nie kontaktowałam się przez spory czas w czasie mojej wędrówki. Normalnie chociaż starałam się wysłać jeden list na tydzień. A tak to Bastian wysłał mnie w podróż pociągiem, do wsi tamtej kolej nie dochodziła, ale zajechałam najdalej, jak mogłam i stamtąd pieszo ruszyłam, w plecaku trzymając smaczne przekąski i zioła na przeprosiny od Bastiana. Jako wynagrodzenie za przerwany z mojej winy eksperyment.

Wątek zakończony
---- 
220 PD
Owca

czwartek, 4 października 2018

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie" cz. 9

Mężczyzna nie odpowiedział, tylko ruszył od razu w stronę jakichś tam szafek czy innych dziwnych rzeczy, gdy sama stałam jak skamieniała. No, co mogłam poradzić, chłop barczysty jak dąb, z okularkami czy nawet bez wyglądał, jakby ktoś go przemycił z ukrytego w ponurym lasku wariatkowa. Złudzeń nie miałam, zmiażdżyłby mnie jednym, szybkim ruchem dłoni, fakt, trenowałam i moje mięśnie całkiem nieźle wykształciły się dzięki zakładaniu pułapek oraz polowaniu, ale nie miałam wątpliwości, że w starciu ze znacznie większym, starszym mężczyzną nie mam najmniejszych szans. Miłym zaskoczeniem okazał się fakt, że jednak facet nie zamierzał mnie zjeść, pogrzebać i usmażyć za to, co nawyprawiałam w jego pracowni na świeżym powietrzu. Patrzcie państwo, faktycznie z niego doktorek się znalazł.
— To powinno wystarczyć, rana nie była tak poważna, na jaką się wydawała. A co do pieniędzy to nie mamy o czym rozmawiać, nawet gdybym chciał wymusić na tobie te pieniądze, nie byłabyś w stanie ich zapłacić, a “zapłaty w naturze” nie chcę tym bardziej. — Nie czerwienimy się, Zola, nie czerwienimy się, jesteśmy silniejsze od naszego poczucia bezbożnego wstydu. — I nie musisz pomagać ze sprzątaniem, nie chcę, byś się zraniła jeszcze bardziej, jeśli to możliwe, przyprowadź do mnie swojego ojca, chciałbym mu powiedzieć o twojej ranie.
— Uhm — zaczęłam niepewnie. — Nie do końca możliwe, Bastian jest daleko. No tak, ciutkę. — Pod bacznym spojrzeniem mężczyzny wzdrygnęłam się, mrucząc pod nosem przekleństwa, zanim w końcu się przyznałam. — Znaczy, on jest na miejscu. Tylko że u siebie. A ja tak troszku wybyłam. Wie pan, sidełka i te sprawy pozakładać. Ryby połowić. No, że mi troszku zeszło, szwendając się tutaj. Ale z dwa tygodnie tylko może, wioska moja nie jest aż tak daleko stąd. — Tylko trzy albo cztery dni drogi, więc nie było aż tak źle.

Aizen?
----
172 PD
Owca

poniedziałek, 1 października 2018

Od Zoli "Wędrówki poparte nudą" [Q1]

Nasza przywódczyni Carisa była młoda, dziwna i dzika. Starsza ode mnie o dobrych kilka lat, nadal przypominała wzrostem bardziej dziecko, ale co u mnie powodowało wielkie wzburzenie i skrajne ataki gniewu, u niej wydawało się stanowić dodatkowy atut. W sumie była nawet ładna, co tylko sprawiło, że miałam jeszcze większą ochotę schować się za piecem, czmychnąć z powrotem przez próg i zrobić milion innych rzeczy, byle tylko nie siedzieć z nią i nie omawiać po kolei mojego zadania. Szczuplutka, niziutka, za to ze skóry niepodobna ani do miejscowych moich, ani do znanych mi ludzi z pobliskich wiosek. Zazwyczaj rodziny parowały się w obrębie najbliższych okolic, skoro podróże nadal bywały utrudnione, a pociąg stanowił jedyną sensowną drogę dotarcia gdziekolwiek, to na naszym małym zadupiu i paru innych trudno było powiedzieć o używaniu sensownych środków lokomocji. Konie były w drogie, ale tak mocno drogie w chuj, że z zazdrością spoglądałam na starego już wałaszka sąsiedniego gospodarza, którym zajmowałam się za kilka monet od czasu do czasu. Chociaż doskonale wiedziałam, że prędzej Maciejowicz dla własnej uciechy mojej pozwalał mi się zajmować Kuternogą, ale darowanej szkapie się w zęby nie zagląda. Nawet jeżeli Kuternoga kulał, wiecznie gubił podkowy, tarzał się po każdym czyszczeniu w najbliższej kałuży, którą dopadł, a w dodatku zjadał moje włosy.
Tak, to była zdecydowanie miłość od pierwszego zarżenia.
Wracając do Carisy, to nadal dla mnie wydawała się dzika. Jasna skóra, prawie tak jasna, że miałam wrażenie, że zlewałaby się na spokojnie z marmurowymi posążkami, które niegdyś otrzymał w podzięce Bastian za odebranie porodu jakichś bliźniaków. Dwie, bialutkie figurki zapomnianych dawno bożków tkwiły u nas na półce, zapomniane przez większość czasu, za wyjątkiem dnia odkurzania wszystkich bibelotów, które przez lata zgromadził w wielką kolekcję ojciec tata River. Czarne włosy przypominały pióra kruków, które łapałam niegdyś na lotki. Mądre zwierzęta, pilne i uważne, chociaż nadal wpadały całkiem łatwo w odpowiednio przygotowane pułapki, jeżeli wiedziałeś, gdzie założyć sidła.
Szybka rozmowa, w czasie której czułam się zdecydowanie niekomfortowo, stojąc przed ładnie ubraną, piękną dziewczyną, gdy sama miałam tłuste włosy od wędrówki, spaloną słońcem twarz, odciski na stopach od długich wypraw, których podejmowałam się w ostatnim czasie. O zapachu znoszonych ubrań, który mi towarzyszył, już nawet nie wspominając.
Z wypakowanym plecakiem, zmęczeniem wymalowanym na twarzy i cierpieniem w sercu, bo poczuwałam się do obrzucenia zadania błotem na wszystkie możliwe sposoby, ruszyłam przed siebie. Miałam dotrzeć do najbliższego portowego miasteczka, w którym rzekomo handlowali niewolnikami, przez co miałam ochotę walić głową o najbliższy słup, wskazujący drogę do kolejnych miasteczek. Zaczynając od tego, że jako mały pokurw raczej nie stanowiłam dobrej osoby do tego rodzaju zleceń, gdy sprawa wymagała delikatności, perswazji, a przede wszystkich umiejętności, których nie posiadałam. Czułam się osobiście przytłoczona zrzuconym na mnie problemem, bo, choć rozumiałam, handel ludźmi stanowił ogromny problem, tak miałam piętnaście lat i regularnego, moralnego kaca, że w ogóle tutaj przyszłam, więc się do tej roboty raczej nie nadawałam. Co miałam zrobić? Pomachać mieczykiem zarządcy portu i powiedzieć, że ma mi wszystkie drzwiczki po otwierać, ja z rozkazu Carisy mam dokumenty znaleźć? Pomijając fakt, że nawet na mieczyk mnie stać nie było i posługiwałam się porządnym nożem myśliwskim, który przy okazji służył w moich dłoniach do oskórowania zwierzyny, ewentualnie garbowania ich skóry, żeby potem móc je sprzedać w spokoju na targu.
Ja pierdolę, ja się więcej na to nie piszę. Tak, zdecydowanie. Pokręciłam głową, odpowiadając samej sobie w myślach, to już zdecydowanie pojawiły się pierwsze oznaki szaleństwa. Nie powinnam była w ogóle próbować tutaj przyjść, tym bardziej, że jak mi się nie uda, to do końca życia będę mieć wrażenie, że pozwoliłam sprzedać tysiące zubożałych wieśniaków, pozamykanych w klatkach dla zwierząt na jakimś statku.
No, to w końcu ruszyłam na spotkanie przygodzie, nie będąc pewnym po co, jak i dlaczego. W końcu czemu nie, pewnie już większych idiotów ode mnie nasza starszyzna posłała na bardziej zwariowane zadania. Powoli zaczynałam mieć wątpliwości odnośnie tego, czy naprawdę żyję po właściwej stronie rzeki i inne tego rodzaju pierdoły, bo stan, w jakim znajdował się nasz kraj, to był zatrważający podział społeczny.
Innymi słowy, klepcie biedę, gówno wam władza szanowna i kochana zrobi, nie ma zmiłuj.
Kilka następnych dni spędziłam, próbując dojść do jakiegoś sensownego punktu ogarniania. Zakwaterowałam się w jakiejś przydrożnej knajpie, w najtańszym pokoju, który sprawiał wrażenie najobskurniejszego zakątka całego miasta, ale na wiele więcej mnie stać nie było. Liczyłam po cichu, że wszelkie koszty później zostaną zwrócone mi przez Carisę, a przynajmniej przez kogokolwiek. Serio, przy obecnym stanie mojej skarbonki o porządnych obiadach mogłam marzyć, a nie chciałam wracać do Bastiana z podkulonym ogonem, z informacją, że wydałam całą kasę na wikt i opierunek w czasie zlecenia przydzielonego przez starszyznę. Z którego wyniosłabym pewnie jedynie kilka siniaków i podbite oko.
Wieczorami przesiadywałam w tawernach, w różnych punktach miasta, starając zaczerpnąć się nieco języka u rozpijaczonych mężczyzn, którzy stanowili idealne źródło informacji. Alkohol rozluźniał język, spowalniał umysł, więc nagle jadaczki same zaczynały klepać, gdy rzucałaś, że bogaty kochanek, ojciec, tatuś, wujek chętnie wszedłby w nowy interes, pieniędzy macie jak ludzie w zimie lodu, a ty nie możesz się doczekać kolejnych oszałamiających błyskotek, który przyśle ci w prezencie. Dla niepoznaki pokazywałam stare błyskotki, zostawione jeszcze przez mamę i kilka podarowanych na urodziny przez Bastiana. Nie miały zbyt wielkiej wartości, przynajmniej finansowo, bo emocjonalnej policzyć nie byłam w stanie, ale przynajmniej skrzyły się, błyszczały i spełniały swoje zadanie w roli przekonujących instrumentów urodzonego kłamcy. Muszę przyznać, że bawiłam się wówczas świetnie, chociaż moje sakiewka pustoszała w zatrważającym tempie. W końcu udało mi się uzyskać jakkolwiek sensowną informację, od jednego z bardziej pijanych mężczyzn w oberży. Jakiś statek miał przypłynąć z żywym towarem, a wspomniany jegomość wyraźnie wspominał o swoim udziale w transakcji, bo potem pomagał w rozładunku i rozwiezieniu nowych zwierzątek do właścicieli.
Ludzkich zwierzątek.
Zabawiałam go z uśmiechem przez bite cztery godziny, świergocząc o tym, jak bardzo mi imponuje, jak cudownym para się zajęciem i jakie musi mieć wspaniałe życie, wiodąc je w dostatku. A jeszcze tej samej nocy ruszyłam w stronę wskazanego w poprzednich rozmowach miejsca zrzutu ładunku, chociaż miałam spory problem ze złamaniem zamka. Doki były ciche o tej porze nocy, większość osób dawno znalazła swój nocleg, port był praktycznie pusty, więc trudno było szukać strażników strzegących nierozładowanego dobytku przewoźników, ale nadal bałam się rozwalenia kłódki kamieniem. W końcu udało mi się podważyć okno, przez które wślizgnęłam się do środka. W ciemności oświetlałam sobie drogę olejną lampką, poszukując jakichkolwiek śladów wskazujących na handel niewolnikami. Zdołałam zebrać jedynie księgę rachunkową z opisami transakcji, z rozpisanymi osobami, które zapłaciły określoną sumę pieniędzy i ze wskazaniem za kogo płacili, uznałam, że to będzie wystarczający dowód.
Uciekłam czym prędzej, nie dbając o zatarcie śladów włamania, zamierzałam spierdalać, gdzie pieprz rośnie i przez następny rok nie wychylać głowy z mojego kochanego zadupia. Łącznie po upływie niecałych dwóch tygodni wróciłam do Carisy, całkowicie zmęczona trudami podróży i załatwiania sprawy, w końcu doręczając do jej rąk dowód rzeczowy w sprawie.

----
685 PD + 400 PD za wykonanie zlecenia = 1085 PD
+ 5 P + 20 P za wykonanie zlecenia = 25 P
Owca

niedziela, 23 września 2018

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie" cz. 7

— Możesz spokojnie odejść w swoją stronę, tam skąd przyszłaś nie ma żadnych pułapek, czy czegoś w tym stylu, więc możesz iść. — Skinęłam głową ze zrozumieniem, mogłam już kicać w podskokach i uciekać z ewentualnego miejsca zbrodni. — A właściwie proszę idź już, nie chcę by nastały tu jeszcze większe szkody. — O nie, tak się bawić nie będziemy. Nastroszyłam się jak kot, którego właśnie kopnięto w próbie odgonienia, co było przecież jawną prowokacją do zostania. I zesrania się na dywan, więc niech lepiej facet się cieszy, że jestem cywilizowanym ludziem, a nie jak tamte leśne bestie lisy, wilki czy co tam się jeszcze chowa za granicami naszych normalnych, ludzkich ziem. 
— Co masz na myśli co? To był wypadek! — powiedziałam, robiąc krok w tył. Ewakuacja nie należała do całkowicie złych pomysłów, zwłaszcza, gdy czekała mnie wycieczka po istnym polu minowym, jak wyszło to do tej pory. — To nie tak, że mam zamiar to zniszczyć, okej?! — burknęłam, żywo gestykulując, potrącając przy okazji kolejną fiolkę. 
  I potem rozpoczęła się apokalipsa. Nieskończona reakcja łańcuchowa doprowadziła do rozbicia szkła i zniszczenia kolejnych próbek, substancji czy co tam facet ostatecznie sobie hodował, na co mogliśmy jedynie patrzeć. 
— To… — zaczęłam, chcąc się w jakiś sposób wytłumaczyć, przeprosić, bo pewnie puściłam z dymem już całkiem sporo monet, a doskonale wiedziałam po naszym chomikowaniu z Bastianem, że pieniądze były na wagę złota. Dosłownie. Zanim jednak znalazłam właściwe słowa, pisnęłam, odskakując. Kurwa, moja dłoń pulsowała od ciepła, a część skóry zaczynała już puchnąć. Cudownie. 
  Wyglądało na to, że profesorkowi podobnie jak mi słów zabrakło, więc mogłam tylko wydać z siebie niezidentyfikowany dźwięk, 
— Uhm? Ja, znaczy, ja za to mogę zapłacić! — zapewniłam go, w myślach przeliczając moje własne oszczędności. Bastiana o pomoc prosić nie chciałam, w końcu egoistycznie-nastoletnio-szalenie pragnęłam uchodzić za osobę raczej już dorosłą, a proszenie o pomoc starego chyba-ojca nie należało do odpowiedzialnych zadań. 
  Zresztą, mogłam to załatwić sama. Na pewno. 
— Ja tu wynagrodzić mogę! Posprzątać chociaż panu pomogę, czy coś, że to tak poszalało. — Uśmiechnęłam się cierpko, stojąc w miejscu i się nie ruszając nawet na krok, nie będąc pewną, czy zaraz znowu czegoś nie rozwalę. Ręka bolała i piekła coraz mocniej, ale powinnam ruszyć do najbliższego strumienia albo obtoczyć ją w wodzie z manierki. — Uhm, to ważne rzeczy tutaj były? — spytałam dla pewności, nieco piskliwym, lekko przestraszonym głosem.

Aizen?
---
229 PD
~Mimma

piątek, 21 września 2018

Od Zoli (do Karo) "Letni temperament" cz.5

  Mężczyzna, a raczej wciąż chłopak, przyglądał się mi z dozą niepewności, ale to on wyszedł z mordobicia dwójki gości, więc tutaj raczej samotnie mogłabym grać biedną, umęczoną dziewuszkę, a nie potencjalnego zabójcę kogokolwiek. Lub czegokolwiek. Zresztą, to mnie uratowano tutaj jako damę z opałów, więc powinnam ja się martwić, marudzić i kręcić nosem nad darmowym drinkiem. Którego mi nie postawiono, co tylko przedstawia maniery stojącego przede mną gościa. Zero szacunku dla kobiet. 
— A kto pyta? — spytał tylko, na co nie mogłam nie odpowiedzieć prychnięciem. 
— Zola Niemój. — Żadnych powodów do ukrywania mojej tożsamości nie znalazłam, tym bardziej, że spora część wioski kojarzyła mnie tu i ówdzie. Bardziej wszędzie i zewsząd, bo nazwisko jednak swoje robiło, zwłaszcza w sytuacji ekstremalnie niekomfortowej. No i Bastiana chyba wszyscy tutaj kojarzyli, bardziej jako niemowę czy tego dziwnego zielarza z dziczy, a w trudnych momentach porodówki, to wracali jak na klęczkach. Jak trwoga, to do Boga, tutaj to wyglądało podobnie.
— Karo Yakuza. Może nie powinienem ci tego mówić, ale jestem zawodowym mordercą, mam dziewiętnaście lat i mieszkam samotnie na środku lasu. — Nie wiedziałam, czy się śmiać czy przewracać oczami. To zdecydowanie przestawało mi się podobać, facet miał nie po kolei w głowie, jeżeli faktycznie był mordercą, to marnym, ale nawet przy głupich żartach wolałam uciec, gdzie pieprz rośnie. Trudno się mówi, świsnę chyłkiem do domu, otwarte jeszcze będzie, bo River nigdy nie zamyka, gdy mnie nie ma. 
— Słuchaj oni nie odpuszczą. Zabiję ich, potem wrócimy do rozmowy... — Pokręciłam z niedowierzaniem głową, memląc w ustach wodę. 
— Słuchaj, naprawdę mnie nie obchodzi, o czym ty mówisz. Jeżeli dwoje gości chce mnie zajebać tylko za jeden komentarz to są nienormalni, a tutaj informujemy o tym władze, a nie szalejemy jakby kurwa goniła za klientem — zaczęłam spokojnym, lekko flirciarskim tonem, mrugając w stronę barmana, który tylko pomachał mi brudną od piwa ścierką — więc, nie wiem, odpuść sobie i nie rozgłaszaj wszem i wobec, że będziesz kogoś dobijał? Serio, niby ciarki przechodzą, ale nie wiem, czy od śmiechu nie przypadkiem. Może by któraś na to poleciała, ale mam chlubną zasadę nietrzymania się nerwusów i wariatów, więc, sorry-memory, bayo! — rzuciłam luźno, machając dłonią, dopijając wodę i zeskakując z krzesła, żeby ruszyć w stronę wyjścia.

Karo?
---
218 PD
~Mimma

środa, 19 września 2018

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie" cz.5

— Aa… — Tak, to byłam w stanie sama z siebie również wydusić. Wypiszczeć. Wykrzyczeć. Dobra, zachowałam się może jak typowa, książkowa damulka w opałach, ale każdemu się zdarza, zwłaszcza, gdy jego nogi omal nie stają się celem mini-bomby. Nadal nie do końca rozumiałam, co się tutaj wyprawiało, co za eksperymenty prowadził stojący przede mną mężczyzna, ale, chuja tam, wrobić siebie w żadne działania dywersyjno-śmiertelne nie dam. 
  Mężczyzna w końcu podniósł się na nogi, opierając się dłonią o stół i zaczynając masować sobie czoło. Czułam się podobnie, chyba nadchodziła największa migrena mojego życia. Co się tutaj wyprawiało, zdecydowanie przekraczało ludzkie pojęcie. 
— Zakładam, że to nie miało buchnąć w ten sposób? — spytałam nieco głupio, podchodząc do mężczyzny. Jego zakład wariatkowy, także jemu będzie prościej połapać się w topografii terenu. Nie mówiąc już o fakcie, że pewnie znał na pamięć wszystkie własne pułapki, niebezpieczne miejscówki i tym podobne cholery, skoro sam sobie je pozakładał. Nie żebym oceniała czyjeś skłonności samobójcze, ale jeżeli ktoś dla własnej frajdy ryzykował usmażeniem skóry lub trwałym kalectwem, to trzeba być masochistą. Albo zdrowo jebniętym. Jeszcze nie doszłam do tego, która wersja bardziej pasowała doktorkowi w fartuchu, kitlu czy co tam to w końcu było. 
— Ja pana nie chcę straszyć czy cokolwiek, ale to chyba inaczej miało wyglądać. No i czy tutaj więcej takich niespodzianek jest, bo wycofałabym się delikatnie, ale zaczynam mieć wątpliwości, czy po drodze nóg nie stracę. Takie cośki, to się tutaj często zdarzają? Ryzyko zawodowe? Jakaś robota na zlecenie? Jaki bogacz-idiota, zleca badanie czegoś tak niebezpiecznego?

Aizen?
---
153 PD
~Mimma

czwartek, 13 września 2018

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie" cz.3

— Spłoszyłem ci zwierzynę co? — Debil pierdolony, wielki doktorek się znalazł. Nie, wcale, przecież nic się nie stało, tylko cały okoliczny zwierzyniec pouciekał zewsząd, akurat w czasie, gdy właściwie polowanie graniczyło z cudem.
— A żebyś chciał wiedzieć do cholery! — krzyknęłam głośno, coraz bardziej zdenerwowana. — Nawet nie wiesz jak długo czekałam na dogodną okazję, a ty wszystko zrujnowałeś! I co to w ogóle miało być?! — Nadal nie wiedziałam, czym był spowodowany wybuch. Owszem, wokoło leżało mnóstwo sprzętu, większego, mniejszego, głównie dziwacznego, ale praktycznie niczego nie byłam w stanie rozpoznać.
— Materiały wybuchowe z trzeciej serii A-3, zmodyfikowana dawka pod siłę. — Zamrugałam miarowo, nie będąc pewna o co nam obojgu się rozchodzi. Jaka seria, jaka modyfikacja, co za banialuki mi tu, szanowny panie, wciskasz. 
— Materiały wybuchowe trzeciej serii A, co? — spytałam sama siebie, powtarzając po nim jak papuga, zanim pokręciłam z niedowierzaniem głową. — Nie ważne! Przez ciebie uciekła moja zdobycz! — jęknęłam, krzyknęłam, warknęłam chyba wszystko na raz. Czaiłam się dosyć długo w okolicznych lasach, byłam zdecydowanie daleko od domu, przy okazji chcąc zaczerpnąć nieco informacji w poszukiwaniu kolejnych zleceń. A tu dziadyga sobie spory kawał ziemi rozwala, przy okazji niszcząc mi moje wszystkie plany. 
— No cóż, przepraszam, nie sądziłem że ktoś będzie polował, kiedy pytałem w wiosce, teren miał być wolny od wszelkich kłusowników. — Ach, chyba powinnam najpierw wybrać się do wioski, a dopiero później ruszyć na ustawianie obozu w pobliżu. W praktyce lasy były w końcu niczyje, lider jakoś sobie do nich praw nie rościł, ale równie niebezpieczne badania powinny być szerzej rozgłaszane! Albo mogłam to sobie wmawiać. 
— Co tak młoda dziewczyna jak ty, robi tu sama i do tego poluje? Gdzie twój ojciec, bo to pewnie z nim przyszłaś na polowanie, prawda? — Przewróciłam oczami, nabzdyczyłam się, zaraz wyprostowałam, opuściłam ramiona i uniosłam nieco głowę, żeby spojrzeć prosto w twarz starszemu mężczyźnie.
— Ależ oczywiście, zakłada pułapki po drugiej stronie rzeki — skłamałam prędko, może nawet za prędko, ale kto by się tym przejmował, gdy dalej łgałam jak z nut. — Panie, polować każdy może, wolny kraj, a to nie bajka o pierdolonym Czerwonym Kapturku, żebym musiała chodzić po doskonale znanych lasach z obstawą. Chyba że odkryłeś w sobie — zdecydowanie "panie" brzmiało zbyt szacownie w moich myślach, więc przeszłam prawie od razu na "ty" — jakieś wilkołacze zapędy, to proszę się spowiadać, wodę święconą trzymam przy pasie razem z kołkiem na krwiopijców i packą na muchy — kontynuowałam, drwiąc i gestykulując rano dłońmi. — I nie jestem młoda! — burknęłam na sam koniec, bardziej do samej siebie, nieco bardziej obrażona. Pff, żeby mi tu tak w środku lasu wiek wypominać. 
— Ja bym się chętniej dowiedziała, co się tutaj wyprawia, bo mi gówno nadal nic nie mówi. Jakie materiały wybuchowe? — spytałam, podchodząc bliżej do kilku rzeczy, rozłożonych na trawie. — I wybuchowe, bo wybucha, ale jak to robi? — dodałam, nieufnie przyglądając się nieznanym przedmiotom, zanim skrzywiłam się. — Może ja jednak przejdę się po tę wodę święconą, znajdę jakiegoś bajarza do święcenia, bo z tych dziwactw to mi jedynie diabeł na myśl przychodzi. — Strąciłąm przez przypadek łokciem jakąś rzecz z pobliskiego stołu, która zaraz spowodowała mały wybuch. Pisnęłam, odskakując szybko, lądując tyłkiem na ziemi. No i chuj to, co to za cholerstwa?

Aizen?
---
329 PD
~Mimma

poniedziałek, 10 września 2018

Od Zoli (do Aizena) "Wybuchowe spotkanie"

  Są takie momenty, kiedy człowiek siedzi sobie przycupnięty na jakimś niekonkretnym zadupiu, gdzie nazwa "Pipidowo Dolne" idealnie uosabia stan zasranej mieściny między krzakiem bzu a stertą rosnących pokrzyw. Nie żebym narzekała i tak dalej, w końcu znajdowałam się w idealnym miejscu do spróbowania czegokolwiek w kwestii polowań. Wredne sierściuchy nadal siedziały pochowane głęboko w norach, niby mogłam pułapki, ale dałabym przysiąc, że w tym roku same narwańce mi się trafiały, nieustannie niszcząc całkiem dobre klatki, zapadki czy inne mechanizmy. A na naprawę całej serii cholerstw rok w rok zdecydowanie by mnie stać nie było, nawet z bastianową pomocą, więc tylko zrezygnowana tuptałam sobie wokoło krzaków, starając się robić jak najmniej hałasu. 
  Znajdowałam się w miejscu idealnym. Błogosławionej dziczy, która była dostatecznie blisko jakiejś osady, gdzie mogłabym w razie czego przenocować, nakupić zapasową żywność, jakby wyprawa trwała dłużej niż zamierzałam, no i było gdzie szukać pomocy. Gdyby mnie w końcu dorwała jakaś wredna wersja, a od upierdliwe kuny sprzed dwóch lat nadal miałam porządną, co prawda już nieco zaleczoną, szramę na lewej nodze. Nigdy nie dorwałam tej potencjalnej, futrzanej czapki, ale dopilnuję, żeby spróbować dorwać ją kiedyś jeszcze raz. 
  Rozłożyłam się w końcu pod jakimś drzewkiem, krzakiem czy co tam rosło, ważne, że nie trujące, sprawdzając po raz kolejny giętkość cięciwy łuku. Nadal miałam drobne problemy z celowaniem, tym bardziej, że lecące strzały często wiatr znosił na bok. Nawet niewielkie podmuchy potrafiły porządnie zmienić trajektorię (moje nowe ulubione słowo, zaczerpnięte z jednej, stare bastianowej książki) lotu. 
  I wtedy niebo się mi zwaliło na głowę.
— Co do kurwy? — spytałam sama siebie, wpatrując się w łunę dymu, ognia i w sumie nie wiedziałam czego jeszcze, które unosiły się znad linii drzew, po drugiej stronie rzeki. Wybuch był wystarczająco głośny, żeby pobudzić nawet umarłych, a ja nie zdążyłam założyć nawet strzały, co by spróbować trafić uciekające ptactwo.
  No, ja pierdolę, tyle czasu koczowania tutaj, żeby jak debil stracić całą zwierzynę z oka. Poddenerwowane zwierzęta czuły niebezpieczeństwo, czające się w oddali, a co za tym idzie, jeszcze trudniej było je dorwać. Zdenerwowana ruszyłam przed siebie, skacząc po kamieniach przez rzekę, żeby podążyć za dziwnym, nieznanym dotąd zapachem, przynajmniej nie w takiej formie. 
  I w końcu doszłam na miejsce kaźni, gdzie jakiś debil najwidoczniej uprawiał wojnę z naturą. 
— Pojebało cię?! — krzyknęłam do odwróconego plecami badacza już z daleka. — Jakby trzęsienie ziemi było komukolwiek potrzebne, co to do cholery jasnej było?

Aizen?
---
239 PD = 3 poziom
~Mimma

Od Zoli (do Karo) "Letni temperament" cz.3

  Czy byłam dzika? Nie. Czy byłam wściekła? Tak.
  Przede wszystkim potrafię rozpoznać, kiedy ktoś proponuje mi grę w lewe karty, tym bardziej, gdy mam do czynienia z niezwykle słabej jakości znacznikami na talii. Ja się nie dałam i dać nie zamierzałam w żaden szwindel karciany wciągnąć, wyraźnie zaznaczając, że z szulerami się nie bawię. I w sumie to jakoś cierpkie komentarze same zaczęły wypływać z moich ust pod adresem mężczyzn, coś na temat zasad gry w otwarte karty, jeżeli zamierzają naciągnąć jakichś pijanych gości. Gospodarz tego nie tolerował, zwykli starzy gracze już dawno by ich pogonili z hukiem, aż uciekaliby ścigani gradem żeliwnych kufli, ale to wciąż była młoda noc, a znajomych twarzy próżno szukałam w tłumie.
  I potem wylądowałam na podłodze. Wystrzeliłam zębiskami, podnosząc się szybko do pozycji stojącej, chcąc już wołać karczmarza, że tutaj sobie na za dużo pozwalali, burdy wszczynali i w ogóle ała, Jeremy, broń mnie! Ratunkiem od mojego niedawnego obiektu westchnień bym nie wzgardziła, ale zdążyłam jedynie mrugnąć, aż jakiś nadpobudliwy osobnik dołączył się do bitki. Westchnęłam w duchu, widząc błysk miecza, praktycznie robiąc krok do tyłu. No i teraz jak nic skończę z zakazem przychodzenia tutaj, Bastian dowie się z samego rana, że przygnałam jakiś lichych fagasów z nadmiernym zapędem na ratowanie dam w opałach.
  Miarka się przebrała, gdy w chwili dezorientacji znalazłam się na chłodnym dworze. Rozejrzałam się wokoło, zastanawiając się, do jakiego cyrku w końcu trafiłam, zanim zacisnęłam paszczęki, wyrywając dłoń.
— Co ty robisz? — parsknęłam agresywnie, unosząc ramiona i starając się wyprostować. Może i wyglądałam na o wiele starszą, głównie przez agresywny makijaż i styl ubioru charakterystyczny raczej dla dwudziestoletnich mężczyzn, niż lichych piętnastolatek, ale mój wzrost czynił ze mnie co najwyżej napuszonego kundla.
— No i chuj, zresztą, nogi mam sprawne, jak trzeba będzie to zwieję, aż się będzie za mną kurzyć — pomyślałam, przewracając oczyma.
— Ratuje ci tę ładniutką twarzyczkę, więc możesz mi podziękować. — Zamrugałam raz. Zamrugałam drugi. A potem wystrzeliłam lekko napuszona, bardziej już tonem ostrzegawczym.
— Nie mam za co ci dziękować — oznajmiłam hardo, bo o nic nie prosiłam, nie wołałam o pomoc, a z dzieciństwa doskonale wiedziałam, że było kilka sposobów odwdzięczania się za niechciane przysługi. Ile się za młodu naoglądałam, to do tej pory nie liczę, ale kilka konkretnych utkwiło mi w pamięci, zwłaszcza, gdy wspominało się o ładnych twarzach.
— Okey... To zostawię cię tu na pastwę losu, aby cię jednak obili. — No, kurwa moja pierdolona mać, żebyś ty akurat teraz zdołał powiedzieć coś w miarę sensownego. Przyjrzałam się mężczyźnie, który wyglądał na nieco bardziej trzeźwego niż moja niedoszła kompania z baru, chociaż i tak nie wynagradzał nieobecności Jeremy`ego. Westchnęłam w duchu, trudno się mówi. Bierz, co dają, zobaczymy, co z tego wyniknie i tak się w końcu nudziłam, prawda?
— Ehhh... — Grajmy dalej durną małolatę. Jestem durną małolatą, ale przynajmniej mogłam poudawać sama ze sobą, że nie zamierzam pójść z obcym facetem, który grozi, że zostawi mnie samą na rychłe pobicie. Cudownie, już tekst o kotkach w piwnicy brzmiałby wiarygodniej. — No dobra, ale tylko dlatego, że chcę.
— Ja jebie... — Prychnęłam pod nosem, słysząc ten komentarz, uniosłam wyżej głowę, nie pochylając jej ani na moment, dopóki nie doszliśmy do kolejnej gospody. Usiedliśmy ponownie, tym razem już nie przy barze, a przy jednym z bardziej oddalonych stolików.
— Dobra, to gadaj, ktoś ty za jeden i skąd u ciebie taki zwyczaj nagłego dbania o cnotę okolicznych dziewic? — spytałam, przyglądając się z rozbawieniem, jak na twarzy mężczyzny pojawił się kolejny grymas. A może chłopaka? Nie wydawał się aż tak wiele starszy ode mnie, ledwie pewnie odstał od matczynej spódnicy.
— Zawsze szukasz kłopotów? — zapytał kąśliwie, mrużąc nieco oczy, a ja poczułam się szczerze oburzona tak bezprecedensowym pytaniem.
— Tylko w każdy czwartek i środę, w piątki chodzę na lekkiego brydża, tam dopiero dzieją się awantury z piekła rodem. We wtorki robię sobie wolne, taka buźka sama się o siebie nie zadba, a w poniedziałki udaję, że to normalne, że jestem ciągnięta z jednego baru do drugiego przez nieznajomego mężczyznę — odparowałam, zbierając przez moment w myśli. — A dla udowodnienia, że jestem silną i niezależną kobietą, a przy okazji nie dam się zatruć niczym z twojej ręki, to nawet ci w dowód uznania postawię drinka. — Podniosłam się, ruszając do lady i krzycząc od razu z zamówieniem. — Hej, jest jakiś drink ze znaczeniem "Odpierdol się"? — Dwie minuty później, wróciłam do stolika z idealnie skomponowanym drinkiem, ścigana śmiechem barmana. Dla siebie wzięłam tylko czystą wodę, nie chcąc zbytnio mieszać z poprzednim alkoholem. A i w tej sytuacji umysł przydałby mi się trzeźwy. Postawiłam przed mężczyzną szklankę, uśmiechając się szeroko.
— Dobra, to będąc przy pierwszym kieliszku, jak masz na imię? — spytałam, obracając w dłoniach własny kufel. 

Karo?
---
486 PD
~Mimma

niedziela, 9 września 2018

Od Zolany "Wędrówki poparte nudą" [Q1w]

  Lato było bolesne. Za gorąco, zbyt duszno, w dodatku choroby pojawiały się jak grzyby po deszczu, roznoszone razem z pyłem i kurzem miejskich ulic, zagnieżdżając się w płucach i sprawiając, że Zola chciała po prostu uciec. Uciec do swojej dziczy, zaczaić się na jakąś upolowaną zwierzynę czy chociażby pognać siną w dal dzięki wałachowi sąsiada, ale koń sam nie wyrabiał przez upalną pogodę. Zresztą, nawet polować się nie dało, bo zwierzęta chowały się tchórzliwie po norach, szukając cienia. Spora ilość wodopojów wyschła, pożółkła trawa nieprzyjemnie skrzypiała pod nogami, to i podejście do zwierzyny graniczyło z cudem, jeżeli zależało komukolwiek na zrobieniu tego w ciszy.
  Zostawało w końcu zrobić rzecz, do której Zola zabierała się od dawna. Jej trening na wojownika stał w miejscu, bardziej dziewczynę zajmowała lektura pożyczonej od kogoś książki, aniżeli stanie w palącym słońcu, w dodatku w pełnym rynsztunku bojowym. Zawsze należała do osób bardziej pragmatycznych, dlatego w końcu przełamała się, podliczając czy zrobiła wszystkie obowiązki domowe.
  Cała bastianowa chata zamieciona, ciepły obiad z zimnym deserem czekał w spiżarce, gotowy już do spożycia, a sam właściciel powinien wrócić za kilka godzin głodny, zmęczony i zbyt zaabsorbowany nowym przepisem na miksturę, żeby przejąć się nieobecnością przybranej córki. Idealna sytuacja, dlatego dziewczyna odwiesiła sprany fartuch na stojak, chwyciła za poręczny plecak, dodatkowo dopinany do pasa, co by się nie ślizgał i nie uciekał z ciała za bardzo. Rozpisała prostą kartkę, wyjaśniając, że poszła szukać pracy i nie wie kiedy wróci, a potem dziarskim krokiem przed siebie.
  Cel jej podróży nie był aż tak daleko, w czasie polowań niejednokrotnie przemierzała wiele większe odległości, ledwie pół dnia zeszło jej może, więc w końcu uszczęśliwiona zapukała w drzwi lidera Wojowników, starając się jako-tako prezentować. Upomniała samą siebie, żeby nie burczeć za mocno, bo o ile w przydrożnej karczmie mogła robić za gówniarską atrakcję, o tyle ta osoba z łatwością mogłaby skręcić jej kark. I pewnie nikt by nawet nie zaprotestował, więc w myśl: "Zola, trzymaj gębę na kłódkę", tuż po otworzeniu drzwi wypaliła:
— Cześć, Zola jestem, wojownik z wojowników i te sprawy, nie ma może czegoś do roboty?

---
208 PD
~Mimma

Od Zoli "Jak się rodzą Wiedźmy!"

  W tym numerze szalonej przygody odpowiadamy na pytania: Dlaczego Zola jest mała i niska, skąd się wzięło jej imię i o co chodziło z kocimi kichnięciami?
— Daira, co się znowu na te zawszone cholery gapisz? — Rana uciekła wzrokiem od tłumu kotów, który zgromadził się wokół jednej z napełnionych resztkami misek. Wioska nie dbała o bezpańskie zwierzęta, nie prowadzono jakiejś większej rejestracji każdego sierściucha, a w rezultacie bezpańskość kwitła. Niby się mówiło, że każde domostwo powinno mieć swojego własnego czworonoga, a najlepiej dwójkę, psa z kotem, kota z psem. Pies wiadomo, podwórkowy, obronny Burek, co by w razie niemiłego spotkania czy wtargnięcia jakichś łachudrów na posiadłość był w stanie chociażby poszczekać odstraszająco. A myszy już od lat stanowiły całkiem spory problem miejski, o którym otwarcie zazwyczaj się nie mówiło, ale ten znajomy włóczęga powtarzał, że to ogoniaste bestie należy winić za dwa poprzednie wybuchy epidemii, więc koty były jak znalazł. Rachu, ciachu i po płaczu, a przynajmniej sobie brzuchy napełniły szczurzymi mordkami. Restauracje i kramy co jakiś czas wystawiały darmowe posiłki, głównie z niesprzedanych produktów, które na drugi dzień byłyby już kompletnie nie do zjedzenia. W ten sposób wszystko leciało do przodu, zwierzaki przeżywały od zimy do zimy, a że roznosiły choroby, przeszkadzały w spaniu czy sikały i srały gdzie popadło, to już zupełnie inna kwestia.
  Daira nadal wolała myśleć o kotach, niż o swoim beznadziejnym stanie. Nie nadawała się na osobę, która powinna brać odpowiedzialność za kolejną istotę, przecież o samą siebie nie umiała zadbać. Wielka panna, co to w głowie się poprzewracało, wiele niemiłych słów rzuciła do własnej matki, za które do tej pory ma ochotę spalić się ze wstydu, a to wszystko w wyniku niespełnionej, bzdurnej miłostki. I na co jej to było, na co się sprzeciwiała zamążpójściu, skoro tak ładnie o nią zabiegał, tak się starał przez półtora roku. Prezenty przynosił, na randki (oczywiście pod opieką przyzwoitki) zabierał, a ona wzdychała ile wlezie do tej dziarskiej, stajennej dziewczyny, której to słała promienne uśmiechy, zazwyczaj skrywane pod wielobarwnym wachlarzem. Gdyby wtedy durna ucieczka w pogoni za prawdziwą miłością wydałaby jej się rzeczywistym nonsensem, to zostałaby tam, poślubiłaby ładnego bajarza, szanowanego polityka, może nawet miałaby już dzieci z prawego łoża, a nie trzymała w brzuchu bękarta.
  Nie powiedziała, jeszcze nikomu nie powiedziała. Wypadłaby z biznesu jak leci, te po pierwszej wpadce mają już zdecydowanie o wiele mniejsze wzięcie, w dodatku rosnący brzuch wyłączyłby ją z brania takiej ilości klientów, jak teraz. Musiałaby więcej odpoczywać, stałaby się mniej atrakcyjna, a woli nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby w trakcie szybkiego numerka ktoś zauważył, że zapłacił za już potrąconą dziwkę.
  Poza tym musiałaby to najpierw wytłumaczyć "zarządcy" dzielnicy, odpowiedzialnemu za kontrolowanie jej rejonu. Nie miał wątpliwości, że skończyłoby się to prędzej na wybiciu dzieciaka i późniejszych problemach z tym związanych, niż znalezieniu jakiegoś prostszego, sensownego rozwiązania.
  Rana chciałaby po prostu uciec, zwiać i już od dwóch tygodniu próbowała dogadać się z kilkoma zielarkami o przygotowanie odpowiedniego specyfiku, który załatwiłby ten problem za pierwszym łykiem. Przestałaby się martwić, tym bardziej, że nie była do końca pewna, w którym jest miesiącu, o tygodniu już nie mówiąc, a istniała szansa, że kazaliby jej dojść na operację. Za dużo z tym już w ogóle byłoby zachodu, niepotrzebne blizny i dodatkowe wątpliwości, czy nie wpłynęłoby to na jej organizm bardziej niż trutka.
— Idę, idę, gdzie nam się spieszy? — spytała kobieta drażliwym głosem, podnosząc w końcu się z kamiennych schodów prowadzących do jednej z przydrożnych kamienic. Odwróciła wzrok od stada miauczących kotów, które wręcz błagały o głaskanie. Daira nie dała się zwieść, już za dzieciaka miała wystarczająco dobre serce, co by współczuć niczyim sierściuchom, a potem skończyła z ręką udrapaną do krwi pazurami, z których ślady zostały do tej pory.
— Yhm, już widzę, jak Helo byłbył zadowolony, że siedzymy tak długo w cudzij ulicy. No, chodź jużeci, nie marudźji, piździ, że ja pierdolnę — Zolana przewróciła oczami, wyciągając dłoń, żeby chwycić tą należącą do przyjaciółki — Jutro mam wolne, odpocniemy, a Hana miała ścignoć coś dobrego do jedzynia — kusiła szumnie, z ulgą rejestrując, że młodsza dziewczyna nie wyrwała swojej ręki.
  Ruszyły spokojnym, skocznym krokiem, nawet jeżeli nie miały na to ochoty, nie po kolejnej dłuższej robocie, tym razem w bardziej zorganizowanej ekipie, bo z Zolaną wszystko wydawało się proste, skoczne, wesołe. Od pierwszego dnia swojej nowej pracy Daira wiedziała, że natrafiła na anioła z samiuteńkiego nieba. Pannę o obcym akcencie, która nadal miała problemy z poprawnym wysławianiem się, za to z urody zdecydowanie obcej, dzikiej, niewidzianej zwykle na ulicach tutejszej mieściny. Lana zaliczała się do osób ekscentrycznych, aczkolwiek przyjemnych w obyciu, to ona wprowadzała nowe dziewczyny w uliczne tajniki, ze współczuciem wysłuchując się w tajemnicze historie pochodzenia świeżego mięsa, które nieszczęśliwym zrządzeniem losu musiało zacząć się sprzedawać. Klepała je po ramieniu, tłumaczyła, że wszystko będzie dobrze i nawet na moment jej wierzyły, bo czy z trudnym klientem, czy gdy głód doskwierał już za bardzo, czy Halo sobie życzył podwyższenia "czynszu", zawsze potrafiła ugadać, ugłaskać, ujarzmić tlące się emocje. Zolana doprowadzała do kompromisu w czasie pracy, po niej upewniała się, że wszystkie dziewczyny z "Czerwonej Chaty" regularnie się badały, uczyła je grać w karty i opowiadała historie o swojej własnej ojczyźnie, dalekiej, której już nie pamięta, bo ją dowieźli tutaj przypadkiem, handlarzyny niewolników, co rodzinną wioskę Lany zajęli po wielu dniach walki mieszkańców.
  Kłamała, oczywiście, Daira podejrzewała, że nawet sama zainteresowana nie znała prawdziwej wersji na temat swojego pochodzenia, ale Rana wychowywała się wśród środowiska osób możnych. Zwiedzała kontynent, wyuczyła się nazw szlachetnych rodów, a historię miała w serdecznym palcu, bo w małym ukryła sztukę szycia serwetek, haftunek i podstawy obycia wśród elit.
  Nie praktykowano już nigdzie niewolnictwa. Przynajmniej nie w Avfallen.
  Myślami wróciła za to do świeżo zakończonej roboty, a ciężar monet przyjemnie wypełniał ukrytą w gorsecie sakiewkę. Kobiety już wcześniej przychodziły do tej dzielnicy, kojarząc, że w pobliżu znajdował się okoliczny burdel, z którego zazwyczaj korzystali miejscowi, ale po ostatnim nalocie najwyraźniej sensowny towar wyszedł z obiegu, innego powodu dziewczyny nie były w stanie wymyślić. Helo dopiero wczorajszego poranka poinformował je o zleceniu, marudząc, że znowu chcieli Zolanę, ale przynajmniej dobrze płacili.
  Minęło dobre czterdzieści minut, zanim w końcu zdołały przemknąć się uliczkami do własnej meliny, znajdującej się nieco przy granicy wioski z lasem. Wioski, miasta, czy w końcu czym ta mieścina była. Wracały zmęczone, roześmiane, ale przede wszystkim hałaśliwe, wciąż odrobinę podchmielone alkoholem, Dairana zdecydowanie o wiele mocniej niż koleżanka, z powodu poszukiwania swojego malutkiego ułamka szczęścia w kieliszku, co by zapomnieć, nie myśleć, uciec od przewidywania.
  Zaszyły się w końcu w nieco zimnym mieszkaniu, bo stary, leciwy piecyk znajdował się jedynie w głównej izbie, obecnie już przeładowanej ilością mieszkających tam dziewczyn. Powinny zawołać kominiarza dawno temu, bo już nawet komin wydawał się porządnie odymiony, zabrudzony, a nie dalej jak z trzy dni przed kolejnym śniegiem tegorocznej wiosny zapaliła się chałupa, kilak domów obok, właśnie od komina. Podusili się wszyscy, jak jeden mąż, a Daira nadal czuła dreszcze na wspomnienie wyciąganych, częściowo zwęglonych ciał. Przynajmniej umarli we śnie i nie czuli płomieni, które zaczynały dziargać rozmaite wzory na ich skórze.
  Właściwie miejscówka nie była aż taka zła, należała do jednych z najlepszych, w których mieszkała dziewczyna przez ostatnie kilka lat. Jednopiętrowy, trzypokojowy duży budynek, z kilkoma oknami na krzyż i słabo zabezpieczonymi drzwiami, bo kłódka przestała domykać się całe tygodnie temu. Od samego wejścia można było czuć okropny zaduch, pot niemytych ciał, pozostały, subtelny zapach seksu i zbyt duża ilość zmieszanych perfum, która sprawiała, że przez większą część czasu mieszkanki powstrzymywały się od kichania. Próbowały utrzymać jakiś względny porządek, ale niewiele dało się zrobi z nieco nadgniłą, drewnianą podłogą czy chociażby starą, zgrzybiałą tapetą w kolorze startej marchewki. Wiatrołapu nie było, przez drzwi wchodziło się od razu do głównej izby z piecem, w którym zazwyczaj spał każdy, komu zależało na ciepłe. W rezultacie już od samego wejścia Rana zdołała nadepnąć przypadkiem na kilka koleżanek, zarzucając płaszcze swój i Zolany na wieszak. Żeby przecisnąć się do drugiej, nieco mniejszej izby, w której zazwyczaj przechowywały koce, poduszki, ręczniki i rzeczy osobiste, musiała potrącić parę śpiących, otulonych pierzynami ciał, nadal trzęsących się to z zimna, to z choroby. W praktyce odkąd Halo w czasie ostatniego turnusu przyprowadził nowe dziewczyny, w tym między innymi właśnie Dairę, nadmiarowe osoby kładły się właśnie tutaj. Co prawda przez źle zrobione okno do pomieszczenia wpadał chłodny ziąb, ale nadal dało się wytrzymać. Nie to, co w kuchni, drugim, jeszcze mniejszym pomieszczeniu, która raczej robiła za spiżarkę aniżeli miejsce gotowania. Na właściwą dietę rzadko kto miał pieniądze, ostatniego miesiąca ceny ponownie poszły w górę, a Halo zaczął nawet marudzić, że i jemu brakuje do miski, a to zwiastowało oddawania jeszcze większej części zapłaty za numerek do szefa.
  Żadna z tych rzeczy nie podobała się Dairanie, która ledwie pięć lata temu zrezygnowała z rodzinnego domu i nadal pamiętała smak słodkich bułeczek, niebiański zapach dobrze wypieczonej pieczeni czy dotyk jedwabnej poszewki od pierzyny, którą miękko otulała się w trakcie snu. Ledwie zaklimatyzowała się w nowym życiu, a tu już miały pojawiać się kolejne trudności.
  Wzięły swoje koce, zanim ponownie przecisnęły się przez leżące ciała, co by dojść do kuchni, w której przy słabym świetle świecy Hana z dumą ciumkała słodkie, cudowne bułeczki. Zdecydowanie przysmak był wart mniej niż kosztował, wyrabiany z najlepszej mąki, używając najdroższego cukru dostępnego na rynku, a i w zasadzie owoców sprowadzanych zza wielkich jezior.
  Dawno nie czuła się tak spokojna o własny los i tego bachora, który nagle jakoś przestał się wydawać całkowitym złem wcielonym. Nie, gdy za towarzystwo miała całkiem ogarniętą Zolanę i zawsze miłą dla niej Hankę, o słodkich bułeczkach i rozgrzanych ciepłem ciał kocach nie wspominając.
x X x 

— Czyli że po tym, nie będę już miała tego problemu? — spytała z niepokojem Daira, wpatrując się w starą lekarkę zlęknionym wzrokiem. Specyfik pachniał okropnie, konsystencją przypominał najgorszą możliwą mieszankę, która wżerała się w skórę jak źle skomponowane perfumy, sprawiając, że czujesz się bardziej jak uliczna dziwka, aniżeli panna z dobrego domu.
  To byłoby na tyle z udawania, że wcale nie tęskni za rodzinnym domostwem.
— Pani płaci, pani próbuje. Jak nie zadziała, to przyjść na reklamację. Co by się przyszło, dziewuszysko, wcześniej, to by się dało coś sensownego zrobić, a tak tu teraz trzeba będzie próbować. Pić przez miesiąc, potem jak trzeba, to wyciągniemy, a z młodymi problemu już więcej nie będzie.
  Wiedziała, że przyszła za późno, ale w końcu podwyższyli ceny wszystkiego, Hanę w pracy obili tak mocno, że musiały pochować ją zeszłego księżyca na cmentarzysku, a Zola zaczynała kaszleć krwią. Dopiero wtedy Daira zorientowała się, że niezależnie od jej intencji czy pragnień, to nie był świat, w którym powinno wychowywać się dziecko. Część mieszkających w "Czerwonej Chacie" kobiet, owszem, same było matkami, ale pooddawały pociechy pod opiekę sióstr zakonnych, wymogły obietnicę na własnych matkach, ciotkach, co by przyjęły pod swój dach bękarty, a kolejne podrzuciły je prawdopodobnym ojcom, mając nadzieję, że to oni zajmą się należycie dzieciakiem.
  Daira przełknęła ślinę, nagle czując wyjątkowo gorzki posmak wstydu.

x X x 

— Daia, cożeci tako blado? — spytała z niepokojem Zolana, wpatrując się w przyjaciółkę, która sprawiała wrażenie kartki papieru, puszczonej na wiatr, co by ją jedynie pogniótł i rozdarł. Daira faktycznie nie prezentowała się nazbyt efektownie, miała podkrążone i zaczerwienione oczy, praktycznie cały dzień wymiotowała w krzaki, pozbywając się nawet najlichszej substancji w swoim żołądku. Na nic zdało się pojenie jej uspokajającymi ziołami, herbatkami. Na nic wyszło podsuwanie jej krakersów, zmiękłego chleba obtoczonego w dziwnych mieszankach, które miały łagodzić ból brzucha. Dwudziestodwuletnia kobieta odpływała raz za razem, pogrążając się jeszcze bardziej w majakach.
— Nome, żeto ja bym wiedziała, tośty pewne przy tych kocyskach się zasedzałaś ponownyje. Naco cóżeci kichranie ichta wyszło, to ja newem jużci. — Lana pokręciła głową, przykładając mokrą ścierkę do czoła koleżanki.
  Daira czuła się źle od dwóch tygodni, ale dopiero dzisiaj sytuacja osiągnęła swoje apogeum, coś było nie tak, ale Zolana znała tylko jednego medyka, który nie bał odwiedzać się prostytutek, ale nawet posłać po niego jak nie miała. Daira znikała co prawda już od dawna, kłóciła się z Halo, zaczynała nosić bardziej obszerne ubrania, ale jakoś w natłoku spraw, obowiązków i problemów z zarządzającym ich dzielnicą Halo, jakoś nikt nie zwrócił na to uwagi.
  Posłali jakoś po tego włóczęgę.

x X x

  River podał jakieś swoje specyfiki i mówił. Mówił, mówił, mówił, jadaczka się mu wyjątkowo nie zamykała, gdy monotonnym głosem wyjaśniał, co doprowadziło do złego stanu kobiety, że nie wolno przyjmować nieznanych substancji od osób, które nie są odpowiednio wykształcone w tej dziedzinie, a i że naprawdę trudno uzyskać teraz coś sensownego. Wytłumaczył, że mogą co najwyżej odtruć organizm, który źle zareagował na podawany lek, ale nie jest pewien, czy dziecko przeżyje, a nawet jeśli, to najprawdopodobniej będzie wcześniakiem, gdy współczesna medycyna ma problem z odbieraniem w pełni rozwiniętych porodów, więc szanse na przeżycie dziecka będą znikome.
  Daira skinęła ze zrozumieniem głową.

x X x 

  Prawdopodobnie to wszystko było dzięki Zolanie, więc imię zaraz po porodzie jakoś się tak Dairze wymsknęło samo z siebie. To ona zapewniała miejsce, pomogła z jedzeniem, piciem, usprawiedliwiła przez zdenerwowanym sytuacją Halo i przejęła na siebie część stałych klientów Rany.
  Zolana urodziła się w ósmym miesiącu ciąży, ale już z na tyle wykształconymi organami wewnętrznymi, żeby być w stanie funkcjonować. Mimo wszystko położna zalecała szczególną opiekę nad dzieckiem, wyjaśniając, że prawdopodobnie nie przeżyje pierwszej zimy. Za małe, za słabe, zbyt łatwo będzie choroby łapać, skutek uboczny poprzedniego "leku" poronnego.
  Lana kaszląc, zażartowała, że faktycznie to ładne dziecko było, więc może wysiadywanie w poszukiwaniu kocich kichnięć jednak działało.
  Daira przez moment pomyślała, że może nie da córce całego świata, ale to jeszcze nie oznacza, że nie będzie mogła być dobrą matką.
  Zawsze była nadmierną optymistką.

x X x

  Miesiąc później pochowali Zolanę. Starszą, nie młodszą. Wyrok: Gruźlica. To faktycznie była bardzo ciężka zima.

---
1371 PD = 2 poziom (i jeszcze 10 p)
~Mimma

sobota, 8 września 2018

Od Zoli (do Karo) "Letni temperament"

  Były dni, w czasie których potrzebowałam awantury. Zawinęłam się ukradkiem z bastianowego domu, wyczekując wcześniej na moment, gdy mój szanowny opiekun będzie zbyt zajęty doglądaniem najnowszych sadzonek jakichś kolejnych zielsk, żeby zauważyć, jak wychodzę dziarsko tylnymi drzwiami. No, może nie do końca dbałam o całkowitą dyskrecję, bo upewniłam się, że trzasnę wystarczająco głośno drzwiami, co by River doskonale znał moją opinię na temat naszej wcześniejszej rozmowy. 
  Do której przypadkiem mogłam doprowadzić. Całkowitym przypadkiem, wcale nie dlatego, że szukałam zaczepki już od kilku godzin, poirytowana słabymi polowaniami, ogólną posuchą w szukaniu pracy i kiepską pogodą. Przynajmniej Bastian doskonale wiedział o moim temperamencie, gdy przygarniał mnie pod swój dach.
  Ruszyłam prosto do wioski, szybkim krokiem omijając największe rozpadliny i błotniste kałuże, pozostałe po ostatniej burzy. Chciałam się jakkolwiek odpowiednio prezentować, marząc tylko o niezobowiązującym wieczorze z kartami, ruletką i małą szklanką niskoprocentowej nalewki. Skierowałam się do mojej ulubionej gospody, znając doskonale właściciela, któremu żonie Bastian odbierał wszystkie porody. A nawet jeżeli lubiłam to miejsce wyłącznie przez wzgląd na ładnego syna karczmarza, to przecież nic złego. 
  Wparowałam do środka, uśmiechając się szeroko na widok znajomych twarzy, mówiąc głośne "Dobry wieczór" i rzucając się prosto do głównej lady.
— Zola, Zola, Bastian wie, że się znowu szwędasz? — zarzucił lekko Henry, od razu przystawiając mi szklankę z sokiem malinowym z rozcieńczonym z alkoholem. 
— To tak nie działa — jęknęłam głośno, zaczynając stukać palcem o powierzchnię szkła i rozglądać się wokoło. — Nie ma dzisiaj nikogo do gry? — zmieniłam temat, nie dostrzegając wokoło nikogo okupującego stolik z kartami czy chociażby rozłożoną planszą z pionkami. 
— Słabe czasy, Zola, słabe czasy. Możesz się pokręcić, ale o północy upilnuję, żeby Jeremy cię za fraki wywalił i do chałupy odprowadził, nie będę mieć z Bastianem kłopotów później — kontynuowaliśmy niezobowiązującą rozmowę, w czasie, gdy bar powoli zaczynał wypełniać się większą ilością ludzi. Całe szczęście, bo może coś ciekawego w końcu zacznie się dziać. Potrząsnęłam włosami, odganiając złe myśli i domówiłam kolejną kolejkę, tym razem już mocniejszego trunku.

Karo?
---
199 PD
~Mimma

Głupota ogółu robi z mądrych kobiet wiedźmy.

Zolana Niemój
Znana też jako Zola
Kobieta | 17 lat | Człowiek | Biseksualna | Wojownicy | Uczeń | Rzemieślnik
Ścieżka Wojownika
Poziom 4 100/2500 PD (5500 PD) | 0 punktów
Meian [Howrse], Meian#7270 [Discord]
Art by Anna Helme