Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crystal (NPC). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Crystal (NPC). Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 października 2018

Crystal odchodzi!

Z przykrością i łzami w oczach żegnamy ambitną i genialną postać, która umilała nam czas przezabawnymi opowiadaniami z frytkami w roli głównej. Od tej chwili staje się ona NPC, lecz nie traćmy nadziei, bo w każdej chwili jej autorka może do nas wrócić i ją adoptować na nowo! Złóżmy jej ostatni ukłon!


Administracja

czwartek, 30 sierpnia 2018

[E] Od Crystal (do Karo) "Krwawy pacjent" cz. 2

Cholera.
Niemal potknęłam się o trupa.
Mężczyzna. Młody, dałabym mu na oko jakieś 20 lat. Leżał na plecach w kałuży błota zmieszanego z krwią. Niedobrze. I to bardzo.
Przybliżam się do niego i ostrożnie dotykam ramienia. Ciepłe. Albo nie żyje od niedawna, albo jakoś zdołał przeżyć. Może.
Odwracam go na plecach. Syczy cicho, ale pozwala się dotykać. Czyli jednak nie trup. Mimowolnie jęczę. Jeszcze bardziej niedobrze. Krew sączy się leniwie z sporej rany na brzuchu. Wzdrygam się i zaczynam desperacko przeszukiwać kieszenie swojego płaszcza.
Każdy medyk - no, prawie każdy medyk, który zdaje sobie sprawę z powagi swojej pracy - nosi przy sobie minizestaw ratunkowy. Akurat on miał szczęście, że należę do grona tych osób. Niezgrabnie wyciągam z kieszeni bandaż i gazę. Niewiele, ale może się przydać. Wolniutko opatruję kolesia, klnąc pod nosem na temat dziwnych wypadków dnia dzisiejszego. Dotykam jego rany nieco za mocno. Syczy ostro, wydaje z siebie cichy wrzask i wpija paznokcie w moje ramię.
- Mógłbyś odlepić tę rękę z mojego ramienia? - warczę z cichym tonem groźby. - Bo zostawię cię tutaj, żebyś się wykrwawił.
Grzecznie przestaje. Ręka wali o ziemię. Kończę opatrywanie i prostuję się z cichym trzaskiem pleców. Starzeję się. Dwadzieścia lat za pasem to zdecydowanie nie przelewki.
Dobra. Opatrzyłaś go. Co teraz? Hmm.. Włączam tryb intensywnego myślenia. Zaciągnąć gościa do osady? E, nie zdołam. Przerwę w połowie. A, racja.. Może trafię na kogoś. Czyli zaciągnąć.
 Pierwsza próba - porażka. Cholerni męźczyżni. Jeden z drugim umięśnieni jak sam Schwarzenegger, a jak przyjdzie co do czego, to za Indochiny nie sposób ich podnieść. Pff. *feminizm*
W końcu udaje mi się znaleźć w miarę wygodny sposób - łapię go pod ramionami i wytrwale ciągnę do tyłu. Kilka metrów wytrzymałam. Kolejne kilkanaście mnie zmęczyły. Po stu metrów chciałam tylko umrzeć.
- A panienka co tu robi? - słyszę jakiś głos zza pleców. Podskakuję z wrażenia i obracam się. Widzę ogorzałego gościa, żującego bliżej nieokreśloną żółtą łodygę. - Nie potrzebuje panienka pomocy?
- Znalazłam go niedaleko. Gdyby pan mógł zanieść go do szpitala.. - przybieram najbardziej niewinną, uroczą minkę Kota w Butach i modlę się, by wyraził zgodę.
- Może tak. Może. Ale panienka musi wiedzieć, że nie ma nic za darmo. - Wyszczerza zęby w pożółkłym uśmiechu. - Ma panienka coś w zamian?
Jeden niewielki złoty naszyjnik mniej zgodził się. Zarzucił gościa, tymczasowo nazwanego A.A, na ramiona jak wór zboża, po czym spokojnie poszedł dalej dróżką. Potruchtałam za nim radośnie.

*~*~*

Rozwalam się na stosunkowo niewygodnym fotelu i ziewam. A.A dalej się nie obudził. Nie, żeby coś, ale poświęciłam cenne dziesięć godzin mojego życia na asystowanie przy operacji kolesia, nie mówiąc już o wysiłku zmarnowanym na zaciągnięcie go tutaj. Aha. No, przewspaniale.
Do pokoju nagle wpada jakaś brązowowłosa, niska medyczka. Na oko ma niewiele więcej niż 16 lat. Swoimi buciorami, unurzanymi w bliżej nieokreślonej mazi, brudzi mi czyściutką podłogę. Zrywam się. No fajnie! Dopiero co tu posprzątałam, nawet pięć minut nie może być tu czysto! Jej wzrok rozbiega się, panicznie ogląda cały pokój, aż w końcu koncentruje się na mnie.
- Crystal, nareszcie cię znalazłam! - prawie krzyczy jednym tchem. - Już jest twój dyżur. Masz najpierw zająć się A.A i go nakarmić.. - sapie, jakby właśnie przebiegła spory kawał drogi. Przypominam sobie jej imię. Racja, jest nowa.
- Spokojnie, Elain - uśmiecham się, starając się jej nie zamordować. - W pięć minut nikt raczej nam na zawał nie padnie. Możesz już przebrać się i wrócić do domu. Ogarnę wszystko, nie musisz się martwić.
- Dzięki - odwzajemnia blado uśmiech. - Muszę już iść. Wytrzymasz?
- No jasne! - śmieję się radośnie. - No, idź już!
Odbieram posiłek od kucharki i drepczę w kierunku pokoju A.A. Dalej śpi. Hm, albo przedawkował środki usypiające, albo był naprawdę wyczerpany. Klapię na sienniku koło niego i zaczynam go karmić, nie opędzając się od dziwnych skojarzeń. Hm, może by warto wyłączyć czasem mózg? Na pierwszy kawałek pieczeni niemal się rzucił, o ile może to zrobić człowiek tkwiący w śpiączce. Przełyka szybko. Podaję kolejny kęs.
 Nagle mruga i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Rusza się, choć przypomina mi to bardziej niezgrabną próbę ucieczki. Zauważam, że tęczówki ma czerwone.
Istotnie się obudził.
Nieufnie lustruje mnie wzrokiem, jak ranne zwierzę, niepewne, czy ma ufać temu, kto je uratował. Posyłam mu przyjazny uśmiech numer 24. Sięga niepewnie do tacy z jedzeniem. Grzecznie stawiam ją mu na kolanach. Zaczyna powoli jeść. Obserwuję go w milczeniu. W końcu kończy i sięga do wiadra stojącego obok łóżka. Pije łapczywie, wreszcie odkłada wiadro.
- Dobrze się trzymasz. Jestem Crystal. - Uśmiecha się krzywo.
- Uwierz mi, wolałbym już umrzeć. Karo Yakuza.
Oglądam go i przybieram minę typu „nie wiem, czy przeżyjesz, więc na razie bądź cicho”.
- Dobra - opamiętuję się - muszę iść. Pa?
Wychodzę szybko, zanim zdąży zapytać, po cholerę idę tuż po tym, gdy się obudził. Elain patrzy na mnie z lekko przerażonymi oczami.
- Coś się stało? - pyta szybko.
- A.A się obudził. Popraw jego imię na Karo Yakuza i zapisz, proszę, ten fakt w rejestrze. Okej?
- Yy.. Okej? - kiwa głową i posyła mi blady uśmiech.

*~*~*

Przez większość czasu byłam zmuszona do opieki nad dzieciakiem zwanym powszechnie Karo Yakuzą. Usiłowałam wypytać go o to, kim był, jakim cudem stał się tak poważnie ranny i czemu ta rana goi się cholernie szybko, ale nie uzyskałam odpowiedzi. Przetrzepałam wszystkie możliwe dokumenty, jednak nie znalazłam żadnej wzmianki. Karo Yakuza pozostawał anonimem w każdym calu. Dziwne. Nawet bardzo dziwne.
Bywałam u niego codziennie z posiłkami i rolą opiekunki dziecięcej. Gość był ewidentnie stuknięty i/lub wyjątkowo mhrocznotajemniczy. Rozmawiałam z nim, właściwie bardziej z przymusu i chęci dowiedzenia się więcej, jednak niewiele zdziałałam.
W końcu, już prawie miesiąc po tym zdarzeniu, mógł wypisać się ze szpitala. Nie wiedziałam o tym wiele - tydzień temu przeniesiono go na inną salę i miałam z nim jedynie sporadyczny kontakt. Głównie dlatego zdziwiłam się, gdy wparadował mi przed twarz w ciasnym korytarzu, gdy akurat taszczyłam resztki gorącej zupy aka mój obiad.
- Karo? - styczę. Stoi jak wryty. Ślepy. I do tego głuchy. - Karo! Rusz się, do licha!
- Crystal? - Odwraca się - i zupełnie niechcący, jakże by inaczej - wali łokciem w moją twarz, co powoduje upuszczenie garnka z zupą gorącą jak Rzym za Nerona wprost na nasze stopy. Ja przezornie odskakuję pierwsza. On nie tego nie zauważa - i zawartość garnka ląduje na jego stopach. Au. Posyłam mu współczujące spojrzenie. Odskoczył i wydał z siebie coś na kształt stłumionego „gurwa matzsh”. Nie wydawał się być zadowolony. Syknął, wycierając buty i kląc jak popadnie. Po chwili zwraca wzrok ponownie w moją stronę.
- Crystal? Auu.. Skąd ty się, do licha, wzięłaś?
- Może ty mi najpierw odpowiedz - stwierdzam sucho. - Taszczę sobie obiad, a ty wpadasz mi przed nos i go rozlewasz. Masz mi coś do powiedzenia?
- Może i zderzenia z tobą są bardzo bolesne, ale niczego nie żałuję. - Wyszczerza zęby. Wspaniale. Nie będzie mnie taki mentalny pięciolatek podrywał. Pf.
- A zniszczone buty? Ich też nie żałujesz?
- Odkupię.
- Skaza na honorze?
- Od czegoś wynaleziono Perwol.
Wzdycham. No trudno. Trzeba zakończyć tę farsę. Otwierałam już usta, gdy Karo przerwał mi dość brutalnie.
- Wybacz, księżniczko, za me przewinienie - uśmiecha się czarująco. Bawi się w Księcia z Bajki? E, w sumie i tak jest słodki. Słodki jak obsmarkany pięciolatek. - Czy w zamian za to zgodziłabyś się zjeść ten stracony obiad w jakiejś restauracji? Powiedzmy.. W „Białym Jeleniu”? - „Biały Jeleń”? Unoszę brew sceptycznie z niewielką dozą podziwu. Jedna z najdroższych restauracji w Avfallen? Go na to stać? Hm, jego szansa właśnie wzrosła do jakichś dwudziestu procent.
Crystal, litości. Co wolisz, zupę czy dobry obiad w znanej restauracji?
Wolę swój honor.
Aha.
Serce mówiło „nie”. Mózg mówił „nie”. Resztka honoru też prostestowała.
- Tak - palę, zanim mój rozsądek zdoła ogarnąć, co właśnie zrobiłam.
- Dobra - uśmiecha się do mnie ponownie. - Ale najpierw zrób coś dla mnie. Jesteś mi to winna.
- Co?
- Zatańcz ze mną.  - Ta bardziej głupkowata część właśnie mnie zatarła ręce na myśl o wspólnych romansidłach i zaczęła mnie namawiać. Gdyby nie fakt, że w ogóle nie rozumiałam o czym ona mówiła, zapewne zatańczyłabym razem z nim.

Karp? Zwaliłam, wybacz mi. Robię jakieś bzdury dla PD XD
Crystal jest jak w tym memie XD

---
882 PD + 5 P
~Mimma, która nie wie czy dobrze wpisała

sobota, 18 sierpnia 2018

Od Crystal "Oddawaj frytki!" cz. 5

Średnio chętnie drepczę za Finnem, przedstawiającym mi każde napotkane krzaki czy inne drzewa. Nah. Co tu właśnie się dzieje? Medyczka idzie za stukniętym wilkiem na tereny jego klanu po jakieś ziółka przeciwbólowe.. Taak. Na pewno nie prowadzi cię w zasadzkę. Na pewno za jakimś drzewem nie czyha grupa wojowników, gotowych mnie oskalpować i wywołać wojnę między klanami. A wszystko przez jedne, głupie zioła.
Finn zatrzymuje się nagle, a ja dostaję minizawału serca. Uśmiecha się do mnie z uśmiechem psychopatycznego kota z Cheshire, naćpanego grzybkami halucynkami, i pyta:
- A jak właściwie masz na imię?
- Crystal - burczę niechętnie pod nosem, zastanawiając się, po kiego licha mu moje dane osobowe. Uśmiecha się jeszcze szerzej.
- No to, Crystal, dotarliśmy do tych krzaków. Przedstawiam ci Brygidę.- mówi poważno-pogrzebowym tonem.
Oczy mnie łzawią i muszę powstrzymać się od parsknięcia śmiechem. To średnio przyzwoite, ale koleś po prostu rozśmiesza mnie do łez. Chyba go lubię. Trochę. Z naciskiem na "trochę".
Pochylam się nad Brygidą i oglądam dokładnie krzak. Zrywam listek i gniotę go w palcach. Ma ładny, kwiatowy zapach, Tak, to ten. Finn za mną wydaje okrzyk oburzenia.
- Nie krzywdź krzaka, bo pójdziesz pod szczupaka!
Ten. Aha. Kiwam głową przytakująco i zrywam gałązkę. Potem drugą. I trzecią. Finn wyglada, jakby miał mnie własnołapnie oskalpować.
- Nie.. krzywdź.. krzaka.. bo.. pójdziesz.. pod.. szczupaka.. - jęczy. Bezlitośnie go ignoruję i dalej oskubuję kępkę ziół. Wreszcie kończę go torturować i chowam listki do torby. Wilk za mną wyglądał, jakby właśnie zobaczył czyjąś śmierć.
- Crystal- mówi, a potem nagle urywa, wpatrzony w jakiś punkt. Kieruję wzrok w to samo miejsce i dostrzegam niedźwiedzia. Poprawka. Dużego, włochatego, brązowego i bardzo wkurzonego samca (?) niedźwiedzia. Wstaję w tempie żółwia na urlopie zdrowotnym i pomalutku wycofuję się.
- Finn? - szepczę półgłosem. - Nie ruszaj się gwałtownie. Cofaj się powoli. Może cię nie zeżre.
Nie posłuchał.
- Co ci jest? Co za niewydarzony krzak! - komentuje głośno. Gdyby wzrok mógłby ranić, w tej chwili byłby stertą mielonego mięcha, dokładnie wymieszaną przez moje mordercze spojrzenie. Muszę uczynić poprawki. Aktualnie widzę niedźwiedzia. Dużego, włochatego, brązowego i bardzo wkurzonego samca (?) niedźwiedzia, pędzącego z piekielnym wrzaskiem wprost na nas.
- Co robimy?! - wrzeszczy Finn, okazując trochę rozsądku.
Przez chwilę kalkuluję możliwości, po czym docieram do najbardziej bezpiecznej opcji.
- UCIEKAMY! - wrzasnęłam i pognałam w losowym kierunku.
Groźne porykiwania niedźwiedzia dobiegają zza moich pleców. Dostaję mentalnego kopa w tylną część ciała i pędzę jeszcze szybciej. Wbiegam w gąszcz gęstych, cienkich drzew, rosnących tuż koło siebie. Może nnie nie dogoni i przeżyję. Może.
Nie mam pojęcia, ile już biegnę. Z Finnem rozdzieliliśmy się już dawno, a niedźwiedzia ani widu, ani słychu. Prawdopodobnie zrezygnował z ofiary i wrócił. Las rzednie. Zwalniam i wypadam na dziwnie znajomą ścieżkę. Oddycham z ulgą, czując się bezpieczniej. Przynajmniej do momentu, gdy prawie potknęłam się o ciało młodego mężczyzny.

Wątek zakończony. Kontynuacja opowiadania w wątku "Krwawy pacjent"


- - -
+ 283PD
Pani Płot

poniedziałek, 30 lipca 2018

Od Crystal (do Finna) "Oddawaj frytki!" cz. 3

Wdech, wydech. Wdech, wydech. Tylko go nie zamorduj. Może ci się przydać.
Z trudem się opanowując, posyłam w jego kierunku możliwie najbardziej neutralne spojrzenie, przemieszane z resztkami rozpaczy, analogicznie do resztek moich frytek.
- Dobra. Daj mi chwilę się zastanowić.
Co może zrobić wilk? Przecież nie da mi ponownie frytek, zresztą nie umie ich zrobić. Hm. Kontynuuj dalej. Upoluje dla mnie sarnę na futro? Hmm. Niezły pomysł, ale to całe obdzieranie ze skóry.. Wzdrygam się. Kontynuuj.
W mojej głowie świta pomysł. A może by tak?
Zrywam się i biegnę do domu. Wracam po chwili z bliżej nieokreślonym zielskiem, prawdopodobnie pamiętającym czasy dinozaurów, mamutów, neandertalczyków i innych takich.
- Wiesz, co to jest? - pytam Finna niespokojnie.
- Krzak - odpowiada z szaleńczym uśmieszkiem. Aha.
- No więc, widziałeś kiedyś te zioło.. krzak?
- Tak - przytaknął. Kontynuuję wytrwale rozmowę. Czyli mój plan powoli zaczyna się powodzić.
- A wiesz, gdzie to rośnie? Na terenie Łowców, nie tutaj - dodaję szybko.
- Taak! - Przysięgłabym, nigdy nie widziałam takiego stukniętego wilka. Przez chwilę czuję do niego śladowe ilości sympatii, które jednak ulatniają się zdecydowanie za szybko.
- Wspaniale. To już chyba wiem, co możesz dla mnie zrobić.
- Co? - nadstawia uszu i mruga niespokojnie. Uśmiecham się z szaleńczym błyskiem w oczach.
- Zaprowadź mnie tam, gdzie to rośnie. Znasz takie ścieżki, gdzie nie chodzi żaden wilk? Przeprowadzisz nas niepostrzeżenie?
- Jasne! - wykrzyknął z entuzjazmem. Po chwili przemyślenia oklapł. - Chwila. Chcesz dostać się na tereny wilków?
- Ty właziłeś na nasze tereny - przypomniałam mu z westchnieniem. - Będzie po równo.
- Aha.
- To zgadzasz się?
- Tak.
Podskakuję z radości i piszczę jak mała dziewczynka. Po chwili jednak się opanowuję i zawracam do domu po rzeczy. Avilian patrzy na mnie jak na wariatkę. Przysięgłabym, że gdyby mówiła, powiedziałaby „Co ci się stało? Naćpałaś się tęczy czy co?”
W czasie trwającym dla mnie jak pięć mrugnięć, a dla Finna zapewne jak pięć eonów, znalazłam się z powrotem na zewnątrz, taszcząc plecak wyładowany różnymi „przydasie”
- Idziemy?
- Tak.
Zaczęłam się zastanawiać. Numer jeden: czemu on ciągle mówi „tak”? Numer dwa: wyprawa z obcym wilkiem po jakieś ziółka, nie mając pewności co do tego, czy nie spróbuje mnie wydać? Tak, jasne. Wszystko w porządku.
Z twoją głową raczej nie.
Cicho bądź, mózgu.
Czarny basior znika w ciemnym gąszczu drzew. Podążam za nim, wchodząc w mrok.

Finn? 
Wybacz, że takie krótkie ;^;

185 PD ~Teczka

Od Crystal (do Finna) "Oddawaj frytki!"

Słońce leniwie świeci mi w twarz, najwyrażniej nie śpiesząc się z zasłonięciem wielkiego świecącego tyłka. Mam dziwne uczucie, że właśnie mówi „A co mi tam, obudzę ludzi o kompletnie randomowej porze, bo tak”. Ziewam i otwieram równie leniwie oczy. Błąd. Jeśli wcześniej mnie obudziło, teraz ewidentnie zamierzało zrobić z mnie ślepotę. Zamykam powieki równie szybko, jak je otworzyłam, mrugam parę razy, po czym z prędkością żółwia na urlopie zdrowotnym wyczołguję się spod kołdry. Cholera. Czemu to łóżko w nocy jest potwornie niewygodne, a rano działa jak czarna dziura? Hm. Chyba warto się nad tym zastanowić.
Po omacku zakładam bielutkie papucie w kształcie króliczków, otwieram oczy i mrugam ponownie. Avilian: śpi w jakiejś dziwnej pozie na parapecie. Dom: cały. Ogólny stan: wszystko cacy. Mogę spokojnie robić cokolwiek. Odklejam się od łóżka i sunę powoli w tempie anorektycznego zombie. Docieram do szafki, omijając śpiącą Avi, otwieram ją i desperacko próbuję zmusić świat, by sprawił, że znajdzie się tam coś w miarę jadalnego. Szlag. Wtykam głowę głębiej, grzebię po zakurzonych, zamieszkanych przez bliżej nieokreślone stworzenia zamakarkach. Coś łaskocze mnie po karku.
- Zdzisiek? To ty? - pytam spokojnie i zdejmuję z szyi ogromnego, czarnego pająka. Nie fatyguje się nawet do przywitania, od razu po postawieniu na ziemi pędzi do kąta.
- Co za niewychowany dureń - mruczę pod nosem. Nagle moja dłoń zaciska się na czymś. Poprawka. Na kilku cosiach. Wyjmuję to z szafki.
Ziemniaki.
Tylko tyle?
Grzebię dalej jeszcze kilka minut, lecz uparta szafka buntuje się i daje mi tylko ziemniaki. Ech. No dobra. Co można zrobić z ziemniaków na śniadanie?
Może frytki?
- Ech - wzruszam ramionami. Rozpalam piec, unikając iskier jak ognia (zła metafora, sorki), wyjmuję z kolejnej dawno zapomnianej szafki patelnię, a w międzyczasie obieram ziemniaki i kroję je na kawałki mniej więcej wielkości mojego palca, uważając, by tego palca nie obciąć. Znajduję w bezdennych szafkowych głębinach olej, wlewam na nagrzaną już patelnię, a następnie bezceremonialnie wsypuję frytki. Czekam cierpliwie kilka wieków, co pięćdziesiąt lat przewracając frytki na drugą stronę. W końcu zdarza się cud. Frytki są gotowe. Wysypuję je, jeszcze cieplutkie i roztapiające gębę od środka, na talerz, posypuję mikroskopijną ilością soli, przybliżam widelec..
R-U-M-B-L-E!
- Co jest? - mruczę z gębą zatkaną jedną frytką wielkości mojego gila z nosa (czyli malutką, hyhy), odstawiam frytki z niejakim żalem i wychodzę na dwór. Drepczę za dom, żeby zobaczyć, co to właściwie było. Źródłem hałasu okazał się porozrzucany stos starych garnków.
Chwila. Porozrzucany? Stos? Starych? Garnków? Skąd?
Z prędkością dźwięku biegnę z powrotem do domu. Nie ma nic ciekawszego, Avi żyje, dom cały, tylko jakiś czarny wilczur źre mi frytki-
Ponownie poproszę chwilę. Czarny? Wilczur? W moim domu? Źre mi frytki?
- ODDAWAJ FRYTKI! - ryczę. Pan Czarny Wilczur zauważa mnie, wyszczerza się głupkowato i w ciągu jednej sekundy znika. Tak po prostu. Mrugam zdezorientowana. Nadgryziona frytka lewituje po pomieszczeniu w stylu Przyczajonego Ninja, kierując się ukradkiem w kierunku drzwi.
- Widzę cię - rzucam morderczym tonem. - Masz frytkę w pysku.
Frytka znika, pożarta. Czarny basior ujawnia się i posyła mi uśmiech Jasia Fasoli.
- Dobre robisz frytki - rzuca od niechcenia i daje nura w kierunku drzwi. Mam cichy zamiar pobiec za nim i zamordować go za to, że zeżarł mi pół śniadania, ale plany krzyżuje mi jego nagle zniknięcie. Wybiegam na dwór i ryczę jak ranny bawół.
- Wracaj tu!
Odpowiada mi jedynie pogardliwy szelest. Ech. Wracam ponownie, drepcząc na melodię pieśni pogrzebowej. Dziabam frytki widelcem. Źrę niechętnie resztkę śniadania. Coś skrzeczy mi za uchem. Drapię cierpliwie Avi po głowie. Gulgocze cichutko, zadowolona.
Gapię się tępo w ścianę. Za jakie grzechy? Jakie? Jaakie?

Finn?
W końcu XD

----
+ 358 PD
~Maggie

niedziela, 29 lipca 2018

To, że twoja wrażliwość uczuciowa mieści się w łyżeczce od herbaty, nie świadczy o tym, że wszyscy są tak upośledzeni.

Crystal Avasarala
Zwana czasami Kryształkiem
Kobieta | 23 lata | Człowiek | Wojownicy | Heteroseksualna | Lekarz
Ścieżka Medyka
Poziom 2 1017/1500 PD (2017 PD) | 15 punktów
Postać NPC
Kontakt: Merliah [Howrse] ria.sellene@gmail.com [Email]
Autor arta nieznany