Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "To chyba jakiś żart" ❀. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "To chyba jakiś żart" ❀. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 grudnia 2018

Od Ake (do Blade'a) "To chyba jakiś żart" cz.7

   – Nawet nie próbuj żartować – syknęłam. Nogi całkowicie odmówiły mi posłuszeństwa. Usiadłam, chwiejąc się raz w jedną, raz w drugą stronę. Pomału to wszystko zaczęło do mnie docierać. Cholera jasna, JJ był jedynym lisem, którego szczerze kochałam, a bez niego nie miałam już nikogo. Po co on tam polazł? Już dawno miałam okazję, aby przekonać się o tym, że temu typowi odjęło rozum, ale żeby było aż tak źle? I jeszcze te kłamstwa. Cennecie, mieliśmy zrobić Blade'owi jeden śmieszny żarcik, a skończyło się na zamieszaniu w to przywódcy Łowców i przodkowie wiedzą kogo jeszcze. Kuźwa, wydziedziczę go od razu po uratowaniu jego wielkiej dupy.
   – Więc jak, kochanie? Pójdziesz ze mną, czy postanowiłaś jednak zaczekać, aż w końcu i jego truchło znajdzie się na granicy i wtedy będziesz się zastanawiać?
   – Możesz się uspokoić? Zachowujesz się jak bachor, który podłapał coś, co go niezwykle bawi i katuje tym wszystkich dookoła.
   – Masz rację, trochę mnie to bawi.
   – Chyba nie powinno.
   – Tu też, niestety, masz rację.
   Spojrzałam na Soyę, która ukradkiem przysłuchiwała się naszej rozmowie. Cholera, oby i ona sobie czegoś nie ubzdurała. Nie wiem, do czego jest zdolna, jeśli usłyszała te ,,kochania" i ,,słoneczka", jednak skoro udało jej się spłodzić coś takiego jak JJ, to mogłam się spodziewać wszystkiego. Ja pierdolę, nie znam własnej matki.
    – Chodźmy stąd już – mruknęłam. Podniosłam się powoli. Mroczki przed oczami i lekkie zawroty głowy zmusiły mnie do przymknięcia powiek. Chwilę stałam w bezruchu, aż świat przestał wirować. Zdecydowanym krokiem wyszłam z nory, patrząc pytająco na Blade'a, który został w tyle.
    – Twoja matka, czy kto to tam jest, zasługuje chyba na jakieś wyjaśnienia.
    – Nie znam jej tej lisicy. Możemy iść.
   Gdyby nie powaga sytuacji, chyba zaczęłabym się śmiać. Świetna rodzinka, nie ma co. Jeden łazi po terenach wilków cholera wie po co, jego siostra nie ma nic przeciwko, aby ponabijać się trochę z głowy klanu, ponadto twierdzi, że nie zna lisicy mieszkającej razem z nią w jednej norze. Model idealnej rodziny.
   Stresowałam się podwójnie i mimo że starałam się tego po sobie nie pokazywać, średnio mi to wszystko wychodziło. Cholera, miałam nigdy więcej nie spotkać się z przywódcą twarzą w twarz. Ten przezabawny żarcik miał być do tego pierwszą i ostatnią okazją. Podczas gdy ja niemal wychodziłam z siebie, Blade sprawiał wrażenie, jakby to wszystko go nie interesowało. Miałam głupią nadzieję, że o tym nie pamięta, albo przynajmniej nie uważa mnie za jakoś bardzo świrniętą. W każdym razie, czułam się trochę niezręcznie. Bardzo niezręcznie. Cholera, jeszcze nigdy w życiu tak się nie czułam. No, może raz jak wyznałam miłość jakiemuś przypadkowemu szczeniakowi, narażając się tym na śmiech ze strony rówieśników i mojej miłości. To też było strasznie niezręcznie, ale mimo wszystko byłam mała i i nie jedyna, która nieszczęśliwie zakochała się w jakiś nieznajomym.
    Blade, odkąd wyruszyliśmy w drogę, nie odezwał się do mnie ani słowem. Może jednak uważa mnie za świra, za kogoś niewartego rozmowy? Nie znałam go, słyszałam jedynie różne opowieści dotyczące jego zachowania, ale nie wiedziałam, co jest prawdą, a co nie. Niektórzy mówili, że to ponury mruk, inni uważali to za kłamstwo, a każdy z nich zapewne nie zamienił z nim ani słowa. Mam spędzić w jego towarzystwie cały dzień. Pomocy.
    – Jak ja mam się tam zachowywać? – zapytałam w końcu, czując potrzebę przerwania tej ciszy. – No wiesz, chodzi mi o to jego kłamstwo.
     –  Jeśli powiem ci, że mamy wyprowadzić Silvera z błędu, to mnie posłuchasz, czy może już przyzwyczaiłaś się do bycia moją partnerką?
     – Chcę tylko odzyskać brata. – Chwila milczenia. Chyba wiedział, co zaraz powiem. – Nie wiem, czy dobrze myślę – zaczęłam niepewnie, na jego pysk wkradł się pobłażliwy uśmiech – ale jeśli wyda się, że to wszystko było kłamstwem, jeszcze bardziej go pogrążymy.

Blade?
---
451 PD
~mima

piątek, 30 listopada 2018

Od Blade'a (do Ake) "To chyba jakiś żart" cz.6

   Co prawda w pamięci wciąż miałem wyraz pyska lisicy, kiedy to sprzedawałem jej tą jakże zacną historyjkę odnośnie poszukiwania dla niej idealnego partnera mającego zostać ojcem jej dzieci, których rzekomo tak bardzo pragnęła. Wspomnienie to przepełniało mnie nie lada dumą nie tylko ze względu na to, że w pewnym sensie poniżyłem ją przed głową klanu, ale i dlatego, iż tak łatwo dała się wkręcić. Szczerze mówiąc, jeszcze kilka godzin temu w tej mojej chorej makówce pojawił się iście diabelski plan, mający na celu poniżyć ją jeszcze bardziej i to na oczach innych - byłby to odwet za to, że chciała zrobić kompletnego debila ze mnie samego, ze swojego przywódcy. Zanim jednak dopracowałem tą jakże interesującą wizję zemsty, moje plany pokrzyżowane zostały przez inne wydarzenie, jak na ironię mające związek właśnie z Ake.
   Nie zwlekając zatem ani minuty dłużej, czym prędzej opuściłem swoje skromne cztery ściany, chcąc tym samym osobiście sprawdzić, czy informacja przyniesiona przez jednego z Cieni była prawdziwa. Niestety, tak jak się tego spodziewałem, żaden lis nie przyszedłby do mnie ze zwykłą plotką czy też kłamstwem wyssanym prosto z pazura, jak to niekiedy bywa w innych klanach. Stając oko w oko z moim dobrym znajomym, w środku aż skręcało mnie od obelg skierowanych pod jego adresem. To było jednak niczym w porównaniu do wściekłości, jaką odczuwałem w stosunku do jednego z członków mojego klanu, który chyba zapomniał, gdzie jego miejsce. Osobnik ten złamał jedną z naszych najważniejszych zasad, a mianowicie dał się złapać. Dał się złapać tym dzikim psom, które chyba jedynie ze względu na chęć utrzymania pokoju nie rozszarpały go jeszcze na strzępy. A teraz ja muszę świecić oczami przed ich królem wielbiącym świeczniki, próbując się w ten sposób jakoś wytłumaczyć z jego zachowania. I po co to wszystko? Po to, by ten - wysłuchawszy mojego jakże przekonującego wywodu na temat jego niewinności - podsumował to wszystko tym, że chciałby jeszcze porozmawiać z siostrą tego nieszczęsnego lisa na temat jego "wychowania". Nosz kurwa mać, to jest jakiś mój pechowy dzień, niczym dla dwunożnych małp piątek trzynastego? Najpierw jedna samica przychodzi do mnie z niemoralną propozycją, zaraz po niej przychodzi następna, która udawała, że też tego chce, a na sam koniec dnia dowiaduję się, iż jeden z naszych dał się złapać wilkom z klanu Silvera, a ja muszę teraz tak to wszystko rozegrać, żeby mi biedaka na części pierwsze nie rozebrali. Ah, o mało nie zapomniałem o moim jakże cudownym poranku, kiedy to zjadłem jakieś halucynki znajdujące się w trzewiach tego biednego zająca. Gorzej być nie może. A jednak nie, może być - w sumie nie wiem, czemu w ogóle ratuję młodemu skórę, skoro po powrocie na tereny naszego klanu osobiście go zabiję. Nie dlatego, że przyniósł nam swego rodzaju wstyd. Dlatego, że powiedział tym wilkom coś, co uratowało mu życie. Życie, które ja osobiście za te słowa mu odbiorę.
   W taki oto sposób dochodzimy do chwili obecnej, podczas której z czystą obojętnością wymalowaną na pysku z cierpliwością oczekiwałem, aż Ake wyjdzie ze swojej nory. Co prawda z początku spotkałem inną lisicę, łudząco do niej podobną, lecz biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności, wolałem udać się tam nie z jej starszą wersją, ale oryginałem. No i nie ma co ukrywać - zdaję sobie sprawę z tego, że być może to właśnie ona szybciej będzie chciała zatłuc swojego kochanego braciszka, niż ja zdążę chociażby mrugnąć.
   - Wybacz, nie potrzebuję ojca dla moich dzieci, znalazłam już sobie kogoś. - Powiedziała od razu, gdy tylko stanęła na pewnych łapach, pazury kryjąc pod opadłymi, uschniętymi liśćmi.
   Normalnie skomentowałbym ten tekst tak samo głupio, jak odezwała się ona, dorzucając jeszcze do tego coś sarkastycznego czy też uszczypliwego. W obecnej sytuacji nie było mi jednak ani trochę do śmiechu.
   - Wierz mi, mam ciekawsze rzeczy do roboty niż udawanie swatki. - rzuciłem obojętnie, mierząc ją uważnym spojrzeniem - Jeden z naszych został nakryty na węszeniu po terytorium Łowców, pójdziesz teraz ze mną i grzecznie wyjaśnisz im, że nie miał złych zamiarów.
   Ta z początku nie zareagowała, patrząc na mnie jak na niespełna rozumu lisa. Zabrała głos dopiero po kilku sekundach, nie starając się nawet ukryć kpiny ani rozbawienia na moje słowa. Może mi wierzyć, niedługo nie będzie jej do śmiechu.
   - A co ja, polityk jestem? - fuknęła, zadzierając pysk do góry - Ty jesteś naszym przedstawicielem, więc to twój obowiązek, nie mój. Poza tym wybacz, ale muszę jeszcze coś zrobić. - skończywszy, odwróciła się i miała zamiar odejść. Kiedy jednak to ja się odezwałem, chyba kompletnie zapomniała, co to też ważnego było dotychczas na jej głowie.
   - To twój brat, JJ bodajże. - i tak jak się spodziewałem, zamarła w bezruchu, patrząc z przerażeniem w moją stronę - Podobno zapuścił się zdecydowanie za daleko jak na przypadkowe przekroczenie granicy, a i mówić za dużo nie chce. Z początku chciałem sam go zabrać, ale Silver koniecznie chce widzieć się z tobą.
   - Ale... - zacięła się, mijając mnie i chcąc zapewne czym prędzej ujrzeć swoje ukochane, młodsze rodzeństwo. Nie widząc zatem większego sensu w staniu niczym słup, ruszyłem za nią, prowadząc w odpowiednią stronę - Co ja mam z tym wspólnego?
   Spojrzałem przelotnie w jej stronę, dostrzegając wyraźną troskę oraz strach wymalowane na jej pysku. Gdyby ktoś był obok mnie, założyłbym się o swój własny ogon, że za kilka sekund będzie chciała go zamordować równie mocno, jak ja sam.
   - Zazwyczaj intruzi są zabijani, a ciała porzucane na granicy klanów jako swoiste ostrzeżenie dla innych. - zacząłem, nie spoglądając w jej stronę mimo iż wiedziałem, że ta na mnie patrzy - Twój braciszek też o tym wiedział, dlatego wcisnął im pewne kłamstwo, które nie podoba się ani mnie, ani zapewne tobie.
   - Co powiedział? - zapytała z przejęciem, po chwili dodając - Jakie kłamstwo?
   Nim odpowiedziałem, westchnąłem głęboko, chcąc jej w ten sposób pokazać, że i mnie ono niezbyt odpowiada.
   - Powiedział, że jeśli go zabiją, wywołają tym samym wojnę między naszymi klanami. Rzucił podobno tekstem, że Blade na pewno nie będzie zadowolony, jeśli jego największy przyjaciel Silver zamorduje jego przyszłego szwagra.
   Poczekałem przez chwilę, aż Ake przyswoi sobie to, co przed chwilą mówiłem. I jak się spodziewałem, zadowolona zbytnio nie była.
   - Jak to "przyszłego szwagra"? - zapytała w końcu z podejrzliwością.
   - Ano szwagra. - rzuciłem po chwili, słabo się uśmiechając - Chcąc ratować własną skórę, wcisnął wilkom kit, że jego siostra będzie niedługo oficjalną partnerką głowy klanu, czyli moją. - nie mogąc się powstrzymać, spojrzałem w jej stronę i dodałem z kpiną - Dobrze wiedzieć, że już mnie uwiązaliście. Kiedy miesiąc miodowy, słoneczko?

Ake? Wybacz czas oczekiwania ;-;
---
523 PD + 5 P
~Mimma

piątek, 19 października 2018

Od Ake (do Blade'a) - "To chyba jakiś żart" cz.5

  Odjęło mi mowę. Nie wiedziałam, jak mam zareagować. Byłam pewna, że Blade wyprosi mnie ze swojej jaskini tuż po usłyszeniu propozycji, a tymczasem wyszło zupełnie inaczej, niż przewidywałam. Dopiero teraz w pełni doszło do mnie, jak bardzo głupi był ten pomysł i jak bardzo głupia byłam ja, zgadzając się na niego. Jedyne, co mi teraz pozostało, to szybkie wycofanie się, zanim sprawy posuną się za daleko. Nie wiem, ile stałam tak, kompletnie zbita z tropu i obmyślałam plan idealnego odwrotu. W końcu poczułam mocne szturchnięcie. Wzdrygnęłam się, zaskoczona.
   – Chodź – powiedział i uśmiechnął się. Wyglądał całkiem zabawnie – uśmiech zupełnie do niego nie pasował, ale w tej chwili nie było mi do śmiechu. 
   Odetchnęłam głęboko i zaczęłam pewnym krokiem, bez słowa, iść w stronę wyjścia. Blade ruszył mną. Zatrzymałam się, patrząc na niego spod przymrużonych powiek.
   – Nie musisz za mną iść, doskonale poradzę sobie sama – powiedziałam chłodno. Miałam tego wszystkiego dość, byłam zła na siebie, na brata, na Blade'a i na wszystko inne.
   – Zaczekaj, miałem ci pomóc w odnalezieniu przyszłego tatusia...
   – Cholera, czego nie zrozumiałeś? – syknęłam i wyszłam, nie zwracając uwagi na jego reakcję. Zapewne się ucieszył. Udało mu się mnie pozbyć szybciej, niż ja sama się spodziewałam.
   JJ rozdrażnił mnie jeszcze bardziej swoim stwierdzeniem, że zakładu i tak nie wygrałam. Spotkanie z matką wypadło źle. Podsumowując, cały dzień był do dupy i byłam najszczęśliwszym stworzeniem w Avfallen, kiedy w końcu mogłam iść spać, przedtem wysłuchując monologu JJ-a o tym, że jestem nie fair wobec mamy. Nie słuchałam do końca, usnęłam prawdopodobnie gdzieś w połowie.

   Obudziła mnie Soya swoim piszczącym głosikiem, który doprowadzał mnie do szału, oznajmiając, że ktoś na mnie czeka, i że to ktoś bardzo ważny. Nie miałam ochoty wstawać, mimo wszystko byłam zaintrygowana, kim mógłby być ów tajemniczy przybysz. Bo, prawdę mówiąc, oprócz JJ-a nikt dla mnie ważny nie był.

   Złość prawie mi już przeszła, jednak kiedy zorientowałam się, kto stoi przed naszą norą, skala zirytowania wzrosła dwa razy bardziej. Blade. Kuźwa, co on tu robi? Na pewno nie przyszedł w poszukiwaniu ojca dla moich dzieci. To jednak przywódca i wątpię, że ma w głowie równie głupie pomysły co ja i JJ. Mogłam spodziewać się tutaj każdego. Każdego, tylko nie jego.
   To chyba jakiś żart.

Blade?
---
276 PD = 5 poziom
~Mimma

piątek, 28 września 2018

Od Blade'a (do Ake) "To chyba jakiś żart" cz.4

Przez naprawdę krótką chwilę patrzyłem na nią i zastanawiałem się czy ta lisica mówi poważnie, czy też kpi sobie ze mnie bez większych zahamowań. W końcu doszedłem jednak do wniosku, że coś musi być na rzeczy. I nie, w podjęciu decyzji wcale nie pomogła mi sylwetka jakiegoś samca chodzącego w pobliżu wejścia do mojej jaskini ani też to, że rozpoznałem postać, która postanowiła złożyć mi tą jakże mało moralną (przynajmniej według mnie) propozycję. Przez chwilę zmusiłem trybiki w mojej głowie do szybszej pracy, starając się w ten sposób czym prędzej przypomnieć jej imię. Kiedy mi się to udało, zaraz za tym jakże krótkim wyrazem wypłynęła lawina pojedynczych, słabo powiązanych ze sobą informacji, które jako całość tworzyły za to coś naprawdę cennego. Ake - rodowita mieszkanka Avfallen, znana przez większość członków klanu z niezbyt przyjaznego nastawienia do uciekinierów z Terry Nihill. Cięty język, wciąż wybujała wyobraźnia niczym u szczeniaka, odwaga godna niejednego samobójcy oraz dobre serduszko. Mieszanka wybuchowa, która w świecie realnym nie ma najmniejszego prawa bytu, a jednak - jak widać, nasza droga lisica żyje i ma się jak najlepiej. Co jeszcze wiem o tej postaci? Pomijając relacje rodzinne, nigdy nie zauważyłem, by zwracała jakąś większą uwagę na samce, nawet w czasie rui. Odpowiadanie na różne podrywy czy też najzwyczajniejszy w świecie flirt - owszem, ale nigdy nie widziałem, żeby robiła do kogokolwiek tak zwane "maślane oczka", jak to mawiają te dwunożne małpy. Nie to, żebym ją śledził czy coś albo o homoseksualizm podejrzewał (dla niewyedukowanych lisów: homoseksualizm to choroba człowieków, które zamiast skupiać się na przetrwaniu gatunku, wolą jedynie wprowadzać organizm w stan ciąży urojonej - nawet samce - poprzez stosunek z osobnikiem tej samej płci. Nie pytajcie mnie, jaki w tym sens ani jak oni to robią, dla lisa to po prostu jakiś odchył od normy). Po prostu stwierdzam fakty, do rzeczy. Nigdy wcześniej nie zauważyłem, by Ake brała udział w naszych "spotkaniach", o ile można tak nazwać zgrupowanie utworzone tylko i wyłącznie po to, by za jakiś czas klan oblegały ciężarne samice. Oczywiście jej obecność była tam obowiązkowa, ale za każdym razem zdołała niepostrzeżenie (a przynajmniej tak sądziła ona) uciec, unikając w ten sposób swojej powinności. Skoro szuka więc ojca dla swoich dzieci, czemu nie wybrała któregoś z tamtych? A poza tym, czemu wyjeżdża mi z takim wyznaniem, skoro sama rui nie ma? Głupia nie jest, doskonale wie, że bez niej raczej dziećków mieć nie będzie. Cała ta sytuacja jest przecież bez sensu, pozbawiona wszelkiej logiki, większego ładu i składu, a poza tym... Wtedy mnie olśniło. Rozgryzłem ją. Nie mogąc się zatem pohamować, pysk wykrzywił grymas nasuwający na myśl ludzki uśmiech. Po złożeniu samemu sobie gratulacji za tak szybkie rozwiązanie zagadki, zacząłem okrążać samicę, wyraźnie wytrącając ją w ten sposób z równowagi oraz pozbawiając wcześniejszej pewności siebie. Chyba nie myślała, że jest aż tak dobrym kłamcą, aby i mnie oszukać - czyli największego kanciarza, jaki mógł się narodzić na tej ziemi.
- Zgoda. - wyszeptałem niskim tonem, "przypadkowo" ocierając się swoją kitą o dolne partie jej ciała - Chcesz dzieci, to je dostaniesz, ale na moich warunkach.
Jej reakcja? Bezcenna. Już po pierwszym słowie natychmiast się wyprostowała - zupełnie jakby sekundę wcześniej połknęła w całości jakiś kij. Dodatkowo w jej oczach można było dostrzec tak wielkie przerażenie, które porównać można jedynie do zobaczenia pola bitwy przez jakieś małe szczenię o słabych nerwach. Głośne przełknięcie śliny również nie pozostawiało większych wątpliwości co do tego, że mój plan ma się jak najlepiej. Nie zamierzałem jednak ani trochę pomóc jej wyjść z tej jakże niezręcznej sytuacji, co to to nie.
- Jakich? - zapytała cicho, kiedy ja przez dłuższy czas nie podjąłem na nowo tematu. 
Strach. To właśnie uczucie można było wyczytać z jej pełnych czystego przerażenia oczu, równie nerwowych ruchów jak i drżącego głosu, który zawieszał się za każdym razem, kiedy tylko dotknąłem jakikolwiek fragment jej skóry. Ehh, te samice... Wszystkie takie same - wystarczy odpowiednio do nich podejść, a te mające mniej oleju w głowie niż ustawa przewiduje od razu dadzą się wykorzystać. Potem mają żal do ojców, że ci nie chcą się zajmować (wysoce prawdopodobnie w takim przypadku) nie swoimi dziećmi. Ake najwidoczniej - i ku jej szczęściu - do takich nie należała, starając się jak najbardziej pokrzyżować moje niecne plany rozpoczynane od niewinnych postępów. A jak zrobić to inaczej, jak nie zbliżyć się do ściany, a tam posadzić swoje szlachetne cztery litery na skalnej posadzce, uniemożliwiając mi w ten sposób kontynuowanie moich "zalotów", chociaż sam osobiście bym ich tak nie nazwał. To była raczej kara za to, że w ogóle odważyła się wejść w moje progi z taką prośbą. Z tak marną prośbą mającą pełnić funkcję pretekstu.
- Sam zdecyduję, ile szczeniąt będziesz wychowywać. Nadmiar, słabe i chore porzucisz albo zabijesz, osobiście. - rzuciłem, odpowiadając w ten sposób na jej pytanie i z dziką satysfakcją zauważając, jak moje słowa na nią wpłynęły - Darmozjadów w klanie nie potrzebujemy. Ponadto, każde z nich przejdzie gruntowne szkolenie, które będzie miało na celu odkrycie i rozwinięcie ich mocy magicznej. Nie będą miały wyboru, wszystkie zostaną wojownikami bez żadnych dyskusji czy też wyjątków. Tymi z kolei, które owych zdolności posiadać nie będą, zajmę się sam. - gardło opuścił niepohamowany, złowieszczy śmiech, który spowodował dreszcze u jakby oniemiałej lisicy - Nie trzeba oczywiście wspominać o tym, że na jednym miocie się nie skończy. Bez względu na to, co będziesz sobie myślała, nie będziesz mogła uzyskać miana prawowitej -  a jak to wy lisice sobie tłumaczycie: jedynej - partnerki. Będziesz jedynie podwładną mającą zaspokajać cielesne pobudki swojego pana, a ojca dzieci, których tak bardzo pragniesz. - i wiedząc, że osiągnąłem już swój cel, postanowiłem zlizać przysłowiową śmietankę, jak to mawiają te dwunożne małpy - No i oczywiście wybiorę też tego biedaka, który będzie ci je musiał zrobić.
Tak, zdecydowanie takiego zakończenia mojego monologu się nie spodziewała. Świadczyło o tym nie tylko jej pełne niedowierzania spojrzenie, ale i postawa ciała, nasuwająca na myśl zdjęcie z jej barków jakiegoś niesamowicie ciężkiego, niewidzialnego brzemienia. Jaka szkoda... Mogłem ją wkręcać trochę dłużej. 
- Co? - wydusiła z siebie wreszcie, mrugając dodatkowo, jakby nadal nie mogła uwierzyć w to, co miało przed chwilą miejsce - Ale jak to? Przecież... -
  Sama powiedziałaś, że szukasz ojca dla swoich dzieci. - rzuciłem, kiedy ta przez dłuższą chwilę nie kontynuowała - Nie zaznaczyłaś, że mam to być ja. Dlatego też spełnię twoje marzenie i znajdę jakiegoś chętnego samca, który będzie cię pieprzył tak długo, aż ci się tych szczeniąt odechce. A w zamian za udawanie swatki, przystaniesz na moje warunki. W końcu chcesz przecież koniecznie potomstwo, nieprawdaż? - i nie czekając na jej reakcję, dodałem wesołym głosem, zmierzając w stronę wyjścia z jaskini - Wspaniale! W takim razie wyruszamy na poszukiwania! 

Ake? :3
---
539 PD + 5 P
~Mimma

wtorek, 11 września 2018

Od Ake (do Blade'a) "To chyba jakiś żart" cz.3

    Czasem poważnie zastanawiam się nad tym, czy całkowicie nie urwać kontaktu z moim bratem, tak jak zrobiłam to z resztą rodziny. Na pewno wyszłoby mi to na dobre, bo wszystkie przypały powstają przez JJ-a i jego beznadziejne albo nietrafione pomysły. Mój brat jest żywym generatorem dziwnych, często krępujących sytuacji, a ja jako jego kochana siostra również zostaję w to wplątana. Nawet jeśli przypał dotyczy stricte mnie, w dziewięćdziesięciu na sto przypadków zapoczątkowany został przez JJ-a. W tym jednym na sto, kiedy on nie ma z tym nic wspólnego, to i tak jego wina.
   JJ wpadł do nory i ledwo zdołał wyhamować, w ostatnim momencie unikając spektakularnego zderzenia ze ścianą. Dyszał ciężko, czemu się wcale nie dziwię, w końcu był zasiedziałą, śmierdzącą kluchą, a bieg na dłuższy dystans, jak przewidywałam, nieźle dawał mu w kość. Jego wyraźne podniecenie sprawiło, że podniosłam się z miejsca, zaciekawiona jakaż to sytuacja była na tyle ważna lub ciekawa, że zmusiła go do przybiegnięcia aż tutaj. Dałam mu chwilę na złapanie oddechu. Namęczył się, bidulka, jak mi go szkoda.
   – Widziałem się z mamą – wypalił w końcu między kilkoma wdechami. – Chce odnowić z nami kontakt.
    Zamurowało mnie. Soya, bo trudno ją nazwać mamą, porzuciła nas tuż po urodzeniu i udawała, że nie mamy ze sobą nic wspólnego przez cztery lata, a teraz tak po prostu chce to wszystko zmienić? Cholera, jak? 
   – Widziałeś się z siostrami? – zapytałam, kiedy w końcu to wszystko do mnie dotarło. 
   – Nie miałem okazji, od razu pobiegłem do ciebie.
   Ta cała sytuacja wydawała mi się tak nierealna, że aż śmieszna. Kto jak kto, ale ona nie wróci, nie po tylu latach. To jakieś nieporozumienie albo kolejny głupi żart mojego brata. Nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Musiała mieć powód. Coś sprawiło, że zdecydowała się na próbę zbliżenia się do nas, tak jakbyśmy byli jej do czegoś potrzebni.
   – Cieszysz się? – zapytał JJ, przerywając niezręczną ciszę. Był śmiertelnie poważny i odsunęłam gdzieś daleko podejrzenia, że to tylko żart.
   – To nieistotne, i tak nie wierzę w jej powrót – mruknęłam. – Jeśli wróci...
   JJ ożywił się, słysząc te słowa. Uśmiechnął się do mnie zachęcająco, abym dokończyła zdanie. Cholera, zdecydowanie nie powinnam tego mówić. Zakład. Doskonale wiedziałam, że z JJ-em nie powinno się zakładać. Mój brat jest tym typem, który jest zdolny posunąć się niemal do wszystkiego, aby tylko nie przegrać i nie raz miałam okazję, żeby się o tym przekonać. Jeszcze jedna próba. Może być ciekawie.
   – Jeśli wróci, przez cały dzień będziesz  zakochana do szaleństwa. – Uśmiechnął się szyderczo. Idiota, doskonale wiedział o tym, że nie potrafię okazywać uczuć, nawet tych nieprawdziwych. Skompromituję się. Miałam tylko nadzieję, że sam pozwoli mi wybrać swoją ofiarę. Oh, jak bardzo się myliłam. – W przywódcy.
   Na chwilę kompletnie mnie zatkało. Chyba mu się coś pomyliło. Mam wyjść na zdesperowaną lalunię przy głowie klanu? Nie, nie jestem jeszcze tak lekkomyślna, żeby się na to zgodzić. Po moim trupie. Poza tym...
    – Umowa stoi – powiedziałam, a jego mina była warta wypowiedzenia tych słów. Byłam niemal stuprocentowo pewna, że Soya nie wróci, bo to graniczyło z cudem. Poza tym, nie mogłam pozwolić sobie na ciągłe docinki ze strony JJ-a, że się boje, jestem taka i owaka. – A ty, co zrobisz, jeśli matka nie wróci.
   – To samo, co ty – rzekł po krótkiej chwili namysłu, na co zareagowałam śmiechem. To zdecydowanie będzie zabawne.
    Zachowywaliśmy się jak szczenięta, wymyślając te idiotyczne zakłady chyba dlatego, że tak właśnie chcieliśmy się poczuć. Beztrosko, żyjąc chwilą i nie zastanawiając się nad konsekwencjami naszych działań. W taki sposób chcieliśmy chociaż na chwilę zapomnieć o naszych problemach, nie martwić się tym, co nastanie w przeciągu kilku dni i na nowo przeżyć dzieciństwo, które brutalnie nam odebrano.

   O tym, że mama zamieszka w naszej norze, dowiedziałam się od JJ-a z samego rana i stwierdziłam, że nie mam zamiaru być przy jej powrocie. Ba, nie miałam zamiaru w ogóle spać z nią w jednym miejscu. O ile kilka dni temu ta cała sytuacja była dla mnie tak nierealna, że niemal obojętna, teraz napełniała mnie złością. W dodatku mój brat nie zapomniał o wymyślonym całkiem niedawno zakładzie, co spowodowało, że mój humor pogorszył się jeszcze o kilka stopni, o ile to w ogóle możliwe.
   Jeszcze tego samego ranka wybraliśmy się do siedziby przywódcy. Co ja, do cholery, robię ze swoim życiem? Wraca ta, która nazywa siebie naszą matką, powinnam być poważna, POWINNIŚMY być poważni, a tymczasem zajmujemy się jakimiś szczeniackimi zabawami. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie nadajemy się na dorosłych. Mogłabym jeszcze odwołać cały zakład, bo co by mi się stało? JJ by się ze mnie ponabijał, a później by zapomniał, ale nie! Ja nie mogę dać mu satysfakcji, a przynajmniej dostałam nauczkę na przyszłość. Nigdy więcej żadnych zakładów, nigdy przenigdy i trzepnijcie mnie mocno, jeśli kiedykolwiek zgodzę się albo, brońcie przodkowie, sama zaproponuję równie bzdurną umowę.
   Przez całą drogę starałam się o tym wszystkim nie myśleć, co będzie to będzie. A dopiero kiedy stanęłam przed wejściem do siedziby Blade'a wątpliwości doskoczyły do mnie jak głodny zwierz. Wojownicy kręcący się w pobliżu mogliby nas zatrzymać, ale nie, wszyscy w okolicy znają tego ofermę JJ-a i wiedzą, że krzywdy klanowi nie zrobi. Słońce dawno przekroczyło już połowę swojej drogi, może to trochę za późno na odwiedziny? Może on nie życzy sobie gości? Jaki Blade w ogóle jest? Nigdy nie miałam okazji, by zamienić z nim chociaż słowo, a teraz wyrobi sobie o mnie złą opinię na starcie. Ale nie wycofam się teraz, co to to nie. Mina JJ-a, jego udawane współczujące spojrzenia sprawiały, że już miałam tam wejść, byłam tuż tuż, a tu z jaskini wypadła rozżalona lisica. Spojrzałam na nią i wnet poczułam się jeszcze bardziej niepewna. JJ tylko uśmiechnął się przepraszająco i lekko popchnął mnie do przodu. Niezgrabnie wpadłam do jaskini, ledwo utrzymując się na nogach. Szybko poczułam na sobie jego wzrok, a później usłyszałam westchnięcie, z którym wcale się nie krył.
   – Daj mi spokój, idę się zabić – mruknął, przechodząc obok mnie obojętnie. To najgorszy moment z możliwych, jeszcze mogę się wycofać...
   – Zaczekaj – powiedziałam twardo, zasłaniając wyjście z jaskini, mimo że byłam od niego o wiele mniejsza. Straciłam ostatnią szansę. Niech się dzieje, co chce.
   Spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym ,,mam nadzieję, że masz jakąś ważną sprawę". Cholera, przecież ja nie przemyślałam sobie żadnych dialogów i kompletnie nie wiem, co mam mówić. Wydawało mi się, że słyszałam cichy śmiech JJ-a. Zapewne wyglądałam jak ryba wyciągnięta z wody, a w tym samym czasie mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Bolą cię nogi? Nie, zbyt prymitywne. Zapamiętaj moje imię...? Nie, zbyt wulgarne. Zdecydowałam się w końcu na najbezpieczniejszą opcję, jeśli w ogóle którąkolwiek można było nazwać bezpieczną. Zapewne już nie raz dostał taką propozycję.
   – Szukam ojca dla moich dzieci.
   – Co wy sobie kurwa myślicie? Nie, nie spłodzę połowy klanu, nie mam zamiaru się z tobą ruchać i nie jestem kurwa łatwy.
   – Ale to mi nie przeszkadza.
   J a p i e r d o l e.

Blade?
show must go on
---
874 PD + 5 P
~Mimma

piątek, 31 sierpnia 2018

[E] Od Blade'a (do Ake) "To chyba jakiś żart" 2/2

  Kiedy w końcu zdjąłem z siebie to diabelskie ubranie, rozprawiłem się z nim przy pomocy pazurów oraz kłów. W rezultacie, zamiast zacnego wdzianka baletnicy w jakże znienawidzonym przeze mnie odcieniu jaskrawego różu, wejście do moich czterech ścian przyozdobione zostało przez liczne konfetti, co rusz przyczepiające się do moich łap. Całe szczęście, przebudzony niedawno wiatr stał się moim wielkim sprzymierzeńcem, gdyż cały ten bałagan zepchnął gdzieś wgłąb otaczającego moje lokum lasu, dzięki czemu miałem jeden problem mniej z głowy. Ciągle rozjuszony jednak po tej nierównej walce z ludzką garderobą, z trudem udało mi się powrócić na swoje posłanie (którym jak na razie był zwykły kamień, ale cóż - może i zderzenia z nim są bardzo bolesne, ale niczego nie żałuję), a jeszcze trudniej ponownie zapaść w drzemkę. Miałem bowiem nadzieję, że kiedy zasnę, ta koszmarna komedia w końcu dobiegnie końca. Jak wiadomo jednak, nadzieja matką głupich, a każda matka kocha swoje dzieci. Mnie musi adorować w szczególności, ponieważ kiedy po raz kolejny otworzyłem oczy, znów stałem się głównym bohaterem jednej z niezbyt lubianych przeze mnie sytuacji. Niestety, tym razem to nie był zwykły sen, a rzeczywistość. Co prawda niejeden samiec będący na moim miejscu byłby wtedy w siódmym niebie, ale nie ja. O co chodzi?
  Jeszcze zanim otworzyłem oczy wiedziałem, że nie jestem w tej jaskini sam. Nie wiedziałem tego jednak z czystego przeczucia czy też dźwięków wydawanych przez układ oddechowy ów osobnika, a już tym bardziej nie doszedłem do tego wniosku, wyczuwając czyiś uważny wzrok na sobie. Obecność ów postaci zdradził bowiem jego, a raczej jej zapach, będący czymś jakby mieszanką bzu oraz piżama, co w połączeniu z charakterystycznym dla lisów zapachem dało mi pewność co do tego, czego mogę się w najbliższym czasie spodziewać. Udając więc wciąż pogrążonego w głębokim śnie, próbowałem odwlec w ten sposób nieuniknione. Niestety, po raz kolejny przekonałem się, że moja przybrana rodzicielka Nadzieja nie zapomniała o swoim ukochanym synalku Naiwniaku. Zamiast bowiem uzyskać święty spokój, nieznajoma wyszeptała wprost do mojego ucha:
- Pora wstać Misiaczku Pysiaczku, czas się trochę zabawić.
  Najpewniej ton jej głosu oraz specjalne przeciąganie wyrazów miało na celu mnie pobudzić oraz w jakikolwiek sposób zmotywować do działania - niestety, dla mnie zabrzmiało to jak odgłos rzygania jednorożca, który zdecydowanie przesadził z tęczową watą cukrową. Czy te babki nie mogą w końcu pojąć, żeby wreszcie się ode mnie odczepiły? Do diabła, ile można przecież wytrzymać ciągłego nachodzenia w wiadomym celu. Błagam, gdybym ulegał za każdym razem, po dwóch latach każdy napotkany na mojej drodze Cień zwracałby się do mnie "tato" albo "dziadku", a to już niezbyt mi się podoba. Przecież jestem młody i piękny, nie mogę być nazywany dziadkiem. Czułbym się wtedy staro i niepięknie.
- To, że nie mamy w klanie wystarczającej liczby samców wcale nie oznacza, że każda samotna samica może przychodzić do mnie. - Rzuciłem bezbarwnym głosem, kiedy ta zaczęła trącać mnie łapą, abym się w końcu obudził.
  Niestety ale fakt, że w ogóle się odezwałem, stał się moim gwoździem do trumny. Na nic bowiem zdały się poprzednie próby udawania pogrążonego w głębokim śnie, skoro teraz pokazałem, że tak naprawdę jestem w pełni przytomny. Na moje nieszczęście lisica nie potrzebowała żadnych kolejnych sygnałów - bez zbędnych ceregieli dosłownie położyła się na mnie, z całą pewnością przypadkowo wdzięcząc swoje dolne partie ciała tuż przed moim nosem. A to, że w tym samym czasie jej kita musnęła mój pysk, było już zupełnie niespodziewane. Ehh, ona była dokładnie taka sama jak te wszystkie chytre lisy, które do tej pory znalazły się na jej miejscu. A żeby było sprawiedliwie, rozprawię się z nią tak samo jak z jej poprzedniczkami, czyli niezbyt przyjemnie. Warto jednak najpierw dać jej szansę na zrezygnowanie z tego jakże absurdalnego pomysłu, bo nie wiem jak inni, ale ja nie mam zamiaru mieć później na głowie wściekłej samicy, której zaloty zostały zbyt szybko odtrącone. Dlatego też, nie zwracając jakiejkolwiek uwagi na wciąż leżącą na mnie lisicę, po krótkim westchnieniu pewnie wstałem z posłania. Wprawiło ją to w nie lekkie zaskoczenie, gdyż najprawdopodobniej nie spodziewała się, iż będę próbował w ogóle opuścić grotę. Świadczył też o tym jej brak reakcji na to, że po zrzuceniu jej ze swojego grzbietu, jak gdyby nigdy nic ruszyłem w stronę wyjścia, nawet nie spoglądając w jej stronę. A ona nic. W porządku, czyli nie zrozumiała tego jakże jasnego moim zdaniem przesłania. Trzeba więc ją uświadomić, co myślę o tym wszystkim.
- Nie masz czasami jakiś obowiązków w klanie, jakiegoś leczenia szczeniaka albo coś w ten deseń? - rzuciłem w jej stronę, nawet nie próbując ukryć znudzenia, po czym dodałem, nie owijając w bawełnę - Przeszkadzasz mi.
  Jak się jednak spodziewałem, ta za nic miała moje słowa. Zamiast bowiem natychmiast mi odpowiedzieć, ta podeszła do mnie powolnym i w jej zamyśle uwodzicielskim krokiem, przy okazji subtelnie ocierając się o moją szyję i bok. Bosz, jakie to tępe. Już nie uparte, a po prostu tępe. Jakie ja lisy w klanie trzymam?
- Przyszłam tutaj dla ciebie, Kochaniutki. - wyszeptała wprost do mojego ucha, kitą pocierając to drugie - Jeżeli chcesz, mogę być twoim prywatnym lekarzem i zbadać cię CAŁEGO. - ostatni wyraz zaakcentowała, a mnie wydawało się nawet, jakby jęknęła.
Słysząc ten tekst już któryś raz z kolei (nie mam bladego pojęcia, czy one wszystkie są takie same, czy po prostu uczą się tych tekstów z tego samego źródła), zapaliłem mentalny zniczyk nad jej rozumem, a raczej miejscem, gdzie widziano go po raz ostatni. Kto by pomyślał, że będąc głową klanu, będzie się chciało wymordować niemalże połowę swoich podopiecznych. Szkoda tylko, że wtedy byłaby sytuacja odwrotna do obecnej - już nie samców byłoby za mało, a samic. A wtedy nie mielibyśmy zbyt dużego wyboru, ale dobra, mniejsza o to. Teraz największym moim problemem nie były te braki, a lisica wciąż znajdująca się w moim lokum i wyraźnie czekająca na coś więcej niż sam zaszczyt oddychania tym samym powietrzem co ja. Nie widząc zatem żadnego innego wyjścia, postanowiłem wziąć sprawę we własne łapy. Nie zwracając jakiejkolwiek uwagi na oburzenie nieproszonego gościa, bez uprzedzenia uwięziłem jej kark w uścisku moich szczęk, tuż po tym wyciągając niczym niesfornego szczeniaka na zewnątrz, przed jaskinie. Dopiero tam postanowiłem ją wypuścić, przy okazji zauważając, iż zapadła już noc. Ulubiona pora wszystkich Cieni.
- Dlaczego to robisz? Przecież doskonale wiem, że tego chcesz. - Wciąż próbowała przekonać mnie do tego, abym jednak jej uległ. Daremnie.
- Nie kręcą mnie samice, które zaliczają samców albo same są przez nie zaliczane. Szanuj ty się trochę. - Powiedziałem z kpiną, patrząc władczym wzrokiem na leżącą u moich łap lisicę.
- Przecież dla nas to normalne. - odpowiedziała, wstając przy tym z ziemi - Pszczółki zawsze tak robią z kwiatuszkami. Przeskakują z jednego na drugi, od czasu do czasu zostawiając w nich małą niespodziankę. Ty nie chcesz takiej niespodzianki?
  Aha, rozumiem, wszystko jasne. Nie dość, że bez pozwolenia wpakowała swoje cztery litery do MOJEJ jaskini, chodziła po MOJEJ podłodze, leżała na MOIM grzbiecie oraz oddychała MOIM powietrzem, to jeszcze w bezczelny sposób chciała zarządzić MOIMI genami. Cofam to, co wcześniej powiedziałem. Ona nie jest tępa, ona jest po prostu świrnięta. Chyba pogubiła z pięć klepek podczas ostatniej rui, o dwóch poprzednich nie wspominając. Nieźle wkurzony, w świetle obecnych faktów nie miałem nawet najmniejszych oporów do tego, żeby w jakikolwiek sposób się powstrzymywać.
- Czy ja ci wyglądam na męską dziwkę, do kurwy nędzy?! - praktycznie ryknąłem, w dupie mając to, że lisica już patrzyła na mnie ze strachem. Oj, ty dopiero możesz zacząć się bać - Jak śmiesz przyłazić tu do mnie, pakować swoją dupę do mojej sypialni, a potem jak gdyby nigdy nic chcieć się pieprzyć w nadziei na to, że po urodzeniu mi potomka będziesz miała większe przywileje? Zasmucę cię zatem, ale takiej kurwy jak ty nawet kijem bym nie tknął. Poza tym, musisz mieć niezły tupet, żeby mówić o tym prosto z mostu, nie wspominając już o tym, że... - niestety, nie dane było mi dokończyć, gdyż wówczas ta mi przerwała. ONA. MI. PRZERWAŁA.
- Ależ słodziaku ty mój, jak możesz tak o mnie mówić? - powiedziała ze łzami w oczach - Nie jestem żadną...
- Milcz! - mówiłem wcześniej, iż jestem wkurzony? Zmieniam zdanie, ja jestem wkurwiony - Nie dość, że bezczelna, to jeszcze mi przerywa. Zapamiętaj sobie jedno, tępa suko - trzymaj się z daleka ode mnie i mojego domu. Jeśli jeszcze kiedykolwiek zobaczę cię tutaj, bez wahania zabije. Obedrę ze skóry, podpalę, wypatroszę i dopiero wtedy zabiję, żebyś mogła popatrzeć sobie na własne flaki przed śmiercią. Ciesz się, że nie zrobię tego dzisiaj i że nie wywalam cię z klanu, ale wierz mi, iż nie żartuję. A teraz wypierdalaj stąd, póki masz jeszcze jak.
  Całe szczęście móżdżek znajdujący się w jej głowie potrafił jeszcze pracować, bowiem już bez żadnych dodatkowych komentarzy odwróciła się i uciekła gdzieś w głąb lasu, pozostawiając mnie samego sobie. Niestety, nie dane było mi długo cieszyć się tą samotnością, gdyż jej miejsce wnet zastąpił kolejny członek klanu, pojawiający się jakby znikąd. Nie mając jednak najmniejszej ochoty na kolejną rozmowę z (o ironio) następną lisicą, postanowiłem ją jak najszybciej spławić:
- Daj mi spokój, idę się zabić. - Mruknąłem, przechodząc obok lisa obojętnie, z żądzą mordu doskonale widoczną w oczach.

Ake? Wspominałaś coś kiedyś o wątku, so... ;D
---
910 PD + 5 P
~Mimma

[E] Od Blade'a "To chyba jakiś żart" 1/2

  Dobra... Chyba faktycznie mogłem sobie odpuścić tamtego ledwo żywego królika, który najwidoczniej musiał zjeść coś nie ten tego. W przeciwnym wypadku jaki byłby inny powód do tego, że znalazłem go na chwilę przed kopnięciem w kalendarz, wijącego się w ostatnich, pośmiertnych drgawkach, a który nie posiadał żadnych innych cech świadczących o tym, iż wcześniej uciekł jakiemuś innemu drapieżnikowi? Ja jednak, wykazując się niebywałym lenistwem oraz swego rodzaju oszczędnością (nic nie może się przecież zmarnować, prawda?), zamiast upolować sobie coś lepszego oraz znając życie zdrowszego, wolałem napełnić żołądek tym syfem, który praktycznie sam do mnie przyszedł. Gdybym jednak wiedział, jak to się dla mnie skończy, podrzuciłbym go najpewniej mojej zakazanej miłości, czyli szefunciowi Łowców, znanego wszystkim jako nieustraszony oraz budzący postrach wśród dziewic Silver Spirit coś tam coś tam. Wiecie, jakąś kokardkę bym przyczepił, kwiatuszka dołożył i dał jako prezent od cichego wielbiciela. Następnie przyglądałbym się z ukrycia, jaką szopkę odstawił po dragach, jakie mu zafundowałem. Dlaczego tak o tym mówię? Bo nie ma innego wyjaśnienia odnośnie tego, co skonsumował ten nieszczęsny królik na chwilę przed odejściem na tamten świat. Pewnie były to jakieś lewe grzybki halucynki albo coś w tym stylu. Skąd natomiast wiem, że efekt byłby porównywalny do komedii? Odpowiedź: poczułem to na własnej skórze. O czym mówię? Już śpieszę z wyjaśnieniami.
  Po posiłku (którym był ten przeklęty na wieki wieków amen królik), udałem się na standardową już dla mnie drzemkę. Niestety, nim zdążyłem zmarnować w taki oto sposób niemalże całe popołudnie, nieznany mi dotąd hałas wyrwał mnie z jakże błogiego snu. Zrywając się nagle z posłania, zaledwie dwie sekundy zajęło mi znalezienie się na zewnątrz jaskini, wyglądając tym samym źródła owego harmidru. Oczywiście nie po to, by pochwalić tego troskliwego ziomka za to, że dzięki niemu mogę poświęcić jeszcze więcej czasu na zajmowanie się klanem, co to to nie. Mój zamiar był o wiele bardziej, jakby to powiedzieć, zabójczy. Z początku oślepiony przez promienie słońca, dopiero po dłuższej chwili przyzwyczaiłem swój wzrok do ów oświetlenia. Tylko i wyłącznie po to, by zobaczyć... wiewiórkę. Ale nie taką zwyczajną wiewiórę że wiewiórę, którą równie dobrze mógłbym zjeść jako przekąskę. Co prawda była ruda jak wszystkie jej kuzynki, podobnie jak one posiadała również długi, puszysty ogonek, a pyzate policzki były w stanie pomieścić zdecydowanie więcej niż dwa orzeszki. Co więc mnie zaskoczyło? Może zacznijmy od tego, że ta stojąca dokładnie przede mną była na tyle głupia, że nawet nie próbowała uciec. Po prostu, patrzyła się na mnie tymi swoimi oczkami zupełnie, jakbym należał do licznego grona jej pobratymców. Nie to było jednak w tym wszystkim najlepsze, a fakt, iż na brzuszku miała zawieszony... bębenek. Najprawdziwszy w świecie instrument muzyczny, którego te dwunożne małpy zwane ludźmi wykorzystują w nieco większej wersji do różnego typu parad czy jak to się tam zwie, mniejsza o to. W każdym razie, mogłem sobie dać ogon odciąć, że ona posiadała dokładnie taki sam przedmiot i o ile mnie wzrok nie myli, w łapkach trzymała... pałeczki? Mrugając kilkukrotnie, przetarłem dodatkowo łapą oczy chcąc mieć pewność, że te nie próbują wcisnąć mi żadnego kitu. Niestety, nawet po tym ruchu scena rozgrywająca się przede mną nie uległa zmianie, a jakby tego było mało, miałem niebywałą okazję poznać źródło hałasu, który wyrwał mnie ze snu. Okazał się nim być ten niepozorny bębenek, który przy każdym uderzeniu pałeczką wydawał odgłos mogący zbudzić umarłego. Kładąc uszy po sobie, starałem się uratować przed kompletnym ogłuchnięciem. To jednak na niewiele się zdało, a jakby tego było mało, zwierzątko zaczęło grać jeszcze głośniej, chociaż nie myślałem, że to w ogóle możliwe. Będąc co najmniej niezadowolony z tego faktu, już miałem zamiar pożreć tego sierściucha, kiedy ten nagle przestał wygrywać jakąś mało skomplikowaną melodię. Zrobił to tylko i wyłącznie po to, by zaraz po tym przerzucić instrument na grzbiet, a następnie na czterech łapach spierniczyć jak atomówka z kreskówek w pobliskie krzaki. Nie rozumiałem, o co w tym wszystkim chodziło, dopóki nie usłyszałem świstu wiatru nad sobą. Zaciekawiony tym faktem, uniosłem wzrok ku górze. Wówczas błękitne sklepienie nieba przeszył dziwny kształt w kształcie krowy w kapeluszu. "A może to Silver?" - od razu podsunęła mi głowa, dziwnie zainteresowana dzisiaj tym jakże zacnym jegomościem. Wspominam już przecież o nim drugi raz w ciągu niecałych 5 minut, to o czymś świadczy. Chyba mam na jego punkcie jakąś obsesję. Nie poświęcałem jednak tym myślom zbyt dużej uwagi, gdyż ów niezidentyfikowany obiekt latający, zamiast wylądować zgrabnie na ziemi, trafił prosto w koronę rosnącego nieopodal dębu. Niezadowolony z tego faktu (No halo, jak chce sobie drzewa rujnować, to niech sobie do Łowców Silvera idzie, oni i tak wolą krzaki. No i znowu ten Silver! Precz, potworze zakochany w tym pchlarzu, a zamieszkujący moją głowę!), przepełniony przysłowiowym słowiańskim wkurwem i w pełni gotowy do skopania komuś dupska, ruszyłem w stronę "lądowiska" latającego hamburgera. Nim jednak zdążyłem stanąć u stóp wiekowej rośliny, problem ściągnięcia lotnika na ziemię rozwiązał się sam. Jak? Po prostu, zajęta przez niego gałąź złamała się i upadła u moich łap. Przez chwilę w powietrzu unosił się ogromny kłąb pyłu, który po ponownym opadnięciu na ziemię pozwolił mi zobaczyć, kim była ów tajemnicza postać, szwędająca się po terenach Cieni, a na pewno nie będąca żadnym z nich. Chociaż w sumie wątpię, by to coś, co leży aktualnie przede mną, należało do któregokolwiek z klanów. Przywołując zatem najbardziej neutralny wyraz pyska, przemówiłem takim samym tonem:
- Kim jesteś i co do jasnej cholery robisz na ziemi lisów? - mimo iż chciałem zabrzmieć obojętnie, mój głos mnie zdradził, brzmiąc... jak u nastolatka w czasie mutacji? To chyba będzie najlepsze określenie, ale czekajcie no... CO TU SIĘ DZIEJE DO DIABŁA?!
  Niestety, nie dane mi było dalej rozmyślać nad tą sprawą, gdyż w następnej sekundzie nieznajomy postanowił zabrać głos:
- Krasnoludki ukradły mi skarb Leprechaunów. - To były jedyne jego słowa skierowane do mnie, po których wstał z ziemi i zaczął tańcować coś nasuwającego na myśl prośby Indian o deszcz.
  Eee... okey? Dobra, gdzie ta ukryta kamera? Czy tylko mnie wydaje się, że coś tu zdecydowanie jest nie tak? I nie, nie chodzi mi o to, że poniekąd gadam sam do siebie. Pomińmy również lepiej fakt istnienia utalentowanej muzycznie wiewiórki, która sama w sobie jest już wybrykiem natury. Zdecydowanie bardziej powinienem skupić się na tym dziwnym stworzeniu, z lekka przypominające małego człowieczka. Niestety, z pewnością nie należało ono do tego czekoladożernego gatunku, chyba iż jest jakimś nowym etapem ewolucji. Nie widzę bowiem żadnego innego wyjaśnienia co do tego, że zamiast zwyczajnego, papajowatego nosa, ten posiadał słonią trąbę. Dosłownie. Odpowiednia do wzrostu ludzika, unosiła się za każdym razem, gdy ten wykrzykiwał ku niebu jakieś w nieznanym mi języku słowa. Dodać do tego zielono-czerwone wdzianko ze sznurem okrągłych dzwoneczków, szpiczastą czapkę z pomponikiem oraz sto kilogramów żywej wagi i oto mamy postać, która znajdowała się aktualnie przede mną, a która zaczynała mnie już powoli denerwować. Niewiele zatem myśląc, postanowiłem jak najszybciej wykurzyć go stąd. Jeszcze ktoś pomyśli, że się znamy albo co gorsza przyjaźnimy, a wtedy cały szacun na dzielni poszedłby w piach.
- Ty, baleciarz, widziałem te twoje krasnoludki! - krzyknąłem tym wciąż mutacyjnym głosem, zwracając tym samym jego uwagę i skupiając ją na swojej osobie - Biegły z jakąś skrzynką w stronę granicy terenu Wojowników, w tamtą stronę. - dodałem w ramach wyjaśnień, ruchem pyska wskazując odpowiedni kierunek.
  To jakby natychmiast go otrzeźwiło. Świadczyło o tym nagłe przerwanie tańca na rzecz kilkukrotnego mrugnięcia powiekami, przy czym patrzył tylko i wyłącznie na mnie. Ów stan zawieszenia trwał jednak zaledwie kilka sekund, po których upływie gwałtownie odbił się od ziemi, ponownie wznosząc się w powietrze i przypominając tym samym krowę w kapeluszu, niczym strzała przecinająca błękit nieba zniknął na tle zachodzącego już słońca. I tyle go widziałem. Problem z głowy, teraz niech Carisa się nim zajmie.
  Przez chwilę zastanawiałem się, co mam ze sobą począć. Nie widząc jednak większego sensu w staniu jak ostatni debil na zewnątrz, po krótkim westchnieniu ponownie skierowałem się w stronę swojej jaskini w celu kontynuowania wcześniej przerwanej drzemki. Nim jednak przekroczyłem jej próg, ktoś za moimi plecami krzyknął, że wyglądam uroczo w tutu baletnicy. Nie wiedząc za bardzo, o co chodzi, jakby od niechcenia zerknąłem za siebie. I praktycznie w tym samym momencie zszedłem na zawał, lecz nie z powodu tego, że to była prawda. Ów nieznajomy, po którym nie pozostał żaden ślad, mówił prawdę - tuż za ostatnią parą żeber założony miałem jakiś sztywny kołnierz, który rzeczywiście przypominał nieco to coś, co samice człowieków zakładają do tańca. Nie to było jednak najgorsze, o nie. To coś było RÓŻOWE.
- PRECZ, SZATANIE RÓŻOWOŚCI!!! - uniesionym i już normalnym głosem wydarłem się tak głośno, że chyba całe Avfallen mnie usłyszało.
  Tuż po tym, niczym ostatni oszołom, zacząłem miotać się w każdą z możliwych stron, próbując pozbyć się tego czegoś z mojego ciała, co jak się okazało, do najprostszych zadań nie należało.

---
929 PD + 5 P
~Mimma