piątek, 30 listopada 2018

Od Adrianny (do Venus) "Odsuń się daleko"

   Ktoś mi ukradł torbę. Ktoś ukradł moją jebaną torbę, którą dopiero co kupiłam, i przez którą musiałam odmówić sobie kilku innych przyjemności. Szczęście w nieszczęściu, że nie zdążyłam nic do niej włożyć, a w te lepkie rączki pierdolonego złodziejaszka nie trafiło nic więcej. Jak mogłam nie zauważyć nikogo podejrzanego? Jak mogłam nie zorientować się, że ktoś zabiera mi najcenniejszą rzecz, jaką miałam w tej chwili przy sobie? Oddaliłam się dosłownie na minutkę, a tu – buch! Torby nie ma. Cholera, ile razy muszę się przekonywać na własnej skórze, że na tym świecie żyją tylko takie łachudry?
    Podeszłam już chyba do każdego, kto znajdował się w pobliżu, jednak scenariusz rozmowy ciągle wyglądał tak samo – nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał albo nikt nic nie chciał mi powiedzieć, ponieważ to on został właśnie nowym właścicielem mojej torby.
   Usiadłam na ławce, bezsilnie wznosząc oczy ku niebu. Gdybym tylko miała okazję, bez wahania odcięłabym ręce temu łajdakowi. Niech zgnije sobie z tą torbą. Ludzie w tych czasach nie mają za grosz szacunku do cudzej własności i ciężkiej pracy, która doprowadziła do pozyskania ów własności. Boże, jak to beznadziejnie brzmi, jeszcze w moich myślach.
    – Zapali pani? – Podskoczyłam na dźwięk męskiego głosu, który całkowicie wytrącił mnie z rozmyślań.
    Wzięłam fajkę od nieznajomego, kilka sekund później rozkoszując się momentem ulatującego z ust dymu.
   – Stało się coś? – zagaił mężczyzna. – Wygląda pani na zmartwioną.
   Był chyba niewiele starszy ode mnie. Raz po raz gładził swoją brązową brodę, jego wąs był misternie przystrzyżony, a sam nieznajomy wyglądał na kogoś względnie majętnego.
   – Jeśli już pan pyta – mruknęłam, podając mu fajkę – to przed chwilą straciłam torbę.
   Pokiwał głową, bardzo nieudolnie udając współczucie. Cholera, ludzie są beznadziejni. Mógłby sobie darować.
   – Straszna sprawa – skomentował, a ja zaczęłam zastanawiać się, czy na tym świecie istnieje ktoś bardziej nieszczery. Tak, na pewno istnieje.
    – Straszna czy nie, ja chyba powinnam już pójść – powiedziałam beznamiętnie i poczułam dym okalający moją twarz. Machnęłam ręką, odwróciłam się na pięcie i zaczęłam iść. Nie miałam żadnego planu, chciałam się wyluzować i nie słuchać już żadnych fałszywych wyrazów współczucia.
   Nogi same pokierowały mnie do jednego z barów, w którym ostatnimi czasy dość często bywałam prawdopodobnie dlatego, że tam nikt nikim się nie interesował. Jedni upijali się, a następnie szli podbijać miasteczko, drudzy zupełnie nie przejmowali się tym, że ktoś patrzy jak korzystają z obecności swojego partnera (lub też nie-partnera, to nieistotne).
    Slalomem przemykałam między ludźmi, starając się znaleźć jakiś cichy kącik i w końcu mi się udało. Niemal wcisnęłam się w ścianę, przeklinając pod nosem całe moje życie. Jakaś dziewczyna chyba też chciała spędzić ten wieczór samotnie. Zobaczywszy mnie, wycofała się lekko, jednak po chwili z powrotem ruszyła w moją stronę. Podniosłam brwi. Nie chcę towarzystwa, nie widać? Usiadła obok mnie, kładąc na stoliku kufel miodu, który uprzednio trzymała w ręce. Nie odzywałam się. Wbiłam wzrok w ścianę. Niech sobie stąd pójdzie. Chyba chciała się odezwać. Otworzyła usta, przeczesując włosy ręką, przypadkowo strącając kufel ze stołu. Podniosłam się, patrząc na moją mokrą sukienkę. Kurwa, czy ten dzień nie mógł mi chociaż trochę darować? Wszystko się we mnie skumulowało i czułam, że zaraz wybuchnę. Zacisnęłam ręce w pięści, paznokcie wbiły mi się w skórę jak w gąbkę. Opanuj się, opanuj się, powtarzałam w myślach jak mantrę. Coś do mnie mówiła? Bardzo możliwe, jednak w tym momencie był całkowicie skupiona na poskromieniu moich emocji, aby nie cisnąć w głowę nieznajomej pierwszą rzeczą, która wpadnie mi w ręce.

Venus?
---
339 PD
~Mimma

Od Blade'a (do Ake) "To chyba jakiś żart" cz.6

   Co prawda w pamięci wciąż miałem wyraz pyska lisicy, kiedy to sprzedawałem jej tą jakże zacną historyjkę odnośnie poszukiwania dla niej idealnego partnera mającego zostać ojcem jej dzieci, których rzekomo tak bardzo pragnęła. Wspomnienie to przepełniało mnie nie lada dumą nie tylko ze względu na to, że w pewnym sensie poniżyłem ją przed głową klanu, ale i dlatego, iż tak łatwo dała się wkręcić. Szczerze mówiąc, jeszcze kilka godzin temu w tej mojej chorej makówce pojawił się iście diabelski plan, mający na celu poniżyć ją jeszcze bardziej i to na oczach innych - byłby to odwet za to, że chciała zrobić kompletnego debila ze mnie samego, ze swojego przywódcy. Zanim jednak dopracowałem tą jakże interesującą wizję zemsty, moje plany pokrzyżowane zostały przez inne wydarzenie, jak na ironię mające związek właśnie z Ake.
   Nie zwlekając zatem ani minuty dłużej, czym prędzej opuściłem swoje skromne cztery ściany, chcąc tym samym osobiście sprawdzić, czy informacja przyniesiona przez jednego z Cieni była prawdziwa. Niestety, tak jak się tego spodziewałem, żaden lis nie przyszedłby do mnie ze zwykłą plotką czy też kłamstwem wyssanym prosto z pazura, jak to niekiedy bywa w innych klanach. Stając oko w oko z moim dobrym znajomym, w środku aż skręcało mnie od obelg skierowanych pod jego adresem. To było jednak niczym w porównaniu do wściekłości, jaką odczuwałem w stosunku do jednego z członków mojego klanu, który chyba zapomniał, gdzie jego miejsce. Osobnik ten złamał jedną z naszych najważniejszych zasad, a mianowicie dał się złapać. Dał się złapać tym dzikim psom, które chyba jedynie ze względu na chęć utrzymania pokoju nie rozszarpały go jeszcze na strzępy. A teraz ja muszę świecić oczami przed ich królem wielbiącym świeczniki, próbując się w ten sposób jakoś wytłumaczyć z jego zachowania. I po co to wszystko? Po to, by ten - wysłuchawszy mojego jakże przekonującego wywodu na temat jego niewinności - podsumował to wszystko tym, że chciałby jeszcze porozmawiać z siostrą tego nieszczęsnego lisa na temat jego "wychowania". Nosz kurwa mać, to jest jakiś mój pechowy dzień, niczym dla dwunożnych małp piątek trzynastego? Najpierw jedna samica przychodzi do mnie z niemoralną propozycją, zaraz po niej przychodzi następna, która udawała, że też tego chce, a na sam koniec dnia dowiaduję się, iż jeden z naszych dał się złapać wilkom z klanu Silvera, a ja muszę teraz tak to wszystko rozegrać, żeby mi biedaka na części pierwsze nie rozebrali. Ah, o mało nie zapomniałem o moim jakże cudownym poranku, kiedy to zjadłem jakieś halucynki znajdujące się w trzewiach tego biednego zająca. Gorzej być nie może. A jednak nie, może być - w sumie nie wiem, czemu w ogóle ratuję młodemu skórę, skoro po powrocie na tereny naszego klanu osobiście go zabiję. Nie dlatego, że przyniósł nam swego rodzaju wstyd. Dlatego, że powiedział tym wilkom coś, co uratowało mu życie. Życie, które ja osobiście za te słowa mu odbiorę.
   W taki oto sposób dochodzimy do chwili obecnej, podczas której z czystą obojętnością wymalowaną na pysku z cierpliwością oczekiwałem, aż Ake wyjdzie ze swojej nory. Co prawda z początku spotkałem inną lisicę, łudząco do niej podobną, lecz biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności, wolałem udać się tam nie z jej starszą wersją, ale oryginałem. No i nie ma co ukrywać - zdaję sobie sprawę z tego, że być może to właśnie ona szybciej będzie chciała zatłuc swojego kochanego braciszka, niż ja zdążę chociażby mrugnąć.
   - Wybacz, nie potrzebuję ojca dla moich dzieci, znalazłam już sobie kogoś. - Powiedziała od razu, gdy tylko stanęła na pewnych łapach, pazury kryjąc pod opadłymi, uschniętymi liśćmi.
   Normalnie skomentowałbym ten tekst tak samo głupio, jak odezwała się ona, dorzucając jeszcze do tego coś sarkastycznego czy też uszczypliwego. W obecnej sytuacji nie było mi jednak ani trochę do śmiechu.
   - Wierz mi, mam ciekawsze rzeczy do roboty niż udawanie swatki. - rzuciłem obojętnie, mierząc ją uważnym spojrzeniem - Jeden z naszych został nakryty na węszeniu po terytorium Łowców, pójdziesz teraz ze mną i grzecznie wyjaśnisz im, że nie miał złych zamiarów.
   Ta z początku nie zareagowała, patrząc na mnie jak na niespełna rozumu lisa. Zabrała głos dopiero po kilku sekundach, nie starając się nawet ukryć kpiny ani rozbawienia na moje słowa. Może mi wierzyć, niedługo nie będzie jej do śmiechu.
   - A co ja, polityk jestem? - fuknęła, zadzierając pysk do góry - Ty jesteś naszym przedstawicielem, więc to twój obowiązek, nie mój. Poza tym wybacz, ale muszę jeszcze coś zrobić. - skończywszy, odwróciła się i miała zamiar odejść. Kiedy jednak to ja się odezwałem, chyba kompletnie zapomniała, co to też ważnego było dotychczas na jej głowie.
   - To twój brat, JJ bodajże. - i tak jak się spodziewałem, zamarła w bezruchu, patrząc z przerażeniem w moją stronę - Podobno zapuścił się zdecydowanie za daleko jak na przypadkowe przekroczenie granicy, a i mówić za dużo nie chce. Z początku chciałem sam go zabrać, ale Silver koniecznie chce widzieć się z tobą.
   - Ale... - zacięła się, mijając mnie i chcąc zapewne czym prędzej ujrzeć swoje ukochane, młodsze rodzeństwo. Nie widząc zatem większego sensu w staniu niczym słup, ruszyłem za nią, prowadząc w odpowiednią stronę - Co ja mam z tym wspólnego?
   Spojrzałem przelotnie w jej stronę, dostrzegając wyraźną troskę oraz strach wymalowane na jej pysku. Gdyby ktoś był obok mnie, założyłbym się o swój własny ogon, że za kilka sekund będzie chciała go zamordować równie mocno, jak ja sam.
   - Zazwyczaj intruzi są zabijani, a ciała porzucane na granicy klanów jako swoiste ostrzeżenie dla innych. - zacząłem, nie spoglądając w jej stronę mimo iż wiedziałem, że ta na mnie patrzy - Twój braciszek też o tym wiedział, dlatego wcisnął im pewne kłamstwo, które nie podoba się ani mnie, ani zapewne tobie.
   - Co powiedział? - zapytała z przejęciem, po chwili dodając - Jakie kłamstwo?
   Nim odpowiedziałem, westchnąłem głęboko, chcąc jej w ten sposób pokazać, że i mnie ono niezbyt odpowiada.
   - Powiedział, że jeśli go zabiją, wywołają tym samym wojnę między naszymi klanami. Rzucił podobno tekstem, że Blade na pewno nie będzie zadowolony, jeśli jego największy przyjaciel Silver zamorduje jego przyszłego szwagra.
   Poczekałem przez chwilę, aż Ake przyswoi sobie to, co przed chwilą mówiłem. I jak się spodziewałem, zadowolona zbytnio nie była.
   - Jak to "przyszłego szwagra"? - zapytała w końcu z podejrzliwością.
   - Ano szwagra. - rzuciłem po chwili, słabo się uśmiechając - Chcąc ratować własną skórę, wcisnął wilkom kit, że jego siostra będzie niedługo oficjalną partnerką głowy klanu, czyli moją. - nie mogąc się powstrzymać, spojrzałem w jej stronę i dodałem z kpiną - Dobrze wiedzieć, że już mnie uwiązaliście. Kiedy miesiąc miodowy, słoneczko?

Ake? Wybacz czas oczekiwania ;-;
---
523 PD + 5 P
~Mimma

czwartek, 29 listopada 2018

W chwili, w której cię poznałem, poszedłbym już w drugą stronę.


Adrianna Linde
Znana też jako Cynthia Sorena
Kobieta | 20 lat | Człowiek | Biseksualna | Wojownicy | Krawiec
Ścieżka Wojownika
Poziom 2 232/1500 PD (1232 PD) [Boost +20%] | 10 punktów
Postać NPC
Kontakt: pieciogroszowka [Howrse], Sara#0480 [Discord]
Art by Anna Helme


sobota, 24 listopada 2018

Od Gabriela (do Sorii) "Krwawa rzeka pełna wspomnień utraconych" cz.3

  Gabriel od wczoraj spał jedynie dwie godziny tak normalnie. Nie mógł zasnąć to po pierwsze, po drugie myślał o niej, a po trzecie ganiał go brak senności. Jego myśli wchodziły na niebezpieczny tor. Nie chciał, nie powinien o tym myśleć, ale nie mógł przestać. Był tak ześwirowany, że przez to wszystko przypadkowo trafił pyskiem w drzewo. Uderzył tak mocno, że aż kilka łez mu poleciało. Zawył boleśnie i złapał się za pysk. Bolało.
  Choć to trochę odwróciło uwagę od ciągłych myśli o niej. Bał się jedynie, że zrobił sobie jakąś krzywdę, ale tuż po chwili miał to głęboko. Użył powietrza jak schodów i skrzydeł oraz trampoliny, by móc przenieść się gdzieś indziej, w bardziej przestronne miejsce i jakby to ująć bezpieczniejsze.  Może tym razem nic sobie nie zrobi.
  Bawił się tak do samego rana.
  Później przyszła pora na polowanie, spotkał ja tam. Obserwował ja, ale zajął się swoim zajęciem. Po skończonej robocie ruszył za nią. Akurat też miał iść w tamtym kierunku.
  - Też idę w tym samym kierunku - odpowiedział. Wyminął ją i położył się na polanie. Ziewnął, ale pysk nadal go bolał. Położył ogon bliżej swojego ciała i ogrzewał się na słońcu, mógł zamknąć powieki i chwilę odpocząć.
  - Połóż się, jak chcesz - mruknął.

Soria? Sorki, że tak długo.
---
102 PD
~Mimma

piątek, 23 listopada 2018

Od Ake (do Yumeko) "W świetle księżyca zatoka rozbłyska" cz.8

   Zdrowie Yumeko pogarszało się z minuty na minutę. Zamknęła oczy tak, jakby znowu zapadła w sen – długi i niespokojny, z którego nie tak łatwo się wzbudzić. Trawiła ją gorączka. Mimo starań Robin o ochłodzenie powietrza w lecznicy, Yume pociła się obficie. Wierzgała łapami, czasem bełkotała coś do nosem, jednak nie mogłam zrozumieć ani słowa.
   – Zapewne śni jej się koszmar – mruknęła Robin, nie spuszczając wzroku z miotającej się lisicy. – Przygotuję coś na zbicie gorączki.
   To powiedziawszy, zostawiła mnie sama z pacjentką, która uspokoiła się już nieco. Nie poruszała się tak energicznie, jedynie wciąż mamrotała różne słowa, z których udało mi się rozpoznać jedynie moje imię. Podobno koszmary są nieodłącznym elementem tak silnej gorączki.
  Yume podniosła się niespodziewanie. Pobiegłam do niej, wypytując o samopoczucie i jej zły sen, ta jednak nie była zbyt rozmowa. Odwróciła się i przymknęła oczy. Poczułam się trochę urażona, jednak postanowiłam to zignorować. Trzeba jej wybaczyć, to na pewno nie jest jeden z najprzyjemniejszych momentów w jej życiu.
   Robin wróciła z dziwną substancją, zmuszając Yumeko do picia. Po spożyciu mniej więcej połowy i regularnym krzywieniu pyszczka lisica zaparła się i mimo próśb Robin, nie wypiła ani kropelki więcej. Była cholernie uparta i chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, jak ciężki stan jeszcze tak niedawno przejawiała. Miałam wrażenie, że te wszystkie objawy złagodziły się tak szybko jak nasiliły. To zdecydowanie był bardzo dziwny przypadek choroby. Doskonale wiedziałam, że Yumeko potrafi sama poprawić swój stan zdrowia, ale to chyba niemożliwe, aby zrobić to tak szybko. 
   – W takim razie, może ktoś opowie mi, co dokładnie się wydarzyło? – zapytała, siadając na łóżku, na co Robin zareagowała szybkim ,,Połóż się!". – Wiem tylko tyle, że spadłam z jakimś wodospadem.
  – Byłyśmy razem w jaskini – powiedziałam. Yume obserwowała mnie uważnie. – W pewnym momencie odłączyłaś się i poszłaś do jednej z odnóg, która zakończona była dużą salą. Tam znalazłaś wyjście, jednak było tak silnie i strome, że zsunęłaś się i wpadłaś prosto do wody. Znalazłam cię, wyrzuconą na brzeg.
   – Co ci się śniło? – zapytała ciekawska Robin. – Moja mama zawsze mówiła mi, że niektóre sny podczas gorączki są prorocze.

Yumeko?
---
256 PD
~Mimma

Od Venus (do Karo) "Patrząc w gwiazdy" cz. 2

- Chwila, trawię... - Przyjrzałam się niosącemu mnie mężczyźnie. Czarne, przemoczone włosy, z których co jakiś czas skapywały kropelki, opadając na podłogę lub ramiona chłopaka. Oryginalne, czerwone oczy patrzyły na mnie znudzone. - Może zacznijmy od tego co się stało? - mówiłam lekko skołowania tym, że jakiś nieznajomy facet w ogóle mnie dotyka. A co dopiero niesie.
- Wywaliłaś się i rozcięłaś łeb - odparł niewzruszenie. Dotknęłam lekko pulsującego bólem miejsca. Wzdrygnęłam się i impulsywnie odsunęłam palce od szczypiącego miejsca. Gdy spojrzałam na palce, widniała na nich mała, ale jednak plamka krwi. - Oj nieźle przyjebałam. - Zaśmiałam się i odgarnęłam mokre, czyli znienawidzone przeze mnie włosy z oczu. Z uśmiechem spojrzałam na czerwonookiego. - Możesz mnie już postawić?
- Jasne. - Postawił mnie na ziemi i obdarzył ciekawskim spojrzeniem.
- Jak się nazywa... - Chwile się zastanowiłam czy to powiedzieć, ale co mi tam. - Mój wybawiciel? - wymówiłam z głupawym uśmieszkiem na twarzy.
- Ty czasem nie uderzyłaś się za mocną w tę głowę?
- Nie nic mi nie jest, nie musisz się martwić. - Wyszczerzyłam się i dotknęłam po raz kolejny rany. Tym razem nie oderwałam palców. Rana powoli zaczęła się goić. A kilka minut później został tylko strupek. - Więc jak się nazywasz?
- Karo Yakuza - przedstawił się z dumnie podniesioną głową.
- Miło mi poznać. Venus Crow. - oznajmiłam, wyciągając dłoń w geście przywitania. Towarzyszył mi przy tym uroczy uśmiech.

Karo?

----
128 PD
Owca

czwartek, 22 listopada 2018

Od Karo (do Venus) "Patrząc w gwiazdy"

Godzina dwudziesta druga. Kolejna krwawa noc. Kopnąłem jakiś kamień, który przetoczył się na drugą stronę ulicy. Było ciemno (co za zaskoczenie), a już wtedy otwierały się pierwsze bary. Zasiadłem więc w takowym i poprosiłem wodę. W sumie to i tak jej nie dostałem. Barman miał chyba jakiś zły dzień. Wyszedłem więc i zasiadłem na jakiejś ławce. Zaczęło kropić, a później już lać. Miałem minę w stylu "kurwa mać". Nagle jakaś osoba, których było mało, wywaliła się tuż przed moimi nogami. Chyba nie żyła. Szturchnąłem ją, próbując przywrócić ową kobietę (?) do życia. W sumie to nie odpowiadała. Podniosłem ją i położyłem na mokrej ławce. Okazało się, że w kałuży leżał kamień. Tak, ten co go kopnąłem. Przecięła się w łeb. Super. Poszedłem do lekarza z dziewczyną. W sumie to nawet fajny dzień. W końcu dziewczyna po drodze się obudziła. Tylko, że ona sama chyba nie wiedziała, że się obudziła. Nie uwierzyłem, że o tej godzinie, a była dwudziesta trzecia, ktoś będzie siedział w przychodni. Chyba trzyosobowa kolejka przede mną. Wtedy dziewczyna naprawdę się obudziła. I o tym wiedziała!
- Ależ mnie łeb boli... A tak w ogóle kim jesteś i gdzie jesteśmy? - zapytała się.
- Eeeeeeeeeeeee... Gdzieś na północy wioski, a dokładnie u jakiegoś medyka, bo sobie łeb rozcięłaś - odpowiedziałem.

Venus?

----
104 PD
Owca