niedziela, 6 stycznia 2019

Od Karo (do Morrigan) "...wtedy słyszę czyiś śpiew" cz.5

  Nie wiem co we mnie wstąpiło. Od czternastego roku życia byłem aseksualny po tym jak jedna dziewczyna mnie wystawiła. Wtedy właśnie zacząłem zabijać. Dziewczyna nie odwzajemniała mojego uczucia. Szybko dostałem ciosa w twarz, co było jawnym sygnałem, że nie mam tego kontynuować. Odsunąłem się od dziewczyny, chwyciłem za paczkę fajek i wyskoczyłem przez okno. Nie zauważyłem, że byłem we własnym domu, ale ok. Przywołałem Gołąba, a ten szybko przyleciał na me ramię. 
  - Witaj, przyjacielu - powiedziałem do Gołąba.
  Ten zaskwierczał, a ja wyciągnąłem papierosa. Zapaliłem go swoją super długą zapałką. Nagle przede mną pojawił się ten sam Łysy. W ręce miał swoją laskę.
  - Żarty sobie ze mnie robisz?! - krzyknął.
  - O co ci chodzi? - zapytałem.
  - Nie udawaj! Wiem, że zabrałeś te informacje! - krzyknął znów i zamachnął się swoją laską. Znowu walka... 
  - Sorry, ja już z tym skończyłem! - powiedziałem parując cios. Nagle Łysy kopnął mnie w klatę, a ja runąłem ziemię. Coś wbiło mi się w rękę, na którą się spojrzałem i ujrzałem krew. Wtedy poczułem coś dziwnego, napływ mocy. Spojrzałem na ręce, a te promieniowały czymś fioletowym, w dodatku miały szpony.
  - Co to jest?! - krzyknął (znów).
  Nagle w gościa runął Gołąb. Podbiegłem do Łysego i zapodałem mu ciosa w brzuch. Padł na kolana, wyciągnąłem laskę z jego ręki. W rękojeści był ukryty sztylet, który wpadł w moje ręce. Przebiłem jego serce srebrnym szpikulcem, a ten upadł. Wykrwawił się, a ja w kałuży krwi zobaczyłem swoje odbicie, które nie wyglądało jak ja... Cały "skafander" momentalnie zniknął. Wróciłem do chaty, przez to samo okno, przez które wyszedłem. W moim domu nadal była dziewczyna, która spała, bo jednak nieźle się nawaliliśmy.

Morrigan?
---
134 PD
~Mimma

Od Antoniego (do Venus) "Zagubiona"

*Godzina piąta rano*

Czarnowłosy siedział przy swoim ulubionym stoliku w kącie baru ze swoim nowym zleceniodawcą. Tym razem nie chodziło o zabójstwo, tylko o kradzież. Brat zleceniodawcy miał mieć dziś sprawę w sądzie. Sędzia będzie szedł do sądu między godziną 6:00, a 6:45. W torbie powinien mieć teczkę z dowodami obciążającymi oskarżonego. Zadaniem czarnowłosego było wykradnięcie owej teczki podczas drogi do sądu i następne przyniesienie jej do zleceniodawcy przed 14:00. Antoni wziął zaliczkę i powoli wyszedł z baru. Usiadł na ławce z gazetą w mniej więcej połowie drogi i zaczął czekać. Po zaledwie godzinie na ulice miasta zaczęły wychodzić tłumy ludzi, co stanowiło mały problem w wykonaniu zadania. Shadow przez to będzie musiał wykonać zadanie bardziej skrycie niż planował. Po kilku kolejnych minutach oczekiwany sędzia pojawił się na widoku. Czarnowłosy powoli wstał z ławki i trzymając gazetę, powoli udał się w jego kierunku. Przeszedł obok niego i szybkim ruchem ręki delikatnie wyciągnął teczkę z jego torby i szybko schował pod płaszcz, by ten tego nie zauważył, po czym się oddalił. Z każdym metrem przyspieszał coraz bardziej, aż do marszobiegu, żeby podejrzenia nie poszły w jego stronę, gdyby sędzia-debil skapnął się, że nie ma papierów. Mężczyzna trochę zwolnił dwie ulice dalej przy rynku. Jeszcze było dużo czasu, więc postanowił dokupić kilka rzeczy na kolejne zlecenie, na które miał umówić się za tydzień. Gdy przechodził przez zakręt obok ratusza, wpadła na niego jakaś rozpędzona blond-włosa dziewczyna. Przewróciła się, a ten pod wpływem wstrząsu wypuścił teczkę spod płaszcza. Dziewczyna patrzyła w jego stronę lekko przestraszona, a ten wyciągnął rękę w jej stronę i pomógł jej wstać.
- Mogłabyś następnym razem patrzeć, gdzie idziesz?

Venus?
~Yay, udało się coś napisać ^^ 
Spokojnie, jeszcze się rozkręce.

----
137 PD
Owca

Podsumowanie eventu świątecznego

Hej hej, wprawdzie event skończył się w tamtym roku, ale z tego powodu, iż trzeba było wykonać ładne dyplomy dla uczestników podsumowanie pojawia się dopiero dzisiaj. Może w takim razie od razu przejdźmy do rzeczy.

Na sam początek dziękujemy wszystkim osobom za udział - otrzymają one obiecane P oraz dyplomy, które zostaną wywieszone w "Kąciku Osiągnięć". Niestety, biorących udział nie było za wielu, aczkolwiek cieszymy się, że zainteresowały się eventem nawet osoby spoza bloga.
Tu drobna uwaga - zmieniłyśmy punktację za Finna do 25 P z powodu tego, iż postanowiłyśmy go ukryć i zaszyfrować zagadkami, które miały dość wysoki pozom trudności (*patrzy na Owieczkę*).


sobota, 5 stycznia 2019

Od Venus (do Adrianny) "Odsuń się daleko" cz.2

  Bar, przychodzi się tu, żeby się nachlać, zyskać odwagę czy raczej podnieść poziom swojego debilizmu lub tak jak ja po prostu posiedzieć i pooglądać otaczające społeczeństwo. Ale mam wrażenie, że patrzę od tej gorszej strony. Rozglądałam się po przebywających w lokalu osobach. Niby nic szczególnego. Barman zmęczony życiem i znudzony przecierając kufle wysłuchiwał kolejnej fascynującej, ale widocznie nie dla niego, historii. Parka liżąca się gdzieś z boku. Nawaleni faceci pod stołem, na stole, obok stołu. W skrócie: dużo ludzi. Duchota panująca w pomieszczeniu byłaby nie do zniesienia, ale leciutko chłodnawy miodek wszystko balansował. Miejsce pod ścianą prawie perfekcyjne, tylko trochę daleko do wyjścia. Z doświadczenia, opowieści innych czy też nadgodzinowej pracy mojej wyobraźni, bo standardowo wtedy, kiedy jest potrzebna, to się nie odzywa. Zerknęłam w kufel lekko kręcąc jego zawartością. Mało. Niby alkohole czy inne tego typu pierdoły do mnie nie pasują, ale jedno trzeba przyznać - smaczne. Po pomieszczeniu roznosi się dźwięk otwieranych co chwila skrzypiących drzwi, a raczej dźwięk musi się przebić przez panujący w barze gwar. Chwile potem pomiędzy klientami przeciskała się czarnowłosa, wysoka dziewczyna. Nic nie zamówiła. Przedarła się miedzy tłumem do stolika w rogu niedaleko miejsca, w którym stałam. Była sama, usiadła wciskając się w ścianę jakby była ona jej jedynym, niezastąpionym przyjacielem. Jej wyraz twarzy wskazywał na to, że życia niczym księżniczka z bajki to ona nie posiada. Postanowiłam podejść, może pogadać. Zawahałam się przez chwile, ale lekko przybrałam odwagi przez działanie alkoholu w mojej krwi. Przysiadłam się do niej, odstawiłam swój kufel na drewno. Odgarnęłam przeszkadzające kosmyki moich jak zwykle irytujących włosów i już chciałam coś powiedzieć, ale mój niefart i niezdarność znów postanowiły się ujawnić. Strąciłam kufel. Jego złocista zawartość wydostała się poza naczynie i wylądowała na sukience nieszczęsnej nieznajomej. Dziewczyna gwałtownie wstała.
  - P-przepraszam! - była widocznie zdenerwowana. - Wybacz, wybacz - ciągle powtarzałam. W końcu otrząsnęłam się z lekkiej paniki w którą wpadłam i już opanowania ogarnęłam plan naprawy swojego błędu. Wyjęłam zapałki odpaliłam jedną. - Nie ruszaj się teraz.
  - Co, czemu? Co ty chcesz zrobić?! - pytała zdenerwowana i lekko podniosła głos.
  - Po prostu się nie ruszaj, osuszę ją. - wskazałam na mokrą plamę na sukience. Zebrałam płomień z drewienka i przeniosłam jego cienką warstewkę na wilgny materiał. Ten powoli przestawał być mokry, a w okół zaczął roznosić się przesłodzony zapach z palonego miodu. Czułam na sobie zdziwione ale i pomieszane ze zdenerwowaniem spojrzenie dziewczyny. Gdy skończyłam suszyć materiał przeszłam wzrokiem na twarz dziewczyny. Na moich policzkach pojawiły się zaczerwienienia spowodowane zażenowaniem.
  - Moje pierwsze wrażenie nie wyszło najlepiej... - odezwałam się cicho i z lekko opuszczonym wzrokiem. - Więc może zacznę jeszcze raz jestem Venus. Przepraszam cie jeszcze raz.

Adrianna?
---
216 PD
~Mimma

Od Venus (do Karo) "Patrząc w gwiazdy" cz.4

  Zaczęłam reanimację. Odchyliłam głowę Yakuzy, by udrożnić jego drogi oddechowe, dodatkowo w międzyczasie przyśpieszałam regeneracje prawdopodobnej przyczyny niefortunnego stanu mężczyzny. Po niecałej minucie Karo odzyskał oddech, jego organizm pracował już w całkowicie poprawny sposób. Czarnowłosy odzyskał przytomność. Nadal leżąc na ziemi brał głębokie oddechy. Po chwili podniósł się do siadu i z przytłumieniem próbował rozgarnąć się w sytuacji. Trudno mu się dziwić, jego serce na chwilę stanęło, a do tego zaczął się dusić. Ciężko przy tym zachować jasność umysłu. Nadal łapiąc głębokie oddechy, Karo powoli się uspokajał. Rozgoniłam gapiów krótkim "Wszystko już w porządku". Zdobyłam szklankę z wodą i wróciłam do mężczyzny. Przykucnęłam do siedzącego wciąż na ziemi Karo i podałam mu przedmiot z bezbarwną cieczą.
  - Jak się czujesz? - zadałam pytanie z troską w głosie.
  - Łeb mnie boli. A tak to dobrze. - odburknął.
  - Pokaż. - Przeszłam za niego i odgarnęłam włosy. Po analizie stwierdziłam, że to nie jest nic poważnego mimo, że upadek wydawał się być opłakany w skutkach. Przyłożyłam dłonie do czarnych włosów. Rana utworzona przez upadek powoli zaczęła się sklepiać. Następnie jako pamiątka po bolesnym na pewno spotkaniu z podłogą został tylko strup. 
  - Coś jeszcze?
  - Nie.
  - To dobrze. Uważaj na siebie nie zawsze będę obok - powiedziałam z głupim wyszczerzem na twarzy. Pomogłam mu wstać.
  - To co? Dług spłacony mogę spadać. No to pa niezdaro
  - Kto to mówi... - syknął.
  - Ja się przynajmniej nie zabijam. - pomachałam mu jeszcze na pożegnanie, po czym wyszłam z baru. Nocne niebo przyozdabiały połyskujące gwiazdy. Z westchnięciem powróciłam do wcześniej przerwanej wędrówki. Patrząc w gwiazdy poznawałam nową okolice. Ciekawe czy jeszcze kiedyś się spotkamy?

Wątek zakończony.
---
129 PD
~Mimma

Od Sfory (do Karo) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz. 6

Skulił się mocniej pod ścianą, gdy wstrząsnęła nim fala obrzydzenia. Podciągnął kolana pod brodę, a dłońmi zasłonił oczy, aby nie widzieć krwi rozlewającej się strumieniem po drewnianym podłożu. Stale słyszał jednak obrzydliwe charczenie mordowanych mężczyzn poprzeplatane z krzykami rozpaczy, gdy ból rozdzierał ich ciała na kawałki. Niedaleko upadło truchło, chwilę potem rozbrzmiał przyprawiający o mdłości chrzęst łamanych kości. Ktoś wrzasnął przeraźliwie, aż Sforze zadzwoniło w uszach. Błagał, aby to był jedynie zły sen.
Powóz zatrzymał się z silnym szarpnięciem, mocniej wgniatając Sforę w deski. Z zewnątrz docierały krzyki woźniczych, którzy wydawali sobie szybkie polecenia. Kazali chwytać za kusze, bełty, uważać na jeńców i nie dać się zabić. Coś szczęknęło, coś stuknęło, coś zabrzęczało. Kłódka opadła.
Zacisnął mocniej powieki, próbując powstrzymać się od płaczu. Oparł czoło o zimną ścianę i walczył z potwornymi dreszczami. Nie był już dzieckiem. To wstyd płakać – nawet po cichu; ukrywając się w kącie przed oczami ludzi. Płakali jedynie słabi, a słabych zawsze zjadali silniejsi, więc jeśli chciał przeżyć, musiał ukryć głęboko w sobie wszystkie słabości i zachowywać się jak prawdziwy mężczyzna. Otworzył jedno oko, lecz na widok czyjejś gałki ocznej tuż u stóp, pisnął jak dziewczynka. Mocniej przycisnął plecy do ściany. Wręcz modlił się, aby drewno pochłonęło go w całości i nie pozwoliło oddychać. Skomlał żałośnie. Wydarte z gardła dźwięki ginęły w pobojowisku agonii.
Usłyszał głośne skrzypnięcie zawiasów podczas otwierania drewnianych skrzydeł do powozu. Potem zabrzmiał brzęk metalu i chrzęst naciąganych cięciw w kuszach. Parę strzał śmignęło z głośnym świstem i groty wbiły się w ścianę, obok której Sfora zwijał się w kłębek. Zawył przestraszony, nerwowo drapał połamanymi paznokciami w drewno pod nim. Zaciskał mocno oczy, aby nie widzieć, kiedy i jego przeszyje śmierć, a ból rozpromieni się w całym ciele.
Kulił się jeszcze długo po tym, jak w powozie zapanowała cisza i słychać było tylko gwizd wiatru szalejącego pomiędzy szczelinami drewnianego wozu. W nozdrza wciąż kuł go paskudny swąd ludzkich wnętrzności oraz wymiocin, lecz nie swoich. Tym razem udało mu się utrzymać żołądek na wodzy.
— Nie maż się. — Usłyszał niski głos Karo stojącego na drugim końcu wozu.
Wzdrygnął się przestraszony, ale szybko skarcił się w myślach za tę słabość i zacisnął wychudłe dłonie w pięści. Uchylił powieki, próbując unikać patrzenia na martwe ciała porozrzucane po całym powozie. Wystarczyła mu sama świadomość, że otaczają go posiekane na plasterki trupy. Prawie natychmiast złapał przenikliwe spojrzenie Karo. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, a umysł objął paraliżujący strach, lecz usilnie starał się przybrać równie poważną minę, co on. Zapewne Sfora nie wyglądał nawet w połowie tak groźnie, chociaż żywił dziecinną nadzieję, że przynajmniej można go potraktować poważnie.
— Tak lepiej — powiedział wreszcie Karo po długiej chwili milczenia. Sfora odniósł wrażenie, że ciśnienie w powozie raptownie opadło i wszystko stało się trochę lżejsze do zniesienia, nawet panująca dookoła śmierć.
Podparł się o jedną ze ścian i z trudem stanął na chwiejnych nogach. Kręciło mu się w głowie od szoku, jednak zmusił mięśnie do ruchu. Zaczął zastanawiać się, w jaki sposób ominie porozrzucane dookoła kończyny, jednak mężczyzna nagłym gestem ręki kazał mu się zatrzymać i sam podszedł bliżej.
— Najpierw trzeba zdjąć te łańcuchy, młody — rzekł, podrzucając w dłoni klucz zabrany głównemu celnikowi, a w jego głosie zabrzmiała wyraźna kpina, która oburzyła Sforę do tego stopnia, że zawarczał gardłowo z irytacji. — Mogę cię tu zostawić, jeśli sobie życzysz — mruknął gniewnie.
Dla własnego dobra Sfora zdecydował się zamilknąć, lecz wzrok odwrócił jak obrażona trzpiotka i fuknął cicho pod nosem. Po chwili usłyszał tylko głośne westchnięcie, a wraz z nim nadszedł cudowny szczęk puszczanych kajdan. Ogromna ulga wstąpiła mu na skronie, gdy metal opadł z brzękiem na podłogę, a zaczerwieniona skóra wreszcie przestała piec.
— Teraz możemy uciekać — powiedział Karo, ruszając po zwłokach w stronę wyjścia z wozu.
Sfora zawahał się i przełknął narosłą w gardle gulę. Pot wstąpił mu na kark, gdy niepewnym krokiem podążył przed siebie, uważając, aby nie nadepnąć na części ciała. Dłonią zasłaniał usta, a wzrok skupił na rozplątanych sznurówkach w za dużych butach. Żołądek w najlepsze tańcował kankana i Sfora nie sądził, aby wytrzymał dłużej w tym pogorzelisku.
Ledwo przytomny dotarł do wyjścia i zeskoczył na chwiejnych nogach w piach. Może ze szczęścia, może z nadmiaru wrażeń zakołowało mu się w głowie, zarył kolanami w ziemię, straciwszy równowagę. Mimo to od razu poczuł się lepiej. Świeże powietrze wpadło z impetem w szczypiące od smrodu oczy. Oddech złapał pełną piersią. Pierwszy raz w życiu dziękował za jesienny chłód i wiatr pachnący żywicą, przez które jeszcze parę dni temu szczękał zębami i kulił się po kątach.
Znajdowali się w środku gęstego lasu iglastego. Sfora go nie znał, ale podejrzewał, że nie mogli odjechać za daleko od miasta. Czas, jaki upłynął, odkąd zostawili za sobą głośny zamęt i wielki hałas przeludnionych uliczek, wynosił nie więcej niż półtora godziny. Powrót na pieszo zajmie dłużej, ale Sfora nie miał zamiaru narzekać, pragnął jak najszybciej wrócić do swoich psów, choć wciąż czuł się osłabiony przez uprzednie wydarzenia.
Z trudem podniósł się z piachu i uczynił krok w przód pełen determinacji. Szczęście wypełniło przekrwione oczy i językiem smakował słone powietrze.
Nagle ktoś rozwiał nadzieję Sfory. Złapał za kołnierz kurtki, po czym poderwał z ziemi.
— Lady Madeline dobrze zrobiła, że posłała mnie razem z tymi idiotami. W obecnych czasach większość najemników nie potrafi nawet zasznurować sobie buta. — Tuż obok ucha usłyszał chrapliwy, nosowy głos nieco przypominający rechot ropuchy. Sfora zaskomlał, próbując wyszarpnąć się z uścisku wysokiego, patykowatego mężczyzny. — Nie wspominając o upilnowaniu byle dzieciaka i byle przestępcy — dodał po chwili z wyraźną pogardą w spojrzeniu. Patrzył na umorusaną twarz Sfory, który nieudolnie kłapał szczękami jak wściekły pies. Wyglądał bardziej komicznie niż groźnie. — Obrzydlistwo — skwitował krótko, po czym rzucił chłopca prosto w kałużę błota z boku drogi. Pełnym lekceważenia gestem poprawił równo ścięte kosmyki blond włosów i elegancki, skórzany kaftan, po czym sięgnął do kieszeni po dwa wielkie sztylety. Spojrzał wyzywająco na Karo. — Ty również nie wyglądasz na kogoś wartego uwagi, ale skoro lady Madeline życzy sobie waszej obecności w laboratorium, jestem skłonny zadbać o bezpieczny transport towaru.
Mężczyzna odepchnął się butem od ziemi, wystrzeliwując do przodu jak hart na polowaniu. Szerokie plecy napięły na skórę ubrania i żyły wstąpiły na chudą szyję. Dźwięczny syk ostrzy zabrzmiał, gdy broń starła się z bronią. Karo sprawnie zablokował szarżę i odepchnął mężczyznę do tyłu, po czym zaatakował cięciem prowadzonym od biodra wzdłuż piersi. Drasnął jedynie kombinezon. Mężczyzna odskoczył do tyłu, nim Karo zdążył pchnąć całe ostrze. Zgrabnie przewinął się pod nim i sztyletem ciął bok.
Sfora przełknął ślinę, podnosząc się z błota.
Mężczyzna odsunął się na bok, ukradkiem dłonią sięgnął do kieszeni po małe noże do rzucania. Zamachnął się nimi, celując prosto w Karo, lecz on uniknął ataku, a ostrza wbiły się w ziemię za nim. Ruszył na mężczyznę, a Sforze przerażenie stanęło w piersi, gdy dostrzegł, jak noże do rzucania unoszą się nad ziemię i zaczynają wirować niczym śmiertelny deszcz ze stali.
Krew w żyłach chłopca szumiała mocno, zagłuszając wszystko dookoła. Serce tłukło o żebra w niewyobrażalnie szybkim rytmie, natomiast oddech zdawał się nie nadążać w jego szaleńczym tańcu. Czuł, że drży, pot zaś wstępuje na rozgorączkowane skronie i wpada w rzęsy sklejone od błota oraz płaczu.
Dopiero co uciekł z wozu przeklętego rzeką krwi. Dopiero co udało mu się zrzucić metalowe kajdany i nabrać świeżego powietrza w płuca. Nie wróci tam. Nie wróci! Nie da sobą pomiatać jak głupim szczenięciem! Nie da się znowu zakuć w żelazo i służyć jak niewolnik! Nie da się! Nikt go nie pogoni miotłą! Nie pozwoli sobą wycierać żwiru ani murów! Nie utraci więcej krwi na rzecz uciechy ludzi nieskorych do litości!
Nie pomyślał o Karo, gdy rzucał się w szaleńczą ucieczkę w głąb lasu, uprzednio chwytając w kruchą dłoń kuszę i kilka bełtów porozrzucanych dookoła niej. Nie było mu szkoda człowieka, który dwa razy ocalił mu życie i nie czuł wyrzutów sumienia, gdy zostawiał go samego. Chociaż Sfora miał na karku lat tyle, co kot napłakał, mógł już mówić z doświadczeniem starego człowieka, jaka nieopłacalna wartość skrywała się pod altruizmem.

Koniec wątku, zgodnie z życzeniem. ;)

----
659 PD + 5 P
Owca

Od Sfory (do Bastiana) "I na co to wszystko?"

Otworzył szeroko oczy na widok srebrnej figurki wilka z pięknie lśniącymi rubinami w zagłębieniach na oczodoły. Dumnie wypięta pierś i naprężone do granic możliwości łapy wykonano z tak niesamowitą starannością, że wydawały się wręcz prawdziwe, a śliczne refleksy słońca tańczyły po gładkiej powierzchni masywnego grzbietu i żłobieniach imitujących futro na ogonie. Figurka stała wyeksponowana na jednej ze skrzynek tuż za plecami sprzedawcy. Dookoła niej rozłożono kolorowe, haftowane chusty i kilka innych, bardziej tandetnych ozdóbek z drewna albo brązu.
Sfora, oczarowany małym cudeńkiem, nie zauważył, że otworzył z zachwytu buzię. Dopiero silne szturchnięcie i krótkie przekleństwo kogoś, komu wszedł pod nogi, boleśnie sprowadziło go na ziemię. Sfora szybko zszedł ze środka uliczki i powrócił do swoich fantazji o pełnym brzuchu po sprzedaniu figurki jakiemuś amatorowi sztuki.
Ukradkiem spojrzał na sprzedawcę zajętego rozmową ze starszymi kobietami. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną z parą w łapie, więc Sfora mógł obawiać się nie tyle przyłapania, ile połamanych kości. Przełknął głośno ślinę.
Dzisiaj już mu się oberwało od dwa razy. Najpierw od tęgiego gołowąsa, którego matkę obrobił z kiczowatego drzeworytu za kilka miedziaków. Na szczęście zdążył tylko kopnąć go między łopatki, zanim Sfora zebrał się z ziemi, sypnął podrostkowi piachem w oczy i zniknął w tłumie przekupek. A za drugim razem pogonił go zrzędliwy staruch przy straganie z biżuterią za skromny naszyjnik z bursztynami, jednak wtedy udało mu się wyjść bez szwanku. Tylko dłoń zrobiła się czerwona od pasa.
Sfora zaczął trochę żałować, że pozwolił dumie wziąć górę i zgodził się na głupi konkurs złodziejskiego fachu. Jakby byle wygrana w zabawie o to, kto ukradnie więcej gniotów, miała coś zmienić w jego życiu. Skoro jednak się zobowiązał, wypadało dotrwać do końca. Chociażby dla satysfakcji z głupich min reszty, kiedy zaskoczy ich wszystkich umiejętnościami nabywanymi, odkąd tylko stał się bezdomny. Dzieciak z ulicy nie musiał być gorszy od dzieciaka z domu i wciąż czuł się wielce urażony, że rówieśnicy bezczelnie go wyzywali.
Zacisnął chude dłonie w pięści i nabrał powietrze w płuca dla dodania sobie otuchy. Kątem oka zerkną na sprzedawcę, aby upewnić się, że wciąż prowadzi rozmowę z klientami, po czym bezszelestnie prześlizgnął się za stragan. Przykucnął, rozglądając się nerwowo dookoła. Jakiś starszy mężczyzna oglądał malowane chochle, obok kłóciły się dwie kobiety, a po drugiej stronie uliczki płakała mała dziewczynka. Nikt nie zwrócił uwagi na Sforę. Nieco zachęcony po pierwszym powodzeniu, sięgnął po figurkę, a kiedy jego palce zetknęły się z chłodną powierzchnią, pierś napełniła się parszywą dumą oraz dziecięcą radością.
Obrócił się na pięcie, lecz zrobił to tak szybko i nieostrożnie, że nie zauważył stojącej z boku kobiety i wpadł na nią. Zaskoczona krzyknęła krótko, cofając się o krok do tyłu. Nieszczęśliwie zahaczyła czerwonym trzewikiem o leżącą na ziemi belę drewna i z impetem wpadła prosto w piach. Odruchowo złapała się obrusu na kramie obok, a razem z nią poleciał gliniany dzban. Przerażony Sfora stał jak słup soli pośrodku chaosu i wpatrywał się głupio w kobietę. Minęła chwila, zanim zorientował się, że wszystkie oczy są zwrócone w jego stronę. Również oczy kramarza.
— Ty pieprzony sukinsynie! — zawołał niskim, ochrypłym głosem i szybciej niż Sfora mógł się tego spodziewać, wybiegł zza swojego stoiska. W ostatniej chwili udało mu się zacisnąć dłoń na nadgarstku chłopca, który szczekał niemożliwie. Prawie udało mu się wskoczyć między ludzi. Tak niewiele brakło. — Kraść się zachciało, co? Złodziejom takim, jak ty obcina się łapy. Dostaniesz za swoje, głupi bachorze. — Siłą wyrwał Sforze wilczą figurkę i odstawił ją na stoisko. Na chwilę odwrócił się, żeby zawołać do niejakiego Gilberta, aby go zastąpił.
W tym czasie Sfora próbował wykorzystać chwilową nieuwagę kramarza. Gryzł, kopał, bił i warczał. Wciąż jednak nie mógł się wyrwać. Był zbyt słaby w stosunku do dobrej setki żywej wagi.
— Przestań się szarpać, farfoclu, bo pożałujesz — warknął wściekle mężczyzna, po czym pociągnął chłopca w stronę najbliższej komendy strażniczej.
Wydało się, że nie tylko on miał koszmarne nieszczęście. Na miejscu znajdowało się jeszcze kilka innych dzieciaków, z którymi założył się rano o to, kto jest najlepszy w złodziejskim fachu.
I na co mu to wszystko było?

Bastian?

----
332 PD
Owca