środa, 29 sierpnia 2018

[E] Od Kuroshaji'ego (do Zero Two) "Jeziorko przeznaczenia"

  Dzisiejszy dzień miał doprowadzić do pewnego spotkania, które zmieni świat na lepsze... Nie no, ja tylko żartuje, będzie najzwyklejsze spotkanie, które pozwoli rozkwitnąć nowej znajomości! Myślicie, że świat się zmieni? Pff, idźcie się kłaniać przed statuetkami bóstw i innego tego typu. Dobra, dość gadania! Czas na trochę życia naszego kochanego Kuroshaji’ego.
  Dzień jak co dzień, Kuro leży i majaczy, że jest zbytnio gorąco. Jęknął przeciągle niezadowolony i odwrócił się na drugi bok. Przycisnął głową do którejś z poduszek ponownie mrucząc z niezadowolenia. Nagle przy łóżku można było słyszeć kroki, dreptanie łap, a także skomlenie. Po pokoju rozległ się głośny, jak i przeciągły pisk bernardyna, kochanego zwierzaka Kuroshaji’ego. Mężczyzna mruknął coś do siebie po czym odwrócił się na drugi bok, aby spojrzeć na Meteora. Pogłaskał go po łbie po czym delikatnie go w niego palnął.
- Nie budź więcej swojego pana – syknął połowicznie zły na zwierzę, ale czego on się mógł spodziewać, tak czy siak był kochany.
  W końcu Kuroshaji zwlókł się ze swego królewskiego łoża. Ponownie spoglądnął na wielką bestię, aby zaraz podnieść się na równe nogi. Począł przeciągać się cały, a jedyne co było słychać to strzelające kości, które przez całą noc się zastały. Ziewnął ostatni raz, przetarł oczy i ledwo żywy ruszył do łazienki, a za nim Meteor. Pies odbił się przed nimi łapami przy umwalce, aby położyć na niej łapy. Dysząc obserwował co robi jego właściciel. Kuroshaji stanął obok bernardyna, przyłożył dłoń do swoich ust i chuchnął. Nie było czuć jakiegoś strasznego smrodu. Może w końcu udało mu się chociaż po części opanować tą moc? Nie chciałby wszystkim chuchać w twarz nie wiedząc nawet o tym iż jego moc działa, a ktoś po prostu cierpi i sztucznie się uśmiecha. Walnął dłońmi o glazurę i warknął do siebie. Napuszył policzki zirytowany bez żadnego konkretnego powodu i przyjrzał się sobie w lustrze. Pierwsze co wpadło mu w oczy to oczywiście jego blizny. Całe oparzone ręce, które tak bardzo go szpeciły. Ułożył lewą dłoń na prawą rękę i przejechał nią po niej. Syknął oburzony swoją urodą. Złapał szczotkę i nałożył pastę po czym zaczął myć zęby. Zerknął na swojego psa, który cały czas na niego patrzył tymi wielkimi ślepiami. Wyciągnął szczoteczkę z ust i wypluł pianę jaka się zebrała do zlewu.
- Tobie też umyć zęby? – zapytał po czym cicho zachichotał.
  Pies pisknął i cofnął się. Kuroshaji podszedł i pogłaskał go po łbie.
- No już, już, wiem że nie lubisz myć zębów... – prychnął, aby zaraz wrócić do mycia własnych zębów.
  Kiedy już skończył opukał jamę ustną. Uczesał się jeszcze, wziął z półki swoją maskę, którą od razu założył i gotowy do dalszego funkcjonowania wrócił do sypialni. Po drodze z korytarza wziął stołek. Postawił go mniej więcej na środku pokoju, następnie podszedł do komody. Otworzył jedną szafkę, która była zapełniona różnorodnymi koszulkami, potem drugą, która mieściła w sobie różne spodnie, a także i trzecią, która chowała jego bokserki, a także skarpety. Wyciągnął wszystko co mu potrzebne. Przebrał się po czym wyciągnął z szafki nocnej bandaże. Usiadł na stołku i począł się nimi obwiązywać. Westchnął, niechętnie to robił, było to nużące, codzienne zadanie, którego nie mógł tak łatwo zignorować. Musiało minąć dobre półgodziny za nim związał to idealnie. W końcu wstał wywalając stołek i wyszedł z pokoju. Okazało się iż w między czasie kiedy skupiał się na wiązaniu Meteor ruszył do kuchni. Grzebał nosem w pustej misce. Uniósł łeb i spojrzał prosząco na Kuroshaji’ego. Ten tylko mlasnął spoglądając na bernardyna i miskę. Podszedł do szafki i otwierając ją nie spodziewał się ataku. Okazało się iż w środku była jaszczurka. Kuroshaji zrobił dziubek obserwując jej poczynania, ta jedynie stanęła na dwóch tylnich łapkach, a przednie skrzyżowała przez co chodzącej mumii opadła szczęka. Nie było tego oczywiście widać przez maskę. Mimo wszystko, nie zmieniało to pewnej rzeczy. Niewychowana jaszczurka wlazła do jego mieszkania, nawet nie wycierając swoich łap przy wejściu! Mruknął coś do siebie po czym odwrócił się i wziął z blatu pudełko. Wyciągnął z niego wykałaczkę. Odłożył opakowanie i wrócił do jaszczurki. Zbliżył patyczek do niej, a ta zaczęła się cofać. Kuroshaji myślał iż już wygrał. Lecz jaszczurka-morderca nie dawała za wygraną. Czemuż morderca? Bo Kuro zauważył leżącą obok muchę, która prawdopodobnie nawet nie była ofiarą tego gada, jednak co poradzić na jego myślenie?    Dalej próbował się pozbyć zielonego zwierzaka, ten jednak tylko łapką uderzył w wykałaczkę próbując zabrać ją mężczyźnię. Trzydziestolatek spojrzał na małą bestię zdenerwowany po czym złapał ją w dłoń i dźgnął delikatnie w plecy.
- Irytujesz mnie – stwierdził w stronę gada. Podszedł do okna, otworzył je i położył na parapecie zwierzę – już, zmykaj i nie wracaj, jeśli jednak masz zamiar się tu zjawić pamiętaj o wytarciu łapek, nie mam zamiaru następnym razem po tobie sprzątać..
  Jaszczurka jakby wszystko zrozumiała przytaknęła delikatnie łepkiem i uciekła. Nowy przyjaciel? Kto wie... Podrapał się po głowie patrząc za okno. Wtem usłyszał donośne szczeknięcie bernardyna. Odwrócił się do niego i delikatnie uśmiechnął. W końcu wrócił do szafki i nasypał psu karmę. Jak tylko do miski wleciał pierwszy chrupek Meteor rzucił się na to jakby miał to być jego ostatni posiłek. Kuroshaji wybuchł śmiechem, pies jednakże go olał i dalej szamał. W końcu mężczyzna postanowił zrobić sobie coś do jedzenia, ale widząc składniki jakie posiada szybko się zniechęcił. Może dzisiaj będzie głodować... Przejechał dłonią po swojej twarzy zniesmaczony swoją sytuacją. Rozejrzał się po domu, gdy zauważył wędkę opierającą się o róg pomieszczenia. Ułożył dłoń na podbródku i zaczął zastanawia się nad pewną możliwością. Mógł przecież pójść na ryby. Uznał to za dobrą opcje, więc zaczął się przygotowywać. Po pierwsze, co było dla niego najważniejsze, wyciągnął z szafy kapelusz i okulary przeciw słoneczne, które od razu założył, aby potem nie zapomnieć. Nie zwlekając chwycił także i plecak. Wrócił do kuchni i kucnął, aby dobrać się do szafki z pełnym ekwipunkiem rybaka. Zabrał przynęty i inne potrzebne do łowienia przedmioty. Przy okazji zabrał też coś do picia i klucze od domu. Spakował wszystko bez wahania do dużego bagażu. Założył go na plecy i spojrzał ostatni raz na psa.
- Adios Meteor – powiedział po czym wyszedł z domu, jedynie zamknął jeszcze drzwi na klucz i ruszył ku rybiej przygodzie.
~*~
  Po jakiejś godzinie drogi w końcu Kuroshaji był już blisko jeziora. Poprawił plecak, przeciągnął się i szedł dalej. Nagle coś spowodowało iż odskoczył do tyłu. Gałąź złamała się i upadła u jego stóp. Złapał się za klatkę i wypuścił zdenerwowany powietrze z ust. Spojrzał do góry, jednakże niczego, a tymbardziej nikogo tam nie było. Musiał to być najzwyklejszy przypadek, może drzewo było jakieś chore i wystarczył jeden skok wiewiórki na złamanie tej gałęźi. Wziął głęboki oddech próbując się uspokoić, żeby wystraszyć się takiej błahostki?! Pokręcił głową w niedowierzaniu, że przestraszył się gałązki. W końcu ruszył do przodu, znowu kierując się w stronę jeziora. To przecież był jego cel od dłuższego czasu. Przeszedł przez zarośla i ujrzał piękną taflę wody, słońce odbijało się dodając uroku całemu miejscu. Dookoła wszędzie trawa, drzewa, po prostu najpiękniejsza z możliwych rzeczy – czyli natura. Kuro podszedł do jakiegoś kamienia i usiadł na nim, jako iż był niedaleko wody mógł służyć jako idealne siedzenie. Bo przecież ten trzydziestolatek musiał o czymś zapomnieć... no i musiało to być siedzenie. Burknął coś pod nosem do siebie i spojrzał w stronę wody. Jeszcze wtedy nikogo tam nie dostrzegł. Wyciągnął wszystko – oprócz prowiantu – z plecaka, założył przynęte i poprawiając kapelusz zarzucił wędkę. Obserwował przez chwilę czy coś się nie złapało. Jednak niestety, ale biedak się nie wyspał (jak zawsze) i począł przymykać oczy. Tak też się stało, że z kijem w ręku przysypiał. Jego usta ułożyły się w prostą linie, a on szybko podniósł się do góry. Czekając dalej na jakąś rybę rozejrzał się dookoła siebie. Ziemia, ziemia, ziemia, ubrania, ziemia... ubrania. Kuroshaji wrócił do nich i wytęrzył wzrok, aby dokładniej się im przyjrzeć. Była tam jakaś koszulka, marynarka, a także... kobieca bielizna! Zdjął okulary, aby być pewnym iż się nie przewidział. Okazało się iż ubrania tam na prawdę były. Szybko spojrzał w stronę wody, była tam naga kobieta wynurzająca się z jeziora, a w ustach miała małą rybkę. Spojrzała w jego stronę przez co ten mimowolnie się lekko zarumienił. Nieznajoma bezwstydnie podpłynęła bliżej. Wyszła z wody idąc do mężczyzny. Kuroshaji kątem oka spojrzał na nią. Zamurowało go. Młoda, piękna, a jakże seksowna dziewczyna, cała roznegliżowana stała prawieże obok niego i patrzyła na niego z małym uśmieszkiem. Wypluła rybę, która padła na ziemię. Kuro starał się utrzymywać wzrok na poziomie jej twarzy, jednak zadanie te było jakże trudne iż postanowił szybko odwrócić swoje spojrzenie na taflę. Obserwował czy coś nie złapało przynęty.
- Kim jesteś? – zapytał w pewnym momencie widząc iż kobieta w milczeniu dalej go obserwuje.
- Nazywają mnie Zero Two – zachichotała.
  Zerknął na jej ciało kątem oka po czym mruknął już kolejny raz coś do siebie.
- Kuroshaji Yuwergan, wystarczy Kuro – odpowiedział.
  Nagle poczuł, że coś go ciągnie. Zaczął kręcić kołowrotkiem, aby wyciągnąć rybę. Po chwili męczenia się z morskim stworzeniem udało się. Ryba wyskoczyła z wody, a więc Kuroshaji’emu było łatwiej ją przyciągnąć. Złapał rybę i wrzucił ją do wiadra. Przechylił głowę w bok, przez co sekundę później było słychać zgrzyt. Niczym łamiące kości. Kuro jednak nic się nie stało, był cały i zdrowy. Przypatrzył się Zero Two i westchnął.
- M-Mogłabyś się ubrać?... – zadał jej kolejne pytanie.
  Dziewczyna ponownie zachichotała i przytaknęła. Chyba nie miała zamiaru bawić się z cierpliwością Kuroshaji’ego. W sumie to dobrze dla niej i dla niego. Bo po co sobie nerwy targać bez powodu? Trzydziestolatek odwrócił wzrok od młodej kobiety. W jego głowie zaczęły się pojawiać dziwne fantazje związane właśnie z Zero Two... Ledwo się znali, a on już o takich rzeczach myślał. Oburzył się swoimi myślami i uderzył się w czoło. Jęknął zły, gdy nagle poczuł na swoich plecach kobiecy biust, a na ramionach ręce. Okazało się iż nowa znajoma przytuliła się do mężczyzny. Zamilkł nie wiedząc co powiedzieć ani nawet zrobić. Miał już swój wiek, ale kontakty z kobietami były u niego rzadkością, nawet ledwo ze światem zewnętrznym rozmawiał. Raczej unikał ludzi. Przełknął głośno ślinę i odwrócił niepewnie głowę w jej stronę, gdy ta tylko z uśmiechem na niego patrzyła. Kuroshaji myślał iż zaraz się na niego rzuci lub coś, a ta po prostu go przytulała...
- Ym... musisz być tak blisko? – zadał jej już trzecie pytanie tego dnia.
- Zabronisz mi... Kuro? – szepnęła mu do ucha jego skrót imienia. Przeszedł go przyjemny dreszcz.
  Kontakt z kobietą, nie, młodą dziewczyną to było jak nowe, osiemnastoletnie życie. Wziął głęboki oddech, aby się opanować. Przecież nie mógł dać się jakimś durnym emocjom. Zrozumiałe iż potrzebował jakiejś bliskości, jednak nie mógł się rzucić na nowo poznaną osobę, do której nie ma żadnych emocji, a tymbardziej nie przy cholernym jeziorze! Schował twarz w dłoni, aby Zero Two nie mogła przejrzeć jego odczuć patrząc mu w oczy. Zgrzytał chwile zębami po czym odkładając wędkę ponownie odwrócił się do znajomej.
- Istnieje coś takiego jak przestrzeń osobista... – mruknął. W jego głosie można było dosłyszeć nutkę niepewności, szczerze... Kuroshaji mówił to bardzo niechętnie!
- Jeśli tak bardzo ci to przeszkadza... – różowowłosa zrobiła z ust dziubek – to będę się dalej tulić – zaśmiała się.
  Wredne posunięcie, jednak Kuro postanowił to ignorować. Mimo wszystko podobała mu się bliskość drugiej osoby, ale nie chciał tego przyznać. Przecież jak ktoś taki dumny, jak on, mógłby tak po prostu to powiedzieć? To człowiek sukcesu! Zero problemów, jedynie sukces, za sukcesem! Pomijając ten jeden fakt, tak, było mu dobrze. Podniósł wędkę i postanowił wrócić do łowienia. Mało go obchodziło co dalej zrobi dziewczyna, skupił się na zdobyciu posiłku. Przecież nie jadł dzisiaj nawet śniadania, a więc przydałoby się wrócić do domu i zjeść dobry obiad. Ryba była dobrym wyborem. Założył przynętę i zarzucił wędkę. Razem z Zero Two obserwował cały czas rozwój akcji. Tak przesiedzieli jakieś dwadzieścia minut. Dziewczyna też dalej z niewiadomego powodu nie puszczała mężczyzny. Był taki fajny iż można było się bez problemu do niego kleić? Kątem oka spojrzał na dziewczynę i mimowolnie uśmiechnął się. Oczywiście maska jak zawsze wszystko zakrywała, więc jej mózg nie zapamięta tego widoku. Może kiedyś ujrzy szczery oraz promiennisty uśmiech Kuroshaji’ego. W końcu mężczyzna znowu poczuł jak coś go ciągnie w stronę jeziora. Złapał za uchwyt i kręcił kołowrotkiem. Tak też złapał kolejną rybę. Rzucił wędkę na ziemię. Uniósł rękę i pogłaskał Zero Two, aby zaraz wstać.
- Myślę, że już czas abym zbierał się do domu... może jeszcze kiedyś się spotkamy... – uznał Kuro pakując wszystko do środka.

Zero Two?
---
1394 PD wow = 2 poziom
~Mimma

wtorek, 28 sierpnia 2018

Od Sfory (do Zero Two) "Oczywiście, że musimy umrzeć"

Z głuchym hukiem uderzył plecami o murowaną ścianę obskurnego budynku strażnicy miejskiej. Bezwładnie opadł całym ciałem na piach i zakrztusił się napływającą do gardła krwią, zwijając wpół z bólu. Skomlał i charczał przez zaciśnięte zęby. Wbijał drobne palce w ramiona, jakby za wszelką cenę próbował wyrwać ze swojego ciała całe cierpienie.
— Znowu podskakujesz, łachudro? — powiedział wysoki na dwa metry, ale nieproporcjonalnie chudy mężczyzna. Trącił chłopca czubkiem starego gumiaka i skrzywił się w obrzydzeniu. — Takie ścierwa jak ty powinny sczeznąć w śmieciach — wymamrotał, po czym zamachnął się nogą i kopnął chłopca prosto w brzuch. Sfora zaskomlał głośniej, uderzając głową o ścianę. Zakręciło mu się przed oczami, a gdy spróbował podnieść się na czworaka, znów padł na ziemię pozbawiony sił. Mężczyzna oparł na jego grzbiecie stopę, wciskając Sforę mocniej w piach. — Jesteś taki żałosny. Obrzydzasz mnie — mówił dalej. Kopał chłopca coraz mocniej, a on tylko jęczał przez zaciśnięte zęby i modlił się do bóstw, których znać nie mógł.
Poruszył ustami w bezgłośnej prośbie o pomoc. Szarpnął się krótko na ziemi, próbując wstać, lecz znów poczuł nacisk na łopatki. Padł wzburzając tumany suchego piachu. Miał go w ustach, oczach i nosie. Małe drobinki żwiru piekły oraz drapały niemiłosiernie, ale poza skomleniem i charczeniem, Sfora nie wydał z siebie żadnego szlochu ani nie pozwolił popłynąć łzom.
Nagle z drugiego końca uliczki dobiegło do niego głośne ujadanie psa. Z trudem uniósł głowę i jak przez mgłę dostrzegł wielkiego psa, gnającego w jego stronę. Był to jego wierny przyjaciel, wilczarz irlandzki, wielki na dziewięćdziesiąt centymetrów i niezwykle piękny, dopóki nie posklejała mu się sierść od brudu, błota i piachu. Cudowny, kremowy kolor stał się prawie czarny, a on zaczął przypominać zwykłego, ulicznego włóczęgę.
Doskoczył do mężczyzny, który znęcał się nad Sforą i kłapnął szczęką tuż obok jego uda dla ostrzeżenia. Jak poparzony odskoczył do tyłu, a pies dalej szczekał i warczał, obnażając gniewnie kły. Człowiek przeklął jeszcze parę razy pod nosem, aż w końcu machnął ręką na odchodne, po czym zniknął za zakrętem w swoim sklepie. Sfora spojrzał z wdzięcznością na psa, który rozluźnił się, widząc jak agresor ucieka. Znowu uratował mu życie. Gdyby nie on i cała grupa pozostałych miastowych wyrzutków, nie przeżyłby nawet swojej pierwszej zimy na ulicy, a w ten sposób miał nie tylko ochronę, a także rodzinę.
Pies pacnął nosem chłopca w policzek, aby dodać mu otuchy, a potem łbem pomógł mu podnieść się na nogi. Pozwolił nawet Sforze oprzeć się na grzbiecie i razem ruszyli wgłąb zakamarka. Z trudem dokuśtykał do najbliższej metalowej klapy w ulicy. Nie był teraz bezpieczny na powierzchni. W każdej chwili ktoś znów mógł się do niego dobrać i spuścić mu takie lanie, że umarłby na miejscu.
Razem z psem zszedł do kanału. Cuchnęło tam obrzydliwie. Wszędobylska pleśń i stęchlizna wzbudzały odruchy wymiotne, a mnogo zalęgnięte stada szczurów albo karaluchów wcale nie poprawiały poziomu tutejszego życia. Przez chwilę wpatrywał się w ciemnozieloną wodę zgęstniałą od ohydztwa, jakiego pozbywali się tutaj ludzie, dopóki nie poczuł jak kromka chleba, którą zjadł godzinę temu, próbowała wydostać się z żołądka. Raptownie odwrócił głowę i podpierając się o ścianę, pokuśtykał wzdłuż korytarza.
Nie odszedł za daleko. Ból nasilił się zaledwie parę kroków dalej, tuż przy zakręcie, i przed upadkiem ochronił go tylko pies, który prędko doskoczył do chłopca. Podtrzymał go swoim cielskiem i trwał tak, dopóki Sfora nie wrócił do pionu. Uśmiechnął się w podzięce psiemu towarzyszowi, ale nie powędrował dalej, tylko z cichym jękiem osunął się po ścianie i usiadł na kamiennej podłodze. Nie miał siły się ruszyć. Był zbyt sponiewierany, głodny, spragniony oraz zmęczony. Czuł jak wszystkie jego mięśnie odmawiają posłuszeństwa, choć nawoływał je do pracy. Nawet oddech powoli uciekał mu z płuc. Coraz gorzej widział na oczy, otoczenie rozmazywało się i kręciło we wszystkie strony świata. Potrzebował odrobiny odpoczynku, tylko troszkę.
Zamknął piekące od piachu oczy. Jedynie krótka chwilka snu.
Pies nie pozwolił mu odetchnąć. Natychmiast przywrócił go do przytomności swoim warczeniem. Zastrzygł nerwowo uszami i warował, mocno napinając mięśnie łap oraz grzbietu. Sfora delikatnie dotknął jego karku, po czym wychylił się zza rogu zakrętu.
Ciemność rozstępowała pod wpływem złocistego płomienia w lampie naftowej, którą niósł niski, tęgi mężczyzna. Nie wyglądał na jednego ze szmuglerów albo ulicznych krętaczy, wszak był zbyt bogato ubrany. Miał na sobie dobrze skrojony, ciemny frak, który z daleka wyglądał na uszyty z wysokiej jakości materiału. Koszula o nietkniętej, śnieżnej bieli wydawała się rzucać własny blask i rozjaśniać kanały bardziej od ognia w lampce. Pod kołnierzem wdzięcznie falował elegancki żabot, a czarne, wypolerowane buty aż szkoda było marnować w takim paskudnym miejscu.
Sfora przylgnął mocniej plecami do ściany, gdy z mroku wyłoniła się jeszcze jedna postać. Odgadł po zarysie cienia, że to wysoka dziewczyna o szczupłej, zgrabnej sylwetce. Nie była ubrana jak większość mieszczańskich kobiet. Jej strój składał się z czarnych, skórzanych spodni oraz przylegającej do ciała tuniki w tym samym kolorze. Części garderoby przepasane były grubymi, ciemnymi pasami, a do każdego przypięto mniejsze lub większe kieszonki, w których zapewne skrywała drobną broń. Przemieszczała się szybkimi, zamaszystymi krokami ledwie pół metra za przysadzistym mężczyzną. Czarny płaszcz z kapturem narzuconym na głowę, falował przy każdym jej ruchu.
Przystanęli niedaleko zakrętu, za którym ukrywał się Sfora. Kobieta ściągnęła płaszcz z głowy, a oczom Sfory ukazała się zaokrąglona twarz o kształcie serca z ostro zarysowanym podbródkiem. Na jej czoło opadała prosto ścięta grzywka w kolorze jasnego różu. Nigdy nie widział człowieka z podobnym odcieniem włosów, ale nie to było największą zagadką, ale para czerwonych rogów, wystających spomiędzy kosmyków.
Mężczyzna zaczął pierwszy rozmowę, mówiąc coś o działającym w podziemiach ruchu oporu oraz planowanym zamachu na życie wysoko postawionego bankiera. Sfora zmarszczył brwi. Te informacje musiały być niezwykle cenne, zwłaszcza, że specjalnie dla tej dyskusji udali się w tak obrzydliwe miejsce. Uśmiechnął się pod nosem. Wystarczyłoby znaleźć jedynie odpowiedniego człowieka, który mógłby zapłacić dobrą sumkę za poufne wiadomości. Wreszcie miał okazję zdobyć coś do jedzenia dla siebie oraz swojej psiej rodziny.
Spojrzał na psa z iskierkami w oczach. Gdyby tylko potrafił się jeszcze ruszyć z tego miejsca, bo w obecnym stanie nie mógł odejść za daleko. Ponownie wychylił głowę zza rogu.
Wtedy niespodziewanie przebiegł obok niego szczur z głośnym piskiem, a potem wyskoczył pod nogi dwójki rozmówców, przykuwając ich uwagę. Lecz po chwili obydwoje jak na zawołanie spojrzeli w stronę, z której szczur przybył i dostrzegli chłopca, zanim ten zdążył się schować za ścianą. Z cichym skomleniem podniósł się na nogi i rzucił do biegu, słysząc jak szybko wymieniają się zdaniami, a potem ktoś rusza za nim. Pies pomagał mu jak tylko mógł, ciągnąc za potargane ubrania albo popychając głową, ale Sfora nie odszedł daleko. Dokuśtykał się ledwo do następnego zakrętu, a potem padł na kamienną podłogę. Zauważył jeszcze tylko zarys sylwetki w ciemności oraz psa, który osłaniał go własnym ciałem, potem stracił przytomność.

Zero Two?

----
668 PD
Owca

Od Sfory (do Karo) "A złoto toczy się w krąg - z rąk do rąk" cz 3.

Zaskoczony i zbity z tropu wpatrywał się szeroko otwartymi oczami raz na kilka złotych moment, które wdzięcznie błyszczały z słabym świetle ulicznej latarni, a raz na tajemniczego mężczyznę w płaszczu, który rzucił mu je pod nogi. Trwał w kompletnym bezruchu przez kilka minut, zastanawiając się, czy to nie podstęp. Avfallen, a w szczególności Klan Wojowników, było zimnym i bezdusznym miejscem, gdzie nic nie robiło się za darmo, a ten podejrzany człowiek działał niezgodnie ze wszystkim, czego Sfora nauczył się dotychczas na ulicy.
Odczekał jeszcze parę sekund po zniknięciu dziwnego mężczyzny w większej ulicy za rogiem, po czym znów zerknął niepewnie na pieniądze i ostrożnie schylił się, aby je pozbierać. Wystarczyło do wykarmienia całej psiej rodziny i zostałoby jeszcze trochę dla Sfory, a może nawet ta sumka pozwoliłaby im wyżywić się przez kilka najbliższych dni. Przycisnął złoto do piersi, a potem wrzucił je do kieszonki po wewnętrznej stronie sponiewieranej, podartej koszuli. Sięgnął ręką po leżącą niedaleko kurtkę, którą mężczyzna zdarł z niego w poszukiwaniu swojej własności i niedbale narzucił ją na ramiona.
Zwrócił głowę w stronę czających się w mroku psów, na ich czele stał wilczarz irlandzki z bochnem przypalonego chleba w paszczy. Merdał wesoło ogonem i strzygł uszami na wszystkie strony, a kiedy Sfora posłał mu radosny uśmiech, wyskoczył z wnęki. Za nim popędziło kilka innych czworonogów. Wszystkie naraz doskoczyły do Sfory, a chłopiec głaskał je i klepał po grzbietach.
Razem zwrócili się w drugą stronę ciemnej uliczki, żeby dołączyć do reszty psów, które czekały na powrót pobratymców. Sfora pierwszy raz od wielu tygodni czuł się szczęśliwy, że niósł ze sobą dobre wieści w postaci pieniędzy, którymi wykarmi przyjaciół. Nie mógł się powstrzymać nawet przed nie ukrywaniem promiennego, dziecięcego uśmiechu. Od dawien dawna jego ciało i dusza nie były takie lekkie oraz czyste. Nawet nie pamiętał jakie to uczucie być radosnym, a teraz miał wreszcie okazję sobie przypomnieć. Przelotnie pomyślał o sobie, jak o niezwykle smutnym człowieku, skoro mógł policzyć chwile podobne to tych na palcach jednej ręki.
Razem z psami prześlizgnął się przez szparę w drewnianym ogrodzeniu i czmychnął na tyły starej, opuszczonej już od kilku ładnych lat kamienicy, która sypała się w proch oraz pył. Odszukał w murku dziury częściowo zabitej dechami, a potem wcisnął się w nią i przeczołgał do zniszczonego mieszkania na parterze.
Kiedyś ściany tutaj były obłożone ładną, kwiaciastą tapetą, a podłoga panelami z ciemnego drewna, które pachniały sosną. Natomiast eleganckie, mahoniowe meble, obite miękkimi poduchami z gęsiego pierza, nadawały temu miejscu przytulności. W kącie stał nawet błyszczący fortepian. Obecnie jednak to wszystko wyglądało, jakby ktoś tu wpuścił wielką bestię, a ta z wściekłości zniszczyła całe mieszkanie. Pomiędzy obtartymi płatami tapety oraz dziurami w podłodze lęgła się pleśń, obrzydliwe roje robactwa albo wielkie szczury. A cudowne blaty, kanapy oraz sofy tak bardzo wyczerpał czas, że nie było z nich żadnego pożytku, więc leżały połamane i zepsute po kątach.
Z radością został przywitany przez pozostałą część psiej sfory. Starsze oraz młodsze czworonogi energicznie skakały dookoła niego. Szczekały wesoło, w przerwach lizały drobne, pokaleczone dłonie chłopca i wspinały się po jego podartych łachmanach. Ale kiedy w środku mieszkania pojawił się wilczarz irlandzki z bochenkiem chleba między zębami, zapomniały o Sforze i wygłodniałe rzuciły się w stronę jedzenia. Z ciepłym uśmiechem wymalowanym na twarzy pozwolił im zjeść wszystko, a w duchu postanowił, że rano wybierze się kupić o wiele więcej jedzenia, którym nasycą się wszyscy.
Jakiś czas później wielki wilczarz irlandzki klapnął na podłodze pod ścianą. Sfora ułożywszy się obok, wtulił twarz w jego ciepłą sierść i zasnął.

~*~

Następnego dnia zerwał się skoro świt z myślą, że musi czym prędzej udać się do centrum miasta. Jeszcze słońce dobrze nie wzeszło ponad horyzont, domy wciąż były pogrążone w półmroku i jedynie najwyższe czubki wież lśniły złotym ciepłem w promieniach kolejnego dnia. O budzącym się życiu sugerował tylko dym ulatujący z kominów oraz latarnicy leniwie przeczesujący uliczki z politykami do gaszenia świec w latarniach. Zapowiadał się niezwykły gorąc, powietrze było tak nagrzane, że już o tej porze dnia ciężko szło złapać oddech, a na niebie nie widniała ani jedna deszczowa chmura, zwiastująca ukojenie.
Sfora razem z wilczarzem irlandzkim opuścili swoją kryjówkę już kilkanaście minut temu i kierowali się w stronę dzielnicy, w której przeważały piekarnie oraz sklepy z warzywami. Nadal czuł rozpierającą go radość, lecz zdążył trochę ochłonąć od wczorajszego wieczora i nie szczerzył się na prawo i lewo jak nierozsądny głupiec, który wygrał kozę na loterii.
Zgodnie ze swoim zwyczajem uważnie obserwował otoczenie dookoła, mocno napinając mięśnie w gotowości do ucieczki. Wybierał do przejścia te najmniej zaludnione uliczki i dziś wyjątkowo uważał na podejrzane osoby. Niósł przy sobie prawdziwy skarb, nie mógł pozwolić, aby ktoś mu go odebrał. Wcześniej ukrył złote monety po wewnętrznej stronie koszuli tak, że cały czas czuł ich nacisk na pierś, a mimo to korciło go, aby co rusz sprawdzać dłonią, czy wciąż tam są. Z trudem powstrzymywał się przed tym, pamiętając, że nawet przeciętny złodziej wie jak po gestach rozpoznać skrytkę z dobytkiem.
Skręcił w boczną uliczkę po lewej stronie i na jej drugim końcu kątem oka dostrzegł znajomą sylwetkę. Natychmiast się odwrócił, ale wtedy już nikogo tam nie było, zdołał zauważyć tylko rąbek ciemnego płaszcza znikającego za murkiem. Zamrugał szybko zdezorientowany, po czym spojrzał na psa, który uniósł w zaciekawieniu uszy i przekrzywił na bok łebek. Sfora w odpowiedzi wzruszył ramionami, ale zamiast ruszyć w dalszą drogę po zakupy, popędził w stronę, gdzie przed chwilą widział dziwnego człowieka. Pies poszedł w jego ślady i po chwili obydwoje truchtali przyczajeni w cieniu rzucanym przez budynki.
Gdy mężczyzna przystanął koło jednej z kamienic i dzieliło ich od niego zaledwie kilkadziesiąt metrów, gestem ręki nakazał wilczarzowi irlandzkiemu pozostać w miejscu. Sam skradał się dalej. Nie od razu rozpoznał w nim tego samego zabójcę, darującego mu poprzedniego dnia życie. Nie do końca też wiedział, czy powinien się cieszyć, że znów go spotyka, czy wręcz przeciwnie. Z przymrużonymi oczami obserwował jak człowiek zgrabnie przemykał między kątami. Wyraźnie kogoś śledził.
Sfora pokonał jeszcze większą odległość, stopniowo zbliżając się do mężczyzny. Skrywał się we wnękach, starając, aby cień służył mu jako ochrona. Znajdował się zaledwie kilka metrów od mężczyzny, tak niedaleko. Czmychnął w szczelinę między budynkami, wskoczył na parapet i wdrapał się trochę wyżej, a potem przesuwał powoli po oknach, obserwując go z góry.
Mężczyzna czaił się na wysoką, elegancką kobietę ubraną w skromną, beżową suknię, co sięgała do ziemi. Towarzyszyła jej czwórka dobrze zbudowanych i barczystych mężczyzn w eleganckich mundurach, które na piersiach oznaczono herbami sokoła. W wielkich, wyszytych złotą nicią szponach dusił królika. Sfora nie kojarzył tego rodu szlacheckiego, ale skoro ta kobieta tak bardzo dbała o swoje bezpieczeństwo, musiała być wysoko postawiona.
Chłopiec wychylił się trochę bardziej i nie zauważył, kiedy noga zsunęła mu się z parapetu. Jęknął z zaskoczenia oraz przestrachu, jedną ręką łapiąc się metalowego pręta wystającego ze ściany poniżej. Kobieta wraz z obstawą zwróciła w jego stronę spojrzenie, a potem zerknęła na przyczajonego w cieniu mężczyznę. Gestem ręki nakazała dwóm strażnikom go złapać, a jednemu poleciła pojmać Sforę. Chłopiec przedostał się na niższy parapet, a potem zeskoczył tuż obok zabójcy. Spojrzał na niego przelotnie, zanim rzucił się biegiem w stronę psa.

Karo?
----
707 PD
Owca

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Od Yumeko (do Ake) "W świetle księżyca zatoka rozbłyska" cz. 7

Spróbowałam się skoncentrować, aby nieco użyć magi leczniczej. Nie chciałam, zawalać miejsca w lecznicy i to u Robin na dodatek. Jako tako nic do niej nie mam. Jednak niezbyt za sobą przepadamy. Super ze mnie medyk, po kija pcham się tam, gdzie nie powinnam, przecież nie nadaje się na wojownika. Ja i walka? No błagam. Prosicie się o błazenadę. Tak to jest najlepsze słowo, a może określenie mnie.
Ależ naturalnie dobrze walczę, ale stanowczo lepiej wychodzi mi bycie medykiem. Nawet z małej rośliny, krwi zwierząt oraz nasion mogę zrobić maść, która utrzyma ranę w nienaruszonym stanie, a dodatkowo da nie małe, wzmocnienie. Gdy się tak zastanowić to tylko moja siostra była zdolna wojowniczka. Można nawet rzec, że mnie szkoliła. Choć chciałam, pójść w jej ślady to, wyszło inaczej. Pomyśleć, że z całej rodziny zostałam tylko ja jedna. Spłonęli na moich ślepiach. To jakoś nie boli, gdy o tym się wspomina. Wręcz przeciwnie czuje się niesamowite ciepło. Tak wielkie, jakby oni cały czas przy mnie byli poprzez płomienie. Nie raz, chciałam wskoczyć w płomienie. Tak dokładnie próbowałam wiele razy, ale te za nic mnie nie zraniły. Jedynie czułam otulające ciepło. Takie nieziemskie ciepło. Także, za każdym razem, gdy próbowałam, sobie coś zrobić, wychodziło zupełnie tak, jakby płomienie (czyt. moja rodzina) mnie ratowała.
  Przez to stałam się odludkiem, jedynie obserwowałam inne zwierzęta, jak się jakieś zgubiło, pomagałam odnaleźć tej istotce drogę powrotną. To nieco niepoprawne. Lis, który pomaga innym żyjątkom, a następnie inni na nie polują. Raz wtrąciłam się w polowanie wilków, co dla mnie niezwykle odważne. Użyłam płomieni, aby ich wkurzyć. Chciałam tym samym zwrócić ich uwagę na siebie, żeby żyjątka, które zresztą uratowałam, mogły się ukryć. Przecież następnym razem mogą zostać zabite, co jest przykre. No cóż, ale taka kolej rzeczy, silni polują na słabe osobniki. Co jest moim zdaniem niezwykle przykre.
  Westchnęłam jedynie.
  Ponownie zaczęłam wspominać.
Hmm, mówiłam o wilkach i zabraniu im ich zdobyczy. Cóż, no nie byli sami. Zza drzew wyłonił się chyba nawet ich przywódca, ten jednak nie atakował. Jedynie obserwował wszystko. Dwa wilki zaczęły atakować, na co rzuciłam w nich kulami ognia. Tak, aby tylko ich wystraszyć i nic poza tym. Próbowałam się wycofywać na nasze tereny, ale wtedy nawet przywódca zaczął atakować. Skoczyłam to tu, to tam. Było jeszcze tyle do zrobienia. Patrzyłam czy zwierzęta się pochowały, a gdy to zrobiły ponownie, strzeliła kulami ognia tuż przed nimi. Pojawiła się para, która po chwili opadła. Wilki, nieco się zakręciły i zamiast na mnie rzuciły się na przywódcę. Właśnie wtedy włączyła mi się czerwona lampka. Sygnalizowała, iż ktoś jest w niebezpieczeństwie. Siostra zawsze mówiła, że powinno się chronić innych. Alfa, najwidoczniej był nieco rozproszony. Samica skocznie skoczyła, a tuż po chwilę oba wilki padły żywe, ale nie przytomne.
- Nie zabijaj, ich. Przeszkodziłam im w polowaniu, wybacz mi. - dokładnie takie słowa padły. Jak na lisa, to jestem dość dziwaczna. Nawet nieco się ukłoniłam. To było naprawdę głupie, ciekawe co sobie pomyślał. Zapewne "czy to na pewno jest lis?". Zaśmiałam się w duchu.
Co było dalej, a już wiem. Stanęłam w płomieniach i zniknęłam. To było dziwne, nawet nie wiedziałam, że tak potrafię. Coś niesamowitego. Może znowu będę mogła tak zrobić. Przygoda życia, tylko potem musiałam sobie znaleźć miejsce i odpocząć. Leń ze mnie. Walki to wysiłek, to sporo jak dla mnie. Zbyt delikatna jestem, no ale przecież nie aż tak. Potrafię się obronić i stać się ognistym złem.
Kolejny śmiech. Jak się o tym pomyśli, wydaje się to tak bardzo zabawne i niebywale.
Nagły krzyk, który usłyszałam. Przez niego się od razu zerwałam na równe lapy. Spojrzałam, kto się tak darł. Była to Ake, uniosłam pyszczek i na nią spojrzałam.
- Mówiłam do ciebie.. - oburzyła się i napuszyła. Zaśmiałam się, aby następnie się odezwać. - Sorki, musiałam się skoncentrować, regeneracja trochę trwa. Poza tym pogrążyłam się we wspomnieniach. - mruknęła. Po czym traciła ja pyszczkiem i ruszyła do wyjścia z lecznicy, potrzebowała się przebić. Musiała, zobaczyć co jeszcze ją boli.
Powoli zaczęłam truchtać, a tuż obok mnie pojawiła się Ake. Zatrzymałyśmy się, gdy na granicy wilczej, jak i naszej, był martwy lis i wilk. Zjawił się przywódca wilków. Przez co nieco się wycofałam. Poczułam trochę znajomy zapach. Podobny co wtedy w jaskini. Zmarszczyłam nos i szepnęłam do samicy.
- Pamiętasz, jaskinie. Ten zapach tych ofiar jest taki sam jak w jaskini. Chyba mamy jakiegoś dzikusa. Zabija, dla zabawy. - mruknęłam. Wtedy alfa zwrócił na mnie uwagę. Tuż za nim zobaczyłam coś, wyczulam ponownie ten zapach. Wyciszyłam się, aby wokoło nas utworzyć Wysoka ścianę ognia. Obeszłam tuż przy ogniu, zaledwie dotykałam go ogonem. Próbowałam, wyczuć zapach dzikusa, ale zniknął. Wtedy ogień także. 
- Dziki. - mruknęłam. Nie wiem, czemu, ale się napuszyłam. Mój ogon jarzył się tak samo, jak futro, obchodzą tę dwójkę, zjawiły się inne wilki, jak i lisy. Próbowałam wyczuć inne zapachy. Nie było, innych. Tylko ten jeden. Ponownie zmarszczyłam nos.
Powoli podeszłam do ciał, aby je spalić. Zagrodziłam innym drogę ogniem. 
- Zatruci są, nie zbliżajcie się, bo także padniecie. - warknęłam. To nie było zbyt rozsądne jak na mnie. Gdy ich ciała zostały spopielone. Proch został rozniesiony przez wiatr.
- Dziki, chce wszcząć wojnę. Pozwólcie mi i Ake, się nim zająć. - powiedziałam. Zwróciłam się do Alfy, jak i lisów. Słyszałam, szepty, ale w ostateczności. Dali nam tymczasowe pozwolenie. Jednakże dzikim oba klany, będą mogły się zająć. Co było w sumie w pełni zrozumiałe. Oba klany ucierpiały i straciły towarzyszów.
Spojrzałam na Ake, po czym Alfa wilków nakazał dwóm innym wilkom iść z nami.
***
Po biegu, musiałam stanąć, gdyż poczułam bol. Musiałam się zregenerować. Ake poszła wraz z jednym wilkiem na zwiady, a ja zostałam z drugim. Musiałam się na nim oprzeć, gdyż był nieco wygodniejszy niż jakąś tam ziemia.
- To pewnie, dla was jest dziwne. Musieć współpracować z lisami. - powiedziałam. - Kiedyś na waszym terenie zginął mój brat. Stare lata, ale jakoś nigdy się was nie bałam. - dodałam. Nie wiem, czemu czułam się w samca towarzystwie nieco swobodniej i bezpieczniej. Potrwa to nieco, zamian się wyleczę.
- Ciekawe co z Ake, jak sobie ona radzi. - pomyślałam.

Ake?
---
607 PD = 3 poziom
~Mimma

Od Ake (do Yumeko) "W świetle księżyca zatoka rozbłyska" cz.6

  Korytarz był coraz węższy, utrudniając poruszanie się. Mimo że zdecydowanie nie mogłam zaliczyć wejścia tutaj do moich najlepszych pomysłów, byłam ciekawa, co znajduje się na końcu. Minęłyśmy niewielką, oświetloną jamę. Sprawiała wrażenie, jakby ktoś tam był, ale wolałam tego nie sprawdzać i iść ciągle przed siebie, aby się nie zgubić.
  – Dajesz radę? – zapytałam Yume, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Zatrzymałam się i odwróciłam, co było nie lada wyzwaniem w ciasnym i wąskim korytarzu. Ani śladu lisicy. – Cholera – syknęłam, zdając sobie sprawę z tego, że zapewne skręciła do tamtej jamy. Przecież szłam przed nią, dlaczego się odłączyła i nic mi o tym nie powiedziała?
  Zawróciłam z wielką nadzieją, że siedzi w tej jamie i czeka na mnie, a przynajmniej nie poszła gdzieś albo nie stało jej się coś złego. W tym momencie czułam się za nią odpowiedzialna, bo to ja podsunęłam pomysł, aby tutaj wejść. Do cholery, czy tak trudno jest się mnie pilnować? Przemieszczałam się najszybciej, jak tylko mogłam, pełna najgorszych obaw, które nękały mnie, mimo że zapewniałam się w duchu, że Yume siedzi tam i jest bezpieczna. Powtarzałam to niczym mantrę, ale jak na złość, coraz trudniej było mi w to uwierzyć.
  Weszłam do jamy. Promienie słońca wpadające przez dziurę w sklepieniu nadawały jej niemal przytulny wygląd. Rozejrzałam się po oświetlonej części sali. Ani śladu Yumeko. Zaklęłam pod nosem i podeszłam do ściany. Może jest stąd jakieś inne wyjście? Przemieszczałam się wzdłuż boku jamy, aż nagle moja łapa natrafiła na coś śliskiego. Droga. Czy to możliwe, że Yumeko wyszła właśnie nią? Postanowiłam zaryzykować. Powierzchnia była na tyle śliska, że bez problemu mogłabym zjechać na sam dół, ale uznałam, że bezpieczniej będzie znaleźć inne zejście. W końcu nie miałam pojęcia, co mogło czekać mnie na dole.
  Poszukiwania innego zejścia zakończyły się bezowocnie, toteż delikatnie weszłam na śliską drogę, uczepiając się pazurami, aby nie zjechać. Ku mojemu przerażeniu, nie zdołałam się utrzymać i zaczęłam zjeżdżać. Zamknęłam oczy i modliłam się, żeby Yume była na dole. Nagle poczułam silne zderzenie z wodą. Momentalnie otworzyłam oczy i zaczęłam desperacko ruszać łapami, aby utrzymać się na powierzchni. Zaraz utonę, utonę i taki będzie skutek mojej ciekawości. Kątem oka namierzyłam brzeg. Płyń, płyń, płyń. Moje ruchy szybko odzyskały równowagę, a umysł przestał panicznie wołać o pomoc i kreować najgorsze scenariusze. Bez problemu wyszłam na brzeg i rozejrzałam się w poszukiwaniu Yume. Bezskutecznie. Niepotrzebnie wychodziłam z jaskini, przemknęło mi przez myśl. Yume pewnie nadal jest gdzieś w środku i szuka mnie tak jak ja jej. 
  Moją uwagę przykuł niewielki wodospad. Skoro samica wpadła do wody, może nie udało jej się wydostać na brzeg i popłynęła z nurtem? Wcześniej nie brałam tej opcji pod uwagę, nawet o niej nie pomyślałam, ale jako że już wyszłam z jaskini, powinnam to sprawdzić. Szłam brzegiem, a później znalazłam mniej strome miejsce i zbiegłam tam, gdzie kończył się wodospad. Yume leżała w bezruchu, wyrzucona na brzeg. Przerażona, podbiegłam do niej. Oddychała, ale była nieprzytomna. Przez chwilę zastanawiałam się, jak mam ją przetransportować do medyka. Bo to, że wymagała pomocy lekarskiej, było oczywiste. Ważyła więcej ode mnie, toteż nie brałam pod uwagi możliwości zwyczajnego przeniesienia samicy. Ostatecznie posłużyłam się mocą, prowadząc ciało Yume między kamieniami siłą umysłu.
  Kiedy dotarłyśmy do Robin – medyczki, byłam już skrajnie wycieńczona, a Yume poobijana, bo mimo moich chęci nie udało mi się ominąć wszystkich ostrych i twardych elementów. Pokrótce opowiedziałam Robin całą sytuację, a później, nawet nie wiedziałam kiedy, usnęłam ze zmęczenia.
  Obudziłam się już następnego dnia. Myślałam, że z Yume będzie już wszystko w porządku, ale ona nadal się nie ocknęła. Podeszłam do Robin, która siedziała nad legowiskiem, gdzie leżała samica.
  – Co z nią? – zapytałam.
  – Musimy czekać – westchnęła. – A ty, jak się czujesz? Byłaś wykończona.
  – Już lepiej, dzięki.
  Powieka Yume drgnęła.
  – Yumeko – szepnęła Robin. – W końcu.
  Ta jednak sprawiała wrażenie, jakby jej nie usłyszała. Miarowy oddech wskazywał na jedno – usnęła. Robin była już lekko poddenerwowana. Delikatnie szturchnęła samicę, a kiedy to nic nie dało, powtórzyła to jeszcze kilka razy, o wiele mocniej. Po kolejnej próbie, kiedy już zaczęłam się poważnie martwić, Yumeko otworzyła oczy i popatrzyła nas tępym wzrokiem.
  – No proszę, śpiąca królewna w końcu wstała – prychnęła Robin.
  – Dlaczego tutaj jestem? – zapytała zdziwiona i próbowała się podnieść, ale opadła z powrotem na legowisko.
  – Spadłaś razem z wodospadem i zemdlałaś – pospieszyłam z wyjaśnieniami.
  – Nic nie pamiętam... – mruknęła i zamknęła oczy, jakby próbowała coś sobie przypomnieć. – Nic a nic.

Yume?
---
558 PD = 4 poziom
~Mimma

Od Karo "Młodociany rozpruwacz czyli historia Karo Yakuzy" cz.2

  Nie miałem czasu na ociąganie. Po prostu wstałem i ruszyłem do walki.
- Skończę cię. - powiedziałem w duchu.
Droga była długa ale jednak było warto. Na tyle zdjęcia było napisane, że przez cały czas mam iść na południe i będę wiedział czy jestem czy nie. Droga skończyła się w jakiejś dolinie. Nie wiedziałem gdzie jestem.
- Jesteś już - powiedział mężczyzna - Nazywam się Tamako Jagamiro.
- Ja jestem Karo Yakuza. - powiedziałem
- Kirano! - krzyknął i z ziemi wyrosły wielkie ręce. Napierały na mnie ale zawsze unikałem. Gdy na chwilę stanąłem ziemia pode mną się ruszyła i upadłem. Jedna z rąk chciała mnie przygnieść. Wyciągnąłem miecz i przeciąłem tą rękę. Skoczyłem. W tym samym momencie cisnąłem w niego igły. Zacząłem zadawać serię ciosów. Wszystkie chybiły. Odskoczyłem i zionąłem ogniem w jego stronę. Stworzył ścianę z tej samej substancji co ręce niby ziemia ale jednak coś innego. Wyskoczyłem do ataku z jego prawej strony. Wiedział, że tam będę.
- Totsuzen! - krzyknąłem i pojawiłem się po drugiej stronie. Rzuciłem w niego jedną dosyć grubą igłą. Z ściany tej doliny wyrosła ręka ponownie. Chwyciła mnie i zaczęła oplatać tym surowcem. To miało mnie udusić. Z wszystkich stron tej skorupy zaczęły wylatywać igły. W końcu do rozwaliło tą skorupę.
- Nie dajesz mi wyboru. - oznajmił mężczyzna. - Kirano: Kemono!
  Z ziemi wyszedł ogromny wąż. Był on cały czas połączony z ziemią. Napierał na mnie z wielką siłą. W końcu musiałem zaatakować. Wskoczyłem do jego paszczy i rozciąłem mu górę głowy. Przez tą dziurę w głowie wyszedłem.
- Twoje ataki na nic się nie zdadzą! - krzyknął
- Chcesz się przekonać!? - odpowiedziałem również krzykiem.
  Gdy wąż na mnie leciał stworzyłem największą kulę ognia jaką dotychczas udało mi się zrobić. Walczyło to ze sobą. Nagle moja kula przebiła się przez węża. Ruszyłem zranić oponenta. Gdy doskoczyłem do miejsca gdzie powinien być nie było go. Uciekł...
  Siedziałem przy barze popijając co jakiś czas wodę z cytryną. Ktoś nagle wszedł do baru i usiadł koło mnie. Chłopak był wyższy ode mnie.
- Ty jesteś Karo Yakuza tak? - zapytał się mnie. 

---
209 PD
~Mimma

niedziela, 26 sierpnia 2018

Od Zero Two "Rozterki Zero Two i może małe opowieści z jej snów" cz.2

  Zero Two dalej siedziała na tej ziemi. Nie czuła nic. Jakby wszystko z niej wyleciało. Cała jej dusza i została tylko skorupa. Tą skorupą jest jej piękne ciało. Nawet nie mogła poczuć uderzenia. Uderzenia, tego uderzenia. Ono całkowicie oderwało ja od wszystkiego, co żywe bądź martwe. Stała jakby na linie pomiędzy tym a tamtym. Słyszała wołanie. Swoje imię jakby ktoś ją nawoływał. Ona jednak nie zareagowała. Zero Two usłyszała coś, czego nigdy więcej nie chciała słyszeć. - Potwór, diabeł.
  Uderzyło w nią to dość brutalnie.
  Choć gdy wstała, zachowywała się, jakby nie była w pełni sobą. Kierowała się w nieznanym kierunku. Szła do domu, może jej ciało potrzebowało nowego ubrania, świeżego? Przed oczami miała mgle, nie wiedziała, co robi. Po wejściu do łazienki stanęła przed lustrem. Po podniesieniu swej drobnej główki ujrzała ciało potwora. Demona, którym zresztą jest i zawsze była i będzie. Po raz kolejny w nią to uderzyło tym razem z podwójną siłą. Jej blokującą opaska zniknęła nawet nie wiadomo kiedy.
  Dziewczyna przebrana dalej stała przed lustrem. Patrzyła pustym spojrzeniem na swoje odbicie. Widziała, jak się zmienia. Te śliczne oczka, teraz były całe czarne ze złota ramką. Te małe rożki były dłuższe i nieco przerażające. Skóra przybrała, odcień mocnej czerwieni jak na diabła i potwora przystało. Te słodkie ząbki, które były takie malutkie teraz były o wiele ostrzejsze i straszniejsze. Wokół swojej pustej powłoki widziała czerwono czarną poświatę. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia z domu. Stanęła nieco dalej od miejsca, w którym mieszkała. Zauważyła wnet, ich. Ci lekarze, kierowali się w jej stronę. Poczuła, szarpniecie za rękę. Gdy podniosła głowę i spojrzała któż to. Ujrzała jego. 
- Darling! - krzyknęła. Ten jedynie się uśmiechnął. Tuż po chwili wpadła w jego ramiona. Jego ramiona tam mocno ją otulały, chciała go odepchnąć. Uderzyć, ugryźć, zabić, pocałować. Nic, nie zrobiła. Stała jak słup soli i patrzyła gdzieś w dal.
  Ujrzała wnet swoich przyjaciół, a nawet rodzinę. Tych, o których nie chciała pamiętać. Nie chciała. Nie powinna, pamiętać. Gdy próbowała wydusić słowo, poczuła coś na karku. Szarpnięcia, jakieś słowa. Popchnięcia, szarpnięcia oraz coś niemiłosiernie zimnego. Szybko spojrzała na swoje ciało. Zobaczyła, że jej ręką jest rozcięta. Masę bandaży oraz jakichś kabli..
  Czemu to tak szybko skacze? Wszystko, co złe tak przelatuje. Ponownie czuje, każdy dotyk wszystko. Nie wytrzymała i ugryzła doktora. Poczuła, szarpniecie. Odtrąciła te dłonie i zaczęła mocniej i nieco brutalniej napierać na innych. Nim się obejrzałam, zabiła ich wszystkich, wytłukła. Uniosłam delikatnie głowę, gdy ponownie usłyszała swoje imię. Jej kochany Darling, ją uderzył. Pokazała swoje kiełki. Rzuciła się na niego. Biła go, okładała tak mocno, bez kontroli. Bronił się, potem dał za wygraną.
Tak bardzo się myliła. Jej ciało uderzyło o coś twardego. Poczuła przeżywający ból, jednak się tym zbyt nie przejęła. Poczuła przypływ energii, złości i ogarniającego poczucia, iż to jest koniec.
Zebrała wszystkie siły i ruszyła do walki. Na śmierć i życie, choć bardziej to przypominało bijatykę dwóch małych kotków.
  Zero Two wylądowała na dnie wody, nawet nie wiedziała jak. Nie chciała, nawet nie próbowała się, wydostać. Miała nieco powietrza, jednak mimo to chciała już się obudzić z tego koszmaru. Kolejny tego samego dnia, a może już kolejnego. Poczucie czasu też zgubiła. Całkowicie siebie też zgubiła. Potrzebowała porządnego rąbnięcia, aby mogła wrócić do rzeczywistości. Może poprzez utoniecie, to coś jej da. Nie dawała rady.
Zamknęła oczy i spróbowała wyciszyć się, tak mocno, jak tylko mogła.
  Nagle dziewczyna, obudziła się na brzegu. Była zaskoczona tym, jak się tu znalazła. Przeszła nie mały szok, gdyż właśnie wschodziło słońce. To było dziwne, bo to chyba właśnie kolejny dzień się zaczynał. Ona nawet nie zauważyła, kiedy się poprzedni skończył, a kolejny zaczął. Przez natłok wrażeń, emocji i przebycia świadomości tego, co właśnie się wydarzyło, bądź też właśnie działo.
  Różowo włosa krztusiła, jak nie dławiła, się woda, która zapychała jej płuca. Próbowała jakoś ja z siebie wyrzucić. Gdy wystarczająco z niej wyleciało. Zero Two mogła, a przynajmniej starała się złapać oddech. Próbowała, choć trochę nabrać powietrza do płuc. Odetchnąć tym tlenem, dzięki któremu wciąż żyje. Ponownie jej ciało wyglądało jak u człowieka, a ograniczająca opaska była na swoim miejscu. Teraz to totalnie dziewczyna się zgubiła. Nie wiedziała, a może nie była do końca świadoma tego, co się właśnie wydarzyło.. Powoli nabierała powietrza w płuca i wydychała, aby nabrać kolejny oddech.
  Gdy w miarę ustabilizowała oddech, spojrzała przed siebie, delikatnie się uśmiechając. Musiała uspokoić łomot serca, który słyszała. Jakby zaraz miało z niej wyskoczyć. Nie odczuwała, bólu. Czuła się świeżo i miała czysty umysł.
Wiedziała, jednak co się wydarzyło. Choć mimo Zero Two próbowała jakoś dać sobie z tym radę. Z tymi wewnętrznymi demonami.
  Zero Two wstała, lekko się kołysząc na boki. Ruszyła wolno do domu, poczuła na ciele pierwsze krople deszczu. Po wejściu do domu zamknęła drzwi i poszła zrobić sobie coś do jedzenia, bo usłyszała swój burczący brzuch, który domagał się pokarmu. Nie była pewna, na co ma dokładnie ochotę. Dlatego też zdała się na brzuszek. Tak właśnie to brzmi tak głupio. Zdać się na żołądek, co chce się zejść. No bardzo ciekawe, co mój brzuszek chce w sobie mieć.
  Zaśmiała się dziewczyna na takie myśli. Mimo to zjadła posiłek pełen zdrowych, jak i tych niezdrowych składników. Widać, iż potrzebowała tego. Nie spieszyła się, jadła powoli, a w oddali słyszała grzmoty i deszcz, który walił w bęben. Czyżby szykowali się na posiłek, a może jakieś ich gody czy coś podobnego. Cisza w tamtym momencie była zagłuszona przez potężna burze. Choć tyle, mogła jeść i posłuchać uderzeń w bęben czy też zagłębić się w otchłań swoich emocji związanych z tą pogodą.
  Po zjedzeniu zrobiła sobie picie. Po czym ruszyła do salonu. Usiadła sobie na hamaku, a tuż obok na stoliczku położyła kubek. Przykryła się nieco kocem i patrzyła, jak pada deszcz. Ciekawiło ją to tak bardzo. Sięgnęła po herbatkę i napiła się trochę jej. Gdy odstawiła kubek, na stolik ponownie się położyła. Przekręciła się na bok i dalej patrzyła na te deszczową pogodę. Przez nią poczuła się nieco senna. W następnej chwili jej oczka się zamknęły, a Zero Two zapadła w sen.

Ciąg dalszy nastąpi niebawem
---
602 PD
~Mimma